Porównaj Juliusza Słowackiego ze słoniem. Ćwiczenie przedmaturalne z języka polskiego – 2015

Wiarygodnych informacji na temat egzaminu maturalnego w roku 2015 szukaj na stronie CKE (http://cke.edu.pl/) lub stronach poszczególnych OKE.

Porównaj Juliusza Słowackiego ze słoniem, wykorzystując fragment książki J. Zielińskiego oraz powieść H. Sienkiewicza. We wnioskach uwzględnij także załączony tekst kultury.

Uwagi:

Pisząc rozprawkę na ww. temat (analizę porównawczą), nie wnikaj w rozważania typu zoologicznego (np. słoń i Słowacki to ssaki, słoń ma trąbę etc.), chyba że uznasz to za istotne.

Staraj się wykoncypować, jakie argumenty uzasadniają takie porównanie (we wstępie, we wnioskach).

Rozważ, czy zgadzasz się z opiniami J. Zielińskiego dotyczącymi „dobrej komitywy” S. (Juliusza Słowackiego) z kilkuletnią Matyldą.

Rozważając zachowania bohaterów, nie baw się w naiwną psychoanalizę, bo i tak nigdy nie dorównasz Freudowi.

Być może w ocenie Słowackiego pomocne okaże się „rozszyfrowanie” pewnych aluzji biograficznych zawartych w eseju Zielińskiego (np. Eglantyna, właścicielka pensjonatu i opiekunka małej Matyldy, uciekała się do rozmaitych zabiegów, by usidlić poetę; swój stosunek do niej Słowacki wyraził w jednym ze znakomitych swoich liryków, przecież wiesz, w którym?; na pewno też wiesz, kogo poeta wizytował na Ursynowie, dzisiaj dzielnicy Warszawy…). W każdym razie masz znakomitą okazję do popisania się swoją wiedzą historycznoliteracką i znajomością kontekstów z epoki. O jaką epokę chodzi?

Powieść Sienkiewicza to już inna epoka, ale… Te trzy kropki mówią tak wiele.

Czy istotne jest, że słoń nie znał języka angielskiego? Bo Słowacki znał!

Jeśli znasz „W pustyni w puszczy” jedynie ze streszczeń, czytałeś dzieło po łebkach lub nie czytałeś wcale, to może  nie wiesz, że ostatecznie Nell nie została żoną słonia, podobnie jak Matylda żoną Słowackiego. Więc, jak było?

„Fijałki” to oczywiście fiołki, Czy w ogóle coś wynika z zestawienia „fijałków” i begonii?

W obu tekstach pojawia się wizja Polski, pamiętaj wszakże, iż słoń i Nell nie są emigrantami, chociaż akcja powieści toczy się w Afryce. Gdzież więc ta Polska w książce Sienkiewicza i jaka to Polska – w kreacji Słowackiego kierowanej do Matyldy?

Może warto przed przystąpieniem do pracy przysiąść na jakiejś kolumnie i zapuścić żurawia w głąb swego intelektu?

Nie zapomnij o konieczności przeanalizowania w pracy jednego z czterech załączonych niżej tekstów kultury. Wyboru dokonaj samodzielnie. Na ile wybrany tekst kultury jest przydatny w formułowaniu wniosków końcowych?

Życzę intelektualnego wzlotu.

 

Jan Zieliński

Genewska „żona

Czy po tym, co dotąd napisałem, można w ogóle mówić o jakiejś żonie w okresie genewskim? A jednak. W roku 1917 młodopolski poeta Jan Pietrzycki, podróżujący po zachodniej Szwajcarii, nadesłał do jednej z ga­zet galicyjskich zapis swej rozmowy z „żoną” S. I nie był to fikcyjny wywiad z wymyśloną osobą, tylko autentyczna relacja ze spotkania z ko­bietą, którą S. podczas swego pobytu w pensjonacie pani Pattey nazywał swoją żoną i która się wtedy za jego małżonkę uważała.

Bliższą wiadomość o owej żonie znajdujemy w ogłoszonym w roku 1983 reportażu mieszkającej w Szwajcarii literatki Seweryny Duchińskiej pobytu w pensjonacie pani Pattey i spotkania z Eglantyną, podówczas już panią de Lupe. Oto fragment tego reportażu: „Wszyscy w domu kochali Juliusza, wszyscy odgadywali w nim coś wyższego. Kochała go szczególnie maleńka Matylda, pięcioletnia siostrzenica i wychowanka Eglantyny. Poeta zabierał ją często do pokoiku swojego i paląc fajkę rozpowiadał jej fantastyczne powieści. Obiecywał dziewczynce, że jak urośnie, ożeni się z nią i zawiezie do Polski, a kraj to prawdziwych cudów, piękniejszy od Szwajcarii i wszystkich krajów świata. – Pojedziemy tam – mówił – prześliczną karetą, okna w niej całe z różowych karmelków. Pola nasze i łąki posypane cukrem zamiast śniegu; po Wiśle pływają statki ukute ze szczerego złota oświecone płomieniami palącego się ponczu”.

Ta kulinarna wizja wyidealizowanego krajobrazu przypomina później­sze Święcone księcia Radziwiłła… (1839). A także fragment pisanego przecież w Genewie Kordiana – historyjkę O Janku, co psom szył buty. Ta przekorna, niezbyt budująca opowieść o chłopcu, który nie miał chęci do nauki, a mimo to sprytem i przedsiębiorczością daleko zaszedł, do dziś ma swych zwolenników wśród znużonych morałami najmłodszych czytelników. Pierwszą jej słuchaczką była zapewne siostrzenica Eglantyny, Matylda Farion…

Myśl o prawdziwym małżeństwie była w ten czy inny sposób stale obecna w życiu S. w okresie genewskim. Z jednej strony Eglantyna spra­wiała wrażenie, że oczekuje z jego strony takiego kroku, z drugiej matka dopytywała się w listach, kiedy się syn ożeni. Eglantynę nieco zwodził, matce odpowiedział (w kwietniu 1833 roku) zdecydowanie i brutalnie: „nie chciałbym niszczyć twoich marzeń… a jednak zdaje mi się, że ja wiecznie na samotność skazany jestem, bo mojej żonie ciężarem być nie myślę…”. Zamiast tego bezpieczniej było wejść w fikcyjny związek mał­żeński z dzieckiem.

W liście do matki, zaczętym 24 kwietnia 1833 roku, pojawia się wzmianka o tej nowej wybrance: „bawię się z wnuczką pani Pattey. Jest to dziewczynka 4-oletnia, dosyć dowcipna i bardzo mnie kochająca. W dobrej jesteśmy harmonii, ona woli się ze mną bawić niż z siostrą Rozaliją. Siostra Rozalija jest to stara mniszka, która ją czytać uczy.”.

Nic dziwnego, że kilkuletnia Matylda wolała słuchać opowieści o Jan­ku, co psom szył buty, płynącym Wisłą do Królewca, czy o szczerozłotych statkach z płonącym ponczem, pływających po tejże Wiśle, między po­lami przyprószonymi zimowym cukrem pudrem.

W innym liście, z 20 lutego 1834 roku: „wnuczki pani Pattey bawiące się na dziedzińcu krzyczą na mnie: Lulli méchant. Lulli jest to moje imię, dawane mi przez dzieci. Najstarsza córeczka, 6 lat mająca, jest moją żoną; w wieczór kładąc się spać biegnie do drzwi mego pokoju i krzyczy: bon soir, Lulli, a czasem przynosi mi bukiet fijałków. Spo­dziewam się, że Mama błogosławisz temu związkowi. Staram się różnymi talentami umeblować głowę mojej żony – i uczę ją rysować. […] Co do kobiecych robót, donoszę wam, że mi żona moja obrąbiła całą chustkę osa”.

Cała ta sytuacja z nieletnią „żoną” coś nam chyba przypomina. Wizytę na Ursynowie i kilkuletnią córeczkę kamerdynera, siadającą sędziwemu poecie na kolanach i deklarującą, że jest jego żoną. Takie były wzorce zachowań, takie zwyczaje. Dziś w tej samej Genewie w takiej sytuacji niosłyby się zapewne pełne oburzenia oskarżenia o pedofilię…

I jeszcze jedno. Dobra komitywa z kilkuletnią Matyldą to jeden przykładów szczególnej łatwości, jaką przejawiał S. w kontaktach z dziećmi. Może trzeba tę łatwość interpretować w kategoriach solidarności człowieka niskiej postury, dziecięco drobnej budowy, z wszystkimi innymi, którzy są poniżej przeciętnego wzrostu ludzi dorosłych: z dziećmi- karłami, także ze zwierzętami. Może wynikała ona z poczucia wspólnoty z dziećmi u kogoś, kto umiał zachować w sobie dziecko, którym kiedyś był. W każdym razie jest to jeden z istotnych czynników osobowości. Siedząc w teatrze na którejś ze sztuk S., warto czasem poeksperymentować i popatrzeć na scenę oczyma dziecka. Robiłem taki eksperyment i zapewniam, że rezultaty są zaskakujące.

(Fragment pochodzi z książki J. Zielińskiego SzatAnioł. Powikłane życie Juliusza Słowackiego. Warszawa 2000, s. 135-137)

Henryk Sienkiewicz

W pustyni i w puszczy (fragment)

— Tak rozmyślając, posuwała się krok za krokiem coraz dalej, aż wreszcie doszła do miejsca, w którym wąwóz rozszerzał się nagle w małą dolinkę, i zobaczyła słonia. Stał odwrócony tyłem do niej, z trąbą zanurzoną w wodospadzie i pił. To ją ośmieliło, więc, przytuliwszy się do ściany skalnej, postąpiła jeszcze kilka kroków — i jeszcze kilka — a wtem olbrzymi zwierz, chcąc polać sobie boki, odwrócił głowę, zobaczył dziewczynkę i, zobaczywszy, ruszył natychmiast ku niej.
Nel zlękła się bardzo, ale ponieważ nie było już czasu cofnąć się, więc przycisnąwszy kolanko do kolanka, dygnęła słoniowi, jak umiała najładniej, po czym wyciągnęła rączkę z begoniami i ozwała się trochę drżącym głosikiem:
— Dzień dobry, kochany słoniu. Ja wiem, że nie zrobisz mi nic złego, więc przyszłam, żeby ci powiedzieć dzień dobry… i mam tylko te kwiatki…
A kolos zbliżył się, wyciągnął trąbę, wyjął z paluszków Nel wiązkę begonii, lecz włożywszy ją do paszczy, wypuścił zaraz na ziemię, gdyż widocznie nie smakowały mu ani włochate liście, ani kwiaty. Nel ujrzała teraz nad sobą trąbę, na kształt ogromnego czarnego węża, który wyciągał się i przeginał: dotknął jej jednej rączki i drugiej, potem obu ramion i na koniec, opadłszy w dół, począł się chwiać łagodnie na obie strony.
— Wiedziałam, że mi nie zrobisz nic złego — powtórzyła dziewczynka, choć strach nie opuszczał jej jeszcze.
Słoń zaś cofnął w tył swoje bajeczne uszy, zwijając i rozwijając naprzemian trąbę i gulgocąc radośnie, tak jak gulgotał zawsze, gdy dziewczynka zbliżała się do krawędzi wąwozu.
I jak niegdyś Staś ze lwem, tak teraz tych dwoje stało naprzeciw siebie — on, ogrom, podobny do domu lub skały — i ona, drobna kruszynka, którą mógł zgnieść jednym ruchem, nawet nie ze złości, ale przez nieuwagę.
Lecz dobry i roztropny zwierz nie czynił żadnych, ani gniewnych, ani nieuważnych ruchów i widocznie rad był i uszczęśliwiony z przybycia małego gościa.
Nel ośmieliła się stopniowo, a wreszcie wzniosła oczy w górę i patrząc tak, jakby patrzyła na wysoki dach, zapytała, wysuwając nieśmiało rączkę:
— Czy można cię pogłaskać po trąbie?
Słoń nie umiał wprawdzie po angielsku, ale z ruchu jej ręki zmiarkował od razu, o co idzie, i podsunął pod jej dłoń koniec swego długiego na dwa metry nosa.
Nel jęła głaskać trąbę, z początku jedną ręką i ostrożnie, potem dwiema, a wreszcie objęła ją obu ramionkami i przytuliła się do niej z całą dziecinną ufnością.
Słoń przestępował z nogi na nogę i wciąż gulgotał z radości.
Po chwili zaś obwinął trąbą drobne ciało dziewczynki i, podniósłszy je w górę, począł kołysać ją lekko w prawo i w lewo.
— Jeszcze! jeszcze! — wołała rozbawiona Nel.
I zabawa trwała dość długo, a następnie ośmielona już zupełnie dziewczynka wymyśliła sobie inną. Oto, znalazłszy się na ziemi, próbowała wspinać się po przedniej nodze słonia, jak po drzewie, albo, chowając się pod niego, pytała go, czy ją znajdzie. Ale przy tych figlach spostrzegła jedną rzecz, a mianowicie, że w przednich, a zwłaszcza w tylnych nogach słonia tkwią liczne kolce, od których potężne zwierzę nie umiało się uwolnić, raz dlatego, że do tylnych nóg nie mogło dosięgnąć swobodnie trąbą, a po wtóre, że obawiało się widocznie zranić się w palec, którym trąba jest zakończona i bez którego straciłaby całą swą zręczność i sprawność. Nel nie wiedziała o tym zupełnie, że takie kolce w nogach są prawdziwą plagą dla słoni w Indiach, a jeszcze bardziej w dżunglach afrykańskich, składających się przeważnie z roślin kolczastych. Ponieważ jednak zrobiło jej się żal poczciwego olbrzyma, więc bez namysłu, siadłszy w kucki przy jego nodze, poczęła wyjmować delikatnie, naprzód większe, a potem mniejsze zadziory, nie przestając przy tym szczebiotać i zapewniać słonia, że nie pozostawi ani jednej. On zrozumiał wybornie, o co chodzi, i zginając nogi w kolanie, pokazywał tym sposobem, że i w podeszwach między kopytami pokrywającymi palce tkwią także kolce, które przyczyniają mu jeszcze większe dolegliwości.  […]

(fragment cytuję wg http://pl.wikisource.org/wiki/W_pustyni_i_w_puszczy/Zako%C5%84czenie; zmodyfikowałem ortografię i interpunkcję)

Tekst kultury (wybierz samodzielnie wyłącznie jeden obraz do analizy):

TEKST NR 1
słoń 4

TEKST NR 2

słoń 1

TEKST NR 3

so} 2

TEKST NR 4

słoń 3

MW

29 marca 2015 roku

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s