Nowa jednostka miary

Pewien hotel chwali się, że ma 5000 metrów kwadratowych powierzchni „iwentowej”. Zachwyciłem się. Ileż tam „iwentów” jednocześnie można urządzić! W jakich kombinacjach! W jakich pozycjach! Wyobrażam sobie nawet lewitację grupową.

Dwie osoby na jeden metr „iwentowy” to daje nam 10 000 aktorów, cztery na metr daje 20 000,  zakładając, że życie jest teatrem. Bo ja jestem staroświecki i postępowy jednocześnie, „iwent” traktuję nie tylko jako nową jednostkę miary, ale jedną z form teatru, odnogę happeningu. „Iwent” w tym drugim znaczeniu oznacza pewną formę na ogół szybkiego działania i dziania się artystycznego, akcji, zdarzenia o charakterze parateatralnym. Najczęściej zainspirowanej. Chodzi o zaskoczenie przypadkowej publiczności jakimś pomysłem, czasem zaszokowanie jej i chodzi o reakcję tejże publiczności. W tym sensie odbiorca staje się mimowolnym (?) aktorem i nie ma w tym nic złego, bo wszyscy jesteśmy przez większą część doby aktorami. Ba, znam takich, którzy nawet śpiąc, grają, choć nie śnią.

Każdy może być artystą „iwentowym”, nawet jeśli nie jest świadomy faktu, że uprawia „iwent”. W wieku licealnym, w zabytkowym niegdyś mieście B., które rozpadło się niemal doszczętnie na skutek rabunkowej socjalistycznej i postsocjalistycznej eksploatacji węgla spod, zbieraliśmy się „nagle”, w pewną grupę, w najbardziej ruchliwym punkcie i zaczynali patrzeć na konkretny dach konkretnej kamienicy. I wskazywali sugestywnie palcami na ten dach, wymieniając półgłosem, konspiracyjnie, jakieś uwagi między sobą (tak bardziej do ucha). Kiedy wokół nas zgromadził się tłum, co następowało szybko, i wszyscy zaczynali coś sobie pokazywać na dachu, sprytnie zmywaliśmy się. Niestety, nie robiliśmy żadnych zapisów z tego rodzaju akcji. A szkoda, bo to było chyba nawet wcześniej, niż kiedy Kantor w Łazach koło Koszalina „zorganizował” słynny panoramiczny happening morski. Nikt z nas oczywiście nie słyszał wówczas o Kantorze. My byliśmy głównie fanami „Bitlesów” lub „Rolling Stonsów”. Słowo fan jeszcze wtedy w polszczyźnie nie funkcjonowało. O innych naszych „iwentach” wspominać nie będę, bo niegdysiejsi uczniowie będą jeszcze bardziej zdziwieni.

Pewną kontynuacją Kantorowych, Grotowskich „iwentów” były później działania grupy Łódź Kaliska czy artystów z kręgu sztuki krytycznej. Formy „iwentów” licealnych kontynuują zapewne kolejne pokolenia uczniów. Na przykład na studniówce II LO w Suwałkach, mieście rodzinnym Marii Konopnickiej, która też niezłe „iwenty” w życiu urządzała, zgasło światło, linie energetyczne zerwały wichury. Licealiści wjechali na salę balową samochodem z odpowiednim nagłośnieniem i bawili się przy muzyce i stosownym oświetleniu świetnie do szóstej rano. Jeśli, czego nie wiem, policja sprawdzała młodego kierowcę alkomatem, to musiał być naprawdę dobry „iwent”.

W dzisiejszej Polsce najlepsze i największe „iwenty” organizują na przełomie roku lekarze. I górnicy, trochę później. A jak dobrze im idzie! Wciągają w prawdziwą sztukę nie tylko masową widownię, ale i polityków. No, może lepszymi (niestety) twórcami najbardziej spektakularnych „iwentów” są tylko terroryści, na szczęście jeszcze nie u nas. Swoją drogą, twórca kryminalnych (podobno) arcydzieł Miłoszewski, chyba racji nie miał, zarzucając prezydentowi i obecnym na sali, w trakcie wręczenia „Pop-Paszportów” redakcji „Polityki” (13 bm.), że „mają tupet, iż przychodzą tutaj”.

To ja już wolę inne „iwenty”. Parę miesięcy temu, musiało być wtedy jeszcze ciepło, dziennikarce prowadzącej wieczorny dziennik w znanej prywatnej stacji telewizyjnej spod ramiączka wydekoltowanej sukienki zaczęło niebezpiecznie wychylać się ramiączko do biustonosza. Kamerzyści przez ponad piętnaście minut pokazywali z uporem tę akurat stronę dziennikarki, a później zostali chyba przywołani do porządku. Nie wiem, jak ona to zrobiła, bo cały czas była na wizji, ale niesforne ramiączko także przywołała do porządku. To się nazywa profesjonalizm dziennikarski!

Michał Waliński

14 stycznia 2015 roku

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii event, happening, teatr i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s