Nerka pana Leopolda (Kuchnia to rzecz wyobraźni, 14)

Nie! Pan Leopold nie zamieścił w gazecie ogłoszenia, że pilnie sprzeda jedną nerkę, bo znalazł się w głębokiej potrzebie. Pan Leopold nie zwija się z bólu z powodu kamicy nerkowej, nie cierpi też na kolkę nerkową. Nie uczęszcza na dializy, bo nerki mu przestały funkcjonować. Nie jest więc potencjalnym biorcą nerki ani też potencjalnym dawcą, jak i nie dostał ostatnio od nikogo po nerach, tym bardziej że nie uprawia boksu kopanego ani też innych szlachetnych sztuk walki.

Jest pogodny poranek 16 czerwca 1904 roku, a pan Leopold krząta się po zimnej kuchni i przygotowuje śniadanie dla śpiącej jeszcze żony. Pan Leopold to Bloom, bohater powieści Jamesa Joyce’a pt. Ulisses, dublińki Odys – poznajemy go, Dublin i wielu, wielu dublińczyków, towarzysząc mu w trwającej (prawie) dobę włóczędze po mieście – od wyjścia z domu po śniadaniu po powrót do domu nad ranem dnia następnego, gdzie „czeka”, bynajmniej nie stęskniona za Bloomem, lecz spełniona (nie przez Blooma) żona Molly, dublińska Penelopa.

Oto początek drugiego, z osiemnastu, epizodów tej – gdzieniegdzie jeszcze dzisiaj zakazanej przez cenzurę – powieści:

„Pan Leopold Bloom jadał z upodobaniem wewnętrzne organy bydła i drobiu. Lubił zawiesistą zupę z podróbek, orzechokształtne żołądki ptasie, nadziewane pieczone serca, płaty wątróbki podsmażane w tartej bułce, smażoną ikrę sztokfisza. Najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu.

Nerki tkwiły w jego myślach, gdy poruszał się po kuchni bezszelestnie, poprawiając na pogiętej tacy przybory śnia­daniowe dla niej. Światło i powietrze w kuchni były lodo­wate, ale wszędzie na zewnątrz łagodny, letni poranek. To czyniło go nieco wygłodniałym.

Węgle czerwieniały.”

Powiedzmy mocno: wspaniałe jest to powieściowe otwarcie na głównego bohatera: „Pan Leopold Bloom jadał z upodobaniem wewnętrzne organy bydła i drobiu.” Gdybym tak siebie uczynił bohaterem książki, której nigdy nie napiszę, to jakie zdanie „otwarłbym” na bohatera, czyli siebie? Nie wiem, zaiste nie wiem, jest tyle kuszących możliwości, także kulinarnych i erotycznych, i żona by się znalazła, a nawet dwa koty (pan Bloom przekomarza się z jedną kotką), ale kochanka już nie i kochanek żony też nie. No i nie ma w pobliżu, w mieście, w którym mieszkam, żadnej porządnej masarni, co za chwilę wyjaśnię. Pan Bloom ma ich do dyspozycji kilka. dzisiejszy S. to nie Dublin z początku ubiegłego wieku!

Co podać Molly na śniadanie, zastanawia się Bloom?

„Jeszcze jeden kawałek chleba z masłem: trzy, cztery: dobrze. Nie lubiła przeładowanego talerza. Dobrze. Od­wrócił się od tacy, uniósł imbryk z występu płyty kuchen­nej i postawił go na krawędzi ognia. Rozsiadł się on tam, tępy i przysadzisty, ze sterczącą szyjką. Filiżanka herbaty zaraz. Dobrze. Sucho w gardle. Kotka sztywno obeszła nogę stołu, unosząc wysoko ogon. Mkrniau!

O, tu jesteś, powiedział pan Bloom, odwracając się od ognia.

[…] Przysłuchiwał się chlupchlap chłeptaniu. Jajka na szynce, nie. Nic dobrego jajka przy takiej suszy. Trzeba czystej, świeżej wody. Czwartek: też nie najlepszy dzień na nerki baranie u Buckleya. Przysmażone na maśle z odrobiną pieprzu. Lepiej nerkę wieprzową u Dlugacza. Zanim imbryk się zagotuje. Chłeptała wolniej, potem wylizała spo­dek do czysta. Dlaczego mają takie szorstkie języki? Żeby lepiej chłeptać, same porowate dziurki. Nic, co by mogła zjeść? Rozejrzał się. Nie.”

Mleko przed chwilą przyniósł mleczarz od Hanlona. Jak dotąd, Bloom wykonał kilka rutynowych porannych czynności, ale za to jego myśli…, jego myśli wykonały ogromną robotę, biegnąc od kotki do żony, od śniadania dla niej po nerkę dla niego, zahaczając o tysiąc drobiazgów, analizując tysiąc szczegółów.

Zanim się imbryk na piecu zagotuje, zdąży odbyć wyprawę po nerkę. Do Długacza, rzecz jasna, bo dzisiaj przecież czwartek, a zdecydował się na wieprzową.

„Może będzie miała ochotę na jakiś przysmak. Rano lubi cienkie kromki chleba z masłem. Ale może: raz, kiedyś.

Powiedział półgłosem w pustym przedpokoju:

– Idę na róg. Wrócę za minutę.

A kiedy usłyszał swój głos, wypowiadający to, dodał:

– Nie chcesz czegoś na śniadanie?

Senne, miękkie mruczenie odpowiedziało:

– Mn.

Nie. Nie chciała niczego. Potem usłyszał ciepłe, ciężkie westchnienie, miększe, gdy przekręciła się i zabrzęczały luźne, mosiężne pierścienie ramy łóżka. Koniecznie trzeba je umocować.”

Krótka (zanim się imbryk nie zagotuje) wyprawa na róg po nerkę oznacza długą, zawiłą, meandryczną wędrówkę myśli, ciąg rozmaitych asocjacji w głowie Blooma. Bodźcem i pożywieniem myśli są przedmioty i ludzie, elementy pejzażu domowego i miejskiego czy tkwiące w głębszych pokładach pamięci i nieoczekiwanie przywoływane impulsami ze strony przedmiotów i ludzi informacje, strzępy informacji, implikujące kolejne refleksje, wspomnienia. Pan Bloom zwieńczy sukcesem wyprawę po nerkę, zdąży do gotującego się imbryka, jednak gonitwa myśli trwać będzie nadal.

Dlatego, chociaż można rozrysować plan działań bohaterów powieści Joyce’a w ramach doby z czwartku na piątek, to jest rzeczą absolutnie niemożliwą wykonać „porządne” streszczenie książki.

Jest czwartek, marzenie o nerce, wizja skonsumowania nerki od Długacza na śniadanie nie tyle mąci umysł Blooma, ile podświadomie steruje jego myślami, które w poważnej części buszują po polu semantycznym jedzenia.

„Przeszedł na słoneczną stronę [ulicy]. Chwilami powieki jego opadały miękko, gdy szedł tak w błogim cieple. Wóz piekarski Bolanda roz­wożący w płytkich koszach nasz powszedni, ale ona woli wczorajsze kromki, przewracane nad ogniem, kruche i go­rące od góry. To odmładza.”

Ta myśl uruchamia motyw orientalny: iść tak, bez przerwy wyprzedzając słońce i „teoretycznie nie starzeć”, Bloom buduje w marzeniu pejzaż orientalnych siedzib ludzkich, z wieżyczkami minaretów, z gwarem targowisk, sklepami z dywanami, kapłanem z pergaminem, zbójcami („Alibaba”?), wodą do picia, „pachnącą koprem, sorbetem”. Na ziemię, dublińską ziemię, sprowadza go orientalny „Księżyc nocnego nieba, fioletowy, koloru nowych podwiązek Molly.”

Trochę dalej czuje zapach porteru: „Zbliżył się do Larry’ego O’Rourke. Ponad kratą piwnicz­ną unosił się ciężkimi smugami zapach porteru. Z otwartych drzwi baru tryskały kłęby woni imbiru, herbacianego pyłu, pokruszonych herbatników. A jednak dobry lokal: na sa­mym krańcu wielkomiejskiego ruchu. Na przykład, M’Auleya tam dalej: nd. jako punkt. Oczywiście, gdyby puścić linię tramwajową wzdłuż North Circular, z targowiska bydlęcego do nadbrzeży, wartość podskoczyłaby jak na sprężynie.”

Liczy, oblicza w myślach, ile jest wart interes piwny, ile można zarobić na porterze. W pobliżu jest szkoła, zatem ekonomia piwna nakłada się w jednej chwili na poetykę szkoły: „Powiedzmy, że wziął dziesięć procent. O, więcej. Dziesięć. Piętnaście. Minął szkołę powszechną Świętego Józefa. Brzdące hałasują. Otwarte okna. Świeże powietrze wspomaga pamięć. Albo porzekadełko. Abecede eefgie haijotka elemenope quereste. Czy to chłopcy? Tak. Inishturk. Inishark. Inishboffin. Uczą się swojej śmiechografii. Mojej. Slieve Bloom.”

Wreszcie dociera do celu: „Zatrzymał się przed oknem wystawowym Dlugacza, wpa­trzony w zwoje kiełbas i serdelków, ciemnych i jasnych. Pięćdziesiąt pomnożone przez. W jego umyśle cyfry zbladły bez rozwiązania: niezadowolony, dał im się rozpłynąć. Lśniące, nadziane mielonym mięsem ogniwa karmiły jego spojrzenie i wdychał spokojnie ciepły opar przegotowanej, ostro przyprawionej świńskiej krwi.

Nerka sączyła krwawe krople na półmisek o chińskim wzorku: ostatnia. Stanął przy ladzie obok dziewczyny są­siadów. Czy ona kupi ją także, odczytawszy ze spisu na kartce, którą trzyma w dłoni. Spękane: soda do prania. I półtora funta serdelków. Jego oczy spoczęły na jej krzep­kich biodrach. On się nazywa Woods. Ciekawe, czym się zajmuje. Żona jest starszawa. Świeża krew. Zalotnicy wzbro­nieni. Para silnych rąk. Łupiących w dywan na trzepaku. Ależ łupie w ten dywan, święty Jacku. I sposób, w jaki jej przekrzywiona spódnica kołysze się przy każdym łup­nięciu.

Łasicooki rzeźnik złożył serdelki, które oderwał popla­mionymi, serdeloróżowymi palcami. Zdrowe mięso jak u ja­łówki karmionej w oborze.”

Pan Leopold przegląda stronicę gazety, którą wziął ze stosu przygotowanego przez rzeźnika do pakowania towaru, a tam artykuł o farmie, bydle, białej jałówce, targu bydlęcym, chlupotaniu bydlęcego nawozu… Bloom cierpliwie czeka, poskramiając swe zmysły i swe pragnienie, a jego uległe, łagodne spojrzenie było pełne spokoju. Przekrzy­wiona spódnica kołysząca się, łup i łup i łup.”

Na szczęście nie kupiła jedynej nerki, zapłaciła, wyszła. Teraz Bloomowi bardzo się śpieszy:

„Dogonić i iść za nią, jeżeli będzie szła powoli, za jej poruszającymi się szynkami. Przy­jemnie to widzieć z samego rana. Pospiesz się, do diabła. Kuj żelazo, póki gorące. Stanęła przed sklepem w blasku słońca, a potem ruszyła leniwie w prawo. Westchnął pod nosem: one nigdy nie rozumieją. Ręce spękane od sody. I zrogowaciałe paznokcie u nóg. Brunatne postrzępione szkaplerze, chroniące ją od przodu i tyłu. Ukłucie zlekce­ważenia rozżarzyło się w jego piersi, aż do cichego zado­wolenia. Dla innego: policjant po służbie obmacywał ją w Eccles Lane. Oni lubią je rozłożyste. Pierwszorzędny ser­delek. Och, proszę, panie policjancie, zagubiłam się w le­sie.”

Płaci trzy pensy za nerkę i wychodzi. Po dziewczynie ani śladu, lecz nie rozpacza. Wraca ulicą Dorset, czyta reklamy, nazwy sklepów i instytucji. „Agendath Netaim: stowarzyszenie osadników.” Miło byłoby być właścicielem kilku hektarów urodzajnej ziemi na południu, obsadzonej drzewami pomarańcz, cytryn, oliwek, z pasącym się za mgiełką stadem bydła. Kolejna reminiscencja związana z Molly: jak nie lubiła oliwek i jak je polubiła. Wejście w cień przywołuje przykre obrazy, Bloom jest przerażony, jednak z opresji ratuje go ciepłe światło słoneczne, które „w smukłych sandałach nadbiegło ku niemu z Berkeley Road.

Zbiera korespondencję leżącą na podłodze w przedpokoju, idzie do sypialni i podaje kartkę i jeden list żonie. Ta szybko chowa list pod poduszkę, czyta kartkę od córki. W następnym epizodzie Bloom odbierze list od kochanki nadany na poste restante. Żona wydaje zwięzłe rozkazy: „Pośpiesz się z tą herbatą […]. Usycham. […] Wyparz czajniczek.” Jednak pan Leopold „zatrzymał się jeszcze, aby opróżnić krzesło: jej pasiasta halka, zmięta, poplamiona bielizna: i złożył wszystko razem w nogach łóżka.”

Schodzi na dół, woda „Gotowała się z pewnością: pióropusz, pary z dzióbka. Wy­parzył i opłukał czajniczek, wsypał cztery pełne łyżeczki herbaty i pochylił imbryk, aby wlać wodę. Odstawiwszy herbatę, żeby naciągnęła, zdjął imbryk z ognia, postawił patelnię na rozżarzonych węglach i patrzył na kawałek ma­sła, który ślizgał się i rozpuszczał. Gdy odwijał nerkę, kotka zamiauczała wygłodniałe tuż przy nim. Dać jej za wiele mięsa, nie będzie łowić myszy. Mówią, że one nie jedzą wieprzowiny. Koszerne. Masz. Upuścił ku niej pokrwawiony papier i rzucił nerkę na syczące płynne masło. Pieprz. Roz­sypał go palcami, koliście, z wyszczerbionego kieliszka na jajka. […] Herbata naciągnęła. Uśmiechając się napełnił swą szero­ką filiżankę, fałszywe Crown Derby. Urodzinowy prezent Śmiesznej Milly.”

Czyta list od córki Milly. Wspomnienia, wspomnienia, córka, cylinder, profesor Goodwin…

„Wbił widelec w nerkę i odwrócił ją z klaśnięciem: potem ustawił czajniczek na tacy. Kiedy ją uniósł, wypukłość stuknęła. Czy wszystko jest? Chleb z masłem, cztery, cukier, ły­żeczka, jej śmietanka. Tak. Zaniósł tacę na górę, trzymając zagięty kciuk w uchu imbryka.

Otworzywszy drzwi lekkim trąceniem kolana, wniósł tacę i postawił na krześle przy głowach łóżka. – Ileż czasu ci to zajęło, powiedziała. Mosiężne pierścienie zadzwoniły, kiedy uniosła się żywo, opierając łokieć o poduszkę. Spoglądał spokojnie w dół na jej pełne kształty i pomiędzy jej wielkie, miękkie piersi, opadające pod nocną koszulą jak kozie wymiona. Ciepło jej wypoczywającego ciała uniosło się w powietrzu, zmieszane z wonią herbaty, którą zaczęła nalewać. Skrawek rozdartej koperty wyglądał spod zmiętej podusz­ki. Odchodząc zatrzymał się, by wyprostować kapę.”

Bloom idzie za wskazującym palcem Molly: „ujął nogawkę przybru­dzonych, leżących na łóżku majtek. Nie? Potem skręconą, szarą podwiązkę owiniętą wokół pończochy: pomięta, wy­świecona stopa.

  • Nie: tę książkę.

Druga pończocha. Jej halka.

  • Musiała upaść, powiedziała.

Pomacał tu i tam. Voglio e non vorrei. Ciekawe, czy ona dobrze to wymawia: voglio. Nie ma w łóżku. Musiała się zsunąć. Pochylił się i uniósł falbanę kapy. Upuszczona ksią­żka leżała otwarta, wspierając się na wypukłości nocnika o pomarańczowej obwódce.

  • Daj tu, powiedziała. Zaznaczyłam sobie w niej. Jest tam słowo, o które cię chciałam zapytać.”

To słowo to metempsychoza. Bloom wyjaśnia z zacięciem erudyty, podrzuca inne słowo: „reinkarnacja”. I znów setki skojarzeń i znaczeń, które wypełniają strumień świadomości bohatera, w tym skojarzenie obrazu Kąpiel nimfy zamieszczonego w jakimś piśmie z urodą Molly. Tego wszystkiego nie da się „streścić”, opowiedzieć. Nie pozostaje nic innego, jak poddać się temu strumieniowi i płynąć nim wraz z panem Leopoldem.

Ale, ale! Zapomnieliśmy o czymś. Zapomnieli państwo Bloom i ja zapomniałem.

„Jej łyżeczka przestała mieszać cukier. Patrzyła przed sie­bie, wciągając powietrze przez rozdęte nozdrza.

– Czuć spaleniznę, powiedziała. Czy zostawiłeś coś na ogniu?

– Nerka! krzyknął.

Wsunął gwałtownie książkę do wewnętrznej kieszeni ma­rynarki i uderzywszy palcami nóg o kulawą komodę, wy­biegł w kierunku swądu, zstępując pospiesznie po schodach na swych przerażonych bocianich nogach. Gryzący dym bu­chał wściekle ze skraja patelni. Wsadziwszy zęby widelca pod nerkę, oderwał ją i przewrócił na grzbiet. Tylko trochę przypalona. Cisnął ją z patelni na talerz i skąpo polał bru­natnym sosem.

Teraz filiżanka herbaty. Usiadł, ukroił i posmarował ma­słem kawałek chleba. Odciął skrawek przypalonego mięsa i cisnął kotce. Potem wsunął do ust widelcem wielki kęs i żuł ze znawstwem sprężyste, smaczne mięso. W sam raz. Łyk herbaty. Potem zaczął odcinać kostki chleba, zamoczył jedną w sosie i włożył do ust. Co to było o tym młodym studencie i majówce? Rozprostował wyjęty z kieszeni list obok na stole i powoli czytał, żując, maczając drugi kawałek chleba w sosie i unosząc go do ust.

Najdroższy Papli, Dziękuję ogromnie za śliczny prezent urodzinowy. Jest mi w nim doskonale.”

Córka Milly. Skończyła piętnaście lat. Dziesiątki reminiscencji, przywołań z przeszłości, minionych okruchów z tajnych zakamarków pamięci.

„Jego puste spojrzenie spoczęło z żalem na postscriptum. Wybacz bazgraninę. Spieszę się. Przy pianinie na dole. Wy­kluwa się ze swej skorupki. Sprzeczka z nią w kawiarni XL

  • bransoletkę. Nie chciała jeść ciastek ani przemówić, ani spojrzeć. Złośnica. Zanurzał kolejne kostki chleba w sosie i zjadał nerkę, kawałek po kawałku. Dwanaście szylingów i sześć pensów tygodniowo. Niewiele. Ale mogło być gorzej. Statystka w music-hallu. Młody student. Wypił łyk mniej ciepłej herbaty, żeby spłukać posiłek. Potem znowu odczytał list: dwukrotnie.

No cóż: wie, jak się ma zachowywać. A jeżeli nie? Nie, nic się nie stało. Oczywiście, może się stać. Zaczekać w każ­dym razie, póki się nie stanie. Dzikuska. Jej smukłe nogi wbiegające na schody. Przeznaczenie. Dojrzewa teraz. Próżna: bardzo.

Uśmiechnął się z zakłopotaną czułością w stronę kuchen­nego okna.”

Znów pojawia się motyw nadmorskich dziewcząt. Kotka. Chce wyjść. Pan Bloom jeszcze nie jest gotów. Szuka czegoś do czytania, lubi sobie poczytać w wychodku. Idzie się wypróżnić, wędruje przez zapuszczony ogród i w myślach projektuje jego przebudowę, ze znawstwem, ze szczegółami, wiadomo, że nie oblecze projektu w czyn. Zerka do ogrodu sąsiadów, może ujrzy ich dziewczynę przy trzepasku. W trakcie posiedzenia czyta nagrodzone opowiadanie z gazety „Perełka”, zazdrości laureatowi honorarium „w wyso­kości jednej gwinei za szpaltę. Trzy i pół. Trzy funty i trzy szylingi. Trzy funty trzynaście szylingów i sześć pensów.” Wreszcie, „lżejszy i odświeżony”, podtarł się połową nagrodzonego dzieła.

Dzwony kościoła Jerzego „Dzwony kościoła Jerzego. Wydzwaniały godzinę: głośne posępne żelazo.

Hejho! Hejhol

Hejho! Hejho!

Hejho! Hejho!

Za piętnaście. I znowu dźwięk harmoniczny, podążający za nimi w powietrzu. Tercja.

Biedny Dignam!”

Ile czasu minęło od pierwszej porannej myśli Blooma o smakowitej nerce? Nie więcej niż dwie godziny.

Niewiele, a tyle w nich życia, porządny kawał życia; nawet najbardziej pospolite, zwyczajne życie jest niesłychanie esencjonalne i nadzwyczajnie sensualne. Czytamy tę powieść zmysłami

Zmysły sterują strumieniem Blooma i naszej świadomości. Zmysły czynią Blooma-Odysa-Ulissesa? Blooma-Everymana? Blooma-Jedermana? Każdego? Blooma-Człowieka? Wiecznego wędrowca i poszukiwacza?

Jesteśmy przede wszystkim tym, czym chcą, żebyśmy byli, nasze zmysły?

Który ze zmysłów zmysłów jest najważniejszy?

To zależy dla kogo. Nasz główny zmysł jest jak stempel.

Michał Waliński

1 kwietnia 2015 roku

Cytaty według: J. Joyce, Ulisses, przeł, M. Słómczyński, Warszawa 1969, s. 61-77.

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Dublin 16 czerwca 1904 roku, James Joyce, Leopold Bloom, Molly Bloom, nerka wołowa, nerkawieprzowa, Ulisses i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Nerka pana Leopolda (Kuchnia to rzecz wyobraźni, 14)

  1. Bogna Drozdek pisze:

    Czy brak – konstytutywnego dla tego cyklu – przepisu na nerkę to koncept primaaprilisowy czy ostentacyjna niechęć do „wyszukanego smaku delikatnie pachnącego moczu” (którą akurat podzielam)?.

    Polubione przez 1 osoba

    • Dzięki wyobraźni można łatwo odtworzyć przepis pana Blooma. Co do „wyszukanego smaku etc.” Ułóż przed sobą kilkanaście kawałków rozmaitych mięsiw – świeżych i surowych. Robiąc przerwy na odpoczynek nosa, delektuj się ich zapachem. W każdym wyczujesz coś niezbyt miłego. Nie wiem, może jesteś wegetarianką, zatem zapytaj mięsożercę, jakim mięsiwem i jak przyrządzonym lubi się zajadać. Nerka dobrze przyrządzona – rarytas!

      Lubię to

      • Bogna Drozdek pisze:

        Wegetarianką nie jestem, chociaż bardzo bym chciała, ale to wymagałoby prowadzenia dwóch kuchni. Do cynaderek zniechecił mnie przed laty wyczuwalny zapach moczu już przyrzadzonych z nich dań.

        Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s