Jeszcze a propos fundamentalizmu. Katolicyzm polski

Trudno się nie zgodzić z większością uwag i refleksji prof. Jana Woleńskiego.

[por.  J. Wolenski, Fundamentalizm religijny w Polsce (refleksje agnostyka)

Polska od wieków była i jest krajem katolickim, w którym w myśleniu ludzi Kościoła (a więc nie tylko hierarchów i kleru) przeważały i przeważają fundamentalistyczne sposoby myślenia. Nie ulega wątpliwości, że Kościół historycznie odegrał ważną, może najważniejszą rolę w obronie i krzewieniu polskości. Co nie przeszkadza, żeby się zastanowić, czy bez silnego Kościoła i jego wsparcia Polska by przetrwała niewolę i w jakiej kondycji przetrwała?

Mieliśmy w historii sporo światłych ludzi, którzy bez konieczności „wikłania się” w zależności od Kościoła, mogli poprowadzić naród drogami bardziej racjonalnymi niż polityczny i religijny mesjanizm. Zaś patrząc historycznie (ale też poprzez pryzmat czynników społecznych i ekonomicznych), można rzecz, że skutki mesjanizmu (a więc i jego spirytus movens: myślenia i działania fundamentalistycznego – mówiąc w skrócie), zawsze były dla Polski szkodliwe, by nie rzec fatalne. Przede wszystkim postawa taka przez stulecia sukcesywnie odgradzała nas od nowoczesnej Europy, od nowoczesności i postępu.

Nie chcę nikogo urazić w jego przekonaniach, mam jednak (nawet w kraju wojującego fundamentalizmu) prawo do własnych sądów i przekonań, powiem zatem, że wybór Wojtyły na papieża był dla Polski, mówiąc eufemistycznie, wyborem wielce niefortunnym.

Nie będę się rozwodził nad uzasadnieniem mojego stanowiska. Zaznaczę trzy aspekty jako konsekwencji wyboru Wojtyły:

  1. Nawrót i umocnienie się w Polsce, po „uśpieniu” w okresie komunizmu, chłopsko-ludowo-folklorystycznego typu religijności, który idzie w parze z kościelnym (hierarchowie, kler) i potocznym fundamentalizmem, sprzyja ksenofobii i nietolerancji (także poprzez archaiczny rodzaj edukacji religijnej dzieci i młodzieży, która od więcej niż stu lat nie zmieniła się ani na jotę).
  2. Przesadzone są opinie o decydującej roli Jana Pawła II w obaleniu komunizmu. Przewrót systemowo-polityczny w tej części świata wynikał z sytuacji (zmiany) geopolitycznej. JPII, owszem, dodawał ducha i wiary Polakom. Upragniona wolność nie była raczej zasługą Matki Boskiej na znaczku w klapie marynarki Wałęsy, aczkolwiek Kościół „po swojemu” zmiany wykorzystał, uzurpując sobie czołową rolę w życiu narodu, by tym silniej wrócić do fundamentalistycznych nawyków myślowych, w czym od zawsze był mocny.
  3. Abstrahując od spraw polskich, Wojtyła okazał się jednym z najbardziej zachowawczych (znów używam eufemizmu) papieży. W pewnym stopniu papież ten … „wstrzymał Ziemię”.

Owszem, mieliśmy (mamy) w Polsce tradycję wielokulturowości. Z faktu jednak samego istnienia wielokulturowości (niegdyś) niekoniecznie musi wynikać coś pozytywnego dzisiaj. Istotna jest odpowiedź na pytanie, czy i jak tradycje te, sięgające XVI i XVII wieku, były kontynuowane,  nie mówiąc: kultywowane. Stworzyliśmy dawno temu jedną z pierwszych w świecie demokracji. Czy z faktu tego wynika obycie Polaków w świecie współczesnej (dzisiejszej) demokracji, umiejętność „posługiwania się” (że się tak trywialnie wyrażę) systemem demokratycznym? Tym bardziej, że tamtą nowatorską demokrację szlachecką Polacy potrafili znakomicie zepsuć i skompromitować?

Powtórzę: z pewnego punktu widzenia wielokulturowość w Polsce XVI, XVII wieku to wspaniała sprawa. Innowiercy znajdowali u nas schronienie, np. na ziemiach polskich zamieszkało 50 tysięcy Szkotów, arianie do czasu (!) mieli się dobrze, w Polsce płonęło mniej stosów (i biednych czarownic), nie szalała inkwizycja zwana „świętą”, ale…

Stosunek Polaków do innych narodów (zjednoczonych w niegdysiejszej Unii) raczej nie może stanowić bez zastrzeżeń wzoru godnego naśladowania. Na pewno zawsze przebijała na wierzch polska megalomania, poczucie wyższości Polaka nad Litwinem, Żmudzinem, nie mówiąc o Rusinie, o „naszym” Tatarze czy wrażym Turku. Osławiona polska tolerancja nie pozwalała na wyjście poza pole płasko rozumianych stereotypów etnicznych. Obcy, nawet w ramach Rzeczpospolitej Obojga Narodów, w większości nigdy nie stał się Swoim. Był co najwyżej oswojony, tolerowany, chociaż zawsze w jakimś sensie straszny i groźny. Zagrażał i odstraszał może nie samym wyglądem, ale obcością religijną. Był to strach bardziej irracjonalny niż racjonalny.

Z perspektywy byle szlachcica na zagrodzie świat był bardzo klarowny i dzielił się na katolików (a więc głównie Polaków) i heretyków, a więc większości nie-Polaków. A przecież na osobną uwagę zasługuje też stosunek Polaków do wielu milionów Żydów zamieszkujących tereny Rzeczypospolitej. Owszem, sytuacja taka była lepsza niż na przykład wyrzynanie się w wojnach religijnych, ale… W XIX wieku rozpoczną się mające kontekst ideologiczno-religijny prześladowania Żydów.

Problem w tym, że przeciętny Polak dzisiaj nie tylko nie kontynuuje i nie kultywuje niegdysiejszych tradycji tolerancji (na tyle, na ile one się zdarzały), ale jako notoryczny analfabeta kulturalny i kulturowy w ogóle nie zna tych tradycji, nawet w spaczonej przez Sienkiewicza wersji (Trylogia). Bo nie czyta.

Dodałbym więc do opinii prof. Woleńskiego: nasilanie się czy dominacja myślenia i działania fundamentalistycznego wydaje się ściśle korespondować z ogólnym poziomem wykształcenia ludzi. Dotyczy to społeczeństwa w ogóle, jak i kleru. Zwróćmy uwagę, że ekspansja fundamentalizmu w wydaniu współczesnych polskich hierarchów jest zbieżna z postępującym brakiem kompetencji u (chyba) przeważającej liczby tychże hierarchów. W tekście tym, jak widać, nadzwyczaj chętnie posługuję się eufemizmami.

Prof. Woleński słusznie zwraca uwagę na pewną polską (?) specyfikę: znakomitą współpracę polskich polityków i partii politycznych z Kościołem, a ściślej – hierarchami. Jeszcze ściślej mówiąc – chodzi o regularne „zabezpieczenie” interesów Kościoła przez partie polityczne, w czym upatruje się źródła ewentualnego poparcia kleru dla takich lub innych inicjatyw polityków. W swojej przerażającej i nieraz odrażającej głupocie politycy, by nie narazić się Kościołowi vel hierarchom i nie narazić się …ludowi, w imieniu którego rzekomo działają, swobodnie posługują się językiem i kategoriami oraz kryteriami (zwłaszcza oceny Obcych) charakterystycznymi dla fundamentalizmu. Zaraza fundamentalistyczna jest tak silna, że udziela się nawet prominentom, o których powiedzielibyśmy, że są światli umysłowo. I kompromituje Polskę. Dzisiaj mówi się wiele o uchodźcach i stosunku do nich, nie zapominajmy, że część hierarchów i kleru najchętniej starłaby w proch wszelkich ateistów i agnostyków i to oni SA wrogiem numer jeden Kościoła.

A tradycje wielokulturowości w II RP? Mogą stanowić wzór, doskonały wzór negatywny, zaś nasze sentymenty do Lwowa i Wilna nic tu do rzeczy nie mają. Historia Polski w latach 1918-1939 pod tym względem to historia głównie antagonizmów narodowościowych i historia jatek i nietolerancji. Są chlubne wyjątki, jednak ex definitione wyjątek nie stanowi o całości. Jaka rolę pełnił Kościół w tym okresie? Katalizującą, niwelującą różnice etniczne i kulturowe? Pałał szczególną miłością do 5 milionów Żydów?

Okres II wojny bynajmniej nie sprzyjał krzewieniu pozytywnych aspektów wielokulturowości, raczej brutalnie przerwał pewne pozytywne procesy tam, gdzie one zachodziły.

Pisząc, co powyżej, pamiętam, że nie wszystko w historii polskiej wielokulturowości zapisywało się wyłącznie czarnymi kartami, pamiętam o Żeromskim i sumieniach narodu, jednak jeśli współcześnie mielibyśmy przeciwstawić się myśleniu w kategoriach fundamentalistycznych, ksenofobicznych, to w pierwszym kroku ku tolerancji musimy zdjąć z siebie maskę absolutnych megalomanów, nauczyć się doceniać własną wartość jako narodu, ale zrzucić z siebie nieuzasadnione poczucie wyższości wobec innych narodów, nie tylko zresztą wyższości religijnej i kulturowej. Bez dogłębnego, uczciwego rachunku sumienia w tym dziele się nie obejdzie, historycznego takoż, zaś Kościół i politycy powinni inicjować światłe przemiany narodu, a nie pełnić rolę skutecznych „hamulcowych” .

Na to się nie zanosi. Mamy do czynienia z klinczem, swego rodzaju błędnym kołem, budujemy nowoczesne autostrady i wznosimy rewelacyjne obiekty, na prawdziwą niezależność i niepodległość myśli wznieść się jednakakowoż nie potrafimy. Politycy nie mogą, bo Kościół, Kościół zaś musi iść na przekór politykom, chyba że ojciec Rydzyk zdecyduje inaczej (nb. jakimże ogromnym rozsadnikiem myśli fundamentalistycznej jest Radio Maryja, które edukuje przez cał dobę miliony ludzi, niekoniecznie tylko starszych pań w śmiesznych berecikach). A masy analfabetów w 95 procentach deklarują się jako katolicy i ogromna ich część, ze względu na niską jakość wykształcenia, także edukacji stricte religijnej (sic), nie dostrzega, jak bardo ich życie i życie Kościoła rozmija się z ideałem Chrystusowym. Jeśli mamy się zmienić, unowocześnić, dobić do Europy, musimy nie tylko zrzucić maski megalomanów, lecz także skończyć z galopującą narodową hipokryzją.

Oczywiście, najlepiej byłoby żyć w sposób doskonale prawy, ale to na ogół jest nierealne, bo natura człowieka jest, jaka jest. Jeśli człowiek grzeszy, to niekoniecznie musi szukać wsparcia w religii i w naiwnym rozgrzeszeniu po wykonaniu zadanej „pokuty”, bo takie rozwiązanie jest w gruncie rzeczy upokarzające dla godności człowieka, zakładamy  zaś, że nawet przestępca swoją godność posiada. Ważniejszy od spowiedzi wydaje się uczciwy rachunek sumienia i w miarę możliwości samodzielne wyciągnięcie wniosków i konsekwencji, co oznaczałoby pewien istotny wysiłek intelektualny ze strony „grzesznika”. Myślenie fundamentalistyczne, jako myślenie oparte głównie na stereotypach, jest „myśleniem” bezwysiłkowym, pozbawionym głębszej refleksji i motywacji do rzetelnego myślenia (by wyrazić własną myśl paradoksami).

Myślenie fundamentalistyczne, uruchamiając osadzony w tradycji pewien względnie stały system znaków i symboli, nie wychodzi poza te znaki, nie uruchamia napięć intelektualnych wynikających z przywoływania innych znaków i „zderzania” z nimi, skupiając uwagę  nadawcy i odbiorcy na samym sobie i apriorycznych konotacjach, zatem wyłącznie utrwala pewne na ogół bardzo jednoznaczne (i tylko takie), wyrażane w sposób czarno-biały emocje: Polak-katolik=samo dobro; muzułmanin/obcy= samo zło.

Na koniec zatem jeszcze raz wrócę do kwestii edukacji religijnej. Ja, z wyboru dokonanego prawie 60 lat temu, agnostyk, a może ateista, ateista, a może agnostyk (tego do końca nie wiem i wiedzieć nie będę) i były belfer od polskiego, filozofii i kultury, odżałowałbym tę monstrualną ilość godzin, jakie w szkole polskiej poświęca się – od przedszkola po maturę – na „nauczanie” religii. Powinienem w tym kontekście także słowo „religia” opatrzyć cudzysłowem, bo może ono znaczyć tu wszystko i nic. Pojęcie „nauczanie religii” jest dla mnie paradoksem. Owszem, gdyby prowadziło ono, to nauczanie, do konkluzji, że Bóg, każdy Bóg i każdy bóg ma naturę paradoksalną i że w każdej religii ważna jest opozycja sacrum-profanum, że przyjęcie (szczere) każdej wiary religijnej, to jakby zgoda na odczuwanie misterium tremendum i misterium fascinans, to byłaby to piękna lekcja tolerancji i ekumenizmu jednocześnie dla dzieciaków.

Tymczasem religii „naucza się” dokładnie tak, jak mnie nauczano jej pod koniec lat 50., lub  na przełomie 50. i 60. (Gomułka na jakiś czas dopuścił religię do szkół; potem rok czy dwa chadzałem do parafii), oswajając dzieci z obrazkowym Panem Bogiem, obrazkowymi świętymi, najbardziej naiwnymi historyjkami z ich życia, i przeciwstawiając te obrazki obrazkom wrażej herezji (biedni ci liczni święci, nie mogli zrobić w życiu nic pożytecznego, bo musieli walczyć z heretykami lub pozwalać heretykom na obrzynanie świętych członków).

W tego rodzaju edukację nie ma wpisanej żądnej poważniejszej refleksji etycznej, a przecież nie da się ukryć, że nawet z przedszkolakiem można uciąć sobie bardzo poważną dyskusję etyczną czy filozoficzną. No i taka szczątkowa, wysublimowana do postaci stereotypów „wiedza” o religii, podawana przez często niedokształconych katechetów (niedokształconych także pod względem umiejętności dydaktycznych) gdzieś tam w człowieku pozostaje na zawsze i odbija się czkawką. Na przykład w kwestii stosunku do uchodźców.

Bo mało kto próbuje na własną rękę próbuje zgłębić tajemnice własnej religii (nie mówiąc o cudzej), nieliczni Ida na studia teologiczne, które zresztą zdaniem znawców mocno w Polsce podupadły. I mało kto w Polsce czyta dla własnej przyjemności (intelektu) Andrzejwewskiego, Mauriaca czy Bernanosa. O Biblii i pismach mistyków nie wspominając.

Gdyby zamiast tej ogromnej ilości lekcji „religii” wprowadzono do szkoły elementy religioznawstwa, antropologii kulturowej, etyki czy filozofii, mielibyśmy do czynienia z innym jakościowo, bardziej tolerancyjnym (sądzę), na pewno mniej uległym wobec wszelkich fundamentalizmów, społeczeństwem. Jako były nauczyciel, który przez ponad 20 lat w jakimś sensie namolnie walczył o wprowadzenie filozofii do szkół, dzisiaj konstatuję ze smutkiem, że w tym państwie wprowadzenie edukacji filozoficznej do szkoły jest po wielokroć niemożliwe.

Uczciwość jednak nakazuje zauważyć coś, co stało się w ostatnich dniach, a co traktuję w kategoriach największego cudu w dziejach III RP: otóż kilku polskich hierarchów (jeden głos uprzedził nawet samego papieża Franciszka) ujęło się za uchodźcami.  W dodatku sam gen. Głódź obwieścił, że trzeba słuchać Franciszka. Piękna sprawa. Politycy i Ty, Narodzie, uczcie się od hierarchów! Piszę to bez jakiejkolwiek ironii.

Michał Waliński

12 września 2015 roku

Polecam: Fundamentalizm po polski. Pełzająca quasi-rewolucja

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii fundamentalizm, polemika, religia i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Jeszcze a propos fundamentalizmu. Katolicyzm polski

  1. Ciekawą wykładnię “słuchania papieża Franciszka” zaproponował w Gazecie Wrocławskiej ks. Jan Gacek, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Legnicy:

    Papież Franciszek mówiąc o tym, że parafie mają przyjmować Syryjczyków, miał na myśli społeczność parafialną, a nie samego proboszcza.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s