Sosnowiec ma wszystko, z wyjątkiem jednego

Siedziała naprzeciw mnie i z przejęciem perorowała. Pociąg mijał Częstochowę. Naturalna blondynka, wystrzałowe nogi opięte wąskimi nogawkami białych spodni, czerwona bluzka, delikatny makijaż, dobry gust, ani śladu tatuażu, nieustanna sugestywna gestykulacja. Żywe srebro, pewna siebie, pewna tego, że wszystko działało wtedy, kiedy tego potrzebowała. Specjalne kapsułki uwalniały jej świeży zapach za każdym razem, gdy była w ruchu, dobrze wiedziała, że mikrokapsułki zapachowe pękały podczas tarcia, uwalniając porcje świeżości, dzięki czemu mogła być spokojna i czuła się pewnie przez cały dzień, zaś świeżość jej ciała emanowała także świeżością jej głosu.

W białe spodnie wcisnęła się dzisiaj głównie po to, żeby dodatkowo utwierdzić się w przekonaniu o słuszności swoich wyborów, że jest dobrze zabezpieczona na te dni, nie wspominając o tym, iż wieczorem chciała popływać. Obok, na rozkładanej półeczce, stała ledwie poczęta plastikowa butelka coca-coli z imieniem Karolina. Teraz gestykulowała głównie prawą ręką, lewą pieściła Galaxy S6 Edge, dzięki któremu najwyraźniej przekraczała swoje granice, pokonywała strach i była mobilna, kiedy tylko zechciała, zachwycając się nowoczesnym wzornictwem i znakomitymi parametrami. Była nadzwyczajnie wymagającą entuzjastką wszystkiego.

Wpatrywałem się w nią jak w tęczę, jak w święty obrazek, jak głodny w piętkę świeżego chleba i milczałem. Ukradkiem też popatrywałem na jej piękne pięty, pielęgnowane maszynką, która pozostawia skórę stóp idealnie gładką i miękką, już po jednorazowym użyciu. Jakże wspaniała ewolucję przeszła kobieta, pomyślałem, od Matki Boskiej do współczesnej laski. Nie, absolutnie nie pasowała do dowcipów o głupich blondynkach. Chłonąłem, spijałem każde jej słowo z tlącą się w tle muzyką szyn i kół kolejowych i zapachem młodości. Mógłbym tak patrzeć, słuchać i jechać bez końca, zwłaszcza że na wszystkich moich granicach od dawna stały masywne szlabany i że nikt na mnie nie czekał. Mój świat się skończył, a ona miała Samsunga, butelkę Karoliny, gwiaździste pięty i marzenia.

– Sosnowiec ma wszystko, absolutnie – ciągnęła z przekonaniem. – Ma wszystko, z wyjątkiem jednego. Sosnowiec jest jak ul, a w nim plastry miodu: w centrum, na Starym Sosnowcu i Pogoni króluje matka, a otaczają ją stare zabytkowe dzielnice, jak Porąbka, Niwka, Bobrek, Bór, Jęzor Klimontów, Zagórze, Maczki, Kazimierz Górniczy i inne, zamieszkałe przez robotnice. Królowa matka i pracowite robotnice żyją w doskonałej symbiozie, pomnażając z roku na rok dobrobyt i bogactwo i wykazując się doskonałą tolerancją wobec licznych żyjących tu trutni. Sosnowiczanie to stworzenia stosunkowo łagodne, ale potrafią mocno ugryźć, gdy na horyzoncie pojawi się Kazimierz Kutz czy inny Hanys lub zjadą kibice Polonii Bytom. Nie lubią, gdy się ich przezywa Gorolami i wściekają się, gdy obcy zaliczają Sosnowiec i Zagłębie do Śląska. Co to w ogóle za pomysł z tym województwem Śląskim! Ludzie z Sosnowca są dumni ze swojej przynależności do Małopolski i ze swojego bogatego dialektu, który już dawno naukowo opisały językoznawczynie z Uniwersytetu Śląskiego, który to Uniwersytet w czasie rozbojów i rozbiorów czasu wczesnej transformacji ustrojowej odebrały Sosnowcowi Katowice.

Nie, ta zjawiskowa dziewczyna z wystrzałowymi nogami, krągłymi biodrani, twarzą sarny i inteligencją w fiołkowych oczach stanowczo nie była ani Matką Boską, ani głupią blondynką z dowcipów, w stereotypową Matkę Polkę raczej też się nie przepoczwarzy – pomyślałem. Gdyby wystartowała na prezydenta, zagłosowałbym na nią bez wahania. Zaś domniemana Karolina pogłaskała czule Samsunga, wypiła łyczek coli i kontynuowała monolog.

– No więc Sosnowiec ma wszystko, z wyjątkiem jednego. Na wigilię ludzie z Sosnowca nie muszą jeść siemieniotki, makówki i moczki. Na Wielkanoc żaden zajączek im nie podskoczy. A najważniejszym punktem odniesienia dla każdego mieszkańca jest Patelnia. Miasto słynie z nowatorskich rozwiązań. I tak dla przykładu wykopano wielką dziurę, która łączy Patelnię z zabytkowym Dworcem Kolejowym z końca XIX wieku i, dalej, Starym Sosnowcem. Tym samym pod ziemią powstały dobre miejsca dla rolkarzy, hip-hopowców i kolporterów ulotek. Żeby podróżni nie musieli bez powodu pchać się do góry, wyremontowano pięknie Dworzec i zaraz zamknięto go, żeby się nie kurzył, a pod ziemią usytuowano trzy kasy, w tym jedna czynna.

We wczesnym okresie transformacji zlikwidowano charakterystyczną miedzianą iglicę w Parku Sieleckim, żeby pomnik ten przestał się ludziom kojarzyć z „komunistycznymi” rozruchami roku 1905, Związkiem Sowieckim i Czerwonym Zagłębiem. Tym samym powstało pierwsze w Sosnowcu miejsce dla rolkarzy i nocna pijalnia księżycówki. Nieco później pomnik radzieckich wyzwolicieli u wylotu al. Zwycięstwa przemieniono w powabny klombik tak sprytnie, że konsulat rosyjski w Krakowie nie zdążył zaprotestować. Ale przedtem przemianowano ulicę tego „komucha” T. Borowskiego na ulicę świętej Matki Teresy Kierocińskiej. Pierwsza Rada w  wolnej Polsce zamierzała wszystkie ulice w centrum nacechować religijnie, zbudować kilka nowych kościołów i zarządzić obowiązkowe zbiórki mieszkańców na msze niedzielne, ale na szczęście do głosu na dłużej doszła lewica i skończyła z tą radosną twórczością. Niemniej Sosnowiec stał się przy okazji kurią, a w tutejszych szkołach długo jeszcze nie rozpoczynano żadnej uroczystości, dopóki nie zjawił się biskup, a przynajmniej jakiś proboszcz. Zatem miasto swobodnie połączyło wiele tradycji: proletariacką, PPS-owską, komunistyczną (w Porąbce urodził się tow. Gierek), lumpenproletariacką, lumpowską, katolicką, filisterską, inteligencką, chłopską i tylko Żydów, których hitlerowcy wywieźli do krematoriów w Birkenau i Treblince, dzisiaj brakuje, choć pożydowskie mienie pozostało. Podobnie jak w Będzinie i innych okolicznych miasteczkach i osadach.

Sosnowiec – podkreśliła z dumą moja współpasażerka – ma secesję i swoją ulicę Piotrkowską, czyli ulicę Modrzejowską. Zaletą Modrzejowskiej jest to, że jest bardzo krótka i bardzo wąska i że można na niej usiąść. W Sosnowcu nie ma żadnych wieżowców, wysokościowców i innych budowlanych fanaberii. Przez kilkadziesiąt lat za drapacz chmur robiła kamienica u zbiegu alei Zwycięstwa i ul. Małachowskiego i już przed wojną patriotycznie nastawieni mieszkańcy Sosnowca ciągnęli pod nią obowiązkowo przyjezdnych, żeby sobie popatrzyli i pozazdrościli. Średnia wysokość starych kamienic w Sosnowcu to jakieś 1,8 piętra; gdyby liczyć bloki, to trochę więcej. W sam raz, przytulnie, sielsko. W takich warunkach wszyscy w Sosnowcu czują się jak u siebie w domu, swojsko, choć tu i ówdzie można dostać po mordzie. Jak wszędzie w Polsce. Najwyższy budynek w Sosnowcu to Wydział Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego, skąd można zobaczyć dinozaura, Szpital św. Barbary, Będzin i Babią Górę. Ale on, ten Wydział, się do średniej nie liczy, bo wybudowano go w celach naukowych po to, żeby część Uniwersytetu jednak została w Sosnowcu. W Sosnowcu są jeszcze kawałki wielu innych uczelni, jak Śląski Uniwersytet Medyczny, Politechnika w Gliwicach oraz cała szkoła „Humanitas”. Szczególnie dużo jest w Sosnowcu humanistów, a filologów polskich i angielskich jest jak mrówków. Sosnowiec, jak widać, to taki sympatyczny paczwork złożony ze starego, nowego, cegły, betonu, klinkieru, kostki brukowej, wapienia, estetycznego i trywialnego, naukowego i kolokwialnego, prostego i złożonego, czystości i pięknych zapachów (sosnowieckie kebaby!) oraz brudu i swojskiego smrodu. Prawie jak na Chojnach czy Bałutach w Łodzi, gdy pachną bzy i rynsztoki pachną. I rzeki słynne płyną przez Sosnowiec, czasem nawet wylewają.

Potencjalnie Sosnowiec jest miastem wielu przyszłych noblistów, z literackimi włącznie, bo grupa naukowców, pisarzy, poetów i krytyków jest tu prężna, a nie ustępują im plastycy i muzycy. I piosenkarze, i tekściarze. Mało kto wie, że Sosnowiec, który tradycyjnie dostarczał światu węgla, mięsa z tutejszych rzeźni i żelaza, od zawsze dostarczał też Polsce ludzi nadzwyczaj kreatywnych, których więc kreatywność służyła nie Sosnowcowi, lecz innym: Kiepura, Cygan, Bazan, Ciszewski, Gierek, Jędryka, Malina, Suchodolski, Szafer, Szpilman i najsłynniejszy słynny sosnowiczanin, niejaki Trybson, by wymienić tylko parę nazwisk.

Karolina upiła łyk Karoliny i perswadowała dalej:

– Tak, Sosnowiec ma wszystko, z wyjątkiem jednej rzeczy. Ludzie tu roztargnieni,  rozgarnięci i ogarnięci, policja czuwa, ORMO już nie, przybywa nowoczesnych tramwajów i autobusów, sal koncertowych, hal sportowych. Wszystko to rzut kamieniem od wrogiego miasta Katowice. Jest tu wspaniałe i nowatorskie targowisko w samym centrum, bo otóż w stragany i stoły zalegające w błocie, kurzu i brudzie przemyślnie wkomponowano nowoczesny szklany dom „Plaza”, w którym też handlują na potęgę i nawet filmy oglądają.

Sosnowiec to chyba jedyne miejsce w Polsce, gdzie na jednym kilometrze kwadratowym można przemieszczać się radykalnie w czasie: końcówka XIX wieku, miesza się z międzywojniem, a ono z PRL i XXI wiekiem, jakby człowiek tu i ówdzie pokopał, to i do bursztynowego szlaku dotrze, i do epoki żelaza, i przy okazji trochę węgla zgarnie. W takich miejscach jak Sosnowiec natychmiast odżywa w człowieku pamięć historyczna i budzi lokalny patriotyzm, a mała ojczyzna mile łaskocze. Milej nawet niż motylki w brzuchu. W Sosnowcu można się natychmiast na zabój zakochać, czego dowodem Pola Negri. I rzucić go raz na dobre, czego przykładem Kiepura. Sosnowiec wyrasta na potęgę kulinarną, bo stąd przecież pochodzi Amaro, wiec gdyby nie Sosnowiec, Polska kuchnia nie miała by pierwszej i ostatniej gwiazdki . „Gazeta Wyborcza” o niczym nie informuje tak dokładnie, jak o powstających nieustannie w Sosnowcu lokalach, pubach i lokalikach z oryginalną kuchnią, gdzie nawet czeskiego piwa z saksofonu można się napić. I Teatr wspaniały jest w Sosnowcu, i są przodujące szkoły.

Godzinami by można – rozmarzyła się dziewczyna – w przesmyku między 3 Maja, Warszawską i przejściem podziemnym wpatrywać się w kanciasty tyłek Jana Kiepury z pomnika, Kiepury szykującego się prawdopodobnie do samobójczego skoku w przepaść w myśl zasady „Zobaczyć Sosnowiec i umrzeć”. Faktycznie, niektóre pomniki najciekawsze są od tyłu. Każdy ma swoje ulubione miejsca, w Sosnowcu jest ich bez liku. Nocny widok na katedrę! Tego nie zastąpi żaden krakowski czy europejski gotyk. Czasem się nawet dach zapala i widok staje się jeszcze bardziej ekstatyczny. I kawiarenki na Starym Sosnowcu, w którym znawcy i koneserzy widzą miejsce piękniejsze od krakowskiego Kazimierza. I park i woda w Kazimierzu Górniczym. I porty na Przemszy. I Stawiki – cud natury ludzkiej i techniki: kąpielisko, raj dla motorówek i jachtów, narciarzy wodnych, zwolenników plażowania i piwa, rzygania, szczania, regat, śpiewów, kajakarzy i wędkarzy, miłośników drzew wyciętych i brudnego piachu, koncertów, a to wszystko na jednym hektatrze. Jak widać, Sosnowiec potrafi, bo jest tu nawet prawdziwa góra narciarska z wyciągiem, a władze starają się o zorganizowanie oficjalnych zawodów alpejskich.

Koła załomotały głośniej na rozjazdach, przejechaliśmy Zawiercie. Karolina sprawdziła godzinę na smarftonie, specjalne kapsułki nadal uwalniały spod pach jej świeży zapach, spodnie nadal były idealnie białe, wszystko było na swoim miejscu i spływało tam, gdzie spływać miało. Tylko ja się wyłamałem.

– Pani Karolino, no to dowiem się wreszcie, czego to brakuje Sosnowcowi? Bo że jest tu dużo, to już wiem. Pani pewnie zaraz wysiądzie, ja podróżuję dalej, ciekawość mnie zżera. Uśmiechnęła się do mnie szczerze. Wiedziała z pewnością, jakiej pasty używać, wiedziała, jakie optyczne rozjaśniacze o potwierdzonym działaniu klinicznym z wyjątkowymi cząsteczkami stosować, by czyszcząc zęby w bezpieczny sposób usuwać przebarwienia, sprawiając, że zęby stawały się gładkie, czyste oraz bielsze od zaraz! Motto, z którym parła przez życie, brzmiało: „Bielszy uśmiech, wtedy gdy go potrzebujesz. Natychmiastowa biel uśmiechu!” Bynajmniej więc nie zdziwiona moją śmiała prośbą, błysnęła natychmiastową bielą uśmiechu i odparła spokojnie:

– Jak to czego brakuje Sosnowcowi? To pan tego nie wie? W Sosnowcu jest wszystko,  mieszkają tu Sosnowie, Sosny i Sosnowcy, a nawet Sosnowiccy, ale w Sosnowcu nie ma sosen.

– Nie ma? Ani jednej? – zdziwiłem się niezmiernie.

– No bez przesady! W osadach, które włączono po wojnie do Sosnowca, na takim Kaźmirzu, znajdzie pan trochę sosny. Ale w centrum Sosnowca i w Starym Sosnowcu – na lekarstwo. Wymyślali różne herby i znaki dla Sosnowca, przez krótki czas było to nawet bardzo tęczowe miasto, jednak o sośnie zapomnieli. Ścinają na potęgę stare drzewa i nasadzają nowe, lecz sosny między nimi nie uświadczysz. Przechodzą samych siebie, na Małachowskiego postawili gęsto wymyślne donice z bukszpanami, ale sosny między nimi nie uświadczysz. Chyba nie wiedzą, że ziemia w Sosnowcu tylko na sosnę się nadaje.

Wie pan? Jest, rodzi się taka wizja: Sosnowiec miastem milionów sosen, Sosnowiec klimatycznym miastem sosnowym, Sosnowiec pachnący sosną i sosnową żywicą. Są ludzie, którzy chcą miastu przywrócić dawną nazwę Sosnowice i przekształcić miasto w uzdrowisko. Pojawiły się jakieś tajemnicze krasnoludki, które incognito, pod osłoną nocy, desantują i  nasadzają gdzie się da tysiące sadzonek sosny. To chyba ci ze stowarzyszenia „Reaktywacja Sosny w Sosnowcu”. Sosna zdrowa jest, odporna na zanieczyszczenia. Przy okazji można by uruchomić jakiś mały przemysł sosnowy, ekologiczny, parę tartaków, stolarnie, fabryczki stołów, prycz, regałów sosnowych, domków z sony lub trumien. Jakieś centrum kulturalne rzeźbienia w drzewie sosnowym. Jakiś turniej poetycki poświęcony rozdartej sośnie. Ludzi z sosną w nazwisku zwolnić z podatku. Promować saboty sosnowe. Przechadzać się pod sosnami, kochać się pod sosną. Wiosną…

Pociąg minął „Ślimaka” i zaczął gwałtownie hamować. Zwinęła szybko całą swoją świeżość, dopiero teraz odkryłem, że była to świeżość sosnowej żywicy, zarzuciła na ramię niewielką torbę podróżną, machnęła wdzięcznie dłonią z samsungiem i pobiegła ku wyjściu.

Nigdy nie byłem w Sosnowcu, ale pomyślałem, że do prawdziwie sosnowego Sosnowca chętnie bym się wybrał. I poleżał sobie pod sosną. Na prawym boku.

Michał Waliński

5 sierpnia 2015 roku

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii opowiadanie, Sosnowiec i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s