Hejt. Między sensem a bezsensem

Prowadzenie anonimowego, podpisanego pseudonimem bloga ma swoje  zalety. Taki blog, przynajmniej teoretycznie, znosi liczne ograniczenia dotyczące treści, pozwala przekraczać bariery intymności czy prywatności. Jednak nie podnieca mnie możliwość „swobodnego” trollowania czy hejtowania, pokazania innej niż ta „oficjalna” twarzy (gęby?), zresztą wolność tak i w takim celu pomyślana jest wolnością iluzoryczną, a poza tym głupią.

Co można powiedzieć o hejtujących Polakach? W Polsce hejterstwa jest znacznie więcej niż w krajach cywilizowanych, co zresztą jest wprost proporcjonalne do (na przykład) statystyk mówiących o łamaniu prawa czy zasad poruszania się po drogach publicznych samochodami bądź innymi pojazdami, w tym rowerami, quadami, motorami, kombajnami lub – gdzieniegdzie – wozami drabiniastymi. Dla Niemca czy Holendra zakaz lub ograniczenie ma sens, bo ustanowili go kompetentni ludzie po to, aby wspólnocie żyło się lepiej, więc nie dyskutuje on z zakazem lub ograniczeniem, lecz się do niego stosuje, gdyż leży to w jego interesie. W Polsce okazją do hejtowania może być cokolwiek. Mały artykulik w Onecie dotyczący …fałszowania serów żółtych. Artykulik ani dobry, ani zły. Pod nim co najmniej pięćset komentarzy (po pewnym czasie przerwałem przegląd), z czego połowa to hejty, którymi komentatorzy obdarzają czasem autora, a częściej siebie nawzajem. Siłą rzeczy, pod przeciętnym artykułem na temat antysemityzmu, homofobii czy polskiej ksenofobii, hejtów jest tysiące, są one bardziej ordynarne i wprost zieją nienawiścią. Ale ser jako powód do hejtowania? Chyba tylko w Polsce.

Dla znacznego odsetka Polaków dar życia jest jedyną i niepowtarzalną okazją dla ćwiczenia rozpasanego indywidualizmu, sobiepaństwa, prywaty, egoizmu, nepotyzmu, a w związku z tym nietolerancji i zwykłego chamstwa. Polacy, w większości, nie żyją dla społeczności, lecz żyją dla siebie i ewentualnie najbliższych. Jakiekolwiek zakazy, nakazy lub ograniczenia na ogół wyzwalają krytyczno-polemiczną część natury Polaków, wtedy to Polacy zaczynają intensywnie myśleć, a przedmiotem ich głębokich refleksji jest problem, czy i w jaki sposób można obejść prawo. I trzeba przyznać, że jest to myślenie nadzwyczaj pomysłowe i innowacyjne, dlatego Polakom na ogół nie wystarcza już czasu na innowacje w nauce, edukacji czy w gospodarce. Dlatego polskie uniwersytety zajmują odległe miejsca w rankingach światowych,  dlatego mimo wieloletniego wzrostu gospodarczego, co jest ewenementem na skalę światową i za co nas podobno wszyscy chwalą, jednocześnie jesteśmy w piątce najbiedniejszych krajów w Unii, co jest jeszcze większym kuriozum, lecz o czym się milczy, bo obowiązuje propaganda sukcesu.

Dodam, że w przeciwieństwie do Niemca lub Holendra Polak nie może w sposób jednoznaczny i niepodlegający dyskusji powiedzieć, iż ten czy inny zakaz lub nakaz wymyślili i wprowadzili mądrzy ludzie, w związku z czym zakaz musi mieć sens. Zresztą, gdyby nawet tak było, gdyby nawet wymyślili go mądrzy ludzie, co od czasu do czasu jest możliwe, nie trafiłoby to w gusta większości Polaków, bo – jako się rzekło – Polak to urodzony „polemista”, taki wszakże, który nie uznaje dyskusji za sztukę budowania kompromisów i szukania konsensów, ale traktuje ją jak rodzaj sztuki bitewnej czy wojennej, pojmowanej niezwykle serio, na śmierć i życie. Przeciętny Polak ma wrodzony wstręt do „kolektywu”, „współpracy”, „pracy w grupie”, bo z zasady nie ufa innym Polakom, boi się „oszwabienia”, „wykolegowania” przez grupę. Polak szuka sensu w bezsensie i postrzega sens jako bezsens, nie dziwi zatem, że Polska jest krajem najróżniejszych paradoksów i wydała takich geniuszy jak Witkacy, Gombrowicz i Mrożek.

Polacy rzadko odnoszą sukcesy w grach zespołowych, a już zupełnie nie odnoszą ich w „grach” społecznych, są za to mistrzami świata, a może całej galaktyki w demonstrowaniu światu postaw przekornych. Żeby było ciekawiej, owa przekora, często wyzwalająca u Polaków ciągoty niemal samobójcze, jest implikacją (lub maską) co najmniej dwóch naszych cech narodowych: hipokryzji i oportunizmu, te zaś są konsekwencją tradycyjnego, zapyziałego i zatęchłego konserwatyzmu. Nad tym wszystkim czuwa w Polsce św. Duch, jest to oczywiście jedyny prawowity duch, czyli duch katolicki, chociaż w praktyce jakby nie zawsze chrześcijański. Poza tym, w zespół wespół z Duchem św., czuwa, pośmiertnie, święty duch „naszego papieża”, tego, od którego co prawda odżegnują się co światlejsi przedstawiciele Kościoła, ale nie Polacy, nigdy nie Polacy, bo to „nasz papież”, „polski papież”, a wszystko, co polskie, z definicji musi być dobre, najlepsze – z Przenajświętszą Panienką na czele, kultową bohaterką polskiego folkloru religijnego, patronką wszystkich polskich antyfeministek, księży, ministrantów i środowisk radiomaryjnych. Bo ten prawdziwy „feminizm” w Polsce opiera się na kulcie niepokalanej dziewicy, wpajanym matkom Polkom przez mężczyzn, a rzekome feministki w rodzaju Środy, Szczuki czy Nowickiej to zaiste jakieś wynaturzenie. Co nie dziwi, bo jako się rzekło, Polska jest krajem paradoksów.

Tak więc ogromne rzesze Polaków nie mogą nie być hejterami. Prawdę powiedziawszy, Polacy zawsze byli hejterami, a przynajmniej stali się nimi mniej więcej od XVI i XVII stulecia.

Pierwsze historyczne pokolenie polskich hejterów to była szlachta, ta, która reprezentowała najciemniejsze oblicze polskiego sarmackiego obskurantyzmu i bezprawia, a była to zdecydowana większość „szlachetnie urodzonych”, prawdziwa siła, tym bardziej, że glejt szlachecki łatwo można było kupić lub uzyskać przy pomocy znajomości. Hejterstwo sarmackie rozwijało się i panoszyło pod wezwaniem liberum veto oraz w myśl zasady „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Szlachta polska –  od XV wieku – wyspecjalizowała się w produkcji prawa oraz w sztuce niekonwencjonalnej interpretacji tegoż prawa, ale najbardziej cenionym rozwiązaniem prawnym był tzw. zajazd. Lub rokosz. Oczywiście masy szlacheckie były w jakimś stopniu patriotyczne, od czasu do czasu pozwalały się nawet zebrać na pospolite ruszenia (obowiązkowo jednak po uprzednim zebraniu plonów z pól) i dać łupnia wrogowi, zwłaszcza gdy był Turczynem, Tatarzynem lub Moskwicinem, na ogół jednak ów patriotyzm przejawiał się w ksenofobii, polityce zaścianka, sąsiedztwa i okolicy, megalomanii i swoiście pojętej samowystarczalności, z którą kolidowało jakiekolwiek pojęcie szerszej wspólnoty i wspólnotowego interesu („Społem to jest malowanka, społem to jest duma panka”  – pisze Wyspiański). Kluczem zapewniającym osobiste, prywatne powodzenie, były powszechna korupcja oraz wszechobecny nepotyzm. I specyficznie pojmowane kumoterstwo, ideał „rodzinny” i „towarzyski” („bracia szlachta”, „towarzysze”). No i wyzysk chłopów.

Chłopi byli przez polską szlachtę traktowani gorzej niż murzyńscy niewolnicy przez właścicieli latyfundiów w południowych stanach USA. Nie musieliśmy zdobywać kolonii w egzotycznych krajach lub importować niewolników, bo kolonie mieliśmy na miejscu bądź na Ukrainie, a niewolników było u nas pod dostatkiem, ich nadwyżek trzeba było się nawet na różne sposoby pozbywać. Istnieje od dawna pewna zasługująca na uwagę teoria dotycząca folkloru chłopskiego, teoria opadu, przejmowania dóbr kulturowych (Neumann). Chłopi, podpatrując szlachtę, tworzyli rzekomo oryginalną własną kulturę. Przejmowali jednak także mniej budujące wzory zachowań szlacheckich: ksobność, pazerność, prywatę, egoizm, brak szacunku do prawa, obojętność na sprawy ojczyzny. Przejmowali w specyficznych, nieludzkich warunkach; prawdę mówiąc, wieś polska w wieku XIX stała się jednym wielkim rodzimym archipelagiem gułag. Dobrze opisał istotę tego gułagu Sienkiewicz w „Szkicach węglem” oraz Żeromski w opowiadaniach.

Lud stworzył swoje własne „prawo” obowiązujące w ramach wspólnot chłopskich na zasadzie obyczaju, „prawo” bardzo zhierarchizowane, selektywne, surowe, bezwzględne w wielu aspektach wobec „odszczepieńców” i pariasów, ludzi najuboższych. Stworzył jednocześnie „prawo” obowiązujące w zachowaniach członków wspólnoty  wobec obcych, a zatem głównie wobec szlachty i miasta, chociaż tradycyjnym wrogiem był na przykład także „Niemiec”. Rdzeniem owego ”prawa” było nierespektowanie narzuconego porządku, a szczególnie kwestionowanie cudzej, czyli głównie szlacheckiej własności i aprobata rabunku, kradzieży i oszustwa, niedbałość o cudzą a powierzoną na czas pracy własność, rozmaite formy sabotażu, nietolerancja, ksenofobia i in. Miejscem szczególnych kontrowersji były – tradycyjnie uznawane za wspólną własność wszystkich ludzi – lasy, sady, pastwiska, wody. Istotą świadomości chłopskiej były także postawy i działania, które dzisiaj określilibyśmy jako „antyekologiczne”; szczególnie drastyczne formy przyjął stosunek do zwierząt, jak by na to nie patrzeć, także stworzeń boskich. Jeśli już o tym mowa, trzeba zauważyć, że w arcykatolickich wspólnotach chłopskich, z niezwykle znaczącą i wpływową rolą księdza i kościoła, normą było łamanie większości przykazań boskich. W ogóle, w relacjach międzyludzkich dominowały obłuda, hipokryzja i moralny relatywizm.

Zatem już w tradycyjnych społecznościach, na stulecia i dziesięciolecia przed wynalezieniem Internetu, istniały znakomite warunki do uprawiania „hejtu”, funkcjonowały także media zapewniające kolportaż różnych przejawów nienawiści i dyskryminacji, takie jak plotka czy pogłoska w obiegu ustnym, a w obiegu pisemnym rozmaite formy paszkwili, pamfletów czy „donosów” charakterystycznych dla pisarstwa szlacheckiego.

Wszelkie mity, produkowane przez literaturę, a dotyczące rzekomo wspaniałego etosu chłopskiego, co widać szczególnie w XX-wiecznych dziełach tzw. nurtu chłopskiego, zaprawione były w „egzegezach” i „diagnozach” dokonywanych przez twórców, jak i dyżurnych krytyków literackich oraz (często) …folklorystów olbrzymią dawką hipokryzji, co było poniekąd na rękę władzom w okresie PRL. Wielowiekowe krzywdy ze strony szlachty umocniły i „uprawomocniły” w licznych zachowaniach chłopskich zasadę odwetu, zemsty i bezwzględnej walki o swoje, o byt, o zachowanie gatunku. Najbliżsi prawdy o wspólnotach chłopskich byli pisarze naturaliści, z czego zdawał sobie sprawę Reymont, inkrustując „wstawkami” naturalistycznymi swoją epopeję chłopską. Prawdę o bynajmniej niekolorowej wsi polskiej odsłaniali stopniowo, już w okresie PRL, mistrzowie polskiej szkoły reportażu.

Współczesne społeczeństwo polskie to w przeważającej liczbie spadkobiercy tradycji chłopskiej oraz – zaadoptowanej i przetransformowanej przez chłopów tradycji szlacheckiej (moda na „odkrywanie” swoich korzeni szlacheckich, herbowych legitymacji przez współczesnych nuworyszów jest motywowana obłudą, udawaniem i hipokryzją, bo ta prawdziwa polska szlachta już dawno temu sama zdążyła się skutecznie spauperyzować). Symbolicznym pokłosiem tej tradycji jest plaga nieuprzątniętych psich kup zalegających chodniki, trawniki i place, nieludzkie traktowanie prze wielu Polaków zwierząt, kłótliwość i spory o miedzę (także gdy miedza rozdziela różne ideologie, poglądy i światopoglądy), wzajemna nieufność, podejrzliwość, nielojalność, egoizm i prywata, kołtuństwo i zamiłowanie do hejtu, co wszakże nie wyklucza dużego stopnia zadowolenia z życia deklarowanego przez Polaków. Polak zazwyczaj jest zadowolony z siebie, jest więc zadowolony życia, chociaż tak w ogóle nie jest zadowolony z niczego. Polak jednak rzadko kiedy wybierze wspólne działanie, widząc w nim szanse na realna zmianę realnej rzeczywistości, a jeśli już to się zdarzy, jak na przykład w wypadku tzw. ruchów obywatelskich przy okazji wyborów do Europarlamentu, to takie ruchy staną się natychmiast płaszczyzną wzajemnych animozji, kłótni i destrukcji. Polak nieustannie miota się między sensem a bezsensem.

Ciekawostka. Zazdrościmy poziomu życia Norwegom i Szwedom. A przecież w krajach tych bogactwo zbudowano wspólnym systematycznym, trwającym setki lat wysiłkiem ludzi, który nigdy nie pozwalał na jakiekolwiek marnotrawstwo (sił, pieniędzy, ludzi, efektów pracy). Dobrze pokazują to najwybitniejsze dzieła literackie, od Hamsuna poczynając. W takiej współczesnej Islandii niemal 90 procent pracujących należy do związków zawodowych, a liderzy tych związków nie są etatowymi rentierami odcinającymi pokaźne kupony od pełnionej funkcji. Tam znaczny odsetek ludzi dorosłych należy do partii politycznych. U nas są to promile, dlatego dopuściliśmy do wykształcenia się pseudoelit politycznych, swoistych beneficjentów systemu, których interesuje przede wszystkim parcie na kasę, i zgodziliśmy się na to, żeby robili, co tylko chcą, włącznie z ignorowaniem i upokarzaniem tych, którzy ich wybrali.

Jest jednak pewna „drobnostka”. W państwach skandynawskich społeczeństwa przyswoiły sobie szacunek do prawa już w stosunkowo wczesnym średniowieczu i to zawsze stanowiło ważny element ich tradycji narodowych. I my mieliśmy istotne dokonania w dziedzinie prawa, poczynając od średniowiecza (Ostroróg), nawet polska demokracja szlachecka pomyślana była znakomicie, ale od zarania źle wykorzystywana w praktyce. Szacunek do prawa, myślenie w kategoriach wspólnotowych nigdy nie stało się u nas rdzeniem pozytywnej tradycji narodowej, swoich szans upatrywaliśmy w szaleńczych i straceńczych zrywach narodowych, a nie w systematycznej, wspólnej pracy na gruncie edukacji i gospodarki, do czego nawoływali jeszcze pozytywiści. Negatywną, niestety istotną częścią naszej tradycji narodowej jest zrzucanie winy za niepowodzenia na okoliczności zewnętrzne, historię, zaborców etc. Przypomnijmy, że Norwegia i Szwecja miały sporo historycznych problemów z dominacją duńską, ale potrafiły owe problemy przekuć w mądre, zbiorowe działanie na rzecz wspólnoty narodowej.

Naszym podstawowym nieszczęściem narodowym było chyba od zawsze niesłychane rozwarstwienie społeczeństwa. Etykieta „społeczeństwa” przysługiwała zresztą znikomemu procentowi ludzi – szlachcie i magnaterii. Reszta to był jakiś (wiejski, miejski) lud, plebs, motłoch, lumpenproletariat, to byli w zasadzie nie-ludzie, istoty pozbawione podstawowych praw. Głosy co światlejszych przedstawicieli elit, domagających się prymarnych przynajmniej praw dla wykluczonych (Staszic, Kołłątaj), były głosami wołającymi na puszczy. Dzisiaj władze chwalą się nieustannie naszymi rzekomymi sukcesami w ostatnim 25-leciu, jednak czynią to kontekście kulawej demokracji (może raczej antydemokracji?), w której same prawem kaduka mianowały się „elitami”, pilnują de facto wyłącznie własnych pozycji i interesów, a resztę, czyli współczesny „lud”, mają w tzw. głębokim poważaniu, traktując go jak plebs, okazując mu swoją butę, pychę i arogancję. Właściwie, w Polsce należałoby przedefiniować pojęcie prekariatu. Prekariusze to my wszyscy, poza przedstawicielami władzy i kościoła, polski prekariat to (dla przykładu) także nędznie opłacane polskie pielęgniarki, nauczyciele i nauczyciele akademiccy. Wszyscy ci, którzy w Polsce nie mają szans na normalny start i rozwój życiowy i zawodowy. Jest olbrzymim paradoksem, że w kraju o tak potężnym rozwarstwieniu (ekonomicznym, bytowym, zawodowym) nie jest w stanie funkcjonować porządna lewica.

Biorąc pod uwagę to wszystko, nie dziwi, że Komorowski przegrał wybory prezydenckie, zgubiły go miedzy innymi pycha i arogancja, o czym pisałem wcześniej. Przede wszystkim jednak przegrał je ze względu na brak współpracy z formacją, której mimo wszystko był przedstawicielem, i brak współdziałania w tejże formacji w trakcie kampanii wyborczej. Prezydent uznał, że współpraca nie jest mu potrzebna, bo zwycięstwo ma w kieszeni, przedstawiciele PO uznali, że wybory to problem prezydenta i podtrzymali swoje stanowisko po jego (czyli także własnej) przegranej w pierwszej turze. Żałosne było to żonglowanie plakietką PO sprytnie podrzuconą przez Dudę w ostatniej telewizyjnej debacie.

Nie dziwi także fakt, że prezydent Komorowski nie potrafił z godnością przyjąć wynik demokratycznych wyborów, zapowiadając w drugą wyborczą niedzielę, bezwzględną wojnę z PiS, a deklarację podtrzymał na posiedzeniu wyjazdowym PO. Zlekceważył tym samym sporą grupę własnego elektoratu, bo ostatecznie przegrał bardzo niewielką ilością głosów. Należało raczej – gdy chce się nadal uczestniczyć w życiu politycznym i być może stać się liderem partii – postawić na odbudowanie zaufania do PO wśród wyborców zbrzydzonych polityką PO i wahających się. Komorowski zachował się dokładnie …po polsku, jak utracjusz, który obraził się na wszystkich.

Uwzględniając siłę negatywnej polskiej tradycji nie dziwi także zachowanie pani premier i liderki wspomnianej partii. W indywidualistycznym geście desperacji zapowiedziała twardo na wspomnianym posiedzeniu wyjazdowym klubu PO, że to ona (i tylko)  będzie trzymać pieczę nad jedynkami z list wyborczych PO w wyborach do Sejmu, a w strategii wyborczej partii najważniejszą rolę ma spełnić pięćdziesięciu, a później nawet stu …hejterów. Jako były sympatyk PO wolałbym się dowiedzieć, co konkretnie PO jest w stanie zrealizować przed wyborami. Podkreślam słowo „konkretnie”. Uczynienie z PO partii wodzowskiej, z bardzo sprytnym, przebiegłym i silnym wodzem Tuskiem na czele, było początkiem końca tej partii. Udawanie, że PO jest nadal partią „wodzowską”, na czele z przywódczynią, której żadna cecha nie kwalifikuje do rangi wodza, brzmi groteskowo. A poza tym zwykły wyborca ma dosyć nie tylko wojen PO z PiS, ale także wewnętrznych wojenek w PO i robienia sympatyków partii w bambuko. Komorowski i Kopacz lawirują między sensem a bezsensem. Ściślej – gubią sensy i stawiają na bezsens.

Czegóż zatem mógłbym życzyć PO, gdybym wykrzesał resztki życzliwości dla tej formacji? Udanego hejterstwa? „Dorżnięcia (wrażej PiS-owskiej) watahy”? A gdzie tu Polska, panie i panowie?

Michał Waliński

8 czerwca 2015 roku

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s