Suplementy diety, parafarmaceutyki. Czy z powodu reklamy umierają niepotrzebnie ludzie?

Pytanie w tytule brzmi prowokacyjnie, co nie znaczy, że nie warto go postawić.

W tym miejscu, uczciwie zaznaczam, będę pisał nieco tendencyjnie w stylu „uogólniającym”: „ta niedobra, wstrętna reklama” „reklama jest zła”. Jest to poniekąd niesprawiedliwe, w każdym razie nie interesują mnie pozytywne przykłady reklamy. To koncerny i firmy tworzą produkty, które chcą sprzedać i na których chcą zarobić. Znalezienie sposobów na zainteresowanie produktami rzesz potencjalnych klientów powierzają innym koncernom i firmom, agencjom reklamowym, które tworząc reklamy, a więc też produkty, również chcą zarobić (notabene same siebie reklamują, jeśli chcą utrzymać się na rynku). Pojawiają się w związku z tym pewne niełatwe do rozstrzygnięcia kwestie: jeśli określona reklama budzi na przykład jakieś zastrzeżenia lub wątpliwości natury etycznej, to kto za to de facto odpowiada – agencja reklamowa czy producent?

supl kiczReklama może być wspaniałym, oryginalnym dziełem sztuki i jednocześnie paskudztwem i świństwem. Czymś nagannym w dwóch przynajmniej aspektach: będąc dziełem wątpliwym pod względem estetycznym, kalekim, szmirowatym, kiczowym, wulgarnym lub poprzez fakt, że – stosując określone tricki – namawia konsumenta do zakupu produktów przynoszących szkodę temu konsumentowi albo promując – poprzez zachęty do określonego zakupu – zachowania niebezpieczne dla tego konsumenta. Słowem – w sytuacjach, kiedy łamie pewne zasady etyczne. Aspekt „szmirowatości” dotyczy ogromnej ilości reklam i w tym momencie mniej mnie interesuje, aczkolwiek ma on istotny negatywny wymiar społeczny (kształtowanie niskich gustów masowej publiczności). Zajmuje mnie natomiast problem bardziej wymiernych i spektakularnych szkód, jakie może wyrządzić reklama, aczkolwiek pomijam takie sytuacje, gdy promuje ona na przykład doroczne dni wyprzedaży (zwłaszcza USA, Wielka Brytania), a w marketach wyprzedażowych w godzinie otwarcia, trup ścieli się gęsto – i nie jest to metafora.

Otóż pozwalam sobie sformułować hipotezę, że za ogromną ilość niepotrzebnych zgonów w Polsce,  chorób, kosztów leczenia i rehabilitacji, wynaturzeń cywilizacyjnych, ale w pewnej mierze także za bezpieczeństwo rodaków, szczególnie dzieci i młodzieży, odpowiada rozpanoszona w mediach i w pejzażu do monstrualnych granic reklama określonych produktów, w różnych swoich postaciach. Być może właśnie reklama, ze względu na swoją nadobecność i wszechwładność, stosowane w niej przemyślne techniki perswazji, odpowiada za większą ilość niepotrzebnych zgonów w Polsce niż zgony z powodu smogu, wypadków drogowych? Nie wiem, na ile można obwiniać samych producentów tych wyrobów, a na ile instytucje, które zezwalają na ich dystrybucję. Niewątpliwie także, gdyby państwo poważniej traktowało telewizję (i radio) publiczną, kładąc nacisk na pełnienie przez nią misji, z rynku zniknęłaby duża część przekazów reklamowych – z pożytkiem dla zdrowia, także psychicznego, odbiorców.

Olbrzymi obszar realizowanej w mediach reklamy dotyczy suplementów diety, paraleków, po prawdzie – też lekarstw, tyle że sprzedawanych bez recepty, a więc bez prawie żadnej kontroli. Wiąże się to z ich totalną, niczym niekrępowaną dostępnością, w praktyce także dla dzieci i młodzieży. Zawalone są nimi apteki, punkty farmaceutyczne, sklepy zielarskie, markety Polsce  dotyczy suplementów żywności, parafarmaceutyków, osiedlowe spożywczaki, stacje benzynowe, punkty kolportażu prasy, nie wspominając o sklepach internetowych. Kuszą nas efektownymi opakowaniami i efektownymi trickami reklamy w zasadzie wszędzie – w  telewizji, radiu, prasie (zwłaszcza kolorowej), Internecie, z billboardów na ulicach itp. Również w wypadku suplementów diety i piguł bez recepty najwidoczniej na popyt wpływa korzystnie kojarzenie ich z erotyzmem i nagością. Reklama środka przeciwbólowego w wykonaniu „cierpiącej” na migrenę atrakcyjnej nagiej niewiasty to chleb powszedni, zaś reklama środków na celllulitis, brzydkie pięty, cudownych tabletek na potencję lub reklama kosmetyków, które same w sobie stają się często parafarmaceutykami, bez erotyki się nie obędzie. W tym wypadku twórcy reklamy nie mają żadnych zahamowań, uczciwie jednak trzeba zaznaczyć, że spora część reklam to towar importowany (co komicznie wygląda, gdy na przykład występującej w niej niemieckiej aktorce nie da się idealnie włożyć usta tłumaczenia w wydaniu polskiej lektorki).

Szczególnie w supermarketach paraleki wystawiane są do sprzedaży bardzo sprytnie: zalegają, wraz z innymi „niezbędnymi” towarami, jak lotto, guma do żucia, prezerwatywy, cukierki, bibułki i  maszynki do papierosów, papierosy, specyficzne napoje gazowane, miejsca przy wejściach do kasy tak, żeby klient sięgnął po coś i kupił w ostatniej chwili, uczynił to na wszelki wypadek. Jakże często paraleki leżą w witrynach kiosków, na pełnym słońcu, w upale, co niewątpliwie dodaje im wartości leczniczych. Producenci i marketing robią wszystko, żeby wymuszać kupno tych specyfików. Klient zazwyczaj odruchowo (co podkreślam) kupuje.

supl efekt opakow

[PDF] Kreatin je steroid? Nenechte se zblbout,Suplementy a jejich význam II.
http://www.jakcvicit.com644 × 264Wyszukiwanie obrazem
Nenechte se zblbout,Suplementy a jejich význam II.

Nie trzeba specjalnych doświadczeń, żeby zauważyć, iż najpopularniejszą tabletką wśród Polaków jest tabletka „na ból głowy” (tak się ją potocznie nazywa). W sytuacjach domowych, towarzyskich, w miejscach pracy, przejęła ona w pewnym sensie rolę cukierka lub czekoladki, ewentualnie papierosa, którymi można poczęstować innych. Do pewnego stopniu taką rolę pełnią także popularne antybiotyki i niektóre paraleki, często puka się do sąsiadki, żeby pożyczyła jakieś tabletki „na ból”. Co do antybiotyków lub środków uspokajających/nasennych, aby je dostać, teoretycznie potrzebna jest recepta, jednak tylko teoretycznie. Łatwo je kupić na …bazarach czy w Internecie (sporo importu ze Wschodu). Jak i wiele innych.

Tzw. suplementy diety, paraleki (a więc w rzeczywistości sporo stricto leków) nie wymagają od odpowiednich służb państwowych kontroli tak rygorystycznych jak normalna żywność. Podam więc może prosty sposób na zrobienie szybkiej i wielkiej kasy (trzeba mieć środki na rozruch, jednak można pomyśleć o start-upie): stwórz ekipę do zbierania krzemieni (takich kamyczków), pomyśl o odpowiedniej maszynie do ścierania ich na pył, proszek ładnie i kolorowo opakuj, zasugeruj, że pomaga na wszystko, a szczególnie na włosy i kości, i obserwuj, jak ci konto w banku rośnie. To samo możesz zrobić z proszkiem z suszonych dżdżownic chińskich, zarobek będzie większy. Nie musisz się wysilać, możesz użyć w zastępstwie dżdżownic polskich, bo kto je tam rozpozna. Wyłóż „co nieco” na reklamę w telewizji. Zainwestuj w efektowne opakowanie paraleku. Frajerzy wykupią na pniu, jak większość suplementów. Jednak preparat podsycający nadzieje ludzkie w niebanalnych przypadkach raka może być także dziełem nawiedzonego i nieodpowiedzialnego profesora specjalizującego się w torfie.

Tak zwanym suplementem diety może być w zasadzie wszystko. Wystarczy znaleźć surowiec, pomysł marketingowy, nie trzeba nawet być farmaceutą lub chemikiem. Człowiek bez właściwości, lecz z inwencją może zacząć produkować nie tylko suplementy, ale też kremy lub emulsje i stać się filarem damskiego przemysłu kosmetycznego, w tym jednak wypadku warto mieć markowe nazwisko, na przykład aktorskie. Bezczelny dwudziestolatek może zrobić na jakiejś maści wielomilionową fortunę, robiąc klientów w przysłowiowe bambuko.

Bez żartów jednak. Sprawa jest poważna. Polacy są drugą, bodajże po Amerykanach, nacją pożerająca najwięcej suplementów diety, paraleków i leków na świecie. Wydają na to wiele miliardów złotych rocznie. To, w jaki sposób człowiek wydaje swoje pieniądze, jest oczywiście jego prywatną sprawą – jesteśmy wszakże ludźmi wolnymi. Jednak dystrybucja i konsumpcja suplementów diety to już nie tak całkiem prywatna rzecz. Zakładam, że bez odpowiedniej reklamy wiedza o tych środkach w społeczeństwie byłaby znikoma, zaś zdrowie tego społeczeństwa w o wiele lepszej kondycji.

Wszystko wskazuje na to, że gargantuiczna konsumpcja suplementów diety, aczkolwiek nabywcy kierują się przede wszystkim troską o zdrowie własne i swoich rodzin, bynajmniej temu zdrowiu nie służy, a wręcz przeciwnie, bardziej szkodzi niż pomaga ludziom. Powtórzę: suplementy i paraleki, niby zapewniając doraźną ulgę cierpiącym, usypiając de facto czujność, skłaniają ludzi do rezygnacji z wizyt u lekarzy. Nie ma – może poza wyjątkami sięgającymi (to moja subiektywna opinia) – żadnego racjonalnego i medycznego uzasadnienia dla istnienia i konsumpcji suplementów. Mamy kolejny paradoks: masowe sięganie po owe środki przez Polaków (konsumpcja rośnie lawinowo z roku na rok) jest niby wyrazem troski o zdrowie i jednocześnie – in extenso – zdrowiu temu nie służy.

Paradoks tym większy , że Polacy także na inne sposoby troszczą się coraz bardziej o swoje zdrowie: ostatnia „Diagnoza społeczna 2015” prof. Czapińskiego wykazała, że wzrosła ilość łapówek dawanych lekarzom i ich wartość, chodzi o to, żeby ominąć kolejki do przychodni i szpitali. Zatem przy okazji można założyć, że gdyby służba zdrowia w Polsce była bardziej sprawna i wydajna, konsumpcja suplementów byłaby w większym stopniu konsultowana przez fachowców i prawdopodobnie czyniła mniej szkód (pomijam fakt, że wielu lekarzy, z niewiedzy, braku kompetencji, zwyczajnego lenistwa zaleca pacjentom zażywanie suplementów; nie bez winy w kwestii niekoniecznie niezbędnej dystrybucji pewnych leków i suplementów są też znane techniki marketingu stosowane przez firmy farmaceutyczne wobec lekarzy).

Jeśli człowiek w miarę prawidłowo się odżywia, jest zdrowy, nie choruje, nie leczy się na poważne choroby, nie uprawia sportu ani forsownych ćwiczeń, prowadzi regularny tryb życia, żadne suplementy diety nie są mu w zasadzie potrzebne, a już na pewno zbędne jest przyjmowanie w nadmiarze witamin i większości minerałów. Skądinąd, częste niedobory niektórych z nich, jak magnezu, też można uzupełniać dietą, nie zaś pastylkami naszpikowanymi nie tylko magnezem, ale innymi ingrediencjami. Gdy człowiek odżywia się normalnie, je chleb, warzywa i owoce, niechybnie dodatkowych witamin i minerałów nie potrzebuje, natomiast ich nadmiar bez problemu wydala z organizmu i jest OK.

Tymczasem suplementy słono kosztują, a kupują i konsumują je przede wszyscy ludzie w miarę zdrowi, niekoniecznie bogaci, może przemęczeni pracą, zagonieni, inwestujący w swoje kariery, może niedospani lub przestraszeni potencjalnymi skutkami pewnych zjawisk i przyczyn obejmującymi wszystkie dziedziny życia, którymi straszy (tak, właśnie straszy!) ich reklama, która jednocześnie oferuje wspaniałe antidota na owe nieszczęścia, czyli np. bóle głowy i niemal wszystkich innych części ciała, na gazy i zgagę, marskość wątroby, perystaltykę jelit, wrzody, trądzik, kamień nazębny, upławy, łupież, łojotok, hemoroidy, cellulitis,  piegi, złe samopoczucie z powodu złej pogody, przykry zapach z ust, kołatanie serca, pamięć, rozstępy, cellulitis, odciski, swędzenie, pieczenie, twardość brzucha, kolki nerkowe i co tylko chcesz. Czekam z utęsknieniem na tabletkę „na bóle egzystencjalne”.

Natura ludzka jest, jaka jest, ludzie niejako z góry zakładają, że będą prowadzić raczej „grzeszny” niż siermiężny i wstrzemięźliwy żywot pod względem żywieniowym i fizycznym, często kupują więc suplementy na zapas i łykają je niejako nawykowo. Tak właśnie, jak zaleca w reklamie pewna starsza gwiazda serialu „Klan”: żryj dobre żeberka i smażone mięsa w dużej ilości, dlaczego miałbyś pozbawiać się uciech życia, ale zażywaj regularnie środek X „na wątrobę”. Skądinąd w inkryminowanych reklamach denerwuje wątek obżarstwa wspomaganego suplementami na wątrobę i trzustkę zwłaszcza.

Z reguły nie kończy się na skromnym zażywaniu jednego suplementu/leku, bierze się ich kilka lub kilkanaście jednocześnie, bo reklama wmówiła człowiekowi, że są panaceum na wszystko, najznakomitszym produktem współczesnej alchemii. Zważmy wszakże, że istnieje tendencja do witaminizowania bez umiaru niemal wszystkich suplementów diety, czyli ich konsument zażywa w nadmiarze  mnóstwo chemicznych trucizn, wierząc, że się leczy lub wspomaga. Najczęściej też ten sam konsument w marketach bacznie sprawdza zawartość niepożądanych środków w jedzeniu i odrzuca podejrzane produkty, bo tak go nauczyła pani z telewizji.

Jestem głęboko przekonany, że przyczyny wielu rodzajów raka wiążą się z głupawką „prowitaminową” i „promineralną” ludzi. Medycyna niby coraz lepiej z rakiem sobie radzi, lecz w sumie obserwujemy wzrost zachorowań i zgonów z powodu chorób onkologicznych  Nasza cywilizacja jest cywilizacją nadmiaru, co i widać nie tylko w ilości samych suplementów na rynku, ale też ilości „dobroczynnych” extra składników ładowanych do poszczególnych śrdoków. Musimy pamiętać również, że na różne sposoby wzbogaca się (witaminizuje, mineralizuje, wstrzykuje odpowiednie kwasy i substancje) normalne (?) rodzaje żywności – to taki rodzaj współczesnej niezweryfikowanej naukowo mody.

supl ginmekol 2

Jakich pytań nie powinien zadawać ginekolog? – Forum MedSOS.pl – http://www.medsos.pl640 × 480Wyszukiwanie obrazem 17698793.jpg · Ginekolog-wizyta-u-ginekologa20402659.jpg

Bardzo wielu ludzi, z najrozmaitszych przyczyn, nie korzysta w ogóle z pomocy służby zdrowia, wielu odkłada w nieskończoność wizytę w placówkach medycznych, lecząc bóle głowy i inne schorzenia na własną rękę, inspirując się wyłącznie reklamą cudownych specyfików (ewentualnie przy pomocy dr. Google’a i znachorów). Owszem, wiele banalnych bólów można w ten sposób uśmierzyć, wyeliminować na jakiś czas (bo przecież nie wyleczyć), jak i wielu banalnych schorzeń i nieprawidłowości w funkcjonowaniu organizmu można się na chwilę „pozbyć”. Oszczędza się (czas, pieniądze) na interniście, kardiologu, ginekologu, neurologu, reumatologu, specjaliście od chorób wewnętrznych, chirurgu naczyniowym i in.

Trzeba jednak zadać niebanalne pytanie: ile tych prób „samoleczenia” dotyczy przypadków bynajmniej niebanalnych, a kryją się za nimi poważne schorzenia, wady organizmu, które grożą śmiercią? Takie tętniaki? Poważne choroby żołądka?  Za wysokie ciśnienie? Podstępnie rozwijająca się cukrzyca? Są chorzy, wcale liczni, którzy na własną rękę, przy pomocy indiańskich ziółek lub znachorów, „leczą” raka, negując absolutnie medycynę konwencjonalną.

Ilu ludzi korzystających z ufnością z suplementów i paraleków trafia do lekarza w momencie, kiedy w zasadzie jest już za późno na efektywne leczenie? Jakimi kryteriami zmierzyć odpowiedzialność za nasze zdrowie i życie koncernów i firm produkujących parafarmaceutyki i reklamujących je na taką skalę?

Najbardziej przerażający aspekt związany z owym przemysłem „farmaceutyczno”-reklamowym wiąże się z faktem, że ogromna ilość suplementów kierowana jest – via matki – do dzieci (w tym do niemowląt), a także do matek w ciąży, „zwalniając” jakby owe matki z niektórych czynności opiekuńczych polegających na wizytach u pediatry i lekarzy specjalistów. Na zagadnienie to można spojrzeć poprzez szereg przykładów, rozważmy więc taki: czy istnieje związek przyczynowo-skutkowy między reklamowaniem cudownych past do zębów i elektrycznych szczotek, epidemią próchnicy u polskich dzieci i nastolatków oraz nagłymi zgonami pozornie zdrowych uczniów w czasie ćwiczeń na lekcjach wf w szkołach? Albo zapytajmy, czy dzisiejsze matki nie traktują niemowląt aby zbyt szczodrze suplementami diety i lekami bez recepty? Poczynając od mleczek naszpikowanymi sztucznymi dobrami, prawdopodobnie także uzależniającymi bobaski od konkretnego papu? W wielu domach tradycyjny cukierek został zastąpiony drażetką (lizakiem) witaminizowaną i setkami witaminizowanych napojów gazowanych. Śmiem twierdzić, że konsumpcja samego tylko cukru byłaby zdrowsza, nie mówią o miodzie

Dotknąłem niechcący tajemniczej kwestii: czy nie jest tak, że niektóre leki, suplementy, rodzaje (niezdrowej) żywności – albo same w sobie, albo na skutek tajemniczych dodatków – uzależniają konsumentów? Stawiam jedynie teoretyczne pytanie, bo nie mam na ten temat żadnej pewnej wiedzy. Może coś podpowiedzą tu dzieje coca-coli, a może popularność tauryny.

supl baton

Kanapka, baton. Oto co najczęściej jemy w pracy – Finanse – WP.PL finanse.wp.pl660 × 317Wyszukiwanie obrazem (fot. thinkstockphotos)

Jednak suplementy diety i leki bez recepty to nie jedyny grzech reklamy. Szereg reklam promują z powodzeniem najrozmaitsze rodzaje niezdrowej żywności, poczynając od batonów energetycznych w formie …kanapek niezliczonych rodzajów nafaszerowanych różnym gównem chipsów. Czy producenci piw mają świadomość, że niektóre reklamy tego napoju (zwłaszcza w telewizji) lansują niezbyt bezpieczne rodzaje zachowań społecznych (ich podstawą jest wyraźnie nadużywanie alkoholu, w tym wypadku piwa, przez określone grupy społeczne, nie tylko grupy młodych mężczyzn; lansowanie pewnego sposobu spędzania wolnego czasu). Jednocześnie zabrania się reklamowania cydru, napoju o mniejszej zawartości alkoholu i zdrowszego, traktując go dokładnie tak, jak spirytus czy wódkę. Czy reklamy samochodów aby zbyt często nie  dają odbiorcom, szczególnie młodym, złudzenia, iż współczesny samochód zawsze, w każdej sytuacji,  prowadzi się szybko, wygodnie, bezpiecznie i bezkolizyjnie, zwłaszcza gdy prowadząc go przytula się laskę? Taki motocykl czy skuter to nadzwyczaj bezpieczna zabawka? Jak to się ma do kolosalnej liczby wypadków drogowych w Polsce? Popatrzmy też na potężny dział reklamy banków, parabanków i kas pożyczkowych oferujących łatwe, szybkie i „bezpłatne” pożyczki? Czy aby wiele samobójstw nie jest konsekwencją nie tylko bezrobocia, lecz i pułapek kredytowych?

Tak w ogóle warto też spytać o młodzież: jaki model, styl życia wpajają jej reklamy i jakie są skutki (zdrowotne, psychiczne, psychologiczne, socjologiczne) lansowania tego modelu (tych modelów) życia? Jaki jest wpływ reklamy na wyznawane przez społeczeństwo system (?) wartości?

Musimy niemniej zauważyć i podkreślić pewną prawidłowość: reklama sugeruje nadzwyczaj łatwą drogę, drogę „na skróty” do pewnych konkretnych i zarazem atrakcyjnych celów (zdrowie, pieniądze, dobra konsumpcyjne, wakacje, wspaniałe święta), jednak absolutnie milczy na temat potencjalnych „zobowiązań” odbiorcy. Można odnieść wrażenie, że reklama to jeden wielki Święty Mikołaj, a św. Mikołajowi nie musimy niczym rewanżować i odwdzięczać. Biorę łatwy kredyt, uszczęśliwiam się i rodzinę, i wierzę kredyt sam się jakoś spłaci, bo reklama podtrzymuje we mnie taką iluzję.

Może warto więc mówić o reklamie również w kategoriach czynnika rujnującego życie rodzinne i społeczne i podliczyć koszty tego procederu? Mimo że sama reklama tworzy wrażenie raju rodzinnego i społecznego, w którym nawet kwestia wzwodów i orgazmów jest bezproblemowa i idealnie uregulowana? Problem w tym, że ludzie w to wszystko wierzą. Reklama wydaje się ponosić główną odpowiedzialność za charakterystyczne dla dzisiejszych czasów „odrealnienie” świata, stworzenie w mentalności ludzkiej wizji niebiblijnego raju. W sztuce identyfikacji iluzorycznych najczęściej rzeczy, jakie projektuje nieustannie  reklama pod wpływem wytwórców, dzisiejszy konsument dóbr wszelakich, od realnych po utopijne, pobił wszelkie rekordy głupoty. Jednocześnie dawno już na dalszy plan zeszły wartości duchowe (alarm w związku z tym podnosili już badacze kultury masowej w latach 40. I 50. XX wieku), o nich w reklamie prawie się nie mówi, a nawet jeśli, to mając na względzie ich najbardziej trywialną formę.

Jeśli co roku w skali światowej w reklamę ładuje się setki miliardów dolarów, to wniosek narzuca się sam: reklama, bez względu na koszty, opłaca się, a jeśli się opłaca, to najwidoczniej przekonuje odbiorców. W ostatnich stu latach napisano setki tomów na temat siły i technik perswazyjnych stosowanych w reklamie i w tę oczywiste sprawy nie będę w tym miejscu wnikał.

Formułując niniejsze refleksje, chcę stanowczo zaprotestować przeciw tolerowanym przez odpowiednie instytucje i agendy państwowe praktykom łamania podstawowych zasad etycznych przez reklamę, zwłaszcza reklamę stymulującą wzrost zainteresowania i konsumpcji paraleków, jak i tę pośrednio promującą niebezpieczne społecznie zachowania. Szczególny mój niepokój budzi wiele form reklamy (i ich przedmiot) kierowanych do młodzieży i dzieci.

Protestując, muszę wyznać, że nie jestem zwolennikiem restrykcyjnych zakazów i nakazów. Jestem na przykład zwolennikiem dopuszczenia na rynek marihuany leczniczej (a może – pod pewnymi warunkami – marihuany w ogóle), chciałbym, aby lekarze w Polsce z większą troską traktowali pacjentów nieradzących sobie z bólem i chętniej, kierując się empatią i wiedzą, oferowali im odpowiednie środki, na przykład opioidy. Nie jestem bezwzględnym wrogiem alkoholu, ba, okresowo bywam admiratorem piwa, chociaż ostatnio mój organizm złocistego trunku nie toleruje (mam nadzieję, że to przejściowe, bo piwo łagodzi pewne objawy choroby).

Jednak, gdybym był człowiekiem wierzącym, powiedziałbym, że w wielu wypadkach reklama wchodzi – bezpośrednio lub pośrednio – w kolizję z wieloma przykazaniami Dekalogu, w pewnej perspektywie mówienie o etyce w reklamie brzmi jak oksymoron. Co nie znaczy, że twórcy reklam, ale też producenci, nie powinni kierować się etyką, chociaż trzeba sobie zdać sprawę, że nadmierny rygoryzm etyczny uderzyłby w tym wypadku w podstawy biznesu, a pośrednio w ludzi pracy. Sprzedawano by mniej produktów, ludzie traciliby pracę, powstawałby więc kolejny problem etyczny i ekonomiczny.

Może jednak znalazłyby się na to wszystko rady, pod warunkiem, że niczego nie będzie się robić naraz i  szybko. Bo wyjście z impasu, który zgotowała sobie ludzkość, oznacza konieczność długotrwałej pracy nad zmiana mentalności konsumentów.

Liberalizm liberalizmem, lecz z rynku powinna zniknąć większość parafarmaceutyków. Może należy wprowadzić absolutny zakaz ich reklamy, a nawet produkcji. Może należy powrócić do skutecznych, lecz o wiele bezpieczniejszych babcinych metod leczenia licznych przypadłości? Pośpiech i lenistwo, które w wielu wypadkach decydują o parciu na suplementy, nie mogą usprawiedliwiać wszystkich naszych zachowań.

Przyjrzyjmy się najbardziej bezczelnym sposobom zachęcania ludzi do zakupu suplementów diety:

  1. Jak wiadomo, obowiązuje zakaz reklamowania tych środków przez lekarzy,

    stomatologów i farmaceutów, jednak w mediach rozpanoszyli się w ich zastępstwie aktorzy w białych fartuchach, z „wizytówkami” odgrywający rolę przedstawicieli służby zdrowia. Stwarza się złudzenie, że jesteśmy w gabinecie lekarskim.

  2. Owi aktorzy lub „eksperci” występujący w reklamach (paraleków, kosmetyków i in.) nadużywają obcej terminologii, np. chemicznej, biologicznej, biochemicznej , aby wzmocnić wiarygodność przekazu dotyczącego rzekomych właściwości medykamentu lub kosmetyku. Mamy do czynienia z zasadami bliskimi praktykom magii, ale jednocześnie z wyraźnymi sugestiami, że rzecz jest potwierdzona przez naukę.
  3. W bardzo wielu przypadkach reklamowanych środków (paraleków, kosmetyków) sugeruje się, że przynoszą one natychmiastową poprawę stanu zdrowia (wszelkie bóle ustępują, gazy w jelitach bez estetycznej i fizycznej szkody dla receptorów węchowych

    otoczenia ulatniają się, zrogowaciała i pełna odcisków stopa kobieca staje się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pięknym obiektem pożądania męskiego, cellulitis znika jak pewien samolot amerykański pokryty specjalną powłoką, to, co śmierdziało, zaczyna pachnieć etc.). Babcie przekonywały nas kiedyś, że grypę lub przeziębienie trzeba koniecznie przeleżeć, co potwierdza i współczesna medycyna, tymczasem

    reklama stara się dowieść, że że „mamy nie chorują”, że można dolegliwości i nawet trzeba leczyć w biegu, często w biurze, poza domowymi pieleszami (stąd niewielki krok do dużych epidemii lub choćby poważnych chorób serca). W każdym razie, reklama, także wielu innych wytworów myśli ludzkiej, przekonuje potencjalnych odbiorców, że inwestycja w dany produkt, poczynając od kredytu bankowego, uzyskania wzwodu czy orgazmu, uszczęśliwienia rodziny na gwiazdkę w cudowny sposób (zazwyczaj natychmiast) odmieni nasze życie. Szczególnie szkodliwa pod tym względem wydaje się reklama „wakacyjna” i „bożonarodzeniowa”.

  4. Reklamy paraleków usypiają czujność ludzi, zniechęcają ich do systematycznych konsultacji lekarskich, wizyt w przychodniach i szpitalach, podsycają złudzenie trzymania kwestii zdrowia w swoich rękach. Skutki mogą być (i na pewno bywają) tragiczne.
  5. Coraz częściej w reklamach paraleków pojawia się komunikat: „Lek (tu nazwa) do niedawna na receptę.”); propagowanie takich „leków” może być szczególnie niepożądane.
  6. Ostrzeżenia dotyczące leku są czytane szybko i niechlujnie (o zgrozo, czasem czytają je dzieci lub aktorzy udający dzieci) i nie mają żadnego sensu, bo w przypadku wszystkich paraleków mają tę samą treść (uspokajają może „sumienia” określonych komisji i urzędników, same w sobie jednak są przejawem czystej hipokryzji). Lektorzy w jednym wypadku dbają o dykcję i prozodię, w innym stylizują się na rodzaj niechlujnego głośnego czytania przeciętnego człowieka, co też ma swoje znaczenie merkantylne.
  7. Wiemy, jak ważną i specjalistyczną gałęzią wiedzy jest zielarstwo. Ogromna ilość suplementów diety wykorzystuje lecznicze właściwości ziół i roślin. Ich stosowanie bez umiaru (i głębszej wiedzy) może przynieść ogromne szkody dla zdrowia (mimo informacji na ulotkach w opakowaniach, zazwyczaj skąpych, kto zresztą czyta takie ulotki?). szkody równie wielkie, jak samodzielne zbieranie ziół bez odpowiedniego szkolenia, przygotowania, ich suszenie, parzenie i preparowanie. Ludzie w większości nie wiedzą, jakie mogą być następstwa zażywania preparatów dziurawca, miłorzębu i wielu innych roślin i jak postępować w trakcie danej „kuracji”. W większości też nie mają pojęcia, w jakie reakcje leki ziołowe i paraleki wchodzą z lekarstwami przepisywanymi oficjalnie przez lekarza na receptę. Zauważmy, że lekarze w bardzo nikłym stopniu udzielają swoim pacjentom wskazówek i ostrzeżeń odnośnie leków (!) przepisywanych na receptę, bardzo rzadko przeprowadzają uczciwe, pełne wywiady dotyczące przyjmowania przez pacjenta innych leków. Zwłaszcza lekarzy różnych specjalności nie obchodzi, co przepisali pacjentowi koledzy. I w tym wypadku niekoniecznie można takie zachowanie usprawiedliwiać „przepustowością” gabinetu i brakiem czasu. Nota bene, Polska kilkadziesiąt lat temu była potęgą zielarską. Większość współczesnych paraleków to produkcje koncernów zachodnich, a udział polskiego zioła jest w nich prawdopodobnie znikomy.

  8. Jestem zniesmaczony odgrywaniem w reklamie przez aktorów scenek z gabinetu
  9. Przeraża ilość reklamowanych medykamentów posiadających (rzekomo lub nie) wzmocnioną przez producentów siłę działania, odwołujących się zwykle do …imperatywu czarodziejskich mocy.
  10. Największe moje obawy i zastrzeżenia budzi jednak obszar reklam paraleków i leków adresowanych do dzieci i młodzieży. Wiele z nich przeznaczonych jest dla niemowląt w pierwszym roku życia. Jeśli aktorka-lekarka nakłania do zakupu pewnego leku na ból gardła, podkreślając kilkakrotnie, że chodzi tylko i wyłącznie o t e n lek, lecz nie zaprasza matki z dzieckiem na kontrolę do gabinetu, to jest to skandal.
  11. Zastrzeżenia budzi sposób traktowania kobiet w ciąży przez reklamy suplementów diety. Kobieto, sama sobie prowadź swoją ciążę?
  12. Zniesmaczony jestem dużą ilością reklam wykonywanych przez aktorów odgrywających nastolatków, stosujących język młodzieżowy, rozwydrzonych, nastawionych na wieczną zabawę, kaleczących język polski,

    lansujących luzacki sposób życia, a promujących najczęściej wyjątkowo niezdrowe produkty żywnościowe, napoje, i nieciekawe style zachowań lub również niezdrowe promocje komórek, gadżetów, rozmów, sms-ów w sieciach komórkowych, czym jednak w tym miejscu nie zajmuję się.

  13. Reklama kusi ciągle nowymi paralekami. Lepiej może rzec: rzekomo nowymi, bo częstokroć konkretny środek opakowuje się bardziej efektownie, robi nową kampanię reklamową i sprzedaje po cenie wielokroć wyższej. Suplementy diety to rzecz diabelsko opłacalna, produkcja większości z nich kosztuje grosze lub niewielkie pieniądze, a przebicie ogromne.
  14. W przekazach reklamowych nieustannie (niejako obowiązkowo) manipuluje się pojęciem prawdy. Pół biedy, kiedy chodzi o wartość reklamowanego proszku do prania lub płynu do mycia naczyń w porównaniu z wyrobami konkurencji; rzecz przedstawiają się gorzej, gdy wmawia się ludziom, że dany produkt jest „naturalny”, a on z natury musi …być naturalny (pierwiastki, minerały), więc z góry deprecjonuje produkty konkurencji jako rzekomo „nienaturalne” lub tylko podszywa się pod naturalny. Lub produkt określany jako naturalny, który z definicji naturalny być nie może. Pojęcia „naturalności” zdecydowanie nadużywa się w reklamie, a praktyki ukrócające nieuczciwą konkurencję są mało skuteczne.
  15. Manipulując pojęciem „prawdy” (w domyśle „jedynej prawdy”) nadużywa się w reklamach generalizacji (przesłanki większej). Na ten temat można napisać wielotomową dysertację.

Wymieniłem jedynie niewielką ilość negatywnych, kolidujących z etyką, przykładów reklamy – przede wszystkim związanych ze sferą zdrowia ludzkiego. Wspomniałem wyżej o manipulowaniu prawdą w reklamie. Pewna firma farmaceutyczna od lat reklamuje środek pozwalający skutecznie walczyć z paleniem papierosów i obiecuje, że jedno opakowanie tego środka,za cenę kilku opakowań papierosów, pozwala skutecznie wyleczyć się z nałogu nikotynowego. Uzależnienie od nikotyny jest jednym z najtrudniejszych do wyleczenia nałogów, według wielu badaczy najtrudniejszym. Nie przeczę, że istnieje niewielki procent uzależnionych (?), którym rzeczony środek pomoże, generalnie jednak reklama ta oszukuje palaczy chcących rzucić palenie tytoniu. Podobnie jak reklamy gum nikotynowych – gumy te raczej nie uwalniają ludzi od nałogu, ale zastępują papierosy, co oczywiście jest korzystniejsze dla zdrowia. Są koszmarnie drogie.

Nie będę nawet próbował zbudowania definicji oszustwa reklamowego, jednak w praktyce prób zwodzenia i naciągania konsumentów (naiwnych) jest niezmiernie dużo. W ostatnich latach mamy do czynienia z modą na egzotyczne jagody, rośliny, wyciągi, a o ich skuteczności rzekomo świadczy długa tradycja indiańska (Peru, Boliwia, Ekwador itd.). Dotyczy to zresztą specyfików z różnych stron świata, w wielu wypadkach z Azji. Kusi się klientów (naiwnych) ich ponadnormatywnymi właściwościami, niesamowitą skutecznością, „naturalnością”. Jestem daleko od myśli, żeby zanegować skuteczność tych medykamentów, jednak zrezygnowałbym z ich kupna nie tylko dlatego, że są piekielnie drogie.

Otóż kreuje się poza tym pewne mity zdrowotne: pij czerwone wino, a unikniesz chorób krążenia, jedz dużo ryb, a będziesz żył tak długo jak starcy na Okinawie. Zapewne tak jest, lecz samo wino i same ryby nie wystarczą, zdrowie części Francuzów i Japończyków zależy zapewne także od innych czynników; wino oraz ryby działają, owszem, pod warunkiem, że mieszka się tam, w tamtym klimacie, warunkach.  Okazuje się też że wiele egzotycznych jagód i roślin o cudownych właściwościach można zastąpić (tanio i skutecznie) polskimi owocami, warzywami lub ziołami. Na szczęście, po okresach epatowania klientów egzotycznymi środkami zainteresowanie spada, ludzie przeglądają na oczy.

Jeszcze jeden aspekt negatywny związany z reklamą, na który nie zwraca się praktycznie uwagi, a który wiąże się ze zdrowiem ludzkim. Cywilizacja współczesna jest cywilizacją hałasu. Reklama po dwakroć przyzwyczaja ludzi do hałasu (ergo przyczynia się do współczesnej epidemii głuchoty), gdyż sama w sobie jest nadzwyczaj hałaśliwa (i wykorzystuje do swoich celów najgłośniej wrzeszczące „piosenkarki”), a poza tym promuje bardzo głośny styl życia. Dzisiaj prawdziwym człowiekiem nie można być, nie będąc człowiekiem głośnym, szczególnie zaś w zachowaniach grupowych. Ponadto, co może się wiąże ze sobą, reklama lansuje i wyzwala w ludziach, szczególnie młodych, pewien wzór zachowań, który jakby imituje ADHD, pląsawicę itp. Z moich obserwacji wynika, że wielu ludzi przejmuje na co dzień etos reklamowy: głośność, wrzaskliwość, przywiązanie do hałaśliwych przekaźników, taneczno-padaczkowy sposób poruszania się etc. Dzisiaj nie wypada wypić piwo lub zjeść chipsa bez hałasu i „radosnego” pląsania.

W rzeczywistości tak wesoło nie jest. Przyswajanie sobie takiego stylu życia świadczy o tym, że człowiek współczesny od wczesnej młodości po starość jest niezdolny do samodzielnego wybory wartości, staje się na wskroś „maszyną” zewnątrzsterowalną w ludzkiej powłoce.

Negatywne aspekty reklamy polegają i na tym, że nieustannie każe nam ona gonić za czymś nowym. Nie pozwala się skupić na jednym, rozważnie i sensownie wybranym. To już kwestie wymagające osobnego omówienia: modele kultury kreowane przez dzisiejsze media czynią z człowieka zwierzę wyjątkowo powierzchowne.

Michał Waliński

27 września 2015 roku

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii suplementy diety, zdrowie i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Suplementy diety, parafarmaceutyki. Czy z powodu reklamy umierają niepotrzebnie ludzie?

  1. waldek pisze:

    Autorka nie ma pojęcia o suplementach diety, a już pisanie, że mają mniejszą kontrolę Państwową niż zwykła żywność, jest po prostu kłamstwem. Czy autorka słyszała o dozwolonych do użycia oświadczeniach żywieniowych i zdrowotnych na suplementach, czy wie jak restrykcyjna to dziedzina. Więc nie – nie można sproszkować kamieni i zastosować dowolnych oświadczeń.
    Oczywiście, można to wszystko zrobić łamiąc prawo, ale chyba nie o tym pisze autorka.

    Lubię to

  2. Zgadzam się całkowicie.

    Lubię to

  3. Wyjątkowo perfidne są reklamy medykamentów z udziałem popularnych aktorów, znanych publiczności z serialowych ról lekarzy, stomatologów, farmaceutów. Tak się w masowej wyobrażni z tymi zawodami kojarzą, że nie trzeba ich nawet przebierać w serialowe kostiumy, żeby funkcjonowali jako medyczne autorytety.
    Może wtedy są nawet bardziej “wiarygodni”, (bo mniej nachalni)?

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s