Im bardziej zdrowo, tym gorzej? Zdrowa żywność, zdrowe diety i rak

W myśleniu potocznym cieszą się dużą frekwencją i ważną rolę odgrywają powiedzenia oparte na schemacie „W moich czasach”, „Kiedyś, to…”, „Dawniej…” Zdania tego rodzaju są na ogół zarezerwowane dla ludzi starszych, starych lub bardzo starych, inaczej mówiąc dla „wapniaków”, „zgredów” i jednocześnie …zrzędów. Prawdziwość zdań formułowanych według tych schematów uzasadnia wiedza i doświadczenie wypowiadającego, jego mniej lub bardziej pozorny autorytet, nie szkodzi, że niekoniecznie kieruje nim doświadczenie racjonalne (naukowe), częściej zaś zdroworozsądkowe. Prawdziwość i autorytatywność tych wypowiedzi mogą poświadczać też w miarę sędziwy wiek ich nadawcy, czasem wykształcenie, chociaż niekoniecznie, a także ukryte konteksty (np. „prawdy” zawarte w przysłowiach, porzekadłach), które przywołuje bezwiednie umysł odbiorcy takich komunikatów. W wypowiedziach tych najistotniejszą rolę pełnią opozycje „kiedyś” – „dzisiaj”, „starość” – „nowoczesność” („młodość”), „dawność” – „teraźniejszość” itp.

Człony opozycji są przy tym wydatnie zabarwione wartościująco. „Starość”, „dawność” – jako znaki swojskiej tradycji – pozytywnie, „nowoczesność”, „teraźniejszość”, „młodość” (w przywołanych kontekstach) negatywnie.

Opozycje te, w zależności od potrzeb, można niejako swobodnie „odwrócić”, przestawiając znaki wartościujące, zupełnie bowiem inaczej niż na gruncie potocznego myślenia funkcjonuje ona w słynnej odzie Mickiewicza. Romantyczny poeta radykalnie zamienił bieguny, pozwalając „młodości” na niebywałe wzloty, ukazując ją jako czynnik determinujący wszelką pozytywną zmianę, „starość” zaś utożsamiając z trupią martwotą.

Dialektyka owych opozycji wskazuje na ich wybitny walor ideologiczny, ale także – w konkretnych jej użyciach – na pewną dwuznaczność, która zawsze, jak sądzę, wynika z jej swoistej irracjonalności. W szkole interpretuje się „Odę do młodości” tak, aby potwierdzić tezy Mickiewicza i nadwartościować wybuchający w Polsce ok. 1820 roku romantyzm, zainicjowany przez młodych. Interpretuje się ten utwór na klęczkach. Abstrahując od późniejszej twórczości autora, można by zapytać, czy aby na pewno ma on rację (on lub jego podmiot, wszystko jedno), czy „starość” zawsze zasadnie można uznać za bezużyteczną zgniliznę (nawet nie za pożyteczny nawóz historii), przecież w innych utworach zdarzy się, że uzna ów autor racje „starości”, a przynajmniej mądrej „dojrzałości”?

Odnoszę wrażenie, że w „Odzie” mamy sporo młodzieńczej, bezczelnej przekory. Mickiewicz wykorzystał opozycję w sensie przede wszystkim ideologicznym, stosując ją w pewnej grze podjętej przez romantyków na rzecz romantycmu. Dokonał irracjonalnego odwrócenia wartości, by apoteozować irracjonalizm szaleńczej „młodości”, a przecież w bliskiej czasowo „Romantyczności”, wbrew niektórym nawiedzonym interpretatorom, bynajmniej nie odrzuca całkowicie racjonalności, aczkolwiek niewątpliwie nadwartościowuje „prawdy serca”.

Po tym uczonym wstępie podane niżej przykłady mogą wydać się trywialne. „Za moich czasów takie zachowanie było niemożliwe”. „Kiedyś to produkowano w Polsce znakomite wędliny i kiełbasy”. „Dawniej ludzie odżywiali się lepiej (zdrowiej)”. I inne tym podobne, których w pewnych sytuacjach nadużywa się wyraźnie, za czym nie przepada tzw. gimbaza.

Zdania te brzmią nadzwyczaj autorytatywnie, dokonując jednak ich najprostszej analizy semantycznej, dochodzimy do wniosku, że brzmią wyjątkowo niejasno, są znaczeniowo nieprecyzyjne (chociaż wiadomo, że od języka naturalnego nigdy stuprocentowej precyzji logicznej wymagać nie można).

Bo co to znaczy „za moich czasów”? Chodzi o czas po moich narodzinach, o czas szkolny, studiów? Czy o mój czas teraźniejszy, a mam już prawie 67 lat? Wypowiadając to zdanie być może sugeruję, że jakiś mój czas przeszły był – nie tylko dla mnie – czasem znakomitym, ale w takim razie, mówiąc tak,  deprecjonuję inne „moje” czasy przeszłe, a już najbardziej mój czas teraźniejszy (co zresztą może mieć pewne uzasadnienie lub osadzenie w realiach)? W każdym razie nie ułatwiam odbiorcy zadania, bo nie precyzuję, o jaki czas chodzi.

Kiedy powiadam „kiedyś to były dziewczyny”, „kiedyś to były piękne czasy”, to absolutnie nie wiadomo, o jakie/które „kiedyś” chodzi, czy o „kiedyś” obejmujące jakiś etap mojego życia czy może o „kiedyś” wcześniejsze, o jakieś „kiedyś” możliwe od początku świata? Gdzie wszakże jest ten początek? Ktoś powie, że chyba w zdaniu takim chodzi mimo wszystko o czas objęty moją pamięcią osobistą, bo mógłbym wskazać konkretne tamte dziewczyny i porównać je z dzisiejszymi (np. tymi boksującymi się) lub wspomnieć o chwilach pięknych a osobistych (zwłaszcza z dziewczynami)? Jednak przecież mogłem się naczytać różnych rzeczy i pokochać nieznanych mi z autopsji troglodytów i do nich to „kiedyś” odnieść?

dama

Jesienna dama | Obraz | Ania Orłow http://ania.orlow.pl/obraz/114-jesienna_dama.html

„Dawniej ludzie byli lepsi”. Ba, może tak. Lecz od których innych ludzi byli lepsi? Od tych żyjących dzisiaj czy od tych żyjących wcześniej, jednak później niż „dawniej”? Pal licho, w czym byli lepsi (generalizacje są solą myślenia potocznego), wypowiadając takie zdanie sugeruję jakby, że z każdą sekundą, minutą, godziną, dobą, porą roku, czyli wraz z czasem my stajemy się gorsi, a ci jacyś żyjący wcześniej (przed nami?) stają się lepsi, ergo niechcący dowodzę, że szklanka może jednocześnie być pełna i być pusta.

W codziennej naszej komunikacji pełno jest takowych wypowiedzeniowych perełek jasności i ostrości, wszakże jakoś dajemy sobie radę, często wystarcza nam wyłącznie mowa ciała, a w ogóle to mamy smartfony.


Przełom XX i XXI wieku to czas istnej rewolucji w stosunku ludzi do własnego zdrowia. Do końca nie wiem, czy jest to bardziej rewolucja słów, czy rewolucja faktów. To znaczy, dużo się mówi, gada o zdrowiu, cięgiem się gada, jakby zdaniem niektórych od samego gadania zdrowia człowiekowi przybywało. No nie, nie powiem. Coś się też robi w tym zakresie, nawet sporo się robi, zatem mamy do czynienia przynajmniej w pewnym stopniu z rewolucją faktów. Polacy pożerają tony tzw. suplementów diety i wyrobów lekopodobnych, płacąc za nie miliardy, ale coś tam jeszcze w tym zakresie dodatkowo robią, na przykład według „Diagnozy 2015” prof. Czapińskiego wybitnie zwiększyli ilość i jakość łapówek, żeby się prędzej z lekarzem skomunikować. I są to wysiłki niemałe, a lekarze cięgiem kwękają, cięgiem im mało.

Do boju o zdrowie Polaków ruszyło tysiące dziennikarzy w tysiącach mediów i radzą, doradzają, uczą czytać etykiety na słoikach i opakowaniach z żywnością, odróżniać świeżą rybę od ryby nadgniłej, dobre mięso od mięsa naszprycowanego, wołowinę sezonowaną od wołowego policzka, kurę zagrodową od kury z wolnego wybiegu, świeże jajo od zbuka, kupę kurzą od kaczej, flaki własnoręcznie przyrządzone od fabrycznych, olej od oliwy, kminek od kuminu i masło od margaryny. Jak mantrę odmienia się dziesiątki szkodliwych składników żywności i przestrzega przed nimi. Jak mantrę odmawia się stosowne przykłady zdrowej żywności, a są to setki produktów. Współczesną Babą Jagą stały się fast foody, premiuje się slow foody i własną kuchnię na zdrowych składnikach. Uczenie poucza się ludzi, jakich produktów nie mieszać ze sobą, jak często jeść i ile gramów i kilokalorii wolno co zjeść. Zjesz świeżego ogórka z pomidorem to źle, czym zresztą Grecy i Bułgarzy się nie przejmują.

W sukurs dziennikarzom kulinarnym przychodzą potężne siły, na przykład potężne armie dietetyczek, trenerek, fitnesek i speców od katza, odnowy moralnej i cielesnej. Gdyby w całość zebrać wszystkie wymyślone w ostatnich 20 latach cudowne diety, zebrałoby się kilka opasłych ksiąg grubości Biblii. Co tam Biblia, pojawiło się tysiące nowych biblii – od joggingu, maratonu, snowboardu po egzotyczne biblie kucharskie. Każdy ma taką biblię, na jaką zasługuje, a zdolniejsi piszą własne biblie i zarabiają pieniądze.

Wszystko to razem tworzy potężny przemysł, któremu wielkością i potencją nie dorównuje żaden inny przemysł. Produkcja żywności, przetwórstwo żywności,  knajpy, usługi i liczne fanaberie rzekomo służące zdrowiu, jak na przykład „zdrowa żywność”, żywność „wolna od GMO” i diety indiańskie.

Nie ma sensu tego wszystkiego wymieniać, opisywać, bo nie sposób. Nie da się dzisiaj przeżyć dnia bez jednej przynajmniej rady dotyczącej zdrowia, zdrowego trybu życia, chociażby ze względu na nachalność reklamy. Żeby w miarę spokojnie przeżyć dzień, trzeba w pewnym sensie wyrazić wewnętrzną zgodę na przykład na wielkie oszustwo, jakim są suplementy diety, przyjąć je do wiadomości, włącznie z dietetyczkami, trenerkami i fitnesskami. Więc dla spokoju ducha, kierując się zwykłą hipokryzją, czasem tylko na wszelki wypadek, biegamy po sklepach ze zdrową żywnością, obżeramy się tuńczykiem, ćwiczymy wszystko, co się da ćwiczyć, gotujemy, szpanujemy, udajemy. Często dla zdrowia tracimy zdrowie w różnych maratonach i półmaratonach i maltretujemy się w inny sposób. Zazwyczaj za ciężkie pieniądze. O dziwo, nawet kuchnia staropolska, o której jeszcze niedawno pisano, że tłusta, ciężka i niezdrowa, stała się w ostatnich czasach wzorem zdrowej kuchni. Prawie jak od Babuni.

stare nowe

Презентация на тему: „Выполнила Машукова Н.Н.. Первый телефон был … http://www.myshared.ru http://www.myshared.ru/slide/556429/

Zwróćmy uwagę na fakt, że wszystkie te współczesne zdrowotne fanaberie odwołują się zdecydowanie do zdroworozsądkowej opozycji „stare” – „nowe” w pierwszym, niemickiewiczowskim sensie. „Zdrowe” jest głównie elementem zmitologizowanej tradycji polskiej i obcej. Mogą to być stare przepisy kulinarne i stara kuchnia, przypomniane babcine lub ludowe kuracje zielarskie, niegdysiejszy aktywny tryb życia (cały dzień na nogach, bez samochodów, wielu innych środków komunikacji, czasem stare sposoby ubierania się (skóra, tylko prawdziwa skóra jest zdrowa!), zdrowe domostwa, zdrowe biustonosze, zdrowe sposoby na sen, na przeziębienie, na swędzenie.

Indianie

chippep: FABULOUS PAINTINGS These paintings are by an artist named Alfredo Rodriguez. Enjoy. http://chippep.blogspot.com/2010/01/fabulous-paintings.html

dieta

Ernährungsberatung | WeVita http://www.wevita.de/ernaehrungsberatung/

Panuje w tej dziedzinie eklektyzm: „zdrowe” może pochodzić z najprzeróżniejszych kultur i regionów świata, z dziczy i z cywilizacji, w „Ugotowanych” ktoś podaje „zdrową” przystawkę boliwijską, „zdrowe” drugie danie chińskie i „zdrowy” deser włoski, podlewając gości „zdrowym” winem kalifornijskim. Ludzie wydają majątek na „zdrowe” orzeszki peruwiańskie, „zdrowe” proso indiańskie „zdrowe” chilijskie glony i zdrowe chińskie glisty, bo to, panie, już Indianie… Niektórzy stawiają na bardziej narodowe terapie jedzeniem, chodząc na przykład do licznie obecnych w Polsce chińskich lekarek i zielarek. „Najzdrowsze” i najmodniejsze diety to te z przedrostkiem „paleo”, a zatem odżywiaj się tak, jak czyniły to znane i brakujące ogniwa ewolucji.

Zastanawiałem się kiedyś, czy gdybym na Syberii natknął się, o co tam nietrudno, na starą, ale świeżą kość mamucią i wyssał z niej szpik dokumentnie, to czy natychmiast uwolniłbym się od choróbsk, zwłaszcza gdybym na koniec zaparzył i wypił garnuszek ziół zaleconych przez syberyjską babuszkę Agafię, a potem obmył się w syberyjskim strumieniu Syberyjskim Czarnym Mydłem?

Zatem to, co głęboko osadzone w tradycji (często zwyczajna ściema) stało się synonimem „zdrowego”, to, co współczesne, produkowane współczesnymi (przemysłowymi) metodami, jest synonimem „niezdrowego”. Zarówno „zdrowe”, jak i „niezdrowe” może być „surowe”, „gotowane”, „pieczone” czy „smażone”. Nie miejsce tu, by opisywać szczegółowo niezliczone warianty, jakie implikuje ten ciąg kulinarnych potencjalności. „Surowe”, a więc niechybnie „zdrowe” idzie w wyścigu o zdrowie ze smażonym, lecz różowym w środku, bo takie jest „zdrowsze” niż dokumentnie przesmażone, a w ogóle to „zdrowe” jest „gotowane”, a na pewno zdrowe jest „gotowane” czy „duszone” na parze.

Rozumiemy już, dlaczego u Mickiewicza jest: „Litwo (…), jesteś jak zdrowie”. Litwa w tym ujęciu oznacza też starą Polskę. Stara Polska na własne życzenie padła na pysk i przestała istnieć, ale nie wszystko w niej było „chore”, więc zdrową kuchnię i niektóre właściwe obyczaje trzeba będzie w nowej Polsce, Polsce młodych kultywować. I, jak widać, III RP dzielnie podtrzymuje zdrową tradycję, chociaż dzieciakom w szkołach odmawia cukru, białego pieczywa, drożdżówek i kawusi.

Czy w ujęciu „zdrowotno”–„kulinarnym” opozycja „dawnego” i „nowego”. „starego” i „młodego”, której poświęciliśmy uczony wstęp, jest opozycją zupełnie irracjonalną? O dziwo, w tym akurat ujęciu wydaje się całkiem cacy. Bo dotyczy rzeczy, wytworów, produktów robionych kiedyś w świecie niezapaskudzonym jeszcze przez działalność człowieka. I tryb życia i sposoby, jakimi się odżywiali w tamtym świecie ludzie, są oczywiście „stare” i wydają się, przynajmniej teoretycznie, „zdrowe”. Teoretycznie dobrze służyły ludziom swojego czasu, nie było też efektu cieplarnianego i paru innych rzeczy. Teoretycznie ludzie jedli „zdrowo”, więcej się ruszali, na różne sposoby gimnastykowali, sporty wymuszane przez potrzeby życia, myślistwo, rybołówstwo, miłość i wojny uprawiali. W starych epopejach, sagach, powieściach, balladach herosi, a  nieraz zwyczajni ludzie, dożywali sędziwego wieku. Pomijając jakieś cholery, ospy i dżumy, chorób było jakby mniej.

Tymczasem „rewolucja” w stylu życia i podejściu do kuchni, istne szaleństwo na punkcie zdrowia, jakie wybuchło w XXI zwłaszcza wieku, wydaje się niezbyt dobrze służyć zdrowiu człowieka, chociaż ten żyje statystycznie coraz dłużej. Z pewnej perspektywy patrząc, im „zdrowiej” się odżywiamy i im bardziej „zdrowy” tryb życia prowadzimy, tym więcej chorób nas dotyka, zwłaszcza onkologicznych, kardiologicznych i chorób dziecięcych.

Paradoks? Tylko pozornie. Żyjemy statystycznie o wiele dłużej niż żyli ludzie kiedyś. Przeżywa o wiele więcej noworodków niż kiedyś. W tym ostatnim zdaniu słowo „kiedyś” ma znak minus, a słowo „dzisiaj” ma znak plus. Przyczynił się do tego niewątpliwie rozwój medycyny, ale zapewne też pewne przyswojone przez nas nawyki żywieniowe i w stylu życia.

Bez przesady jednak z tym „zdrowym trybem” życia – jestem przekonany, że gdybyśmy na przykład nie kupowali suplementów diety, żylibyśmy zdrowiej. Ileż na przykład zachorowań na samego raka musiało spowodować nadużywanie leków, suplementów, witamin! Jesteśmy megaprzewitaminizowani! Sushi, dobre dla Japończyka lub Azjaty, nie musi być tak samo dobre dla Polaka. Dieta śródziemnomorska nie musi skutkować tym samym dobrem dla Polaków, co dla mieszkańców Południa.

Marzymy o jak najdłuższym życiu tu, na Ziemi, i nasze życzenie jakby się spełnia bardziej wtedy, gdy jesteśmy w opozycji do tradycyjnego, potocznego wartościowania „starego” i „nowego”. W porównaniu z takim średniowieczem jesteśmy średnio o ponad pięćdziesiąt lat do przodu. I ciągle nam mało.

Ta niby pozytywna tendencja rodzi jednak ogromną ilość pytań natury etycznej. Na przykład o skutki przeludnienia świata. O rozwarstwienie społeczne i ekonomiczne i jego implikacje. Istotne pytania muszą dotyczyć naszego haniebnego stosunku do przyrody. Trzeba też postawić pytanie fundamentalne: czy są w ogóle i jakie są granice długości człowieczego życia? Czy to, co nienaturalne, może być uznane za naturalne? Jakie są istotne racjonalne argumenty za przedłużaniem życia? Czy nie przeceniamy przypadkiem naszej roli jako „panów” Natury? Może w pewnych ważkich kwestiach należy zawierzyć siłom tejże Natury? I poddać się im?

Nie chcę kończyć tych refleksji trywialnym porzekadłem „co za dużo, to nie zdrowo.”

Michał Waliński

22 września 2015 roku

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii zdrowie, zdrowy tryb życia i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s