AAAPilnie poszukuję dwóch książek

Poszukiwałem jakiejś pozycji. Bezskutecznie. Książki zawalają regały w wielu miejscach naszego mieszkania, spora część została wywieziona „na Sybir” w Góry Stołowe i tych książek pewnie już nie zobaczę, bo raczej tamtego domu już nie odwiedzę. Nawiasem mówiąc, jest rzeczą mało sensowną trzymać książki po trzy rzędy na regale, drugi i trzeci rząd stają się trwale nieobecne, niebyłe, ulatują z pamięci. Jeszcze gorzej z dotarciem do książek poukładanych w trzech rzędach gdzieś wysoko, pod sufitem, drabina nic tu nie pomoże. Łatwiej zamówić poszukiwaną książkę w bibliotece niż przeszukiwać te, prawie nieuporządkowane po przeprowadzce pięć lat temu, złogi i warstwy. Uporządkowanie całego księgozbioru było w planach, ale… W tamten akurat czas zaatakowała podstępna choroba, a poza tym musieliśmy się wprowadzić i dopiero po przeprowadzce rozpoczynać gruntowny długi remont. Innej „opcji” nie było. Koszmar! Książki rozkładało się bezwładnie, z wyjątkiem tych niezbędnych do pracy.

Można by części zbiorów „pozbyć się”. Na przykład sprzedać. Ale to wymaga wysiłku porządkowania, obmyślenia strategii, niuansów logistycznych, a poza tym człowiek głupio się przywiązuje do książek. Zapamiętuje, jak niektóre obrazy z dzieciństwa i młodości, ich szczegóły: grafikę na okładce, format, uszczerbki na obwolutach (które to obwoluty zresztą z czasem rozpadają się, poczynając od brzegów i zagięć, a jeśli to były amerykańskie pocket-booki, także specyficzny i nie niemiły zapach. Kiedyś książki, wydawano w Polsce, mimo na ogół lichego papieru ładniej. Dzisiaj w wydawnictwach przeważa masowa, sztampowa, stylizowana na zachodnią, estetyka, chociaż mamy wybitnych grafików i świetne pracownie książki.

Często zapamiętuje się sposób, w jaki „zdobywało się” niektóre książki, bo były takie czasy, kiedy książki się zdobywało.

Już w czasie studiów, kiedy przyjeżdżałem na krótko z Dolnego na Górny Śląsk, starałem się znaleźć czas na peregrynację po księgarniach bytomskich, chorzowskich, zabrskich, rudzkich czy gliwickich. To były łowy! Uniwersytet Śląski jeszcze nie istniał, poszukiwane w kraju książki zalegały w ukrytych zakamarkach, trzeba było tylko wyżebrać od jednej czy drugiej pani (panienki) z księgarni pozwolenie na wejście za lady. W tamtych czasach większość księgarń pozbawiona była dostępu do półek z książkami, dzisiaj możesz w „Empiku” usiąść z wybraną „własnoręcznie” z półki pozycją, przeczytać ją na miejscu i ewentualnie … nie kupić.

Szukam więc jakiejś książki w czeluściach domowej biblioteki i niechcący odkrywam niektóre stare pozycje, jakby zapomniane. Tak, tę, którą zauważyłem na półce i teraz trzymam w ręku, zdobyłem, flirtując z ładną (ale wcale nie boską) panienką w „Akademickiej” we Wrocławiu, to był szczególnie długi i owocny książkowo flirt, skądinąd zupełnie platoniczny pod innymi względami. Raz byliśmy na plackach i herbacie. Ta natomiast i ta książka była owocem wieloletniej znajomości z najbardziej znanym i szanowanym księgarzem łódzkim, z księgarni „Pegaz” na ulicy, gdzież by indziej, Piotrkowskiej, róg Zielonej. Nie, żebym z nim na wódkę chodził, nie żebym prezenciki mu przynosił. On przez rok „badał” klienta, szacował, czy „klient” zasługuje na to, żeby być kimś więcej niż „klientem”. Kiedy uznał, że tak, sięgał do tajnych skrytek i wyciągał wytęsknioną czy tylko poszukiwaną książkę. A kiedy mówił „Niestety…”, wiedziałem, że mówi prawdę. Bywałem tam często, codziennie, nawet w soboty, bo w tamtym czasie, gdy „Pegaz” liczył sobie blisko 90 lat chlubnej działalności, lekcje w szkołach (uczyłem) odbywały się także w soboty.

Ze smutkiem przeczytałem, że bodaj w roku 2010 „Pegaz” zakończył działalność, zabytkowa secesyjna kamienica popadała w ruinę, oberwał się sufit w lokalu. Z radością przyjąłem informację, że w 2014 roku otwarto księgarnię „Pegaz Tuwima” parę kroków dalej, na Narutowicza. W Góry Stołowe już nie wrócę, ale do Łodzi muszę, muszę jeszcze pojechać. Nie do księgarni jednak.

Szukam i szukam dwóch książek, ciągle nie znajduję, ale odkrywam, że tę i inną jeszcze książkę zawdzięczam pewnej dziewczynie z pewnej księgarni szczecińskiej, z którą nawet flirtować nie musiałem, tak wielkie serce miała. Ta dziewczyna. W Szczecinie też można było się „obłowić” w księgarniach.

No ale zostawmy tę mapę domowych książek. Chociaż były liczne sukcesy typu zdobycie egzemplarza pierwszego polskiego wydania „Ulissesa”, były też porażki. Na przykład nigdzie nie mogłem zdobyć pierwszego powojennego wydania słynnej encyklopedii Benedykta Chmielowskiego, to było jeszcze „za Gomułki”. Dlaczego pozwolił wydać „Nowe Ateny” w niemal masowym nakładzie, nie wiem, tak jak dotychczas nie wiem, dlaczego Polacy się na to „masowo” rzucili, sprzedawano to na czarnym rynku. Tak, istniał czarny rynek książek, podobnie jak czarny rynek dolarów i bonów do „Pewexu” i tysiąc innych socjalistycznych czarnych rynków, na biletach u „koników” kinowych bynajmniej nie kończąc. Wracając do „Aten”, mam swoją teorię. Większość Polaków kojarzyło może nie „Nowe Ateny”, ale słowo „encyklopedia”, a zdobycie jedno- czy później czterotomowej encyklopedii PWN w latach 60., 70., 80. graniczyło z cudem i wymagało specjalnych zabiegów. Przemiłemu panu księgarzowi z łódzkiego „Pegaza” zawdzięczam między innymi subskrypcję na czterotomową Encyklopedię PWN i na wielotomowe wydanie „Baśni tysiąca i jednej nocy”, przepięknie ilustrowane orientalnymi rycinami. Encyklopedia pojechała potem do Sosnowca, by wrócić do Łodzi, a „Baśnie” przeczytałem jeszcze w jakimś szpitalu łódzkim; sprzedaliśmy je później, w chwilach kryzysu finansowego, w antykwariacie w Katowicach. Zawsze żałowałem.

Teraz można by otworzyć osobny wątek o lekturach szpitalnych, ale odłożę to na inną okazję. Największa niespodzianka księgarniana?

Kiedyś, to było chyba po pierwszym roku studiów, jechałem z Bytomia „na Kaźmirz”, przez Sosnowiec. Autobusami. W Sosnowcu tknęło mnie, żeby zajrzeć do jakiejś księgarni. Trafiłem na tę w tzw. Plastrach miodu. Panie pozwoliły mi poszperać na półkach i natknąłem się na egzemplarz „Praskiej szkoły strukturalnej”. Dla studenta polonistyki wrocławskiej zdobycie tej książki (mikroskopijny nakład paruset egzemplarzy) na własność miało większe znaczenie niż, dla przykładu, nieoczekiwany podarunek w postaci „malucha” z małym przebiegiem. Nie przypuszczałem wtedy, ze upłynie parę lat i zamieszkam w bloku prawie nad „Plastrami”. Egzemplarz „Praskiej” nadal posiadam, jest bardzo zaczytany przez dziesiątki, a może setki wielbicieli Mukařovsku’ego albo też studentów i uczniów zmuszonych do studiowania strukturalizmu. Zrobię może dowcip, wystawię tę książkę na Allegro. Za 999 zł. Talon na „malucha” mi oferowano, ale nie przyjąłem. Może głupio zrobiłem. Można go było z dużą korzyścią sprzedać. Ale ja dużo rzeczy w życiu głupio robiłem.

„Plastry miodu”, eh, ”Plastry miodu”… Można by duży fragment historii miasta napisać w kontekście „Plastrów”. To perełka architektoniczna. Z wysokości lepiej się obserwuje, że mają kształt zgodny z potoczną nazwą. Z balkonu czy okna widać było dyżurujących i pracujących pod „Pewexem” cinkciarzy, których pryszczate gęby znałem na pamięć, sam czasem kupowałem parę bonów. Widać było warzywniak, który miał tę zaletę, że zawsze można tam było dostać świeży sok z marchwi. Przez „Plastry” przetoczyła się gwałtownie reforma ustrojona. W miejscu „Pewexu” powstała niezła na początku knajpka. Potem ją podpalono. W miejscu warzywniaka – lokalik na parę osób …z wynajmem na komunie, śluby i firmowe spotkania. Musiał paść. Lokal po księgarni, która wkrótce po 1989 roku też padła, jak większość dobrych księgarni w Sosnowcu, po podziale, zajmowały różne firmy: a to pierwsza w mieście sympatyczna winiarnia, która równie krótki miała żywot, bo większość obywateli to smakosze innych trunków (zresztą też się do niej włamywano), a to jakieś ubezpieczenia i firma maklerska, a to sklep rowerowy. Z drugiej strony najdłużej się trzymała „Cepelia”, wierzyłem nawet, że wszystko w Polsce padnie, lecz „Cepelia” przetrwa. Zamknięto ją chyba w ubiegłym roku. Tym razem żywot zakończyła instytucja, która przez dziesięciolecia kształtowała gusta estetyczne Polaków i Polonii, szczególnie amerykańskiej. Nie ma rzeczy nieśmiertelnych. Wszystko płynie. Czy wszechwładny Logos sprawi, że „Cepelia” wróci? Nie, żebym żałował… Z cepeliady zazwyczaj kpiłem. Polska to dziwny kraj, kraj zatwardziałych tradycjonalistów, którzy jednakowoż bynajmniej nie szanują tradycji.

Z balkonu widać było także, po ulewach i oberwaniach chmury, tony stojącej wody w …dachach „Plastrów”, no bo jak przyszło je budować zgodnie z życzeniem pszczółek, dachy musiały być opadające do środka.

Szukam tych dwu książek i nic, chyba dam sobie spokój. Lecz za to odkryłem trochę pozycji z autografami autorów, znanych, czasem wybitnych. Taki autograf w jakiś sposób dowartościowuje książkę, chociaż co do mnie, nigdy nie uganiałem się za autografami, czasem prosiłem kogoś, aby poprosił poetę, pisarza o podpis na książce. Uświadomiłem sobie, że sporo książek z autografami ich twórców podarowałem uczniom. Mam nadzieję, że kiedyś ich wnuki i prawnuki odkryją, jaki skarb posiadają. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w Ameryce i odkrywacie w swojej własnej bibliotece lub na strychu (jeśli w Ameryce mają strychy) książki z autografami Jacka Londona czy Marka Twaine’a! Może być nawet Updike, a zwłaszcza drogi „nieobecny” autor „Buszującego w zbożu”.

Ile może znaczyć dzisiaj drugi tomik Stanisława Barańczaka z dedykacją autora? Miałem szczęście poznać go (zachowuję tu cały należny dystans) jeszcze pod koniec lat 60. czy na samym początku lat. 70 „w ramach” wrocławskiej grupy literackiej „Agora” (nie ma żadnego związku z warszawskim koncernem!), robił na wszystkich, młody, nadzwyczaj inteligentny i błyskotliwy, chmurny i sympatyczny, chociaż najczęściej małomówny, piorunujące wrażenie. Ucieszyło mnie, że kiedy przybył na spotkanie z młodzieżą w liceum sosnowieckim („Plater”), przywitał się serdecznie, pamiętał. Potem jeszcze dostaliśmy od Niego list ze Stanów. Wiedzieliśmy, że choruje, walczy chorobą.

Grozi mi, że zacznę teraz wspominać – chudych i niechudych – literatów, których miałem okazję spotkać, zobaczyć na własne oczy, czasem porozmawiać lub podyskutować, ale dosyć. Poproszę bliską osobę, żeby mi poszukiwane książki wypożyczyła na w Bibliotece Miejskiej na Zegadłowicza.

Michał Waliński

13 stycznia 2015 roku

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „AAAPilnie poszukuję dwóch książek

  1. Alicja pisze:

    Taki śliczny tekst, dziękuję 🙂 Niestety tych książek nie mam. Nasze półki w domu już od dawna nic nie chcą się poszerzyć, ściany nie pozwalają, ale i tak ciągle coś przybywa. Pozdrawiam serdecznie!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s