Zasługują na granty? Polscy uczeni walczą z tabu menstruacyjnym

Uściślijmy od razu na początku. Zespół uczonych to w tym wypadku trzech doktorów hab., jeden dr n. med., ośmiu magistrów i jeden student medycyny, którzy uczestniczą w jednodniowej konferencji „La donna e mobile. Prawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet” zorganizowanej przez Centrum Badań Problemów Prawnych i Ekonomicznych Komunikacji Elektronicznej na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego (15 maja 2015 r.). Uniwersytet Wrocławski to mój „rodzinny” Uniwersytet (rodzice, stryj, siostra, dziewczyna, żona) i do dzisiaj nie jest mi obojętny. Tematy wystąpień – więcej niż fascynujące, szkoda, że mnie tam nie ma. Oczywiście nie w roli prelegenta, lecz skromnego i pokornego słuchacza i podziwiacza.

Rzecz wzbudza już od wielu dni szereg kontrowersji. Czy słusznie?

Według organizatorów konferencja jest prawdopodobnie pierwszą tego typu w świecie, a na pewno pierwszą w Polsce. Piszą oni w sui generis zapowiedzi (reklamie?) naukowego wydarzenia:

„Temat pewnie wielu z Was zdziwi. Wyjaśnimy więc co trzeba i mamy nadzieję, że dojdziecie do wniosku, iż warto poświęcić czas na udział w tym niezwykłym naukowym spotkaniu.

Cykliczności płciowej kobiet, od jej początku (menarche) aż do końca (menopauza), towarzyszą różne następstwa, mniej lub bardziej dolegliwe, niekiedy mające duże znacznie także dla oceny prawnej różnych zdarzeń.

Na gruncie prawa cywilnego to nie tylko kwestia ważności oświadczeń woli, w szczególności istotna w odniesieniu do testamentów samobójczyń. Wiadomo bowiem z polskiego piśmiennictwa psychiatrycznego, że blisko połowa samobójczyń znajduje się w stanie napięcia przedmiesiączkowego lub w pierwszych dniach miesiączki. Z innymi okolicznościami towarzyszącymi samobójstwom (depresja, spożycie alkoholu lub zażycie psychotropów) mogą być następstwa tej cykliczności doniosłymi dla oceny, czy taki testament jest ważny.

Przypuszczamy, że znacząca może być społeczna doniosłość zaproponowanej problematyki dla ustalenia zakresu odpowiedzialności cywilnej za spowodowanie uszkodzenia ciała lub wywołanie rozstroju zdrowia kobiety. Prawie wszystkie kobiety, które ulegają wypadkom komunikacyjnym lub wypadkom w pracy, mają bowiem potem zaburzony cykl miesięczny, niekiedy zostają wskutek takiego wypadku trwale ubezpłodnione, a nie słyszeliśmy, żeby kiedykolwiek dochodziły związanego z tym odszkodowania lub zadośćuczynienia. Pokrewne zagadnienie dotyczy odpowiedzialności za szkodę spowodowaną przez samą kobietę np. podczas prowadzenia samochodu zważywszy, że blisko połowa kobiet ma podczas napięcia przedmiesiączkowego lub w pierwszych dniach miesiączki zaburzenia słuchu określane jako patologiczne.”

To oświadczenie (reklama wydarzenia?) jest o wiele dłuższe. W dalszej jego części wyraźnie dochodzi do głosu troska uczonych o samopoczucie kobiet w okresie okresu, ich kondycję społeczną, zawodową i prawną oraz jakby postulat walki o podstawowe prawa kobiety menstruującej. Taka postawa panów organizatorów jest rzeczą jak najbardziej chwalebną i godną pochwały, niżej podpisanego nie dziwi zatem, że owa zapowiedź ma częściowo przynajmniej charakter usprawiedliwiania się z własnej twórczości i nosi wyraźne znamiona asekuracji. Cóż, nie da się ukryć: dobry prawnik to prawnik ubezpieczony od potencjalnych negatywnych skutków własnych decyzji czy postanowień.

Nie jestem zwolennikiem teorii głoszących, że wysokie stopnie naukowe są miarą wielkości i kompetencji człowieka, zaś człowiek jest miarą wszechrzeczy istniejących, że istnieją, i nieistniejących, że nie istnieją. Osobiście znam kilku profesorów tzw. belwederskich, którzy są co najwyżej belwederskimi cymbałami, i osobiście wiem o placówkach naukowych, gdzie profesorów jest znacznie więcej niż studentów, co wszakże także jest jakąś miarą rzeczy. Mam wiele logicznych i epistemologicznych zastrzeżeń do (wzbogaconej tak niecnie przeze mnie) tezy Protagorasa, lecz zawsze najbardziej uwierał mnie fakt, że nie uwzględnia ona perspektywy kijanki, z której przecież powstaje spory nieraz kawał porządnej żaby bądź innego płaza.

Zjadając więc żabę sprokurowaną przez uniwersyteckie kijanki, zauważmy, że organizatorzy konferencji kierowali się nie tylko empatią do kobiet, szczególnie w „tych dniach”, ale też wnoszą solidny wkład o walki z dyskryminacją magistrów i studentów, z jaką mamy do czynienia w czasach nam współczesnych (przecież nie tak dawno, bo jeszcze w średniowieczu, magister znaczył mistrz, a student mógł być rektorem uniwersytetu).

Jeśli coś mnie leciutko niepokoi, to fakt, że na konferencji głos zabrał tylko jeden cały lekarz i jeden nie w pełni lekarz. Skądinąd studentowi powierzono tak ważne zagadnienie, jakim są „Odstępstwa od fizjologicznego cyklu menstruacyjnego dotyczące zdrowia i stanu psychicznego kobiety”. Jego pełnoprawny kolega (dr n. med.) mówił o „Sytuacji hormonalnej i psychicznej kobiet w prawidłowym cyklu menstruacyjnym”. Zadziwia mnie również fakt, że brakuje w tym towarzystwie psychiatrów i psychologów, a może i socjologów, już nie mówiąc o dr. Z. Freudzie, lecz nie narzekajmy, bo przecież prawnicy uczestniczący w konferencji oferują nam tematy do koloru i do wyboru. Mnie na przykład zainteresowały „Następstwa cykliczności płciowej kobiet a ważność cywilnoprawnych oświadczeń woli”. Intrygująco brzmią „Wybrane teorie biologiczne przestępczości kobiet”.  A zupełnie nieziemsko, bo nadzwyczaj poetycko brzmi podsumowanie sesji: „O inspiracjach, nawet o poezji, przede wszystkim z myślą o nowych badaniach (zamiast zakończenia konferencji)”.

Po drodze jeszcze takie problemy jak: „Był taki babski pokój…”, „Były takie babskie dni” lub „Też mi wada! Jaka ochrona?”. Niektóre brzmią jak uwertury do intymnych, choć publicznych kobiecych zwierzeń. Jednak to akurat nie dziwi w czasach, gdy intymność stała się najbardziej (po papierze toaletowym) chodliwym towarem na rynku.

Dreszcze przechodzą mi po plecach, kiedy pomyślę, że po skrupulatnych śledztwach, prowadzonych przez policjantów, lekarzy i prawników, trzeba będzie podważyć tysiące testamentów sporządzonych przez kobiety przed klimakterium, ale za to w „tych dniach”. Być może zaistnieje także konieczność skasowania wszystkich jedynek wystawionych uczniom przez menstruujące nauczycielki i zrehabilitować uczennice podejrzewane o lenistwo i krętactwo, bo wszakże miały wtedy „babskie dni”. Więźniarki w Polsce wreszcie dostaną podpaski lub na podpaski i otrzymają na „te dni” możliwość rekreacji w bardziej komfortowych celach. No i w każdym zakładzie pracy, instytucji, włączając w to bezduszne, zdehumanizowane korporacje, wydzielone zostaną specjalnie urządzone pokoje, do których faceci nie będą mieli prawa wstępu. Szykują się wielomilionowe odszkodowania, prawnicy będą więc mieli co robić i mogli zarobić, dlatego organizując konferencję, na pewno wiedzą, co czynią.

Dla ścisłości odnotujmy, że w konferencji wzięła czynny udział silna reprezentacja kobiet, nie wiem, czy w związku, czy bez związku z cyklicznością. Za to wśród organizatorów – sami mężczyźni, co im zresztą mocno wytykano.

Kto, no kto mógł tak z fleka zaatakować organizatorów za wszystkie ich dobre i najlepsze intencje? (Skądinąd, dobrymi intencjami piekło brukowane!) Nikt inny, jak pewne kobiety, ale czego można się było spodziewać? Przecież nawet w szkole, bywa, dziewczyny w okresie „tych dni” najzacieklej bywają atakowane i tępione (za lenistwo, nieprzygotowanie, krętactwo i inne) przez inne kobiety.

Do krucjaty ruszyły organizacje kobiece i w liście do rektora Uniwersytetu Wrocławskiego domagały się odwołania konferencji. Piszą tedy w „Codzienniku Feministycznym”, co następuje:

„Pragnęłybyśmy podkreślić, że konferencję prowadzą prawie sami mężczyźni – jak wszystkie wiemy – eksperci w doświadczaniu kobiecych spraw i problemów, w tym menstruacji. Naturalne zjawisko w tematyce konferencji jest opisywane jako odstępstwo od męskiej normy, okraszane jest przymiotnikiem „specyficzne”; sugeruje się także, że napięcie przedmiesiączkowe jest przyczyną około połowy kobiecych samobójstw. Całość przypomina raczej XIX-wieczne traktaty o histerii i wędrującej macicy niż konferencję naukową.

Drodzy panowie! (tak się do nas zwracacie, gdy chcecie pokazać, gdzie nasze miejsce: drogie panie – więc odpłacamy pięknym za nadobne). Miesiączka nie jest specyficzna. Miesiączka nie jest odstępstwem od normy. Tak jak wy ejakulujecie i macie wzwody, tak my krwawimy raz na jakiś czas. Owszem, dla części z nas życie jest wtedy gorsze – jesteśmy obolałe, miewamy migreny i zmienne nastroje. Nie oznacza to jednak, że mamy, jak to byliście łaskawi ująć, patologiczne zaburzenia słuchu lub masowo targamy się na swoje życie. Krwawienie nie odbiera nam kompetencji, racjonalności ani wiarygodności!”

Do ataku przeszła niezawodna prof. Monika Płatek, o dziwo prawniczka, która mniej więcej raz w tygodniu musi głośno dać znać rodakom, że istnieje. Napisała ona na FB: „Wydawałoby się, że seksizm w nauce mamy już rozpoznany w związku z tym uświadomiony i jesteśmy na to uwrażliwieni. A jednak…. Po raz kolejny – tym razem naukowcy z Wrocławia uświadamiają nam ile jest jeszcze do wytrzebienia. Oto grupa panów i samych panów zbierze się za parę dni, by debatować o …żeńskiej menstruacji.
Panowie polecam wzięcie pod uwagę: tekstu Glorii Steinem, Gdyby Freud była kobietą, w świetnym tłumaczeniu na polski Barbary Limanowskiej i wiedzę, że zespół napięcia przedmiesiączkowego to lipa.

Już dawno dowiedziono, że nie ma to nic wspólnego z biologią, sporo ze społecznym seksizmem. Jest pretekstem, by dać upust frustracjom związanym z genderowym, kulturowym obarczaniem kobiety co musi, co powinna, czego jej nie wolno. Napięcie przedmiesiączkowe więc to świetny pretekst, by choć na chwilę sie z tego wyzwolić. I prawdę mówiąc jak widzi się, że kilku utytułowanych facetów zabiera się, by usprawiedliwiać własne kulturowe ograniczenia i pychę kobiecą miesiączką – ucieczka w zespół napięcia staje się zrozumiała…Chociaż – może już czas nazwać rzecz po imieniu. To wkurza. Wkurza kolejna konferencja gdzie o kobietach chcą mówić ci, co się na nich niekoniecznie znają, wkurza, że naprawdę sądzą, że naukową jest konferencja składająca się z przedstawicie tylko jednej płci, wkurza ich arogancja i to, że nadają jej pozory nauki.” [ortografia oryginalna]

Wspomniane wyżej oświadczenie organizatorów konferencji szczegółowo analizuje biolożka dr Maria Pawłowska, wykładowczyni gender studies, redaktorka naczelna portalu feministka.org., oczywiście feministka. Na (hipo)tezach panów organizatorów nie zostawia suchej nitki, pointując: „I panowie są ze swojej inwencji ewidentnie niesamowicie zadowoleni. Nie przyszło im do głowy, że nikt nie poruszał tego tematu, bo jest obraźliwy, seksistowski i kompletnie nienaukowy. Nie pomyśleli też, że warto chociaż jedną kobietę – która nie musi iść do czytelni ani konsultować się z więźniarkami, żeby dowiedzieć się o konieczności używania produktów higienicznych w trakcie menstruacji – zaprosić do komitetu organizacyjnego. A może zaprosili i nikt się nie zgodził?

Na koniec – pisze Pawłowska – komentarz mojego zaprzyjaźnionego doktora (wprawdzie nie medycyny), który, kiedy pokazałam mu informację o tej konferencji, stwierdził, że „…równie dobrze mogliby dać tytuł La donna e debile – psychicznie niestabilne wariatki z piekła.”

Oj, nie tylko od prof. Płatek i dr Pawłowskiej dostało się poczciwemu Z. Freudowi. Facetom wypomniano XIX-wieczne traktaty o histerii kobiecej i teorie wędrujących macic. Zdaniem feministek problemem nie jest menstruacja, ale faktyczna dyskryminacja kobiet w wielu dziedzinach, poczynając od nierównych płac i szczebli kariery.

Houston, mamy problem, ogromny problem! My mamy wzwody i ejakulujemy, a one co miesiąc krwawią. Pat, istny pat. Kwadratura koła. Węzeł gordyjski. A może stajnie Augiasza? Może w istocie nie jest tak źle, zwłaszcza od czasu słynnego raportu A. Kinseya i jego dwóch książek: ”Sexual Behavior in the Human Male” (1948) i „Sexual Behavior in the Human Female” (1953) oraz badań W. H. Masters i W. E. Johnson? Gdzie tu sprawiedliwość? Tysiąckroć więcej naukowych prac poświęcono kobiecemu, niż męskiemu orgazmowi, wagina wyparła penisa. Dzisiaj kobiety też ejakulują, a ponadto skwapliwie zaaprobowały męski wymysł, jakim jest tzw. punkt G.

***

Do kwestii miesiączki  w sposób bardzo zróżnicowany podchodziły plemiona pierwotne, aczkolwiek zazwyczaj obwarowana ona była szeregiem tabu. W słynnych „Wzorach kultury” R. Benedict wspomina o Indianach ze szczepu Karrier (Kolumbia Brytyjska): dziewczyna po pojawieniu się pierwszej menstruacji musi opuścić wioskę i udać się na jakieś pustkowie na cztery lata, jest ona bowiem uważana nie tylko za osobę niebezpieczną dla innych, ale każdy ślad, który pozostawia, chociażby na ścieżce, grozi niebezpieczeństwem. U Apaczów dojrzewające dziewczęta są traktowane zupełnie inaczej, niemal jak osoby święte, udzielają one kapłanom błogosławieństwa przez dotknięcie ręką, wierzy się, że posiadają moc uzdrawiania chorych, szczególnie starców i dzieci. W wielu kulturach organizowane są święta z okazji dojrzewania dziewcząt, w wielu menstruacja to czas rygorystycznie przestrzeganych zakazów dla kobiet (zakaz przygotowywania posiłków, zakaz dotykania mężczyzn, a nawet „kalania” ich przysłowiowym rąbkiem spódnicy, nakaz oczyszczających ablucji po ustaniu miesiączkowania i in.). Do czego bywa używana krew menstruacyjna, przemilczę, bom cały zasromany, czego dowodem rumieńce na starczym obliczu.

Można powiedzieć, że ambiwalentny stosunek do periodu tłumaczy w jakimś stopniu związane z nim tabu, przynajmniej tak to ujmują psychoanalitycy działający po Freudzie, korzystający zresztą z teorii tabu sformułowanej przez twórcę psychoanalizy („Totem i tabu”). Nie miejsce tu na szczegółowe omawianie tych problemów. Zdaniem B. Bettelheima „dziewczęce obrzędy okresu dojrzewania wiążą się w o wiele większej mierze z postawą mężczyzn wobec menstruacji niż z samym zjawiskiem fizjologicznym. […] między reakcjami emocjonalnymi  mężczyzn i kobiet istnieje  pewien związek.” („Rany symboliczne”, Warszawa 1989, s. 265) Przerażenie mężczyzn, jakie wywołuje krew wydobywająca się z pochwy (analogicznie czymkolwiek spowodowany ubytek krwi), oddziałuje wtórnie na zachowania samych kobiet. Może być tak, że obwarowanie przez mężczyzn miesiączki tabu sprawia, że kobiety porzucają wyjaśnienia naturalne i traktują okres jako zjawisko tajemnicze, powodowane jakimiś groźnymi siłami, wymykające się prostym eksplikacjom. Miesiączka budziła postrach u mężczyzn, ale „przydawała kobiecie uroku seksualnego albo wpływała na wzmaganie jej własnych pragnień seksualnych”. Kobiety, aby wyeliminować męskie leki, w tych dniach od nich stroniły. Powołując się na rozważania Freuda nad rozmaitymi tabu w ogóle (Freud nie poruszał, o dziwo, kwestii związanych z miesiączką), Bettelheim pisze: „Być może zatem miesiączkowanie i rodzenie dziecin stawiało kobiety w oczach mężczyzn tak wysoko, że powodowani zazdrością, ustanowili w związku z tymi funkcjami różne dotkliwe tabu.” (ibid., s. 266-267)

Cytowany badacz przywołuje ciekawe spostrzeżenie G. Devereux z 1950 r.: psychoanalitycy skupiający uwagę na kwestiach menstruacji omawiali je przede wszystkim jako temat …”Miesiączkującej Kobiety-Czarownicy”. Nie wiem, jakie tematy były na psychoanalitycznym topie tudzież kozetce przez ostatnie 65 lat, można by przejrzeć indeksy, ale w tym momencie jest to mniej istotne. Warto raczej zauważyć, że poszczególne teorie psychoanalityczne z upływem czasu traciły walor stricte naukowy, wchodząc do obiegu popularnego, masowego. Przywoływane na początku niniejszego felietonu polskie feministki najwyraźniej zarzucają organizatorom miesiączkowej sesji, że w ich ujęciu kobiety to właśnie „Miesiączkujące Kobiety-Czarownice”, zaś ci ostatni nadają przedsięwzięciu rangę (pozory?) przedsięwzięcia naukowego.

A staruszek Freud? Wiadomo, że wszystkie bez mała szczegółowe elementy teorii psychoanalitycznej Freuda, człowieka, który dokonał przewrotu Kopernikańskiego w dziedzinie psychologii i psychiatrii (implikując ponadto powstanie nowych orientacji w innych dyscyplinach, np. teorii kultury i teorii literatury), zostały podważone lub obalone, co nie umniejsza jego wielkości. On jako pierwszy z psychologów wpłynął w stopniu wybitnym nie tylko na samą naukę, ale także na myślenie tłumów o pewnych sprawach. Nie da się jednak ukryć, że jego spojrzenie na kobiety było tendencyjne i krzywdzące dla niewiast i wynikało z perspektywy i postawy wybitnie patriarchalnej, zdominowanej przez męski punkt widzenia. Kiedy się dzisiaj czyta pewne fragmenty podstawowych prac Freuda, chociażby wykłady pomieszczone we „Wstępie do psychoanalizy”, można się przecie zarumienić z zażenowania. Feministki powiedziałyby, że ujmuje on pewne problemy w kategoriach seksistowskich, poczynając od sposobu, w jaki eksponuje kompleks Edypa, sugerując mężczyznom lęk przed kastracją, a kobietom wmawiając zazdrość o penisa (wagina miałaby być niedorobionym lub obciętym członkiem). Paradoks: wielki myśliciel, którego teorie obnażały hipokryzję społeczeństw typu wiktoriańskiego, sam hipokryzji nie uniknął.

Toteż jakże słusznie twierdzi E. Fromm: „Dla Freuda kobieta jest istotą seksualnie niższą – a nie różną – od mężczyzny, dlatego nie może on dostrzec, że mężczyzna lęka się kobiety równie mocno jak swego ojca. […]” (E. Fromm, „Płeć i charakter”, w: „Antropologia ciała. Zagadnienia i wybór tekstów”, pod red. M. Szpakowskiej, Warszawa 2008, s. 154.)

Wiadomo, jak bujnie, niejednokrotnie wspaniale, rozwijała się medycyna w pierwszych stuleciach po Chrystusie w Cesarstwie Rzymskim, włącznie z anatomią, ginekologią i tym, co dzisiaj określilibyśmy mianem seksuologii. Ta ostatnia uprawiana była z perspektywy, tak bym to ujął, jak najdoskonalszej preferencji i ochrony nasienia męskiego, wskazania jak najkorzystniejszych czynników do zasiewu roli, którą była macica. Potomstwo było sprawą najwyższej wagi z wielu względów – społecznych i ekonomicznych. Najwybitniejsi lekarze wymieniali kolosalną liczbę błędów, grzechów zaniechania oraz innych, popełnianych przez mobilizujących się do prokreacji potencjalnych rodziców, powstawały więc obszerne i szczegółowe poradniki, a wiele zaleceń takiego na przykład Galena jest całkiem aktualnych także w dniu dzisiejszym. Zauważano zatem również problemy związane z miesiączką. Wzięty ginekolog, Soros, zaleca jako najbardziej sprzyjający prokreacji moment zaraz po ustaniu menstruacji. Macicę najlepiej charakteryzować w kategoriach metafory głodu i cyklu pokarmowego (co stwierdzał także Galen), menstruacja jest czymś w rodzaju „wymiotów ciała”. Zatem dni samej menstruacji nie sprzyjają użyźnianiu macicy spermą (może zostać wypchnięta wraz z krwią, jak i nie sprzyja mu, z pewnych biologicznych i fizjologicznych, przyczyn upływ czasu po menstruacji (nadmierna „suchość”, „wyziębienie” macicy). Rzecz jasna, praktycznie nie ma to nic wspólnego z dzisiejszą wiedzą, ale podziwu godne jest owo dążenie do właściwej „gospodarki sprawami aphrodisia” (por. M. Foucault, „Historia seksualności”, Warszawa 1995, s. 498 i n.).

Jednak w następnych stuleciach następuje okres stopniowej dyskryminacji miesiączki i jej utożsamiania z wszelakim złem, niebezpieczeństwami. Ma to, jak sądzę, związek z coraz mniejszą rolą niewiast w kościele chrześcijańskim, a pośrednio także z zakazami dotyczącymi posług kobiet w zgromadzeniach. Czasy, w których działał Jezus, były epoką absolutnej dyskryminacji kobiet, także odnośnie obrzędów religijnych, Jezus zaś nie tylko tolerował kobiety, także upadłe, w swoim otoczeniu, ale ponadto podkreślał ich godność i równość z mężczyznami, a nawet obdarzył niektóre z nich szczególnymi preferencjami.

Także podejście św. Pawła do kobiet, nieraz korzystającego z ich wydatnej pomocy (także intelektualnej) w misji chrystianizacji pogan, zasługuje na szacunek. Ogólnie jednak stosunek tego apostoła do niewiast cechuje pewna dwuznaczność, ambiwalencja. W swoich pismach raz obciąża grzechem pierworodnym Ewę, a innym razem Adama. Dbał nadzwyczajnie o to, aby przestrzegać obowiązujących obyczajów i zwyczajów, stosować się do nich, a te dyskryminowały kobiety, także w świątyniach.

W pierwszych wiekach po Chrystusie kobiety chrześcijanki były nadzwyczaj aktywne, przewodziły zgromadzeniom liturgicznym odbywających się w I i II wieku najczęściej w domach. Jako że chrześcijanie schemat familiarny przekładali na wszystkich współwyznawców, na „bracia” i „siostry” w Chrystusie, niewiasty  coraz częściej wychodziły poza domowe pielesze, nauczały, kazały, udzielały sakramentów, błogosławieństw, przemawiały (o zgrozo) na publicznych zgromadzeniach, poruszały się z odkrytymi głowami, częstokroć krótko strzygły włosy, a przy tym, można rzec, były nadzwyczaj chłonne umysłowo, uczyły się, często bez przyzwolenia mężczyzn, greki i hebrajskiego, czytały, studiowały pisma, kolportowały wiedzę.

I chociaż jeszcze w IV w. taki Hieronim, jeden z wielkich ojców Kościoła, nadzwyczajną atencją obdarzał kobiety, od wieku III zaczęło się pojawiać coraz więcej oficjalnych dokumentów nakładających na nie rozmaite zakazy i nakazy, a ich rola w sposób dramatyczny i drastyczny zmalała. Prawdę powiedziawszy, wówczas niekoniecznie jest to „wina” samego Kościoła, aktywne kobiety naruszały normy obyczajowe obowiązujące w kulturze hellenistycznej, a także żydowskiej, i ich szczera, choć ostentacyjna działalność na zewnątrz nie mogła się ludziom podobać, zaczęto je zatem na powrót „eksmitować” do domostw, by mogły pełnić przypisaną im zwyczajowo rolę strażniczki ogniska domowego alias „kury domowej”.

Do  swoich niezbyt chwalebnych celów dostojnicy i dygnitarze kościelni, biskupi i kapłani, a także tzw. ojcowie Kościoła, wykorzystali miejscową, wrażą, bo pogańską kulturę. Tak zresztą postępowali jeszcze przez wieki, nie tylko na terenie Europy. Można by powiedzieć, że zastopowali pewien rodzaj rewolucji obyczajowej zainicjowanej przez Jezusa. Można także powiedzieć, używając eufemizmów, że ich stosunek do niewiast był „dwuznaczny” i „ambiwalentny”, kobieta była w jakimś sensie „osobą”, ale „osobą” zdecydowanie nierówną co do praw z mężczyzną, jednak można także orzec, że poczynali sobie nader podstępnie, kierowała nimi obłuda i hipokryzja. (polecam artykuł J. Szerzeca, „Kobiety pierwszego kościoła” )

Tak naprawdę ojców i mężów kościoła uwierała przede wszystkim kobieca miesiączka i rodzenie dzieci we krwi. Jako żelazny argument w ruch poszły starohebrajskie zakazy i nakazy, zwłaszcza dwa niżej zacytowane fragmenty Księgi kapłańskiej:

„Jeżeli kobieta zaszła w ciążę i urodziła chłopca, pozostanie przez siedem dni nieczysta, tak samo jak podczas stanu nieczystości spowodowanego przez miesięczne krwawienie. 3 Ósmego dnia [chłopiec] zostanie obrzezany. 4 Potem ona pozostanie przez trzydzieści trzy dni dla oczyszczenia krwi1: nie będzie dotykać niczego świętego i nie będzie wchodzić do świątyni, dopóki nie skończą się dni jej oczyszczenia. 5 Jeżeli zaś urodzi dziewczynkę, będzie nieczysta przez dwa tygodnie, tak jak podczas miesięcznego krwawienia. Potem pozostanie przez sześćdziesiąt sześć dni dla oczyszczenia krwi2. 6 Kiedy zaś skończą się dni jej oczyszczenia po urodzeniu syna lub córki, przyniesie kapłanowi, przed wejście do Namiotu Spotkania, jednorocznego baranka na ofiarę całopalną i młodego gołębia lub synogarlicę na ofiarę przebłagalną. 7 Kapłan złoży to w ofierze przed Panem, aby za nią dokonać przebłagania. W ten sposób będzie ona oczyszczona od upływu krwi. To jest prawo dotyczące tej, która urodziła syna lub córkę.8 Jeżeli zaś ona jest zbyt uboga, aby przynieść baranka, to przyniesie dwie synogarlice albo dwa młode gołębie, jednego na ofiarę całopalną i jednego na ofiarę przebłagalną. W ten sposób kapłan dokona przebłagania za nią, i będzie oczyszczona».” (Kpł 12)

oraz

„9 Jeżeli kobieta ma upławy, to jest krwawienie miesięczne ze swojego ciała, to pozostanie siedem dni w swojej nieczystości. Każdy, kto jej dotknie, będzie nieczysty aż do wieczora. 20 Wszystko, na czym ona się położy podczas swojej nieczystości, będzie nieczyste. Wszystko, na czym ona usiądzie, będzie nieczyste. 21 Każdy, kto dotknie jej łóżka, wypierze ubranie, wykąpie się w wodzie i będzie nieczysty aż do wieczora.22 Każdy, kto dotknie jakiegokolwiek przedmiotu, na którym ona siedziała, wypierze ubranie, wykąpie się w wodzie i będzie nieczysty aż do wieczora. 23 Jeżeli kto dotknie się czegoś, co leżało na jej łóżku albo na przedmiocie, na którym ona siedziała, będzie nieczysty aż do wieczora. 24 Jeżeli jaki mężczyzna obcuje3 z nią wtedy, to jej nieczystość udzieli się jemu i będzie nieczysty siedem dni. Każde łóżko, na którym się położy, będzie nieczyste. 25 Jeżeli kobieta doznaje upływu krwi przez wiele dni poza czasem swojej nieczystości miesięcznej albo jeżeli doznaje upływu krwi trwającego dłużej niż jej nieczystość miesięczna, to będzie nieczysta przez wszystkie dni nieczystego upływu krwi, tak jak podczas nieczystości miesięcznej. 26 Każde łóżko, na którym się położy podczas swojego upływu [krwi], będzie dla niej takie, jak łóżko podczas jej miesięcznej nieczystości. Każdy przedmiot, na którym usiądzie, będzie nieczysty, jak gdyby to była nieczystość miesięczna.27 Każdy, kto dotknie się tych rzeczy, będzie nieczysty, wypierze ubranie, wykąpie się w wodzie i będzie nieczysty aż do wieczora.” (Kpł 15)

I tak zaczęły pojawiać się, zwłaszcza od VI w., liczne szczegółowe zakazy związane z „nieczystością rytualną” kobiet (nie mogły być diakonkami, nakaz przyjmowania komunii dłonią przykrytą białą chustą, powstrzymywanie się od uprawiania seksu małżeńskiego w soboty i niedziele i na dzień przed przyjęciem komunii, zakaz wchodzenia do kościoła w okresie menstruacji i szereg innych). Mówiąc skrótowo, na kilkanaście wieków zatriumfował mizoginizm, kobieta była traktowane jak „krwawiące zwierzę”, rozpętała się antymenstruacyjna histeria. Jak widać, męscy zarządcy kościoła mieli i mają wiele wspólnego z pewnymi wzmiankowanymi zachowaniami Indian Karrier. Owi specjaliści od kościelnej i domowej „psychoanalizy” i zabobonu przez kilkanaście wieków zajmowali się tematem kobiety widzianej w postaci Miesiączkującej Czarownicy, kobiety groźnej i niebezpiecznej. Mówi się o Janie Pawle II, że ogromnie dużo rzeczy pozytywnych dokonał w kwestii kobiecej, można jednak wątpić w to, że dokonał w tym względzie znaczącego przełomu, a poza tym ta jego ludowo-magiczna atencja do Marii Dziewicy… W gruncie rzeczy argument „rytualnej nieczystości” obowiązuje w Kościele do dnia dzisiejszego.

Antropologowie kultury podkreślali, że tabu miesiączkowe najsilniej działało tam, gdzie dominowali silni mężczyźni – tam menstruacja traktowana była jako największe obrzydlistwo, a miesiączkujące kobiety uważano za największe niebezpieczeństwo dla mężczyzny. Zapewne więc surowe nakazy i zakazy były wynikiem męskiej zazdrości o kobiecą siłę i moc (mężczyzna nie miesiączkuje, ale i nie zachodzi w ciążę i nie rodzi dzieci, także w akcie miłosnym jest bardziej zależny od kobiety niż kobieta od niego, a ponadto jego męskość w wielu momentach łatwa była do podważenia bądź wyszydzenia). Implikowane więc były owe tabu koniecznością asekuracji przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Jest rzeczą zastanawiającą, że podobnie zdawali się przez kilkanaście stuleci myśleć ojcowie i inni mężowie Kościoła, także obrządku wschodniego. Widzę w tych działaniach ponadto silny element męskiego …pożądania. Jeszcze bardzo długo po przyjęciu przez Polskę chrześcijaństwa było regułą posiadanie przez księży konkubin czy nałożnic i płodzenie licznego nieraz potomstwa. Jak jest dzisiaj, nie wiem, bo po prawdzie nic mi do tego.

Szkoda, że wspominany kilkakrotnie Freud, zamiast tyle mówić o histeriach w kontekście kobiet, nie zajął się wyjaśnieniem trwającej wieki mizoginicznej histerii menstruacyjnej przewielebnych i wielebnych kościelnych macho.

(Przy okazji polecam artykuł A. Zakrzewicz, „Kara miesiączki”)

***

Można sobie w tym czy innym momencie pożartować, jednak tak w ogóle sprawa jest poważna, gdy na nią spojrzymy jeszcze z innej perspektywy, a mianowicie w kontekście tzw. języka poprawności politycznej (w dzisiejszym świecie wszystko wiąże się z polityką, a szczególnie penis, wagina, menstruacja, ejakulacja, pieniądz i wiek emerytalny).

Kiedyś jakby nie było pewnych problemów, chociaż one niewątpliwie istniały. W dziesiątkach wydań „Elementarza” Falskiego mógł sobie być wierszyk Tuwima o Murzynku Bambo i nikomu to nie przeszkadzało. Dzisiaj pisanie/mówienie o jakimkolwiek Murzynku może stać się powodem wytoczenia sprawy sądowej. „Okazało się – powiada Kazik w piosence 12 groszy – że pastor King nie był Murzynem, ani czarnym – on był Afroamerykaninem!” Albo – uzupełnijmy – on był „negro”, „coloured”, „black”. Sorry, nawet „black” brzmiało brzydko, już lepiej powiedzieć „person of colour”. Rzec dzisiaj o człowieku skąpym „żyd”, że on „żydzi”, grozi posądzeniem o antysemityzm. W ogóle „Żyd” jest dzisiaj, także w Polsce, absolutnym tabu. Żyda tykać nie wolno, nawet gdy jest rasistą lub kryminalistą, lub gdy morduje palestyńskie dzieci (pewnie znajdą się tacy, którzy czytając te zdania, nazwą niżej podpisanego antysemitą lub rasistą). Nie daj bóg powiedzieć o geju „pederasta” albo „pedał”! To raczej „kochający inaczej”. W ogóle – geje są dzisiaj w Polsce na topie, do dobrego tonu, jak wskazuje przykład wielu celebrytów, należy publiczne „przyznawanie się” do innej orientacji seksualnej, nikt cię już nie nazwie „zboczeńcem”, żałuję więc okrutnie, że nie mam podstaw, by przyznać się do bycia gejem, napisałbym ewentualnie całą książkę o sobie i swojej konwersji. No, mógłbym ewentualnie wyznać, że nie cierpię pewnego podtypu kobiet rudych, tych o wzroście 150-161 cm i o wielkich biustach, jak również nie toleruję naturalnych blondynek ze skórą spaloną lampami w solarium, lecz nie jestem celebrytą i ludzi to nie zainteresuje.

Nie ma już „pomylonych” i „wariatów” – są „myślący inaczej”. Niepoprawne jest mówienie, że ktoś cygani, bo Rom może się obrazić. Jeśli sprzeniewierzę się zasadom poprawności politycznej, mogę zostać uznany za ksenofoba, homofoba, rasistę czy faszystę. Restrykcje z powodu naruszania zasad poprawności politycznej są dzisiaj w społeczeństwach Zachodu tak silne, że – jak ktoś zauważył – ludzie (zwłaszcza pragnący zrobić jakąś karierę) popadają w „fobiofobię”. Także ja, chociaż wszelkie kariery mam już poza sobą i nie jestem gejem, naturalną blondynka z solarium ani nawet Żydem (choć kto to wie?), przed niespełna pięcioma laty przezornie wspomniałem w podtytule, że mój blog nie jest dla dupków, impotentów wszelkiej maści i innych kretynów, lecz dla „inteligentnych inaczej”.

Według „Nonsesopedii” Stepan Bandera to Ukraiński bohater co wyzwalał Ukrainę z Polskiego ucisku; pedał – osoba posiadająca poprawny inaczej pogląd na sprawy miłości; osoba z odwrotnymi wzorcami zachowań seksualnych, waginosceptyk; złodziej – osoba posiadająca alternatywne poglądy na temat prawa własności; osoba stojąca w moralnej opozycji do społecznego podziału dóbr; leń – człowiek z dysfunkcją procesu motywacji, człowiek przeszukujący śmietniki – freeganin; idiota – osoba posiadająca ubytki w sferze umysłowej; inteligencjosceptyk, a grubas to osoba zorientowana horyzontalnie. Na tej świetnej witrynie znajdziemy więcej poprawnych politycznie określeń i definicji.

To, co wyżej napisałem, nie oznacza, że potępiam w czambuł obowiązującą na salonach „poprawność polityczną”. Ma ona odległą i szlachetną genezę, że wspomnę o oświeceniowych piewcach ideałów wolności, równości i tolerancji – J. J. Rosusseau i Wolterze. Lub o amerykańskiej antropologii kulturowej spod znaku F. Boasa. W XX wieku i w wieku XXI świat – dzięki rozwojowi mass mediów, Internetu – stał się jeszcze bardziej różnorodny, skomplikowany i barwny. Globalna wioska mass medialna to jedno, lecz przecież narastały i ciągle narastają tendencje do manifestowania swojej etniczności, odmienności kulturowej, religijnej i plemienności. Nawet nasza ukochana ojczyzna, która lat temu bez mała sto odzyskała upragnioną wolność i suwerenność, jest dzisiaj niczym innym jak zbiorem najrozmaitszych plemion, szczepów, grup i ugrupowań, czyli wracamy do historycznych źródeł i czekamy na nowego Mieszka I oraz nowego Bolesława Chrobrego. Przydałby się także nowy Bolko Śmiały. W miarę bezkolizyjne poruszanie się w tym świecie wymaga określonego języka komunikacji, wolnego od stereotypów, uprzedzeń i fobii, chociaż akurat w Polsce porozumienie przedstawicieli pewnych plemion wydaje się niemożliwe, zważmy choćby na różnorodność i niekompatybilność dialektów politycznych.

Jeśli pisząc o uczonych wrocławskich, ciotkach feministkach i poprawności politycznej wydaję się nieco zgryźliwy i ironiczny, to po pierwsze, dlatego, że taką mam naturę, a po drugie, że przy wszystkich swoich zaletach język poprawności politycznej może sprowadzać rzeczy i ludzi do absurdu. W takiej Unii na przykład nawet banany, żarówki, odkurzacze, sery i kondomy mogą być poprawne lub niepoprawne politycznie, a znak świnki na opakowaniu wieprzowiny może uwłaczać uczuciom religijnym muzułmanów i stanowić dobry (?) pretekst dla terrorystów. Na indeksie znalazły się nawet trzy słynne małe świnki i dziesięciu równie znanych Murzynków. Zaś wyliczanka „Ene, due, rike, fake, torbe, borbe i kosmake, eus, deus, kosmateus, i morele – baks” ” jest pewnie antysemicka lub rasistowska, chociaż jej geneza sięga średniowiecza. Literatura dziecięca/ dla dzieci w ogóle jest podejrzana – wierszyk „kosi kosi łapci, dostaniesz po łapci” godzi w osobę i godność oseska i może być potraktowany jako wyraz przemocy, bo dzisiaj bardziej liczy się przemoc werbalna i ekonomiczna niż zwyczajne „klasyczne” mordobicie, tzn. kiedy mąż pierze żonę, żona pierze męża albo oboje okładają dzieciaka.

Niewątpliwie kultura polska i polski obyczaj są przesiąknięte seksizmem i trzeba coś z tym zrobić. Czy jednak panaceum na różne rodzaje zła może być język poprawności politycznej i rozdzieranie szat przez feministki nad konferencjami o miesiączce? (Gdyby teraz mi się „wypsnęło”, że niewiasta rozdzierająca szaty wydaje się atrakcyjna i pociągająca, to niechybnie zostanę nazwany seksistą.) Kryje się za tym pewna odmiana myślenia magicznego. Absurdem jest uzurpowanie sobie przez środowiska feministyczne prawa do wypowiadania się w imieniu wszystkich kobiet i egzekwowania praw wszystkich niewiast, zwłaszcza w sytuacji, gdy wiele kobiet lubi to, czego nie lubią feministki, a przynajmniej to i owo toleruje. Ponadto w sytuacji, kiedy reklama w dużej części bazuje na seksizmie, a pupy i biusty kobiet służą do reklamy proszku, szamponów, opon, prezerwatyw, tokarek i pokaźnej liczby marek samochodowych (są wszakże tysiące kobiet, którym występy w tego typu reklamie nie przeszkadzają). Tak jak można się zastanawiać, czy przypadkiem pewne grupy ludzi (biali protestanci lub katolicy w USA czy rodowici Szwedzi w Szwecji) nie są w kontekście poprawności politycznej dyskryminowane, tak można się zastanawiać, czy szanowne feministki nie dążą do dyskryminacji płci męskiej. Bo kiedy dla przykładu słucha się audycji publicystycznych w pewnych zaangażowanych stacjach radiowych, można odnieść wrażenie, że przemoc uprawiają wyłącznie mężczyźni wobec kobiet i wyłącznie mężczyźni unikają obowiązku alimentacyjnego, a kobiety nigdy nie molestują i nie gwałcą mężczyzn.

Konferencja menstruacyjna konferencją, ale sprawy są, podkreślę raz jeszcze, poważne. Trzeba bowiem wspomnieć, że język poprawności politycznej, zwłaszcza kiedy bezkrytycznie podlega zasadzie dekorum (jakby powiedział prof. M. Głowiński), odrywa się od realnej rzeczywistości, zakłamuje ją i wiedzie na manowce tych, którzy są wyznawcami tego języka. Nie da się zapomnieć, że Lingua Tertii Imperii, jak i komunistyczna nowomowa, a więc oficjalne/urzędowe języki dwóch XX-wiecznych zbrodniczych systemów polityczno-społecznych, oparte były na językach poprawności politycznej, tak jak je rozumiano w Trzeciej Rzeszy oraz w systemie stalinowskim i poststalinowskim.

Poza tym coraz bardziej wszechwładny z państwach Zachodu język poprawności politycznej, jest zagrożeniem dla języka w ogóle. Zubaża go, okalecza, deformuje. Przypomnijmy, jak uboga językowo i stylistycznie była literatura okresu socrealizmu. Jaki kształt przyjęłyby liczne arcydzieła literatury, i niekoniecznie tylko arcydzieła, gdyby wykastrować je z momentów językowych dzisiaj uznanych za niepoprawne? To tak jakby „Casablankę” z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman ogołocić ze wszystkich scen z palącym się papierosem i lejącym alkoholem…

Niechybnie zubożałaby nie tylko komunikacja artystyczna, ale i społeczna. Politycy byliby słabiej rozpoznawalni. Czy Leszek Miller, pozbawiony „bon motów” uważanych za seksistowskie, byłby nadal tym samym Leszkiem Milerem?

No tak, jednak z drugiej strony przywołajmy przykład, gdy głowa państwa mówi o Dunkach jako „kaszalotach” lub o sytuacji kobiet w Łodzi, że mają tam Eldorado. Jak wyważyć proporcje? Może kwestia języka jest w wypadku seksizmu drugorzędna, trzeba zaś podnosić poziom ogólnej kultury i zachowań społecznych Polaków? Wyrugować z ich mentalności liczne negatywne ślady pozostałe po sarmatyzmie i zwyczajach chłopskich? W czym ogromna potencjalna rola mediów, jednakowoż media wolą pokazywać pupy, biusty i majtki cebrytek, gwiazd i gwiazdeczek oraz ich erotyczno-modowe „wpadki”, czemu liczne panie z lubością się poddają i chyba ani im w głowie ubolewać z powodu przypadłości zwanej miesiączką lub walczyć z męskim seksizmem, bo ich najważniejszym zadaniem jest prowokować …seksizm (błagam, niech mi nikt nie mówi, że usprawiedliwiam tym samym pewne, czasem drastyczne i brutalne, zachowania męskie). Łatwo o wniosek, że (hiper)poprawność polityczna prowadzi do swoistej schizofrenii, a ściślej mówiąc zwyczajnej obłudy i hipokryzji. Ci sami ludzie w sytuacjach oficjalnych, urzędowych mówią jednym językiem, a w sytuacjach nieoficjalnych, familiarnych, towarzyskich – innym, o czym przekonuje niekoniecznie tylko afera taśmowa. W jednych sytuacjach komunikacyjnych preferuje się biusty i pupy, w innych – „cycki” i „dupy”.

Ponowne odkrycie miesiączki, jej znaczenia kulturowo-społecznego i jej rehabilitacja po wiekach zniewolenia rozpoczęła się na przełomie lat 60. i 70. ub. wieku, m. in. za sprawą ruchu hippisowskiego. Było to i jest dzieło kobiet wyemancypowanych, nowoczesnych, a przynajmniej „inaczej myślących”. W głównych nurtach kultury polskiej menstruacja nie była traktowana ani nadzwyczaj źle, ani z wielką otwartością, nie mówiąc o atencji. Same kobiety najczęściej załatwiały kwestię eufemistyczną „ciotką”. Jednak nie można powiedzieć, że nie był to i nie jest u nas temat wstydliwy, że nie istnieją tu – również poza sferą oddziaływania Kościoła – menstruacyjne tabu. W kierunku przełamywania tych tabu wiele dobrego, jako że nie istnieje u nas prawdziwa edukacja seksualna w szkołach, zrobiła reklama określonych utensyliów i środków dla kobiet w „tych dniach”, co jest kolejnym paradoksem, bo o reklamie mówi się zazwyczaj w kontekstach negatywnych.

„Łazienka Menstruacyjna” Judy Chicago

„Łazienka Menstruacyjna” Judy Chicago

W Polsce nie zaistniały jeszcze ruchy wyzwolenia miesiączki, nie organizuje się fotograficznych modowych sesji miesiączkowych, pewnego rodzaju happeningów z krwią miesiączkową w roli głównej (bardzo naturalistycznych skądinąd), nie robi wystaw zdjęć kobiet używających krwi w roli szminki i żadna artystka nie zagrała, jak dotąd, na niteczce od tamponu w rytm popularnej piosenki, jednak znając zamiłowanie Polek do pewnych nowinek, niebawem będziemy mieli do czynienia z całymi tsunami „menstruacyjnego aktywizmu” lub „menstruacyjnej anarchii” i rwetes naszych feministek wokół wrocławskiej konferencji jest być może krokiem w tym kierunku. Ostatecznie taki „Seks w wielkim mieście” niejednej i niejednemu może do głowy uderzyć. Wahałbym się jednak organizatorów konferencji potraktować jako kontynuatorów antymiesiączkowej linii Kościoła, mimo że przecież domagają się dla kobiet swoistych pokojów odosobnienia w zakładach pracy i sugerują niebezpieczeństwa związane z odchyłem menstruujących niewiast od normy. Męskiej przecież normy?

Najzabawniejsze jest to, że intencją organizatorów wrocławskiej konferencji menstruacyjnej było zrobienie kobietom dobrze, jednak i feministki, mówiąc rzekomo głosem wszystkich kobiet, chcą dobrze dla swojej płci. Organizatorzy byli zdumieni żądaniem odwołania sesji, a feministki zdumione, że rektor uczelni jej nie odwołał. Wszyscy chcą dobrze i wychodzi jak zawsze. Jak widać, pewne rodzaje dialogu społecznego opartego na różnie rozumianej poprawności politycznej wydają się wręcz niemożliwe. Trybalizm, także w odniesieniu do miesiączki i kwestii kobiecej, triumfuje. Boy by się uśmiał, a Krzywicka zdumiała.

Michał Waliński

19 maja 2015 roku

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii feminizm, kobieta, menstruacja, tabu i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s