Piersi nauczycielki fińskiego. Z gawęd starego belfra (powtórka)

(W zastępstwie bloguje Sąsiadka)

Gawędziliśmy kiedyś z sąsiadem i jego piękną żoną, ot tak, przy jakiejś okazji, na temat lektur szkolnych i zeszło nam na szkołę ogóle. Pamiętam ten wieczór, to właśnie wtedy sąsiad zadziwił mnie konstatacją, że ze wszystkich ministrów edukacji vel oświaty z ostatnich kilkunastu lat, a było ich sporo, najmniej chyba szkodliwym szefem resortu był …Roman Giertych. Sąsiad podkreślał, że w żadnym razie nie identyfikuje się ze światopoglądem i linią ideową mecenasa G., nie zapomni mu dziarskich chłopców z młodzieżówki LPR i paru innych rzeczy, ale co do spraw merytorycznych, edukacyjno-oświatowych, to minister G. chciał np. poprawy bezpieczeństwa uczniów w szkołach i udało mu się coś w tej kwestii zrobić, zmiany zaś lekturowe nie były specjalnie dokuczliwe. Minister G. wyrzucił …„Trans-Atlantyk”, jako pozycję wywrotową, zagrażającą suwerenności Polski i Polaków, niepatriotyczną, intelektualnie i moralnie szkodliwą, na jej miejsce wprowadził „Quo vadis” niejakiego Sienkiewicza i bodaj pisma wybrane Karola Wojtyły.

Sąsiad, aczkolwiek wymieniona powieść Gombrowicza jest dla niego książką „kultową”, a „Quo vadis” tylko pięknym, lecz szkodliwym kiczem literackim (czyli czymś na kształt „pięknego nowotworu”) nie przejął się specjalnie kolejną zmianą.

– Tyle już tych reform i rewolucji było „za moich czasów” – głośno ironizował – Gdyby tak policzyć lata szkolne, to wyszłoby, że nawet na „Ojczyznę” W. Wasilewskiej zdążyłem się załapać. Nie mówiąc o „Popiele i diamencie”, którą to książkę zaliczył po raz pierwszy w 11. klasie liceum (obecnie 3. Licealna), a potem omawiał ją przez wiele lat jako młody i coraz starszy nauczyciel, podpierając się arcydziełem Wajdy pod tym samym tytułem, aby pokazać, czego w książce nie było, a co wyraźnie sugerował reżyser, zresztą przy współudziale Andrzejewskiego.

– Wasilewska to była taka niby polska pisarka i patriotka, na imię miała Wanda – zrobił ukłon w moim kierunku, sygnalizując, że jestem młodsza od niego i mam prawo nie wiedzieć.

Ale ja od dawna wiedziałam, jaką …była ta Wasilewska, niezłą – tak w ogóle, lecz milczałam, bo nie chciałam sąsiadowi przykrości zrobić, że wiem, a on niechybnie spytaby mnie o autora „Kordzika” lub o 2 tom „Pamiątki z Celuzoly”.

Sąsiad – streszczam wywody – na ogół zawsze, gdy przyszło omówić z uczniami jakąś „nietypową” lekturę, znajdował powody, żeby ją omówić, i argumenty, aby młodych ludzi do przeczytania nakłonić, a przynajmniej udawało mu się to dość długo, do chwili, kiedy władze oświatowe oraz CKE, w ramach reform, nie wymusiły na uczniach powszechnego dzisiaj zwyczaju nieczytania książek.

Sąsiad był z grona tych polonistów starej daty, co to za żadne skarby nie chcieli na lekcjach wziąć do ręki kredy i jeszcze na dodatek coś tą kredą pisać na tablicy i czas tracić, o nie. Wolał już otwarcie przeleniuchować z klasą jakąś lekcję, szczególnie gdy miał się brać za wykładanie jerów i przegłosu polskiego. Nie, żeby się nie znał, ale…

W ogóle, wyobraźcie sobie, panie i panowie, że były czasy, kiedy w liceum i w szkołach średniej uczono gramatyki polskiej, pisano dyktanda, wykładano wiadomości nawet o jerach i o iloczasie. Bardziej sensowne – czasem, bo nie zawsze – od przegłosu było pogadać z uczniami o tym i o owym, czasem zachęcić ich, żeby na stoliki z jakiegoś ważnego powodu weszli, czasem wyjść z nimi na spacer do parku, co nęcił tuż tuż, czasem jakiś happening urządzić. Dyrekcje szkoły, za czasów których uczył, były bardzo czujne, ale prawdę powiedziawszy, specjalnie nie zwracał na to uwagi, przez lata próbował robić swoje.

Co do tej kredy, uzasadniał z przejęciem, że się nią, jako przedmiotem nieprzyjemnie suchym, brzydzi, już nie mówiąc o gąbce, która zazwyczaj była nie tylko sucha, ale i brudna Był zatem w tej kredofobii przeciwieństwem tych nauczycieli, a szczególnie wykładowców wyższych uczelni, dla których kreda była i jest na lekcjach przedmiotem nadzwyczajnego pożądania. Przychodzi taki miłośnik kredy i gąbki na wykład, zagaja, że dzisiaj zajmiemy się Heglem, rozgląda się za kredą i gąbką, ściera tablicę, bo i tę czynność w przeciwieństwie do sąsiada lubi, a potem pracowicie przez pół godziny zapisuje na tablicy następujące słowa: „Georg Wilhelm Friedrich Hegel – ur. 27 sierpnia 1770 w Stuttgarcie, zm. 14 listopada 1831 w Berlinie”. Albo milczy przez 20 minut, czekając aż student czy uczeń kredę przyniesie. Lub przepisze z tablicy to, co pracowicie napisał. W tej sytuacji pozostawało mu piętnaście minut na dokończenie wykładu, lecz takiego Hegla szybko załatwiał.

Owszem, sąsiad, z miną wyrażającą najwyższą formę obrzydzenia, musiał czasem wziąć kredę do ręki, by zrobić jakiś wykres, narysować niezdarnie kontur Włoch i południa Francji, aby pokazać lepiej tereny, na który w średniowieczu świntuszyli trubadurzy lub zapisać termin zebrania rodziców. Takie wyrzeczenie dużo sąsiada kosztowało i jeszcze długo lepiej było, aby mu żaden uczeń w drogę nie wchodził. Sąsiad stanowczo wolał trzymać w ręku rzecz wilgotną, ciepłą, w każdym razie milszą od kredy czy suchej, brudnej gąbki. A i tablice zazwyczaj nadawały się do wszystkiego, tylko nie do pisania kredą. Był zresztą taki trend, powstały jeszcze w czasach wczesnego PRL, aby wszystkie tablice były czarne lub, wyjątkowo, ciemnozielone i żeby się jak najszybciej obłuskiwały z farby, aby jeszcze przyjemniej było na nich pisać.

Kiedyś, w jakiejś sprzyjającej chwili, chwili nieuwagi czy słabości, sąsiad wyznał mi ukradkiem, że jego fobia ma być może także inne przyczyny. Otóż był człowiekiem niezwykle roztargnionym, nie przywiązywał wagi przesadnej do ubioru, różnego koloru i różnej wielkości skarpety to była norma, na koszulę w kratę zakładał jeszcze dwie koszule w inną kratę, ale ostatnią nosił dal nieponaki rozpiętą. Otóż niegdyś, próbując po lekcjach znaleźć klucze do swojego mieszkania, by wejść, wyciągnął z kieszeni kurtki brudną gąbkę klasową, a przechodząca korytarzem sąsiadka (nie byłam to wszakże ja) popatrzyła na niego, wpatrzonego w ohydny przedmiot i nic nierozumiejącym, wymownym wzrokiem. Innym zaś razem, w pełnym ludzi pokoju nauczycielskim, chciał wytrzeć usta po zjedzeniu kanapki i z kieszeni wyciągnął damskie majteczki, nie wiedział wszakże za Chiny, jak one się tam znalazły. Może z szafy chciał wyciągnąć chusteczkę do nosa i pomylił się? A może… Szybko je schował, co prawda, wydawało mu się, że nikt nie zauważył, raz tylko potem dyrektorka, wyraźnie aluzyjnie, na szkolnej biesiadzie z okazji Dnia Nauczyciela, spytała go:

-Panie kolego, czy dzisiaj skosztował pan już fig?

Najwyraźniej pańskie oko konia tuczy, a oko pani dyrektor jest z racji sprawowania wysokiego urzędu i majestatu okiem bardziej wysublimowanym i lepiej widzącym, nawet kiedy lekko zezuje.

Uczniowie nie byli specjalnie zadowoleni z kredo- i gąbkofobii sąsiada, gdyż jednego lub drugiego omijała przyjemność wyskoczenia z klasy na parę minut po to, żeby gąbkę przepłukać albo przynieść od woźnej narzędzie do pisania na tablicy.

Trudno to sobie wyobrazić. W latach 80. XX wieku uczniowie klas biologicznych, ogólnych, pedagogicznych czytali lektury, książki. Czytali w ogóle – to, co wydrukowane na papierze. Jeszcze dzisiaj sąsiad, zaszedłszy od czasu do czasu z taką lub jeszcze inną bolącą rwą lub k….ą cielesną do jakiegoś medyka, który okazywał się byłym uczniem, może z nim porozmawiać o literaturze, dla sąsiada zaś lekarz, który zna i czyta literaturę piękną, to prawie ideał lekarza.

W tamtych czasach, chociaż działo się to w realnym ustroju socjalistycznym, o pewnych sprawach decydowało pochodzenie nie tylko robotnicze. Szkołę, w której belfrował sąsiad, zaliczano do tych „lepszych”, niektórzy złośliwie mówili o niej „elitarna”, uczniowie nawyk czytania wynosili z domów. Co najbardziej budujące, młodzież z domów nieinteligenckich, robotniczych podchwytywała ten nawyk, chociażby po to, żeby się na lekcjach czy między kolegami nie zbłaźnić. I czytali na potęgę.

Do tego dochodził nimb, jakim otaczano książki zakazane. Można je było z grubsza podzielić na dwa rodzaje: 1. polityczne; 2. „erotyczne”, dla dorosłych. Sąsiad jako nauczyciel wielokrotnie korzystał z mitu książki zakazanej, bo mit ten w niezwykły sposób reklamował na ogół dobrą literaturę i uczniowie czytali nie tylko zakazanego Orwella, ale i „Gargantuę i Pantagruela” czy póżniej „Ulissesa”.

Nie jest prawdą, jak mówią, że dzisiejsza moda na nieczytanie to wyłącznie wina komputerów, smartfonów i Google’ów. Formująca się w nowym ustroju klasa średnia raczej w całości, póki co, odrzuciła tradycje inteligenckie, orientując się raczej na wartości kołtuńskie. Istną rewią kołtuństwa jest przecież reprezentacja narodu, wybierany w demokratycznych wyborach w III RP Sejm – panopticum tępych osobliwości, osobowości bez właściwości, profesjonalizmu bez kompetencji, manier bez podstawowej ogłady, których należałoby przegnać bez litości. Sąsiad wierzy, że to się zmieni, musi się zmienić.

W klasach klasycznych, autorskich – to już w latach 90. XX wieku – uczniowie czytali nie tylko obowiązkową (i nieobowiązkową) lekturę z historii literatury polskiej i literatury współczesnej, ale autentycznie poznawali ogromną ilość z dzieł literatury francuskiej, od średniowiecza poczynając. Rosyjską, radziecką, angielską, amerykańską czy niemiecką rzeczony polonista nie gardził przecież. Czy wszyscy ówcześni uczniowie przeczytali wszystkie z pozycji, które zalecał, a była to ogromna ilość obszernych nieraz tekstów (liceum było wówczas czteroletnie)? Nie, na pewno nie, ale ilość arcydzieł lub po prostu wartościowych książek, które przeczytali nawet oporni w lekturach uczniowie, albo po prostu „otarli się” o nie, była znaczna – i to był czysty zysk, humanistyczna wartość dodana. Miał ochotę posiedzieć z uczniami przez parę tygodni nad futurystami i Białoszewskim? Siedział, nadrabiał czas kosztem lektur, które, jak uważał, same uczniom do głowy wejdą i nie trzeba ich specjalnie objaśniać.

-Nic gorszego – przekonywał mnie sąsiad – niż wizja polonisty, który opracował sobie godzinowe „rozkłady jazdy” dla każdej klasy na rok, takie wręcz  minutowe plany, co do szczegółu, i literalnie edukuje uczniów według tychże rozkładów. Czyli: „jedzie z programem”. Co do minuty. Jak przedwojenny pociąg.

Często zaznaczał w naszych pogaduszkach, że nie znosi kagańców. Gdyby jako polonista i nauczyciel dał się uwięzić na kagańcu, niczego pożytecznego by z uczniami nie osiągnął. No oczywiście, trzeba było dyrekcji co roku, na początku września, jakieś rozkłady materiału dla każdej klasy przedstawić, ale żeby je realizować z literalną dokładnością, co do godziny, ba, minuty ¬ co to, to nie. To zostawiał uniwersyteckim dydaktykom, którzy na ogół szkołę znali wyłącznie z własnych dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń i uczyli pedagogiki i dydaktyki czysto teoretycznie. Co innego nauczanie matematyki, fizyki lub chemii – tu nauczyciel musiał zachowywać logiczny porządek. Dla sąsiada plan nauczania był rodzajem partytury.

Sąsiad był zatem nie tylko kredofobem, ale i rozkładofobem. Może dlatego, że w życiu i w pracy kochał czyste improwizacje.

„Rozkładofobia” sąsiada prawdopodobnie wynikała także z faktu, że zdarzało się, iż nadzwyczajnie legalistyczna i wszechmocna dyrekcja wywalała dostarczone we wrześniu „rozkłady” na zbity pysk, kiedy sąsiad, albo inny nauczyciel, ośmielili się w nagłówkach użyć związku frazeologicznego „rozkład materiału”, podczas gdy od tego a tego właśnie roku szkolnego ministerstwo zarządziło obowiązkową formułę „plan nauczania”. A w szkole nie istnieją rzeczy prawidłowo nienazwane, a nienazwane nie istnieją na pewno.

-No, proszę państwa, jak państwo tak mogą, tak nie może być, jak wam nie wstyd, nie słuchacie zarządzeń, ja tego nie będę tolerowała! Wy się nie nadajecie, ja będę musiała was karać dyscyplinarnie, będę musiała zwalniać! Zrobić z wami porządek! – wykrzykiwała zacna ta przełożona przez pół rady pedagogicznej.

Sąsiad nie znosił biurokracji, a zawód nauczyciela to był i jest najbardziej zbiurokratyzowany zawód w Polsce.

-Gdyby nauczycielom odebrać 75 procent obowiązków biurokratycznych – perorował sąsiad – ze szkół wychodziłyby same perły! No, może nieco przesadzam, ale… Przykład tej pani od planu nauczania dobitnie pokazuje, co to może biurokracja zrobić z mózgiem nawet w miarę inteligentnego człowieka. Pomyśleć…

Wracając do czytania, zdarzało się, że sąsiad, aby przekonać uczniów do przeczytania pewnych lektur, uciekał się do nieco podstępnych lub wrednych sposobów. Jak zwykle pokonując wrodzone obrzydzenie, brał do ręki kredę (a jednak!) i mozolnie wypisywał na tablicy litanię nazwisk i tytułów. Uczniowie skrzętnie zapisywali to wszystko w zeszytach, bo sąsiad strzygł wąsem i mruczał przy tablicy, że rozliczy każdego, kto nie zrobi notatki (zazwyczaj nie był taki skrupulatny w pilnowaniu notatek uczniowskich). Po wykonaniu rzekomej listy książek na tablicy przechodził do prowadzenia normalnej lekcji. Po jakimś czasie, tak pod koniec, zerkał na tablicę, robił zdziwioną i zafrasowaną minę, przekreślał na tablicy błyskawicznie ileś tam nazwisk i tytułów, ścierał brudną gąbką aż się kurzyło, wrzeszcząc:

-Te lektury to nie są te lektury! To nie dla was, pomyliłem się! Skreślcie notatki, bo się pomylicie!

Był w tym momencie pewien, że te akurat tytuły będą się cieszyć szczególnym zainteresowaniem wielu uczniów.

Pewnym wzorem pedagogicznym mógłby być dla sąsiada nawet osławiony ksiądz Pirożyński, znany cenzor od książkowej moralności. Dobrym skądinąd sposobem na wciąganie w literaturę był także teatr. Uczniowie raz w roku, w auli szkolnej, odgrywali wybrane przez siebie sceny z literatury miłosnej, grali i inscenizowali (czasem wspaniale) dla siebie, często ściągali na pokazy rodziców i kolegów spoza szkoły. Lubili to, bawili się świetnie. I świetne rzeczy potrafili zrobić, jak na przykład scenkę rozgrywającą się między Tomkiem Sawyerem i Huckiem, tę z gumą do żucia, odegraną przez Igę i Agatę. No i cały czas działał teatr szkolny, przygotowujący premiery na wielki konkurs poetycki raz w roku. No i był taki złoty okres, kiedy można było sobie pozwolić na dwie, trzy wycieczki miesięcznie do teatrów krakowskich, wyjazd po lekcjach, powrót późnym wieczorem. W czasie kilkudniowych wycieczek naukowych do Wrocławia wieczorne wyjścia na tamtejsze spektakle. Przez parę lat jeździło się do Łodzi do Muzeum Sztuki Współczesnej i jeszcze za dnia trochę czasu na Piotrkowską zostawało. Było tanio.

Tak czy inaczej, uczniowie obowiązkowo poznawali klucz Rougemontowski do interpretacji historii Tristana i Izoldy, czytali fragmenty korespondencji Heloizy i Abelarda, poznawali miłosną lirykę prowansalską, kilkanaście opowiadań z „Dekamerona”, ale – by przeskoczyć do wieku XX – czytali fragmenty „Ulissesa”, poznawali głębiej surrealizm francuski i polski, dyskutowali o „Psie andaluzyjskim” Bunuela etc. Zdarzyło się, że jakaś grupa założyła samorzutnie „Klub miłośników Gargantui i Pantagruela”, chociaż nie wiadomo, czy ten klub jeszcze istnieje. A że większość arcydzieł literatury oscyluje wokół spraw szeroko rozumianej miłości, to już nie wina sąsiada. Tak jak nie jest jego winą, że nawet w „Lalce” jakąś kurewkę można znaleźć.

Ale zdarzały się czasem niesamowite przygody. Sąsiad nie mógł sobie wyobrazić serii lekcji poświęconych surrealizmowi bez wspólnego obejrzenia „Psa andaluzyjskiego”. Zdarzyło się, że pewna uczennica doznała jakiegoś szoku po obejrzeniu sceny z okiem i brzytwą. Od tamtej historii sąsiad zawsze przed projekcją uprzedzał, że da jakiś znak i umożliwi zamknięcie oczu najwrażliwszym tuż przed ową sceną. Jednak większość oczu zazwyczaj była otwarta. Ciekawość zwyciężała. Na pewno po Bunuelu łatwiej było wciągnąć uczniów w świat poezji surrealistycznej Bretona i innych.

-Jak przezwyciężyć dzisiejszy marazm czytelniczy? Polonista, nauczyciel filozofii, kulturoznawca – przekonywał sąsiad powinien mieć czas na to, aby w edukacji humanistycznej szerzej, systematycznie wykorzystywać filmy. Rzecz jasna, nie chodzi o wykorzystanie filmu jako „streszczenia” lektury. To temat do osobnej dyskusji. Gdyby tak poloniście dać jedną z godzin przeznaczanych na edukację religijną, a przyrodnikom czy fizykom drugą, na pewno poprawiłoby to jakość nauczania. Odpowiednim miejscem dla religii jest kościół i sala katechetyczna – złościł się.

Sąsiad wspominał zatem z nostalgią czasy, kiedy uczniowie j e s z c z e czytali. Podkreślał, że w ostatnich trzech dziesiątkach lat XX wieku uczniowie i studenci j e s z c z e czytali. Od początku XXI wieku było już tylko gorzej i nawet ci najzdolniejsi i najwybitniejsi humaniści mieli coraz większe opory, aby poznawać cały obowiązujący kanon lekturowy.

-Przyczyny tej degrengolady książki? – zastanawiał się. – Na pewno, jak już wspomniałem, specyfika tworzącej się w III RP klasy średniej, odrzucającej bogatą i piękną w Polsce tradycję inteligencką. Klasa średnia w Polsce zaczęła rodzić się nagle, bez oparcia w szerszym zespole wartości, w zasadzie jedyną wartością, która determinowała wybór innych wartości był, i ciągle pozostaje, szybko zdobywany i często równie szybko wydawany pieniądz. Jest to klasa jakby w założeniu akulturalna, literatura nie liczy się dla nich jak najważniejsze źródło wiedzy o życiu i człowieku.

Co gorsza – martwił się wyraźnie sąsiad – nawet wielu nauczycieli zapatrzyło się w klasę średnią, rezygnowało z fanaberii inteligenckich, zaraziło się kultem mamony, kasy robionej intensywnie na korkach i edukacja w Polsce stała narzędziem realizowania quasi-wartości przez ludzi bez właściwości i aksjologicznego kośćca.

Owszem – przekonywał sąsiad – księgarnie są pełne efektownie wydawanych książek, ludzie ci książki kupują, by wypełnić parę regałów w domach, gdzie najważniejszym miejscem jest salon z plazmą, kinem domowym, nagrywarką etc. Zupełnie nieciekawy jest model spędzania przez nich czasu wolnego: rajdy po pubach, imprezy integracyjne, parapetówki, sauna, fitness, wczasy zagraniczne „All inclusive”. Taki wzór przekazują własnym dzieciom, dla których zresztą prawie nie mają czasu. Tylko w nielicznych domach czyta się maluchom od najwcześniejszego dzieciństwa książki czy opowiada bajki, a przecież sztuka obcowania z książką jest to coś, czego trzeba się nauczyć.

Do przyczyn skazujących książkę na niebyt muszę zaliczyć – żalił się sąsiad – archaiczne zestawy lektur obowiązkowych na wszystkich poziomach nauczania. Ja musiałem kilkadziesiąt lat temu czytać …„Historię żółtej ciżemki”, dzisiejsi uczniowie podstawówki też muszą ją zmęczyć. Czy chłopców zainteresuje „Ania z Zielonego Wzgórza”, gdy nawet dziewczyny szukają innych wrażeń w literaturze? Żeromski. Jeden z najważniejszych pisarzy polskich, czapki z głów! Ale ten styl „Ludzi bezdomnych”! Koszmar. W zasadzie z klasyki beletrystycznej broni się świetnie „Lalka” i tylko ona. Ze „współczesnej” literatury też trzeba by wiele wyrzucić, dać kilka nowych powieści. A taki romantyzm? Czy konieczne jest stałe i obowiązkowe młócenie na lekcjach problematyki martyrologicznej? A co robi szkoła w tym wypadku, jakie lektury pozwalają uczniów uczyć otwartości wobec innych kultur, zachowań, wartości niekoniecznie tylko charakterystycznych dla świata chrześcijańskiego?

Zapewne wśród przyczyn rejterady od książki – zdaniem sąsiada – jest też upowszechnienie się Internetu. Nie chodzi wyłącznie o tysiące opracowań, bryków, ściąg i streszczeń internetowych, które – skwapliwie zresztą – młodzi ludzie zaczęli wykorzystywać w pracach pisemnych, wypracowaniach (rozkwitła sztuka kompilacji i plagiatu, uzasadniana zresztą pozytywnie przez …wyznawców postmodernizmu, dlatego sąsiad nie zawsze pozwalał uczniom na oddawanie wydrukowanych prac domowych). Uczniowie zaczęli nabierać coraz bardziej śmiałego przekonania, pewności, że jeśli nawet nie czytają lektur na bieżąco, to zawsze mogą w każdej chwili do lektury bądź opracowania zajrzeć, gdyż w Internecie, i to natychmiast, znajdą wszystko, a więc natychmiast, w razie czego …przeczytają. One tam są, te lektury –  świadomość tego stanu rzeczy zaczęła wystarczać, i zastąpiła ostatecznie sam proces czytania, który, przyznajmy, może czasem być żmudny.

Niejako w sukurs uczniom, w opinii sąsiada polonisty, przyszły kolejne ekipy zarządzające oświatą i edukacją w Polsce. Wymyślono „odgórnie” znakomity sposób, żeby młodzi ludzie, a jest ich z roku na rok coraz więcej, przestali czytać w ogóle. I stało się, że dla wielu uczniów jedyną lekturą w trakcie nauki w liceum czy technikum, odkładaną na naprawdę ostateczną chwilę, jest fragment (czasem fragmenty) dzieła literackiego, z którym „zapoznają się” po raz pierwszy dopiero po rozpieczętowaniu maturalnego arkusza egzaminacyjnego z języka polskiego. Jednak uczeń, chociaż trochę inteligentny, trochę „piśmienny”, bezwarunkowo maturę zalicza, często nie przeczytawszy przez trzy lata ani jednego „grubszego” tekstu literackiego.

-Taki to mamy egzamin dojrzałości, bo taki wspaniały mamy system – ubolewał sąsiad.

A przecież święcie wierzył (czy jeszcze wierzy, nie wiem), był przekonany, że jeśli coś może ukształtować młodego, dorastającego człowieka, dać mu porcję wiedzy o życiu, człowieku, społeczeństwie, powinnościach, wzorach i antywzorach, to jest to bezsprzecznie literatura piękna, dokument, reportaż, poezja, czytanie, osobisty, intymny kontakt z książką. Tego nie zastąpi rodzina, szkoła, Internet, obcowanie z audiobookami i książkami elektronicznymi – owszem, fajna rzecz takie audiobooki, na przykład wziąć taki do autobusu lub pociągu, ale tak w ogóle nic nie zastąpi kontaktu sam na sam z prawdziwą książką, raczej nie uruchomi prawdziwej wyobraźni, nie skłoni do głębszej refleksji.

Nie każda książka z literatury pięknej jest odpowiednia w każdym wieku, sąsiad miał na uwadze okres dorastania, dojrzewania, lecz jeśli człowiek naprawdę – w dzieciństwie, młodości – odczuje przyjemność i sens w obcowaniu z dobrą książką, to będzie szukał następnych dobrych i mniej dobrych książek i będzie to może najważniejszy kapitał w podróży przez dorosłe życie. Na pewno zaś będzie bogatszy od tych, którzy przyjemności takiej nigdy nie zaznali i nie nauczyli jej się, a więc duchem uboższych.

Pewnych przyjemności, powtarzał, jak wszystkiego, trzeba się po prostu nauczyć. Lub zostać nauczonym.

Rozmawialiśmy o różnych kwestiach, nie miejsce tu, aby je szczegółowo roztrząsać. Sąsiad wspomniał na przykład, że w ostatnich paru latach jego „kariery” belferskiej udało mu się jeszcze – między innymi – przekonać parę kolejnych roczników pierwszoklasistów w liceum do lektury „Buszującego w zbożu”, a także „Pamiętnika księdza proboszcza”, „Colas Breugnon” i innych. Ciekawe dyskusje były, mówił, zdarzało się, że szukaliśmy poważniejszego klucza filozoficznego do „Buszującego”, uczniowie zauważali i  podkreślali uniwersalność bohatera powieści Salingera. Pokolenia młodzieży mamy jakby coraz mniej zbuntowane, ale przynajmniej marzenie o buncie gdzieś tam w młodej duszy zawsze się tli…

W ten sposób, wspominając pogawędki z sąsiadem, doszłam do zdarzenia z pewną jakże znakomitą i czujną nauczycielką gimnazjalną, polonistką zresztą, która zainspirowała moje dzisiejsze refleksje. Kilka dni temu na znanym portalu przeczytałam otóż co następuje:

„Jest cała masa pięknej literatury, dlaczego wybrano akurat „Buszującego w zbożu” na konkurs polonistyczny? – Proszę posłuchać tego fragmentu: >>Włożyłem czystą koszulę. Zdawałem sobie sprawę, że niepotrzebnie tak się stroję dla jakiejś kurewki, ale to mi przynajmniej wypełniło czas. Byłem trochę zdenerwowany. Już także podniecony, ale przede wszystkim – zdenerwowany. Jeżeli chcecie wiedzieć prawdę, jestem prawiczkiem<< – czyta przez telefon polonistka.
– Odkąd poznałam treść >>Buszującego…<<, nie wyobrażam sobie, że jako polonista polecam tę książkę pierwszoklasistom. Już rozmawiałam w tej sprawie z pracownikiem kuratorium. Trudno mi powiedzieć, czy to był dyrektor, ponieważ osoba ta się nie przedstawiła, ale nawet nie znała treści książki. Kiedy przeczytałam jej wybrane, soczyste kawałki, również zgodziła się ze mną, że ta książka nie powinna być lekturą w konkursie polonistycznym. Jednak do tej pory nie wycofano jej z listy. Przecież ta publikacja traktuje miłość przedmiotowo, a nie pięknie i czysto. Pokazany tu został młody, 17-letni chłopak, który pije alkohol, pali papierosy i przeklina – dodaje nauczycielka.”

Koniec cytatu z portalu.

Wściekłam się. Gdybym nosiła spodnie, to by mi natychmiast po przeczytaniu powyższej informacji samorzutnie opadły, ale ja noszę na ogół sukienki i spódnice, a pod nimi figi. Ta polonistka obdzwoniła wszystkie możliwe redakcje, uczelnie i kuratoria, cytując – jako argument przeciw umieszczeniu dzieła Salingera na obowiązkowej liście lektur w konkursie polonistycznym – z niejakim upodobaniem nieprzyzwoite, jej zdaniem, fragmenty książki.

Jak sądzę, są różne przyczyny zachowania tej pani. Ciężkie dzieciństwo, surowa matka, surowy ojciec? Nauczyli ją unikać Zła, a praktycznie w każdej książce urzęduje, tak twierdzi sąsiad, jakiś Szatan czy Szatanik. Po drugie, może ona jest ofiarą jakiegoś kółka różańcowego? Po trzecie, może to kandydatka na kozetkę freudowską albo niewiasta niedopieszczona? Po czwarte, co najbardziej prawdopodobne, jest to nauczycielka bez specjalnych osiągnięć, która koniecznie chce się czymś wykazać przed dyrekcją szkoły i władzami oświatowymi? Kiedy PiS obejmie władzę, takich czujnych nauczycieli nam zdecydowanie przybędzie, zresztą PiS wymieni całą lekturę szkolną na żywoty świętych, pieśni religijne i pobożne romanse.

Gdybym miała dodatkowo skomentować ten dosyć zabawny incydent, powiedziałabym, że zacna ta matrona widzi w kultowej (jak się dzisiaj mówi) powieści Salingera chyba dokładnie to, co chce ujrzeć: kurewki, alfonsów, kluby, alkohol, tytoń, nocne życie, czyli rzekomo bujny żywot Holdena. Nie dostrzega tego, co jest jej największym walorem. Obawiam się, że – kierując się uprzedzeniami, pruderią i hipokryzją – nie jest w stanie ich dostrzec, zwłaszcza że najwyraźniej nie opanowała sztuki interpretacji utworu literackiego. Podobno pracuje z gimnazjalnymi olimpijczykami od lat. Świadome uczestnictwo ucznia w olimpiadzie przedmiotowej jest na ogół sygnałem, że uczeń ten jest jednostką, która chce czegoś więcej niż przeciętna klasowa, stawia pytania, szuka odpowiedzi, ma umysł otwarty. A ona, ta pani, chciałaby go zadowolić jakimś „Quo vadis”, gdzie też w końcu dużo motywów wędrówki.

Owa pani od polskiego, współczesna Bladaczka Pimko, konstatuje: „Jeśli zadaję lekturę, to ma być to coś wartościowego. Dlaczego to ja mam być tą osobą, która poleca tę książkę dzieciom? Wiem, że one i tak prędzej czy później ją znajdą, ale nie będą jej mieli ode mnie. […] Do konkursu w tym roku z naszej szkoły przystępują drugo- i trzecioklasiści. Nie chciałabym, żeby czytali >>Buszującego w zbożu<<. Na razie zapoznają się jedynie z >>Wielką Gilly<< Peterson. To świetna książka. Naprawdę nie mogę tego zrozumieć, że jest tyle pięknej literatury, a wybrano właśnie Salingera.”

Panią tę charakteryzuje jeszcze jeden bardzo pożądany w pracy pedagogicznej i dydaktycznej rys charakteru. Jest wyznawczynią poglądu: „Co złego, to nie ja.” Bez oportunizmu trudno egzystować we współczesnej polskiej szkole.

Nasza moralnie nadobna polonistka kroczy wyraźnie śladami ks. Pirożyńskiego, przy czym nie jest to, jak w omawianym przykładzie dotyczącym sąsiada polonisty, żaden persyflaż. Nie reklamuje czy reklamuje „zakazaną” książę, korzystając z wypracowanego przez mistrza cenzora w sutannie schematu: podać nazwisko pisarza, tytuł, często wystarczy sam tytuł, zacytować co pikantniejsze fragmenty lub po swojemu „streszczać” książkę, żeby zainteresowani wiedzieli dokładnie, dlaczego czytać im nie wolno.

Kroczy świadomie? Ze świadomością jednakże, że broni Jasnej Góry polskiej moralności przed Salingerową harmatą?

I tak trzymać, Drodzy Nauczyciele, mówię ja Wam w Dniu Waszego Święta. Katherin Peterson wielką pisarką jest! Precz z buszującymi w zbożach, w sianie i w stogach ze szkoły polskiej! Wyciąć scenę miłosną z „Chłopów”, tę w stogu, z udziałem Antka i Jagny! Salingera wywieźć z lektury na taczce gnoju! „Przerabiać” wyłącznie Biblię w pierwszych dwóch klasach. Wprowadzić do lektury najważniejsze pieśni z dziadowskiego folkloru religijnego. Powycinać raz na zawsze z lektur pożądanych i zalecanych wszystkie brzydkie wyrazy! Wyrugować słowo „alkohol”, „marycha” wraz z pochodnymi! Ocenzurować Kochanowskiego, Morsztyna, biskupa Krasickiego, „Lalkę” i „Mistrza i Małgorzatę”! Tępić uczniów z otwartymi głowami, jak zarazę, a zwłaszcza takich, co mają zainteresowania literackie i talent, a na dodatek interesują się jazzem! Karać polonistów, którzy podsuwają uczniom „Dekamerony”, Rabelais’ów, Joyce’ów, Freudów, Bretonów, Bunuelów i innych Witkacych i Witkowskich.

Niech się święci święta hipokryzja i przenajświętszy oportunizm pedagogiczny.

Spytałam sąsiada polonistę, skąd u niego taka ogromna liczna laureatów i finalistów Olimpiady Literatury i Języka Polskiego oraz Literatury Filozoficznej. Odpowiedział, że dokładnie nie wie, ale to zasługa samych uczniów, których „wciągał” także w inne inicjatywy i „awantury”, teatr, organizację turnieju poetyckiego, znaczące konkursy, wydawnictwa szkolne etc.

-No ale to niewiele mówi – naciskałam. – Skąd tyle sukcesów?

  • Zmuszałem uczniów do czytania „Buszującego z zbożu”…

-Nie kpij!

-Nie kpię – odrzekł z przekonaniem. Może jeszcze fakt, że do szkoły przyszedłem z „nawykami” asystenta uniwersyteckiego i chyba nigdy nie przejąłem typowych nauczycielskich manier dydaktycznych, Wprowadzałem swoje. Pamiętam, jak się zeźlił pierwszy mój dyrektor, ale tolerował, bo widział, że głowy uczniów się wypełniają, nota bene trafiłem do szkoły trochę przypadkowo, ale zapewne z czymś w głowie i chciałem to uczniom przekazać. Pamiętam, jak na początku skarżyły się na mnie, skądinąd fajne i dobre, nauczycielki biologii, że zamęczam klasy biologiczne językiem polskim, uczennica na przykład dostała się do eliminacji centralnych polonistycznej, ale w szkole była jakaś dywersja i ona do Warszawy nie pojechała. Dzisiaj jest lekarzem, a przecież medycynę ukończyłaby także będąc laureatką czy finalistką olimpiady humanistycznej. W ogóle szybko zauważyłem, że talentów jest mnóstwo, trzeba je tylko zauważyć i szlifować, a cechą uczniów najzdolniejszych jest pragnienie ogarnięcia różnych dyscyplin, nawet stosunkowo odległych od siebie, później przychodzi chęć specjalizacji. Toteż wszedłem też z uczniami w Olimpiadę Filozoficzną, znakomita była współpraca z łacinniczkami, nauczycielką historii. Mówiąc językiem  nieco górnolotnym, niejako parodiując Miłosza, należy poruszyć odpowiedni kamyczek, a rusza lawina… A poza tym, poza tym po paru latach dokonałem wyboru, uznałem, że także w szkole można robić rzeczy sensowne.

-?

-No tak – ciągnął – choć pojawiały się na horyzoncie pewne możliwości bliższe mojemu wcześniejszemu wcieleniu i temperamentowi, postanowiłem świadomie zostać w szkole. I nie… wstydzić się tego, że jestem belfrem. I nie żałowałem tej decyzji. No, może w ostatnich latach, sukcesy nadal były, ale zauważałem, że szkoła mnie w jakiś sposób pokonuje. A może to rozwijająca się podstępnie choroba zaczęła się ode mnie domagać jakiejś zmiany, zwolnienia, zadbania o siebie?

Przez dwa, trzy lata przychodziłem wykończony ze szkoły, coś zjadałem i kładłem się na podłodze w swojej zawalonej książkami klitce i próbowałem na godzinę, dwie zasnąć. Czułem wyraźnie, że z każdym dniem sił ubywa, a mimo to nadal próbowałem przeskakiwać wysokie przeszkody. Jeśli chce się w polskiej szkole robić rzeczy sensowne w dłuższym wymiarze czasowym, robić to systematycznie, trzeba być człowiekiem niezwykle odpornym psychicznie. Wobec systemu, bo ten system jest w gruncie rzeczy bardzo nieludzki, nieprzyjazny człowiekowi, wszystko jedno, czy nauczycielowi, czy uczniowi, czy sprzątaczce szkolnej. Wynika to z tego, że system od dawna, od zawsze nastawiony jest na grę, sztukę uprawiania pozorów, że wymusza od uczestników zachowania pełne hipokryzji, oportunizmu, ćwiczy w sztuce udawania. Bądź pewna, że za każdy wyraz autentyzmu dostaniesz co najmniej klapsa. Raczej więc zauważ pewne rzeczy, z góry przyjmij, że ich nie przeskoczysz, zaciśnij zęby i rób swoje, jeśli wiesz, że chodzi o sprawy istotne. Dla uczniów przede wszystkim. Bądź pewny, że wielu twoich kolegów będzie głośno ironizowało na twój temat, będą śmieli się z ciebie.

-?

-Bo w szkole nauczyciel stoi w gruncie rzeczy przed dwiema możliwościami. Rozpoznaje uroki systemu, dostosowuje się do niego na zasadzie mimikry, odwala to, co ma w przydziale, pozoruje pewne działania, żeby zadowolić system, a więc wymyśla ciekawe przedsięwzięcia, np. pisze z uczniami listy kierowane do 2050 roku lub dalszej przyszłości i wraz z rzekomo „cennymi dokumentami” ukrywa je w specjalnym schowku dla potomności, wymyśla atrakcyjne imprezy, na przykład wybory szkolnej miss ekologii, od czasu do czasu zaprosi jakiegoś „glęzę” w prelekcją dla uczniów, wszystko, co się da, podciąga pod Unię, np. akcję przeprowadzania ślimaków przez dziedziniec szkolny, opracowuje i prowadzi zatwierdzone przez Kuratorium eksperymenty dydaktyczne, np. bada ilość jedynek i celujących w klasie w zależności od ilości otwartych okien w pracowni w określonych porach roku, ile się da, podlizuje się władzy szkolnej, osiąga znakomite wyniki w sprawozdawczości, ale w rzeczywistości przygotowuje sobie umiejętnie grunt, żeby móc się spokojnie opie…..ć lub zająć czymś według niego bardziej istotnym, a więc najczęściej zarabianiem korepetycjami. Jeśli zaaprobuje wymagania systemu, nikt mu w tym w zasadzie nie przeszkadza i ma prace jak z bajki. Nie uwierzysz, ale 80 procent sprawozdawczości szkolnej, dyrekcyjnej, nauczycielskiej obejmuje nieistotny chłam, osiągnięcia pozorowane, miał intelektualny!

Druga możliwość to walka z systemem, zachowanie niezależności po to, aby móc realizować istotne cele. Zawsze jednak oznacza ona większy czy mniejszy stopień upokorzenia, na mocy jakiegoś paragrafu ambitny nauczyciel w Polsce nie może odnosić sukcesów bez odpowiedniej dozy upokorzenia. Ba, jest pewna zasadą, że im większe sukcesy, tym więcej upokorzeń. Niektórzy ambitni lądują u czubków, tym bardziej potrzebna jest odporność. Odporność na wszystkie dobrodziejstwa systemu: donosy kolegów, zresztą niemal każdy ambitny jest sekowany przez grono pedagogiczne, skargi rodziców, złośliwości przełożonych, anonimy, podstawianie nogi, pomówienia itd.

Najbardziej wyrazistą cechą wpisaną w zachowania tępych realizatorów systemu jest zazdrość, częściej nawet jest to zawiść. Koleżanka nauczycielka jest gotowa z powodu gówienka koleżankę nauczycielkę w szklance wody utopić. Typową cechą tępych realizatorów systemu jest plotkarstwo, obmawianie innych, bezinteresowne robienie gęby. Ten system naprawdę nie jest systemem stworzonym i realizowanym z myślą o uczniach. Wracając do tych ambitnych, zdarza się, że władze ich nagrodzą, wyróżnią, ale leży to w interesie samych władz, trzeba się czymś wykazać. Z kolei nagroda, zwłaszcza pieniężna staje ością w gardłach większości grona.

Patrzyłam na sąsiada zdumiona.

-Co tak patrzysz! Oczy ci wyjdą z orbit. Jest tak, jak mówię. Dlatego ta praca bardzo prędko zaczyna zjadać ambitnych. Ciołki z gazet wytykają nauczycielom możliwość brania kilku urlopów zdrowotnych, tymczasem jedna trzecia nauczycieli to kandydaci do psychiatryków i długotrwałego intensywnego leczenia. Po czym poznać ambitnego nauczyciela, nauczycielkę? Roztrzęsiona, ciągle przestraszona, stale na jakichś prochach uspokajających, rozhisteryzowana, stłamszona, ciągle niewyspana, często zaniedbana, z seksem raz na Wielkanoc…

  • Dajże już spokój!

-Spokój? W szkole, żeby mieć względny spokój, trzeba być albo świadomym cynikiem, albo przyjąć pozę cynika. Tak czy siak, kontakt z młodymi może dać odrobinę przyjemności. Bardzo dobrze egzystują w szkole panie, które mają świetnie zarabiających mężów, one tak naprawdę nie muszą pracować, więc przychodzą tu realizować swoje raczej prywatne cele, ale bynajmniej nie te najambitniejsze, chociaż przyznaję, czasem nieźle uczą i są lubiane przez młodzież. Facet nauczyciel, co prawda to prawda, to na ogół osobnik, który nie potrafił się zrealizować w inny sposób w życiu. Żonom nie radzę przyznawać się do tego, że mają męża nauczyciela.

Popatrzyłam zdumiona na żonę sąsiada, przysłuchującej się rozmowie, zajętą domowymi czynnościami. Popukała się w głowę, ale niczego nie skomentowała.

-A tak podsumowując, zawdzięczasz coś w końcu systemowi szkolnemu, sąsiedzie, dał ci cokolwiek ten system jako nauczycielowi? Co ci dała szkoła, mówiąc wprost?

-Jak nie, jak tak! – zaperzyl się sąsiad jak Ferdynand Kiepski. Oczywiście, że dała, dużo dała, na przykład przekonanie, że w kraju może zmienić się ustrój, trwa reforma ustrojowa, a system edukacji w najlepsze działa jak za czasów towarzysza Gomułki czy towarzysza Gierka. Najwięcej dały mi posiedzenia rady  pedagogicznej, które jako żywo niejednokrotnie przypominały posiedzenia plenum lub zebrania partyjne i kwitł na nich kult jednostki.

-Przestań sobie kpić, stary ironisto, mów prawdę – doskonale wiedziałam, że jedną z fobii, na jakie cierpiał sąsiad w szkole, były nasiadówy rady pedagogicznej.

-Ależ nie mam najmniejszego zamiaru żartować – oświadczył jak najbardziej serio sąsiad. — Sprawa jest poważna. Posiedzenia rady nauczyły mnie nieziemskiej cierpliwości. Nie mogło być inaczej, jeśli czasem trwały po sześć bitych godzin. Uczyły odporności, człowiek musiał przetrwać jak najmniejszym nakładem wysiłku własnego, bez angażowania umysłu, inteligencji, ale wyłapując te trzy, cztery ważne dla niego informacje.

Najlepiej mieli się ci, którzy dobrze opanowali sztukę drzemania w pozycji słuchającej, ale niestety, zdarzało się, że dekonspirowało ich potężne chrapnięcie i to była katastrofa dla człowieka. Takiego delikwenta natychmiast odpytywano przymusowo z różnych zobowiązań, a na następną radę musiał przygotować sążnisty referat o motywowaniu nauczycieli do pracy. Kiedy czymś jeszcze podpadł dyrekcji, był szykanowany na różne sposoby jeszcze przez lata. Mobbing jest wpisany w ten system, tylko nazywa się go inaczej, podciąga pod motywację.

Póki było można – rozwijał myśl sąsiad – ludzie wypracowali sobie na radach różne formy ukradkowego czytania książek, gazet, poprawy prac uczniowskich, uzupełniania licznych braków w dziennikach lekcyjnych i inne. No i kwitło życie towarzyskie. Rada odbywała się na jednocześnie na dwóch poziomach: oficjalnym, czyli dyrekcja, mowy, referaty, „srowy” i to trafiało w próżnię, i nieoficjalnym: rozkwitała żywa, nieformalna, autentyczna komunikacja międzyludzka. W sali, gdzie odbywało się zgromadzenie konkurowały ze sobą dwa przenikające się rodzaje hałasu. Prawdę mówiąc, grupa nauczycieli, osadzona w ławkach szkolnych, zachowuje się gorzej niż najbardziej rozbrykana klasa. Kiedy poziom hałasu nieformalnego przewyższał poziom hałasu dopuszczalnego, szefowa brała się za reprymendę, czyli traktowała rozbrykane towarzystwo jak najsurowsza nauczycielka klasę. Gdy miała lepszy dzień, co zdarzało się niezmiernie rzadko, wzdychała jedynie teatralnie; „Proszę państwa, no proszę państwa! Jak tak można!” Reprymenda polegała na użyciu odpowiednio mocnych słów i licznych groźbach, od wpisania upomnienia po możliwość dyscyplinarnego zwolnienia z pracy.

Szkoła osiągała dobre wyniki, zasłynęła olimpijczykami i innymi pomysłami, jednak szefowa nie mogła pogodzić się z rzekomą krnąbrnością grona pedagogicznego. W wywiadach prasowych przezywała nauczycieli od „indywidualistów”, maniacko szukała rozwiązań i pomysłów, żeby urobić ludzi na swoje kopyto, no i zasłynęła w mieście i w regionie z nadzwyczaj nowatorskich rozwiązań…

-Kpisz sobie! – nie wytrzymałam.

-Nie kpię – rozeźlił się sąsiad. – Wręcz przeciwnie, byłem nadzwyczaj dumny z pociągnięć szefowej i jej zaufanego kółka. Przecież musiała się w końcu wykazać czymś własnym. Najpierw wpadła na prosty, ale niesamowity pomysł. Wszystkie posiedzenia rady pedagogicznej już nie odbywały się w za ciasnych dla sporego kolektywu pracowniach. Nakazała je odbywać w obszernej auli. Klasa dyżurna ustawiała dwa stoliki z zielonym suknem bliżej drzwi, a po przeciwnej stronie półokrąg złożony z krzesełek, w jednym rzędzie, na którym zasiadali nauczyciele. Od tej chwili widoczni byli jak na dłoni, ba, na parkiecie niemal wyrysowano szereg linii ze strzałkami prowadzącymi do zielonego sukna, tak miał przebiegać wzrok obradujących. Od tej chwili szkoła zaczęła być naprawdę szkołą, chociaż zdarzało się, że zezująca mocno koleżanka została mocno obsztorcowana za nie dosyć uważną uwagę, a słowa szefowej były święte, wymagały nadzwyczajnej kontemplacji, tym bardziej że to szefowa mówiąc, a raczej retoryzując, upajała się pierwsza własnymi frazami, prozodią i podziwiała szczerze za własną doskonałość.

Czasem, po paru godzinach nasiadówy, gdy odegrano całe symfonie gadulstwa, a bóg Morfeusz przypominał o swoich prawach i obowiązkach, mieszało mi się w głowie i zdawało, że nie w auli czy sali gimnastycznej jestem, ale w jakiejś monumentalnej świątyni albo na wiecu partyjnym w Kongresowej w Pałacu Kultury, albo w tajnej loży masońskiej na spotkaniu wolnomularzy.

-Czy wiecie, państwo, co jest symbolem, życia? – popisywała się erudycją Wielka Mistrzyni, a ja budziłem się z letargu.

-Jajo! – syknąłem bezwiednie, ze zmęczenia, oszołomienia ilością przemielonej na radzie głupoty.

Gdyby Wielka Mistrzyni miała pod ręką błoto, zostałbym obrzucony tym błotem dokumentnie. Równie skrzywionej, jakby po wypiciu zepsutego kwaśnego soku z cytryny miny, nigdy dotąd w życiu nie widziałem. Jej najbliższe kumoszki, stłoczone obok niej przy zielonym stoliku jak najsroższa egzekutywa partyjna z lat 60., a wszystkie brzydkie jak podrabiane pokemony, jak wiedźmy z „Makbeta”, patrzyły na mnie tak, jakby chciały mnie rozerwać na strzępy i pożreć na surowo, bo śmiałem przerwać Mistrzyni popis niebywałej inteligencji i zepsułem jej pointę. Swoimi minami i pozami podkreślały, jakie to one są kulturalne, zawsze na swoim miejscu, gotowe służyć władzy do ostatnich sił. Tym bardziej, że żadna z nich nigdy nie osiągnęła żadnego poważniejszego sukcesu w swojej karierze pedagogicznej i nic nie wskazywało na to, że są zdolne do tego.

Takie koleżanki nauczycielki nazywałem „miniastymi” z dwóch powodów: od rodzaju min, jakimi wyrażały swój stosunek do świata, i dlatego, że scysja z nimi to było wejście na minę. Zawsze wolałem nauczycielki w mini, jednak miniówa na nauczycielce w szkole to była rzecz z rzędu tych zagrażających bezpieczeństwu Państwa. Pamiętam jedną młodziutką matematyczkę w takiej miniówie, która na dodatek stroniła od biustonosza i jednocześnie była miłośniczką prześwitujących bluzek, na dodatek często, zakładając nogę na nogę, pokazywała inne swoje głębie. Po pierwszym semestrze pracy, było to jeszcze w poprzednim ustroju, na skutek (podobno) skarg rodziców musiała zmienić pracę.

-No, to mam przesrane! – powiedziałem sobie w duchu, pocieszając się, że przesrane mają niemal wszyscy zgromadzeni w tym miejscu zacni ludzie, bo grono było skłócone, podzielone w dużej mierze na skutek intryg szefowej. I pod pretekstem toalety wyszedłem na papierosa,  z którego zrobiły się trzy.

Najgorszy był fakt, że w tak przygotowanej do konferencji auli nie można było znaleźć ani jednego miejsca, które z powodów strategicznych byłoby lepsze od innych. Z pozycji zajmowanej przez koszmarną szkolną egzekutywę było doskonale widać, kto mimo wszystko ośmiela się czytać gazetę, poprawiać dziennik czy konspiracyjnie szeptać z sąsiadem i co rusz padały groźne ostrzeżenia:

-Koleżanko, ja panią wreszcie zwolnię! Kolego, jest pan doktorem filozofii, a zachowuje się jak magister, wstyd kolego.

Przez długie lata swoich rządów w szkole Wielka Mistrzyni miała jeden wielki dylemat. Otóż pałała niechęcią, nienawiścią, jakąś trudną do określenia urazą do większości nauczycieli, którzy z powodzeniem pracowali z olimpijczykami, doprowadzając ich do tytułów laureata czy finalisty. A była ich wcale liczna grupa. Nie wiadomo, dlaczego, być może kierowała nią zazdrość, zawiść, bo sama nie miała osiągnięć na tym polu, jak i nie miała ich zatrudniona przez nią rodzina? Z wyraźną niechęcią traktowała także zatrudnionych w szkole nauczycieli z tytułem doktora, a tacy zdarzali się rzadko, tą niechęcią zionęła zwłaszcza, gdy doktorat zrobił będąc jej podwładnym, wtedy gotowa była posuwać się do zachowań noszących znamiona mobbingu, aczkolwiek mobbing w szkole jest szczególnie trudny do udowodnienia. Word słowo lobbing poprawia na lobbing i jest to o tyle trafna sugestia, że w wielu sytuacjach Wielka Mistrzymi wyraźnie lobbowała przeciwko pewnym podwładnym i z wyraźną przyganą patrzyła na kontakty nauczycieli z człowiekiem na indeksie.

Skąd się brała owa niechęć szefowej do kolegów przygotowujących z powodzeniem olimpijczyków i do doktorów, dokładnie nie wiadomo. Ze zwyczajnej zawiści – tak, ale w grę wchodziły z całą pewnością potężne kompleksy i narowy osobowościowe.

Tak czy siak miała dylemat: potrzebowała sukcesów i wykwalifikowanej kadry jak tlenu, bo istotna była opinia o szkole twórczej, a doktorzy byli jakby symbolem pewnego poziomu i statusu szkoły. Trwała w tym dysonansie latami, doprowadzając wielu ludzi do płaczu lub szaleństwa, ostatecznie praca z olimpijczykami zeszła na najdalszy margines w hierarchii wartości szkolnych, a ze składu grona pedagogicznego zniknął ostatni doktor.

Nie powiem, szanowała wiedzę i dawała temu wyraz. Razu pewnego kazała nauczycielom przynieść listę kursów i szkoleń, w których uczestniczyli w ostatnich dwóch latach. Z zaświadczeniami, rzecz jasna. Ludzie mieli po dwa, cztery kursy lub szkolenia, jej zaś dorobek był zaiste imponujący w tym względzie – dziesiątki jeśli nie setki papierków. Dumna, patrzyła z pogardą na szkolny plebs, nie zorientowawszy się, że tworzy pedagogiczną science-fiction. Ostatecznie doba dyrektora nie jest dłuższa od doby zwyczajnego nauczyciela.

-Ale ja pytałam, o to, co dała ci szkoła i posiedzenia rady pedagogicznej!

-Toż cały czas odpowiadam – krzyknął urażony sąsiad i zastrzygł wąsem. – Bo to wszystko to była wielka lekcja wiedzy o człowieku, wszystko jak pod kloszem, w laboratorium. Zobaczyłem, jak niewiele trzeba, aby przekabacić spore grono wykształconych przecież ludzi i dowolnie nimi manipulować, w zależności od koniunktury i zachcianek. Szefowa pokazała mi, traczej niechcący, jak wielka może być inwencja ludzka, gdy się tylko naprawdę chce, że człowiek góry przenosi, że w każdym z nas tkwi kawałek Prometeusza, że powiesz Lenin, a myślimy partia.

-Dlaczego kawałek, a nie cały?

-Dlatego, że Prometeusz to mit, a my jesteśmy realni – sąsiad nie zorientował się, że zakpiłam z imponderabiliów, jakie przypisywał swojej niegdysiejszej szefowej. – Ona pokazała mi, jak wspaniale można manipulować pracownikami pod pozorem integracji…

  • Co, jeździliście na strzelnicę? Urządzaliście raz w tygodniu grilla? Popijawę?

-Blisko, ale nie tylko. Jak wspomniałem, szefowa od zawsze uważała nas za zgraję indywidualistów, ludzi krnąbrnych, nieposłusznych, którzy nic nie robią, tylko knują przeciw niej. Była święcie przekonana, że jeśli dwie nauczycielki szepcą sobie coś do ucha, to na pewno przeciw niej, jeśli uczniowie jej nie znoszą, to na pewno za podszeptem nauczycieli. Rygorystycznie pilnowała wykonywania swoich poleceń. Niegdyś bibliotekarka, kupując książki na nagrody na koniec roku, zamiast „O sierotce Marysi”, zakupiła „Brzydkie kaczątko”, co tak rozeźliło dyrektorkę, że urządziła kobiecie godzinną karczemną awanturę na korytarzu pełnym rodziców…

-Takie książeczki dla dzieci kupowali?

-Coś w tym rodzaju, tylko dla licealistów. Bibliotekarka nie dała sobie w kaszę dmuchać, potrafiła nieźle odpyskować babiszonowi, no i skończyła na przedwczesnej emeryturze. Ale ja miałem nie o tym, ja w celach socjologicznych chłonąłem wzory propagowane przez nawiedzoną szefową. Przynajmniej raz do roku próbowała ona zmobilizować całe grono do wyjazdu z okazji Dnia Nauczyciela a to na ognisko i pieczonki w górki, a to do teatru i jakiejś knajpki w innym grodzie, a to przynajmniej na przyjątko w szkole. Zaproszenia były z rodzaju tych „nie do odrzucenia”, grono jednak w większości olewało starania szefowej o jedność, równość i braterstwo. Wiadomo, z takich zakrapianych pieczonek nic dobrego nie może wyjść, niegdyś jednak, choćby w czasach PRL, „imprezy” to była dla dyrektorów znakomita okazja do poznawania możliwości nauczycieli, rozeznania „swój” czy „obcy”…

No więc na wyjazdy integracyjne wyjeżdżała garstka. Najbardziej zaufani i najbardziej bojący się. Szefowa zaczęła więc, po akademii i uroczystościach z młodzieżą, urządzać spotkania na stojąco w szkole. Z bogatym catheringiem, były nawet małże i policzki, czegoś takiego dotąd polska szkoła, a przynajmniej ta szkoła nie widziała, a ty pytasz, czego się na radach nauczyłem!

Sprzątaczki jednak miały co dźwigać do domu, bo mimo nowoczesnej, korporacyjnej formy i atrakcyjnego żarcia nauczyciele jakoś szybko znikali z „party”. Oczywiście, były wyjątki, są tacy ludzie, którzy na widok zastawionego stołu dostają napadu głodu, choćby to było zaraz po obiedzie. Toteż w godzinę od rozpoczęcia bankietu na sali można było jeszcze zobaczyć kilka postaci słusznej postury płci obojga mielących gębami, bulgocących od nadmiaru napojów lub czkających, lecz z perspektywy dyrekcji byli to ludzie w zasadzie nieprzydatni, tym bardziej że przeważali nauczycielscy emeryci, którzy chcieli się po prostu najeść i wychylić darmow lampkę szampana.

Integracja cateringowa szybko wzięła więc w łeb, nie pomogła obecność ośmiorniczek i profesjonalnych kelnerów. O ileż sympatyczniejszy i pełniejszy wyraz miały przyjęcia organizowane dla nauczycieli przez rodziców uczniów w szkole okresu Polski Ludowej! Ale to inna historia.

Za to dyrekcja była jak Mao. Zamiast tradycyjnego jednego posiedzenia rady pedagogicznej pod koniec sierpnia, przed rozpoczęciem roku szkolnego, zorganizowała trzy pod rząd, dzień po dniu. Najnowszych zarządzeń ministerialnych i kuratoryjnych, jak zwykle, nie było, zatem az trzy posiedzenia rady, każde po pięć godzin, były formą reedukacji niesfornej bandy nauczycielskiej. Szefowa rozporządziła, że trzeba było przeczytać wszystkie dotychczasowe obowiązujące w szkole rozporządzenia, ustawy, regulaminy, programy itd., a było co czytać.

Czytało się na zmianę. Dyrekcja jednak co rusz musiała opuszczać to ważne zgromadzenie, by wykonać parę swoich normalnzch obowiązków i wielu czytających podkręcało tempo lektury do granic niezrozumiałości, później ktoś wpadł na pomysł, żeby czytać szybko co trzecią stronę i ostatecznie grono się zreedukowało. Za cichym przyzwoleniem wicedyrektorki. Szefowa nie była w ciemię bita, miała swoich informatorów (to ci, co czytali dokumenty szkolne jak pan Bóg kazał) i  na trzecim z tych posiedzeń zagroziła, że zrobi kolokwium z prawa szkolnego, jednak sprawa rozeszła się po kościach, bo jak co roku poszły słuchy, że ją chcą zrobić konkurs i ją zwolnić.

Ale ona była nie wiedzieć czemu zbyt mocna. I zbyt cwana. Tak jakby nie było na nią silnych. Była wybitną specjalistką w zbieraniu informacji o ludziach, czytaj podwładnych. W informacji postrzegała źródło i podstawę silnej władzy. Wpadła na szatański pomysł: przez lata maturzyści, kończąc pisanie ostatniej matury, mieli możliwość wypełnienia sążnistych anonimowych ankiet, które już na nich czekały. Nie było przymusu, wypełniał, kto chciał, jednak dla wielu absolwentów był to sposób na „zrewanżowanie się” nielubianym lub zbyt wymagającym belfrom, wyżywali się więc niesamowicie. Zresztą „ankietownictwo” w szkole kwitło na co dzień, dyrekcja do spółki z egzekutywą, mając nawał obowiązków, z nadzwyczajną gorliwością pełniła także rolę szkolnego ośrodka badania opinii publicznej.

Ale najważniejsze: zrewolucjonizowała posiedzenia rady pedagogicznej całkowicie, bliżej niż do „posiedzeń” zaczęło być radom do ćwiczeń joga. Otóż każde spotkanie w auli zaczynało się od części integracyjno-motywacyjno-mobilizującej. Ilość pomysłów dyrekcji i egzekutywy była imponująca.

Kiedyś – ciągnął opowieść sąsiad – podzielono grono na dwie grupy. Ludziom z pierwszej zawiązano ściśle oczy czarnymi opaskami i przyczepiono na plecach arkusze papieru A-4. Ślepcy chodzili „luźno”  po auli, zadaniem ludzi z drugiej grupy było podchodzenie od tyłu i wpisywanie „czegoś miłego” na kartce papieru. Czego? Nie wiem. Ja biologicy wpisałem „Pieprzę ślimaki”, a nauczycielowi wf „na setkę 18,2 sek.”. Zauważyłem, że na kartkach było sporo „ciekawych” deklaracji. Po jakimś czasie grupy zmieniały role. Czemu dokładnie zabawa ta miała służyć, poza faktem, że parę kobiet się rozpłakało, nie wiem, lecz pewnie miała głęboki sens. Zauważyłem, że wywołało ono u niektórych kolegów wstrząsy katarktyczne, chociaż prawdopodobnie miało tylko łagodzić obyczaje. Szefowa nie nadstawiła swoich pleców, o nie, ta czynność była jej zdecydowanie obca.

Innym razem ćwiczenia grupowe przygotował wuefista Sierpniak. Podzielił ludzi na 5 grup, zarządził, że każda grupa leci (umownie) innym samolotem, samoloty rozbijają się na pustyni i w puszczy, ale ludzie przeżyli. Grupa ma wyłonić lidera, skonsultować sprawę ze współpasażerami i zaproponować, jak szukać ratunku, oznajmić radzie, do jakich konkluzji doszli. Oczywiście zdecydowana większość zdecydowała się na wersję „jak najszybciej spieprzać z miejsca katastrofy, wszystko jedno gdzie”, co dało szefowej mnóstwo satysfakcji, z ironią i pogardą w głosie przez godzinę sarkastycznie komentowała głupotę pasażerów nauczycieli, a wuefista triumfował.

-Co do mnie – żachnął się sąsiad – myślę, że nauczyciele polscy rzadziej niż inne grupy zawodowe latają samolotami i mniej się rozbijają po pustyniach, być może tu  tkwiła przyczyna lotniczej indolencji. Ale dopuszczenie takiego ćwiczenia jako kształcącej zabawy dla nauczycieli to był majsterszczyk – zachwycał się, bo sława szkoły rosła.

Każde posiedzenie rady przygotowywała klasa dyżurna i część uczniów przebywała w szkole do zakończenia, by podać herbatę, porozstawiać krzesła i td. Wcześniej nie można się było doprosić paru, żeby pomogli, czynili to niechętnie, z obowiązku. Od kiedy wprowadzono rewolucję i ćwiczenia motywacyjne, uczniów nie dawało się …wyprosić. Ściśnięci w drzwiach do auli przyglądali się z ogromnym rozbawieniem wyczynom swoich pedagogów i szefowa nieraz ich obsztorcowała. Widać było także zaciekawione twarze sprzątaczek i pracowników obsługi szkolnej.

Tak było na przykład wtedy, kiedy nasza szkolna egzekutywa wymyśliła na początek jakiejś rady turniej tanga argentyńskiego. Warunek, wymuszony demografią, był następujący: każdy pan tańczył naraz z tyloma paniami, ile mu przypadło w wyniku podziału pań przez ilość mężczyzn i w wyniku losowania. Żadnego wybierania towarzyszek, los decydował o wszystkim! Był jeszcze drugi warunek: nie puszczano żadnej melodii, zespoły (bo nie pary) musiały same sobie śpiewać i pamiętam, że największym powodzeniem cieszyło się tango „Ta ostatnia niedziela”, może dlatego, że większość kolegów odśpiewywała ją z niejakim podtekstem, co zaraz wychwyciła Wielka Mistrzyni, próbując bezskutecznie przejść na „La Cumparsitę”.

Taniec oceniały wiedźmy z egzekutywy, wygrali korpulentny informatyk tańczący z geograficzką, pedagożką i jedną z wielu polonistkek. Mnie przypadł wątpliwy zaszczyt zatańczenia z lekko kulawą katechetką na stażu, emerytowaną rusycystką na pół etatu i w miarę ponętną fizyczką na cały etat, ale w tańcu jestem noga, nawet jeśli tańczę z trzema kobietami na raz. Nagród nie przyznawano, ale ważny był fakt, że sukces wpływał na morale, nawet księża, jeśli nie udało im się zwolnić pod pretekstem pogrzebu czy chrzcin, musieli zatańczyć. No i była to forma treningu przed balem studniówkowym.

Lecz ze studniówkami też był permanentny kłopot, przygodziło na nie mniej niż jedna czwarta nauczycieli i nie pomogło nawet przeniesienie tego tradycyjnego balu do najbardziej kiczowatych i obciachowych lokali w mieście.

Nie będę tu wymieniał wszystkich zabaw integracyjnych, jakie pamiętam, zwłaszcza takich jak banalne przeciąganie liny przez wylosowane zespoły damsko-męskie. Najbardziej chyba czadowy początek rady pedagogicznej był wtedy, kiedy egzekutywa zaproponowała wyścigi w nader ciekawej formie.

W auli na długości 25 metrów wytyczono cztery tory, jak na basenie pływackim. Koledzy żartowali, że nie wzięli strojów pływackich, ale tak naprawdę zżerał ich niepokój, co będzie, czy trzeba się rozebrać. Nie było tak źle. Wylosowano grupy startowe po cztery osoby. Wyścig odbywał się na czworakach, ale utrudnienie polegało na tym, że każda zawodniczka i każdy zawodnik trzymali w buzi łyżkę, a na niej surowe jajo w skorupce. Te jaja były jakąś obsesją szefowej! Starterem uczyniono księdza, który z powodów religijnych nie mógł uczestniczyć w zawodach. Jedna pani z egzekutywy czarownic liczyła czasy zwycięzców. Zgubienie jajka oznaczało dyskwalifikację i pisanie referatu na następną radę. Można się było rozebrać, ale nikt jakoś z oferty tej nie skorzystał.

To były pasjonujące zawody i piękne widoki. Panom ze spodni wystawały jakieś prostackie kalesonki, eleganci ścigali się w rozpiętych marynarkach, które bardzo dobrze froterowały parkiet w auli, miny mieli wykrzywione od ściskania w gębach łyżki. Poleciało parę zębów. Panie, zwłaszcza te, które nosiły się krócej, pokazywały całą galerię majtek w różnych kolorach, z przejęcia rozpinały im się i wychodziły spod spódnic bluzki, ukazując ferię biustonoszy, stękały w trakcie gonitwy bardziej od mężczyzn, za to na mecie stękanie zamieniało się w coś w rodzaju głośnego orgazmu. Widoki były komiczne, zdarzało się, że zwycięzca biegu osiągał metę z przewagą 15 metrów nad drugim zawodnikiem, urywały się fragmenty garderoby, młodzież dyżurna zgromadzona przy drzwiach wyła ze śmiechu, jajka turlały się po sali i rozbijały.

Moją faworytką była niepozorna nauczycielka fińskiego. Wysforowała się szybko przed trzech rywali i uzyskała najlepszy czas dnia. Cóż to był za bieg w wykonaniu tej współczesnej przedstawicielki plemienia Suomi, tej reprezentantki bałtyckofińskiej grupy fińskiej rodziny języków ugrofińskich! (w szkole, obok fińskiego, uczono też estońskiego, ale Estonka była sztywna jak pal Azji i zdystansowana do wszystkiego, w dodatku nie za ładna). Szybkość, gibkość, elastyczność, pięknie pracująca kształtna pupa, gracja łydek i podudzi, no i te jej piersi – mówię o nauczycielce fińskiego – zastrzegł sąsiad. Po trzech metrach biegu biustonosz zawodniczki wyzwolił się spod jarzma bluzki, dwie piękne półkule wyzwoliły się spod dyktatu biustonosza, uwolnione piersi dygotały rytmicznie prawem pędu i grawitacji, jakby dla dodania szybkości i zmysłu równowagi zawodniczce. Cóż to był za bieg! Nie ważne, że historyczka poślizgnęła się na rozbitym jajku i złamała nogę, nie ważne, że w zawodach nie wystartowała szefowa. Widok migających piersi nauczycielki fińskiego i brodawek bezbłędnie wyznaczających kurs wynagrodził wszystkie wyrzeczenia.

-I jest to jedyne w zasadzie warte uwagi wspomnienie dotyczące władzy i kolegów z tamtego etapu mojego życia – zakończył sąsiad. Trzeba umieć zwracać uwagę na coś, co jest pozornie niepozorne. W najmniejszej szarej myszce mogą tkwić na co dzień niepostrzegane pokłady prawdziwego piękna i woli. Nawet Kopciuszek stał się piękną i dobrze ustawioną królewną, chyba że mnie pamięć zawodzi.

I dodał: sława szkoły zatoczyła wielkie kręgi, wyszła poza powiat, ba, poza województwo, sięgając Karpat i Bałtyku. Zaczęły pojawiać się wieści, że niebawem w szkole, w ramach motywacji, odbędą się zawody w tańcu na rurze, a nauczyciele będą strzelać się, wykorzystując siebie jako żywe tarcze. Że zawody jak zwykle poprzedzi losowanie, kto zostanie strzelcem, a kto żywą tarczą. Nie wiedzieć czemu, nagle owe ekscentryczne eksperymenty zakończyły się. Za to zaczęło się dziać wiele innych ciekawych i zaskakujących rzeczy, ale o tym opowiem przy innej okazji.

Michał Waliński

14 października 2015 roku

PS. Osoby, miejsca i wydarzenia w opowiadaniu są fikcyjne. M.W.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii edukacja, szkoła i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s