Niezłomny

Od wczesnego dzieciństwa miałem w miarę szeroki dostęp do książek, aczkolwiek – z wyjątkami – dopiero w wieku dojrzalszym odkrywałem większe połacie literatury i kultury, które komunistyczna cenzura ukrywała przed czytelnikami polskimi. W dzieciństwie i wczesnej młodości w domu poniewierało się sporo literatury socrealistycznej, polskiej, radzieckiej czy NRD-owskiej, jednak też w całych seriach trafiały doń liczne dzieła z zakresu klasyki światowej i rodzimej. Niektóre z nich po kilkudziesięciu latach nobilitowałem, zlecając oprawę introligatorowi i do moich ulubionych, od zawsze, należą na przykład dwa grube tomy „Gargantui i Pantagruela”. Papier żeberkowy, znakomity.

Jak każdego chyba młodego chłopca, pociągali mnie bohaterowie niezłomni, a ich rozrzut, i co za tym idzie wybór, był niesamowity. Jak każdy młody człowiek nieświadomie poszukiwałem wzorów postaw i zachowania. Tak, w tym panteonie byli Winnetou i Old Shatterhand, byli reprezentujący jasną stronę mocy kowboye skutecznie rozprawiający się z archetypami zła. Ale byli także robotnicy, którzy wstąpili do partii i pomimo licznych przeszkód ze strony wrogów ustrojowych i karłów reakcji, pozostawali wierni organizacji, jej linii ideowej, tym samym zaś byli także prawdziwymi patriotami, bo partia i ojczyzna to niemal jedno. Mą wyobraźnię porywali przodownicy pracy bijący rekordy wydajności ku chwale socjalistycznej ojczyzny. Wśród „moich” niezłomnych trafiali się także komsomolcy, a nawet komsomołki, przedstawiciele radzieckiej klasy robotniczej stojący murem za  związkiem Radzieckim i KPZR, bohaterowie wojny ojczyźnianej, tacy jak i na przykład pilot Miersiejew, który nóg pozbawiony w walce powietrznej, wrócił pod niebo, by zestrzeliwać kolejne faszystowskie maszyny. Równie imponowali mi niezłomni polscy lotnicy w służbie RAF-u, jak i polscy kapitanowie i marynarze z II wojny, poczynając od bohaterskiej załogi „Orła”. Mnie, dziecku, imponowała także odwaga niezłomnego Lenina, a informacje o nim w formie legendowej dostarczała mi szkoła, później zaś imponował mi Fidel Castro (i przyznam, nadal w jakiejś mierze imponuje), a w czasie studiów miałem krótki moment zauroczenia Che Guevarą, to była raczej taka moda w niektórych kręgach studenckich.

Rzecz ciekawa, nigdy nie imponowali mi święci ze swoją niezłomnością. Ale Janusz Korczak tak. I, na przykład, „człowiek, który się kulom nie kłaniał”, którego podziwiałem w powieściach Broniewskiej, Gerhardta i – poniekąd – Hemingwaya, dopiero później odkrywając, jaką kanalią był Świerczewski-Walter. Oczywiście, swoje robiła szkoła, podsuwając mi Prometeuszy, Antygony, Rolandów, bohaterów Camus, młodych powstańców warszawskich i in.

Radość i czystość obcowania z literaturą w dzieciństwie i wczesnej młodości polega między innymi na tym, że liczy się głównie sam bohater, a konteksty specjalnie się nie liczą, chyba że rzecz jest o Indianach, Dzikim Zachodzie lub Tomku Wilimowskim. Ważny jest sam bohater w postaci wręcz archetypicznej, dlatego może to być Miersiejew, Old Shatterhand, a może hrabia Monte Christo, Zbyszko z Bogdańca, Antygona czy Walter. Ważne jest, że (w legendzie, dziele literackim, pieśni) dochował do końca wierności idei, ludziom, ojczyźnie, grupie społecznej, nie ugiął się w najstraszniejszych momentach (tortury, niewola, jasyr), nie zdradził, nie załamał, walczył do końca „w imię”, zginął (najczęściej), dokonał aktu sprawiedliwości, czyli zemsty najczęściej. Od mitologii greckiej począwszy, powstawały niezliczone mutacje tego bohatera. Mickiewiczowski Wallenrod jest na przykład jego machiavelliczną (czy moralną?) odmianą, Sienkiewiczowscy pan Wołodyjowski czy Jan Skrzetuski to w gruncie rzeczy chodzące cnoty, czyste znaki postaw. Niezłomnym w zasadzie może zostać każdy, bez względu na pochodzenie, wyznawaną ideologię, rodzaj podjętej misji, płeć, wiek.

Zadziwiająca jest popularność motywu/toposu niezłomności. Odgrywa on ciągle niebywałą rolę we współczesnej kulturze popularnej. Rzecz ciekawa, choć w kontekście trendów w kulturze współczesnej zrozumiała: niezłomni to niekoniecznie postaci krystalicznie czyste, żywe cnoty. To częściej bohaterowie balansujący na pograniczu prawa, z ciemną przeszłością i często niekoniecznie moralnymi ambicjami. Znamy szereg dzieł, chociażby filmowych, w których jako odbiorcy największą sympatią darzymy niezłomnych kryminalistów. W powieściach kryminalnych znajdziemy także wielu niezłomnych po drugiej stronie, jak chociażby mój ulubiony policjant Harry z książek Nesbo.

Kiedy już jesteśmy bardziej doświadczonymi czytelnikami literatury, odbiorcami dzieł kultury, bohaterom niezłomnym przypatrujemy się wnikliwiej, większą rolę odgrywają konteksty, gry literackie, zabawy konwencjami etc. Co nie znaczy, że w obcowaniu z bohaterami niezłomnymi zatracamy pierwotną żywiołowość. Dopóki istnieje radość czytania, czytanie ma sens, czytanie z musu, czytanie z obowiązku, czytanie zawodowe sensu żadnego nie ma. Radość czytania niekoniecznie musi oznaczać, że oddając się lekturze, ryczymy bez przerwy ze śmiechu. Radość czytania wyczerpuje się w radości poznawania drugiego człowieka, innych ludzi. Bohater niezłomny w literaturze, filmie zazwyczaj kojarzy się z jakimiś określonymi gatunkami i kliszami literackimi. Luźniejszy lub ciaśniejszy gorset stereotypów, w który odziany jest bohater, niekoniecznie nakazuje wartościować tego bohatera (i dzieło) negatywnie. Zwróćmy uwagę, że pogardzana przez elity krytyczne powieść kryminalna zdaje się dzisiaj pełnić tę rolę, jaką pełniła niegdyś wielka literatura realizmu.  Więcej prawdy o współczesnej Polsce i Polakach znajdziemy w powieściach Miłoszewskiego i Bondy niż z ezoterycznych dziełach pań i panów nagradzanych najważniejszymi nagrodami literackimi w Polsce.

Z powodów, o których wspomniałem, lecz też z wielu innych, jest niezmiernie trudno wydawać sąd, opinię o bohaterze niezłomnym. Ktoś, kto oddał życie za jakąś ideę, może być mi wyjątkowo bliski, ale nie musi. Pan X – wzorzec niezłomności i bezkompromisowości w życiu zawodowym i politycznym, który jednocześnie był skurwysynem maltretującym żonę i dzieci niekoniecznie musi mnie pociągać. Mogę w jakimś stopniu podziwiać załogę niemieckiej łodzi podwodnej umykającej miesiącami aliantom, ale trudno byłoby mi identyfikować się z kapitanem i marynarzami, nawet w momencie, gdy dopada ich śmierć w chwili, gdy osiągnęli cel. Symboliczna kara, którą ponoszą, nie czyni (w moim odbiorze) ich niezłomności bardziej czystą i godną zaaprobowania.

Zatem, choć w polu widzenia mamy wiele rodzajów i przykładów niezłomności, a niezłomność jest zawsze tą samą niezłomnością i budują ją podobne strukturalnie cechy i okoliczności, to de facto niezłomność jest niezłomności nierówna, szczególnie gdy wielkie chansons de geste mamy na uwadze. Jedno jest pewne, o niezłomnych mówi się w zasadzie post fatum. Najpierw czyny, potem ewentualnie znaczące czy gloryfikujące epitety. O czyjejś niezłomności nie możesz wyrokować ty, nie mogę wyrokować ja. Niezłomność weryfikują (mniejsza lub większa) historia i opinia publiczna, tradycja. Niezłomność petryfikuje się w legendzie, micie.

Trzeba też przyjąć, że gdy już utrwali się jakiś powszechny pogląd na temat czyjejś niezłomności, to chyba nigdy nie jest to niezłomność bezwarunkowa, bez zastrzeżeń. Zawsze chyba jest coś dwuznacznego w niezłomności. Bo czyż Roland naprawdę musiał skazać na wyrżnięcie kwiat rycerstwa francuskiego? Bo czyż nie żal pięknych zapewne piersi św. Agaty? Czy nie szkoda śmierci setek tysięcy warszawiaków i śmierci …„niezłomniej” Warszawy w 1944 roku? Czy jest możliwe jednoznacznie pozytywne ocenianie poczynań „Wyklętych”, zwanych też „Niezłomnymi”?

Niestety, ja, zauroczony w młodości historiami z powstania warszawskiego, zauroczony „Kanałem” i „Popiołem i diamentem”, mam dzisiaj wielki moralny zgryz z oceną powstania i absolutnie nie wyrażam zgody na to, co rokrocznie w wolnej Polsce dzieje się w rocznicę powstania, a szczególnie na trawestowanie tragedii tego powstania w różne karykaturalne formy popkultury, których „symbolem” mogą być portki i kurtka niejakiego Kukiza. Jeszcze większy zgryz moralny mam z bezwarunkową akceptacją, adoracją i uświęcaniem tzw. żołnierzy wyklętych. Jeśli sobie na takie rzeczy pozwalamy, to przynajmniej nie rozdzierajmy szat, kiedy Ukraińcy celebrują i wyświęcają banderowców.

Nigdy bym nie przypuszczał, że dożyję takiego znaczącego dnia. Dzień ten wejdzie jako przełomowy do historii kultury popularnej, do historii ludzkiej niezłomności. Zapamiętajmy, 6 sierpnia 2015 roku! Tego właśnie dnia, w Sejmie i Senacie, nowy prezydent Andrzej Duda obwieścił zgromadzonym i światu rzecz niebywałą: „Jestem człowiekiem niezłomnym”. Tym samym stał się chyba pierwszym na świecie bohaterem (?), który sam nadał sobie przydomek „niezłomnego”. A zgromadzeni oniemieli i świat zadrżał w posadach. Do aktu takiej odwagi nie byli zdolni ani Prometeusz, ani Antygona, ani nawet Roland. No bo czyż nie trzeba odwagi Lenina lub Fidela, żeby samemu sobie, publicznie i telewizyjnie, na oczach milionów, parę minut po zaprzysiężeniu, zaraz na starcie nadać sobie imię niezłomnego? Spadłszy z wrażenia z mojego wyra boleści, co stało się nagle, zacząłem się gorączkowo zastanawiać: z jakich Skrzetuskich to on, z jakich Wołodyjowskich, z jakich Świerczewskich, z jakich doktorów Rieux lub z jakichże innych jeszcze niezłomnych ten mężczyzna? W wielu ujęciach popularnych bohater niezłomny, po wykonaniu misji, zadania, wraca domu, do rodziny i jakaś Danuśka mówi: „Pójdź, mój ty niezłomny, w me ramiona, spocznij na memłonie”?

Andrzej Duda ma co najmniej pięć lat na przekonanie wyborców i rodziny o niezłomności. Andrzej Duda jest jak prezydent Obama, któremu na początku pierwszej kadencji przyznano nagrodę Nobla. Andrzej Duda przyjął inne medale, pora na rewanż.

Słuszny, słuszny transparent wypisali na jego cześć i eksponowali na jego chwałę na mszy koronacyjnej i kolejnych uroczystościach ci nieugięci i nieustraszeni upałem, co zjechali z całej Polski, by go przywitać w domu: „HABEMUS PRESIDENTEM”. Z drobnym błędem ortograficznym, ale jednak. Słusznie Jacek Kurski, który niegdyś tak niesłusznie zbłądził, obwieścił na Twitterze: „:Krew jego dawne bohatery, a imię jego czterdzieści i cztery. Prezydentura wraca w godne ręce dokładnie 1944 dni po śmierci Lecha Kaczyńskiego”. Słusznie napisał na FB Terlikowski: „Jego zaprzysiężenie to święto Przemienienia Pańskiego. Oby ta prezydentura była początkiem naszego przemienienia narodowego. Obyśmy przyjmowali dar przebóstwienia”. Jakże słusznie wyraziła się posłanka PiS Krystyna Pawłowicz, oceniając atmosferę towarzyszącą spacerowi Andrzeja Dudy z Archikatedry św. Jana Chrzciciela do Zamku Królewskiego: „Wrażenie jest takie, jak przy wizytach Jana Pawła II. Człowiek ma poczucie czegoś oczyszczającego, odradzającego”.  Słusznie też Duda orędzie swoje kończył mówiąc o Dudzie w trzeciej osobie. Jak się sam nie nobilitujesz, to inni tego nie zrobią na pewno.

Habemus Dudam.

Nie wiedzieć czemu, zrobiło mi się straszno.

Michał Waliński

7 sierpnia 2015 roku

Polecam:

Perełka do koronki, czyli Peregrynacje świątobliwego Męża jednego przesławnego. Okruszki hagiograficzne

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Andrzej Duda, polityka, prezydent i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Niezłomny

  1. Myślę, że to był lapsus. Nowo zaprzysiężony prezydent chciał może powiedzieć, że jest człowiekiem nieugiętym, upartym w dążeniu do założonego celu. Wyszło jak wyszło, i będzie się to za nim ciągnąć przez całą prezydenturę. Miał rację, jak zawsze dowcipny, Lech Wałęsa, że tym przemówieniu “zabrakło kartki”.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s