Potęga selfie

Historia selfie sięga 1839 roku. Niejaki Robert Cornelius przesiedział minutę przez obiektywem, a następnie własnoręcznie go nakrył. Trick z nakrywaniem obiektywu znacie może z wizyt „u fotografa” sprzed lat – zrobienie zdjęcia do legitymacji to była cała ceremonia i sztuka. Miało to swój niezaprzeczalny urok, owiane było jakąś magią.

Kiedyś, trudno w to uwierzyć, przeciętny człowiek był uwieczniany na zdjęciu najwyżej trzy, cztery razy w swoim życiu: z okazji chrztu, kilkumiesięcznego brzdąca, tak do roku, zwłaszcza płci męskiej, zdejmowano nagusieńko obowiązkowo na skórze niedźwiedziej i z widocznym siusiakiem (mam takie, jestem z niego wyjątkowo dumny, ale na FB nie zamieszczę), z okazji komunii świętej, ślubu, no i w trumnie. Było to rozwiązanie nader racjonalne i ekonomiczne i  w sposób znakomity załatwiało historię życia człowieka. Czasem fotograf o zacięciu artystycznym podkolorowywał farbkami i tuszami własne dzieło. Dzisiaj niejakie Kardashianki sobie samych selfie robią kilka tysięcy dziennie. „Robią sobie”, bo już nawet nie fotografują się, a kiedyś przecież człowieka na zdjęcie się zdejmowało i takie nazwanie tej czynności miało głęboki sens. O tempora, o mores, urwa morwa!

Potem, po Corneliusie, historia selfie jakoś tam się toczyła, może nawet Adam Mickiewicz robił sobie selfie, może jakiś doktorant gdzieś tam pisze trzytomową rozprawę o dziejach selfie, nie wiem. Podobno po raz pierwszy zaczęto używać słowa selfie w roku 2002  w Australii. Potem komórki się unowocześniły, przestały być wyłącznie przenośnymi telefonami, choć nie stały się jeszcze smartfonami, a w 2010 roku mogła wybuchnąć na świecie moda na selfie. I trwa do dzisiaj.

Zawsze byłem po stronie tych fotografów i fotografików (cóż za wspaniałe rozróżnienie!), którzy twierdzili, że dobre zdjęcie nie zależy od klasy i ceny aparatu. Może dlatego, że nigdy nie było mnie stać na sprzęt najwyższej jakości, a mogłem jedynie o takim pomarzyć. Gdybym miał najlepszą średnioformnatówkę (HasselbladMamiya!!), jakie zdjęcia bym robił! Jeszcze dzisiaj, chociaż stałym i jedynym miejscem mojej egzystencji stał się niezbyt szeroki tapczan, jeszcze marzę o pewnym konkretnym typie małego aparaciku Leica. Robiłbym portrety kotom, bo tylko te jeszcze lubią mnie odwiedzać.

A i tak robię. Zdjęcia kotom. Mimo przywiązania do tapczanu, zawsze leży pod ręką jakiś smartfon, tablet, notebook, czasem w moje okolice przybłąka się kompakt, bywa lustrzanka, nieraz „małpka”. Pomyśleć, kiedyś pięć zdjęć na całe pieprzone życie człowiecze, dzisiaj od wyboru sprzętu, którym możesz zrobić zdjęcie, głowa boli. O urwa morwa ora labora i urynał! Pora by u schyłku gasnącego życia zrealizować jedno marzenie: wykonać zdjęcie otworkowe. Gdy tylko skończę pisać, co piszę, zacznę wiercić subtelny otworek w czajniku lub pudełku po butach i zrobię sobie otworkowe selfie. Na nim w pierwszej połowie będę żywy, a w drugiej połowie martwy, czyli doskonale zdjęty.

Pierwsze selfie zrobiłem sobie w 1960 roku sławnym aparatem marki „Druh”. Na tym selfie monstrualnie skarykaturalizowana twarz ówczesnego nastolatka, z którego nie wiadomo co wyrośnie i który na pewno nie zakładał, że skończy na różne konsekwencje raka pęcherza. „Druhem” zrobiłem parę ładnych (udanych) zdjęć, większość to katastrofa, ale „Druh” ułatwiał komunikacje z dziewczynami. Było to moje pierwsze i ostatnie selfie w życiu. Bez świadomości „selfie”. Czasy były siermiężne, budowano socjalizm, do szkoły pajdka chleba z marmoladą z bloku, gumowa posklejana futbolówka, druty zamiast hokejówek na butach, ale była wielka radość i chęć życia. Z wywołaniem filmu, zrobieniem odbitek, gdy ktoś nie dysponował w domu powiększalnikiem „Krokus”, kuwetami i innym sprzętem, nie była prosta sprawa. Na wywołanie filmu u fotografa, odbitki czekało się czasem miesiącami, a pierwsze filmy kolorowe („Orwo”) trzeba było wysyłać aż do Bydgoszczy i po miesiącach przysyłali niezłe „kolorowe” ścierwo. Ale radocha była. Większa niż z publikacji sekundę temu wykonanego selfie na FB.

selfie 7

https://twitter.com/crazyselfiegame/status/419062384595337216 Selfie Game Strong on Twitter: „Selfie game fish tank … twitter.com

Przypominam sobie, że potem, jeszcze w latach 60., miałem też średnioformatówkę. Był to równie słynny aparat produkcji polskiej „Start”. Próbowałem też sztuki fotografii przy pomocy jakiegoś ruskiego średniego formatu. Za to w latach na przełomie lat 80. i 90. namiętnie kupowałem na bazarze radzieckie aparaciki „Lomo” i łomotałem niemiłosiernie. Bardzo, bardzo polubiłem te „łomy”. Małe, podręczne i niezawodne: albo robił doskonałe zdjęcie, albo nie robił wcale (wychodziła idealna czerń). Era „Lomo” zaczęła się, gdy musiałem zrezygnować z ulubionego aparaciku NRD-owskiego „Ami”.

Pomyśleć, 55 lat i zim minęło od mojego pierwszego i ostatniego selfie. Pamiętam, że w tamtym czasie próbowałem także wykonać sobie niepośmiertną maskę z gipsu, sporo czasu pod tym zastygającym gipsem wytrzymałam, ale w końcu zaczęło mnie wiercić w nosie, ze ściągnięciem stwardniałej maski były niejakie problemy i w końcu rozbiła się w drobny mak. Tak więc nie wyszła mi pierwsza w dziejach człowieka próba wykonania własnoręcznie swojej własnej maski przedśmiertnej.

Człowiek zawsze miał inklinacje do utrwalania siebie w obrazie. I podobnie jak w malarstwie, to utrwalanie było tym cenniejsze, im obraz był bardziej upiększony. Zwłaszcza przed samym sobą do własnej brzydoty przyznawać się nie lubimy. We własnych oczach jesteśmy najpiękniejsi, a pstrykanie selfie utwierdza nas tylko w tym przekonaniu.

Ponowne odkrycie selfie ok. 2002 roku dało człowiekowi wiele możliwości. Mógł odtąd pokazywać całą gamę swoich możliwości.  Od selfie z prezydentem czy księdzem, orangutanem czy kobrą, przez selfie z samym sobą, po selfie w porno pozach, w różnych układach personalnych, choć niekoniecznie w łóżku. Jednym z nielicznych utrudnień w robieniu selfie jest ewentualna cenzura na portalach społecznościowych, bo selfie robimy po to, aby je natychmiast po zrobieniu wysłać do Internetu. W definicji selfie mieści się podziwianie przez wiele osób. Jeśli tych osób są setki tysięcy lub miliony, można na tym zarobić.

Jednak to nie cała prawda o selfie. Selfie to nadzwyczaj wysublimowana projekcja naszych ukrytych marzeń, aspiracji, pragnień, niezrealizowanych na ogół „projektów”, chęci i chuci, próżności i żądzy poklasku, żądzy sensu strico, obnażania i ukrywania jednocześnie, potrzeby demonstrowania, akceptacji czy sławy. Selfie to także odkrywanie w sobie błazeńskiej natury. W sztuce selfie nie ma lepszych i gorszych, selfie to sztuka na wskroś demokratyczna. Dupa Kardashianki zawsze (w ostateczności) pozostaje tylko dupą, a pupa Dody pupą, czyli też dupą, ale ta czy inna gimnazjalistka, robiąc sobie selfie, może poczuć się przez chwilę jak Kardashianka lub Doda (proszę zważyć, że o polskiej kobiecie wypowiadam się z największą atencją). Z czasem może więdnie, mówię o dupie, jak wszystko na tym padole, lecz i to warto pokazać światu poprzez selfie. W sztuce selfie nawet Kiepscy są piękni, a pan Boczek z „Kiepskich” pociągający.

Od samego początku robienie selfie wyzwalało u ludzi niesłychane pokłady inwencji i kreacjonizmu. Gdyby inwencję Polaków wkładaną w sztukę selfie zamienić w jakąś działalność ekonomiczną, mielibyśmy rocznie 10-15 procent przyrostu PKB. A ludzkość w skali światowej? O urwa morwa Urban, o tempora o mores!

Była moda na selfie z kimś lub z czymś (por. wyżej premier, pyton, glista, kochanek, madonna z cycem itd. plus ja oczywiście z premierem, kobrą, kochankiem etc.). Potem nastąpiła era selfie z „dziubkiem”. Nawet nie próbowałem, bo robienie „Dziubka” nigdy mi w życiu nie wychodziło. Ale jaki szpan, tak zaszpanować z „dziubkiem” na Instagramie. I bezpiecznie, cenzura przepuszcza. Dziwnie, ale nigdy nie poczułem krztyny pociągu do żadnej takiej z „dziubkiem”. Aż tak źle ze mną? A już na pewno nie odczuwałem pożądania żadnego w kierunku facetów z „dziubkiem” – na selfie i poza selfie. Nawet ryjki mnie nie pociągały.

Potem nastąpiła era selfie własnego wypiętego tyłka, czyli belfie. Numer tyłka, kształt i wiek obojętny. Wbrew pozorom, te selfie nie wymagają specjalnej gimnastyki, bo sztuka selfie obrosła gadżetami i można smartfon przyczepić do odpowiedniego elektronicznego pałąka i pstrykać do woli prawie wszystko na sobie. Słyszałem, że pewne panie specjalizują się w robieniu dziurek od odbytu, ale Instagram, Pinterest i Facebook tego nie chcą puszczać, chyba że wystylizowane. Jaki więc cel tej sztuki? Chyba wymiana z ukochanym i onanizm, lecz czy sztuka  musi mieć jakiś cel?

Potem nadeszło całe tsunami selfie poświęconych szparze między udami. Uściślę: szparze między udami kobiety, bo okazuje się, że brak takiej szpary w tym akurat miejscu może być źródłem potężnych kompleksów kobiety. Niektóre, żeby zrobić szparowane selfie, przez dwa lata ćwiczą głodówkę, bo naukowcy amerykańscy (kiedyś etatowo byli to uczeni radzieccy) obliczyli, że aby mieć szparę między udami, należy stać się kobietą zagłodzoną. Nie ma nic ponętniejszego, jak widok żywych kościotrupów na selfie ze szparą. Trzeba uczciwie zaznaczyć, że niektóre dzielne niewiasty po rozszparowaniu i zrobieniu selfie schodziły na amen z tego świata, tak były zdeterminowane. Dlaczego ja zawsze wolałem Rubensa lub Renoire’a? Bo chodzących kobiecych atlasów anatomicznych u artystów tych nie uświadczysz.

Potem nastąpiła era brodawek i innych walorów. (Cały czas mam na myśli selfie.) W różnych kombinacjach, np. selfie z dwiema brodawkami i jednocześnie piętą. Przynajmniej jedną. Lub piersią i kością ogonową, to już było trudniejsze, ale sztuka nieraz wymaga wyrzeczeń. Pewna dziewczyna próbowała przez dwa lata zrobić selfie pełnowymiarowe (oczywiście sama sobie) i zwariowała. Dr Jonson, który zajął się jej terapią, usiłuje – na początek leczenia – przywrócić w niej nawyk robienia selfie najprostszego. Wg jego hipotezy badawczej albowiem nie ma dzisiaj normalnego życia bez robienia selfie i stanowisko takie wydaje się ze wszech miar zasadne. Pełnowymiarowej dziewczynie życzę powodzenia. A dr. Jonson nagrody Nobla.

Epokę samego krocza, waginy, niepomalowanych zaniedbanych u nóg, „sideboob”, czyli odsłaniania piersi z boku (nuda), oraz selfie macro włosków łonowych po woskowaniu w dziejach autofotografii pominę. Rok 2015. Jesteśmy w epoce, w której króluje „thighbrow”, czyli miejsce „złączenia ud i bioder”, które to miejsce, jak podkreślają portale, „lubi się marszczyć”. Pozytywną stroną tej mody jest powrót do pełniejszych kształtów kobiecych, kobieta przestaje być anatomicznym monstrum wiszącym w środku biustonosza i majtek od bikini. Co na to feministki?

selfie pępka 11358301_1589381998003245_798045572_n

Moda w Chinach. Dotknij swojego pępka ręką przełożoną za plecami i wykonaj selfie. Udowodnisz, że masz „dobre ciało”. I że jesteś idiotką.

Niektórzy powiadają, że sztuka selfie to sztuka łatwa i prymitywna. Nic bardziej mylnego. Dowiedliśmy, że jak każda wielka sztuka, selfie wymaga ogromnych nieraz wyrzeczeń i siły woli. Bywa, że wymaga heroizmu niemal tak wielkiego jak robienie zdjęć trupom na współczesnych polach bitewnych i po egzekucjach w ISIS. Żeby zrobić sobie selfie, niejedna kobieta wchodzi w klapkach, różowym biusthalterze i barchanach na Rysy, niejedna robi sobie selfie na skraju przepaści, by za chwilę bohatersko zginąć, inna selfiuje na dziurawym moście w remoncie lub w przeręblu. Faceci też bywają nieźli, chociaż wyraźnie zaniedbali szpary i brodawki.

Co do mnie, wolę już najgłupsze selfie od trupów w Erytrei, Syrii Afganistanie i ISIS. O tempora o mores  morwa urwa kres i po stokroć urynał!

Michał Waliński

16 września 2015 roku

Polecam: Nowe słówka. Cipkomat

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii fotografia, selfie, sztuka i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s