Honor czy hańba? (Kroniki skundlonych obyczajów, XXI)

Spartanie, na szczęście, nie dożyli naszych czasów. Rycerstwo średniowieczne przewraca się w grobach. Pojęcie gentlemana dawno już poszło do lamusa.

III RP nieoczekiwanie przyczyniła się do ukształtowania zupełnie nowego pojęcia honoru. Można powiedzieć, że stara definicja pojęcia manifestacyjnie opuściła definiendum, utarły się natomiast nowe znaczenia obejmujące szerokie pole wartości pomiędzy honorem a wstydem (hańbą). Dzisiaj wszystko jest możliwe, możliwe jest więc również potraktowanie jako synonimów pojęć honoru i cwaniactwa, a ciężki wstyd, na przykład w wyniku puszczenia głośnego bąka „na salonie”, nie czyni uszczerbku na godności sprawcy, nawet gdy jest politykiem (potraktujmy tego „bąka” jako metaforę).

Hańba? Wstyd? Hańba w wyniku paru prostych zabiegów może przekształcić się w zaletę, tak jak dziewica, która się zapomniała i straciła cnotę, może dzisiaj, dzięki chirurgii plastycznej, „nienaruszony” hymen odzyskać. Wszystko jest możliwe na współczesnym targowisku próżności, trywialności i bezczelności, mamy zresztą do czynienia z globalnym, nie tylko w skali polskiej, procesem atrofii usankcjonowanych przez tradycję, niewzruszonych (wydawać by się mogło) pojęć etycznych i estetycznych.

Miniony rok obfitował w różnego rodzaju afery i aferki – a to „taśmowa”, a to Protasiewicz, a to Wipler, a to „zegarkowa”, a to dotycząca rzekomego rozbioru Ukrainy przez Rosję i Polskę, a to afera „madrycka”, a to „kilometrówkowa”. Lista bohaterów tych afer jest imponująca. Zauważmy jednak, że zainteresowani mają równie imponująco dobre zdanie o sobie i nadzwyczaj dobre samopoczucie. Do rzadkości należą przypadki, że polityk, gdy jest w cokolwiek złego zamieszany, nawet gdy jest ewidentnie winny, poda się z własnej woli, honorowo, do dymisji, złoży mandat, odda legitymację.

Dzisiaj, żeby zostać uznanym publicznie za człowieka honoru, należy, pełniąc jakąś społeczną lub polityczną funkcję, wykonując pewne zawody, uczynić z tej funkcji lub profesji prywatne poletko, którego uprawa przynosi znaczne nieraz zyski. Pojęcie „polityki” zagubiło istotne kiedyś znaczenia wiążące je z „misją”, „ideą”, „ideowością”, a poniekąd i z „ideologią” (bo jakie w gruncie rzeczy są różnice „ideologiczne” pomiędzy czołowymi partiami? fluktowanie polityków od partii do partii wskazuje, że nie). Lub – z pojęciem pewnej wspólnoty oraz współodpowiedzialności. Przypomnijmy sobie znaczenie starożytnego greckiego „polis”. Dzisiejsi Grecy, skądinąd, jakby o tym zupełnie zapomnieli.

To, co niegdyś było ideą, misją, poczuciem wspólnoty, przemienia się nader często w prywatę, w „interes do zrobienia”. Mówiąc językiem niezbyt ładnym, podjęcie się pewnej funkcji (politycznej, społecznej, zawodowej – nawet religijnej!), staje się często sposobem na „dorwanie się do koryta”, „obłowienie się”, „zagarnięcie”, „naharatanie”, „dorobienie”. Osobny problem to nepotyzm, który potraktować należy jako jedną z form korupcji, a więc również „interes do zrobienia”. „Koryto” nie zawsze musi oznaczać mamonę, jak dowodzą przypadki pewnego biskupa i pewnego księdza w Dominikanie. Ta „prywatyzacja” publicznego i społecznego może dotyczyć nawet organizacji charytatywnych, co pokazuje kazus byłego szefa Fundacji Kidprotect.

Jednak najwięcej negatywnych wzorów zachowania dostarcza sfera polityki.

Przypadki wielu polityków, z różnych zresztą partii, pokazują modelowy i spektakularny sposób „nobilitowania” konkretnych ludzi, którzy zbłądzili ze ścieżki cnoty. Trzeba jednak wprzódy wykreować swój image jako człowieka niezastąpionego, „zaangażowanego”, „zapracowanego” oraz, co ważne, niezłomnego moralisty. Potem trzeba „nachapać” z koryta, ile się da, a jeśli sprytu i czujności w braniu zabraknie, trzeba pogodzić się z wpadką i w skrajnej ostateczności złożyć legitymację partyjną. W takiej sytuacji jest rzeczą pewną, że koledzy zainteresowanego natychmiast obwieszczą publicznie, że „zachował się jak człowiek honoru”. Dzisiaj już nikt nie pamięta, że w okresie PRL oddanie legitymacji partyjnej było w niejednym przypadku aktem odwagi i determinacji. Ludzie, którzy „rzucali” legitymację partyjną, nie mogli liczyć na publiczne i medialne uznanie. Nikt wówczas nie mówił o honorze, ludzie ci zyskiwali miano zdrajców i renegatów. „Renegat” taki często z dnia na dzień tracił przyjaciół i znajomych, był jak trędowaty.

Nominację do tytułu „człowieka honoru” zdobywa się w sferze politycznej dzięki różnego rodzaju aktywnościom. Najprostszy sposób to „przeczekanie” burzy. Wielu z niego skorzystało, chociaż jest to sposób mało epicki, niegodny bohaterów Trylogii i dziadka Sienkiewicza. Inny rodzaj aktywności to „zwlekanie” czy „odwlekanie” decyzji (np. dotyczącej złożeniua mandatu). Mamy tu prawdziwych mistrzów „odwlekania” i gry z czasem, nie dziwi, że wśród nich znajdą się kolekcjonerzy zegarków. Jeśli już przyjdzie kryska na Matyska, nadal czynni w polityce koledzy nie zawiodą, podobnie zresztą jak red. Paradowska z „Polityki”: zjadą się tłumnie limuzynami lub taksówkami na polityczną stypę urodzinową w ekskluzywnym hotelu, obwieszczając tym samym, że nadal są z Matyskiem, gotowi ratować jego honor.

Niezmiernie rzadko, pewnie nigdy, zdarza się sytuacja, gdy po ujawnieniu jakiejś przykrej sprawy (przez media, rywali politycznych lub w wyniku niefrasobliwości podchmielonych żon) polityk przyzna się do grzechu i  powie: jestem winny, zbłądziłem, muszę ponieść konsekwencje swojego czynu.

W cenie są za to: znikanie z horyzontu medialnego na jakiś czas i gruntowna odnowa psychobiologiczna, a później, po reinkarnacji, zaprzeczanie, „kręcenie”, „mataczenie”, rozmijanie się z prawdą, no i – last but not least – kosmiczna bezczelność. Wymaga to na ogół wyparcia z własnego rozumu podstawowych zasad logiki arystotelesowskiej, szczególnie w sytuacji, gdy zainteresowany przypadkiem wcześniej się nimi posługiwał. W sztuce tej można zdobyć absolutne mistrzostwo: trzej muszkieterzy madrycc najpierw utrzymywali, że „kilometrówki” na 28 służbowych wyjazdów pobierali lege artis, że do podróży „dokładali z własnej kieszeni”, by ostatecznie – zbudowawszy nader powikłaną konstrukcję składniowo-semantyczną – zdecydowali się oddać wszystkie pobrane legalnie pieniądze. Jakże by zatem odmawiać im honoru? Nadal więc służą ojczyźnie w Sejmie, chociaż nie mogą już służyć bezpośrednio swojemu wodzowi.

Nadmienię w tym miejscu, że wielu posłów posiadło też umiejętność z rzędu tych nadprzyrodzonych: sztukę bilokacji. Pobierają odpowiednie delegacie oraz diety, wyjeżdżają za granicę w celach rzekomo  parlamentarnych i jednocześnie funkcjonują w Warszawie, głosując w ważnej partyjnej sprawie. To się nazywa wykorzystanie machiny czasu! Przy tej sztuce (sztuczce) wyjazd służbowy za pieniądze podatników, traktowany jako wyjazd wakacyjny lub weekendowy, jest czymś zupełnie normalnym i honoru nie plami. To nie jakiś tam „Powrót posła” Niemcewicza, którego pozytywny bohater do domu rodzinnego sprawy ojczyzny przywoził i w dodatku własnemu ojcu zdawał sprawę. Sztuką pożądaną obecnie jest, kosztem drogiej i ukochanej ojczyzny, zabawić się w Hiszpanii (gdzie przecież wszyscy notorycznie „się bawią”) i jeszcze na tym zarobić, bo inaczej będziemy mieli do czynienia z powrotem jakowegoś osła a nie posła (mój Word, skądinąd, regularnie zamienia „posła” na „osła”; coś w tym być musi).

Jakby na to nie patrzeć, kandydaci do tytułu „człowieka honoru” osiągają wyżyny w sztuce pokrętnej retoryki i erystyki. Jak na przykład Druga Osoba w Państwie, gdy zaczęła się tłumaczyć z wywiadu dla amerykańskiej gazety (w kwestii propozycji Putina rzekomo skierowanej, w cztery oczy, do Tuska).

Ale erystyka i retoryka to mało: trzeba umieć traktować dziennikarzy i odbiorców przekazów medialnych jak kompletnych durniów.

Kiedy już nie ma innego sposobu, polityk może „iść w zaparte”, bezkompromisowo iść „w zaparte”, zaś zaparcie trwać może miesiącami i żadne cudowne środki reklamowane w TVP nie pomagają. Dowodząc przy tym, że jest „zaszczuwany”, jest „ofiarą nagonki”. Ma zatem absolutnie prawo do urządzania dla dziennikarzy i innych naiwnych specjalnych pokazów medialnych, z których wynika, że na ulicy, pod osłoną nocy, pobiła go prawie na śmierć niewiasta.

W cenie jest zademonstrowanie przed kamerami sińców na własnym ciele, wrażenie robi także obandażowana facjata. Ach, te baby! Jak nie rozrabiają na pokładzie taniej linii lotniczej, upijając się własnym, tanim alkoholem, to obijają na ulicy tęgiego chłopa, zajadają się obiadem na oczach wszystkich w trakcie nadzwyczaj ważnych obrad Sejmu lub rzucają w salę kloacznymi odzywkami…

Co do omówionych przypadków, zastanawiam się, czy mamy do czynienia z ludźmi całego „honoru”, czy tylko „półhonoru”? „Pół-rycerzami”, jak rzekłby niemodny dzisiaj Juliusz Słowacki? Kimś takim, jak mieszczuchy, które przez przypadek zostały uszlachcone i nie potrafiły unieść ciężaru szlachectwa?

Houston, mamy problem! Jest li Druga Osoba w Państwie człowiekiem honoru, była człowiekiem honoru czy też dopiero zostanie człowiekiem honoru? Już nie będę dawał konia z rzędem temu, kto odpowie, bo moja serdeczna przyjaciółka zza oceanu zażąda drugiego konia.

O pewnej sztuczce, stosowanej niezmiernie często, jaką jest zmiana barw partyjnych, nie warto wspominać. To rzecz tak oczywista, jak koniunkturalizm, który na naszych oczach stał się cnotą. Zmiana przynależności partyjnej jest dzisiaj rzeczą bardziej prostą niż zmiana barw klubowych w wypadku piłkarza. Dzisiaj jest rzeczą naturalną i oczywistą, że „działacz” polityczny, tak na wszelki wypadek, mieści w swojej wybitnie pragmatycznej, utylitarnej i ideowo rozciągłej jak tasiemiec mózgownicy wszystkie możliwe światopoglądy i paradygmaty partyjne. Świadczy to dobrze o jego przezorności i roztropności,  przezorny zaś powinien być zawsze ubezpieczony. Podziwu godna jest szczerość, z jaką o swoich peregrynacjach ideowych mówią tacy migranci, jak Michał Kamiński – uczcie się od nich, młodzi! Być ministrem obrony w rządzie PiS, a potem ministrem spraw zagranicznych i marszałkiem Sejmu w rządach PO? A co to za problem, jak zechce, to zostanie ministrem do spraw przyjaźni polsko-rosyjskiej w przyszłym rządzie Korwina-Mikke. Albo ministrantem.

Czasem mamy do czynienia z chwilą ewidentnej szczerości. Na przykład wówczas, kiedy znany polityk, żegnając się na parę lat (może nawet pięć?) z ojczyzną, w wywiadzie do „Polityki” przyznaje, że ma gdzieś idee i dalekosiężne plany tejże ojczyzny dotyczące, bo zadaniem polityka jest załatwianie spraw pilnych, czyli bieżących. Polityk to jakby strażak. Wynika z tego niezbicie, że może na przykład bezkarnie nie zajmować się prognozami energetycznymi, edukacyjnymi lub demograficznymi. I że zastanawianie się (tworzenie) planów perspektywicznych dotyczących Polski jest co najwyżej postkomunistycznym wymysłem.

Jednak  sztuką samą w sobie jest: porzucić partię lub dać się wyrzucić i być (autentycznie) „obecnie bezpartyjnym”. Brylować w mediach i podlizywać się potencjalnym pracodawcom. Jeszcze trudniej opuścić łono, np. Prezesa, budować własną firmę po to, aby po krachu (interpretowanym jako sukces) próbować wrócić na zdradzone łono, liżąc co potrzeba. Dzisiaj każdą zdradę można zamienić w dobro, lizusostwo w sztukę kompromisu, zaś sukces zamienić w porażkę (por. alegoryczny motyw pychy i głupoty ukaranej).

***

W wielu sprawach, o których wzmiankowałem, prowadzone są przez prokuraturę postępowania wyjaśniające (byłego ministra N. sąd już skazał, minister będzie się odwoływał, to prawo każdego obywatela, także niezainteresowanego zegarkami). Nie zdziwię się, gdy sprawy zostaną umorzone.

Posłowie współcześni, jak powszechnie wiadomo, raczej nie nadają się do tworzenia prawa.

Prawo tworzone przez Sejm w dwudziestopięcioleciu III RP polega na nieustannym nowelizowaniu ustaw, w efekcie mamy w Polsce prawo, które można nazwać prawem „paczworkowym”. Prawdziwe paczworki bywają piękne, my jednak mamy prawo dziurawe jak mój wizytowy durszlak, niespójne, nieprzyjazne obywatelom i niejednokrotnie rujnujące polską gospodarkę, jak i rujnujące wielu uczciwych biznesmenów. Posłowie nie są jednak tak głupi, by tworzyć prawo niekorzystne dla nich. Prawdopodobnie okaże się, że „kilometrówki” to norma, a nawet da się korzystnie zinterpretować samochodowe wyjazdy zagraniczne posła H. i in.

Przyjmijmy jednak, że potencjalnie korzystne dla nich rezultaty postępowania prokuratorskiego niewiele będą miały wspólnego z poziomem prawdziwego honoru i godności u wielu z tych ludzi. Przyjmijmy że chodzi o wydźwięk i poziom moralny pewnych postaw.

Spytam naiwnie, jak dziecko: czy Panowie się nie wstydzą? Jaki przykład dajecie ludziom, młodym zwłaszcza?

Wszystko to, o czym piszę, ani by mnie ziębiło, ani grzało, gdyby nie liczne gdyby. Niektórzy politycy i komentatorzy dziwią się na przykład, że miliony wyborców oddały w wyborach do sejmików i samorządów nieważne głosy. Część tych nieważnych głosów jest zapewne konsekwencją analfabetyzmu lub wtórnego analfabetyzmu wyborców. Część – konsekwencją zastosowania przez PKW „broszurki” do głosowania i zwolnienia się polityków i mediów z obywatelskiego obowiązku przedwyborczej misji edukacyjnej. Obawiam się jednak , że większość tych niby nieważnych głosów to są głosy w istocie rzeczy ważne, bardzo ważne. Kaczyński, Miller), skargi na Polskę wnoszone na forum Parlamentu Europejskiego czy OBWE to jest, powiem ostro, pieprzenie w bambus, bo gdzie tu logika? PiS wygrywa, ale zdaniem szefa PiS wybory były sfałszowane. Rozumiem obecną nędzę Millera, rozumiem, że nawet „prawdziwy” mężczyzna czasem nie może skończyć po męsku, ale nie mogę mu wybaczyć pogrzebania polskiej lewicy.

Zdziwienie, że młodzież (jej część głosująca) poszła za Kaczyńskim? Ja się nie dziwię. W wyborach do Europarlamentu poparła Korwina. Za rok pójdzie za kimkolwiek, kto da jej odrobinę nadziei na przyszłość. Nawet Palikot może się zreaktywować.

Zdziwienie, że PSL zebrało „aż” takie poparcie? A czemu tu się dziwić? PSL od dwudziestu pięciu lat uprawia po cichutku, bez szumu, swoją kumoterską politykę personalną (można to nazwać ostrzej), ludzie się przyzwyczaili, a ludzie, tak w ogóle, mają dosyć wojny „popisowskiej” na górze, PSL daje ludziom odrobinę poczucia stabilności. Ależ szum się zrobi, kiedy PSL wygra najbliższe wybory do Sejmu!

***

Chciałbym napisać coś pozytywnego o polskiej polityce, o politykach, lecz się nie da! Będzie tylko gorzej  Nie pociesza mnie, że takie są „tendencje” europejskie, a może i światowe.

Nie pociesza mnie również fakt, że są jeszcze w Polsce politycy uczciwi i zachowujący klasę, traktujący poważnie wyborców, kompetentni i pracowici. Tych najczęściej nie widać w telewizji i nie słychać w radiu. I nie oni rzutują na opinie społeczeństwa o Sejmie i politykach.

Wspomniane wyżej wątpliwe postawy moralne polityków to wierzchołek góry lodowej, polityka to nie tylko Sejm, to także sejmiki, samorządy i mnóstwo przykrych spraw ujawnianych w mediach. Niezależnie od tego ogromna większość przedstawicieli „klasy” politycznej, od Sejmu po samorządy miejskie i wiejskie, to ludzie nijacy, ludzie bez właściwości. Także z winy wyborców.

Polską tzw. klasę polityczną, która prawem kaduka ochrzciła się mianem „elity”, tworzą w coraz większym stopniu ludzie znikąd. Ludzie, owszem, po jakichś studiach, np. politologicznych, sportowych czy marketingowych, którzy wcześniej „trenowali” w partyjnych młodzieżówkach, którzy nie są z definicji zdolni do wykonywania jakiegokolwiek zawodu, bo go nigdy nie mieli okazji wykonywać, a więc nie mieli okazji uczyć i nauczyć się czegoś pożytecznego, jakże więc mieliby kompetentnie wykonywać zawód polityka? Jeśli nawet mają doświadczenie zawodowe, niekoniecznie słyną z klasy osobistej. Są za to bardzo elokwentni, wyszczekani, wytrenowani w kłótniach i wojnach międzypartyjnych oraz personalnych rozgrywkach.

Pewna kategoria posłów i polityków jest szczególnie hołubiona przez media, wśród nich ci znani z „nieszablonowego” podejścia do pełnionej przez siebie funkcji, aferzyści i skandaliści, ludzie potrafiący posługiwać się niewybrednym, często plugawym językiem, arystokraci polskiego politycznego „savoir-vivre’u”.

W telewizji czy w radiu poświęca się im codziennie (łącznie) setki godzin. Im większy skandal wywoła polityk, tym bardziej staje się medialny. Ba, w znanych programach publicystyczno-komentatorskich nieraz przez całe tygodnie „omawia się”, „analizuje” afery i aferki bohaterów tych afer. Kiedy w polityce panuje posucha (rzadkość), zawsze znajdzie się jakiś Trynkiewicz jako inspiracja do czczego gadulstwa.

W proces tabloidyzacji mediów zaangażowana jest czynnie elita polskiego dziennikarstwa politycznego. Pewien (paskudny, według mnie) styl i model „zaangażowania” dziennikarskiego narzuciła koleżankom i kolegom Monika Olejnik, która skądinąd ów styl przejęła od dziennikarskich gwiazd z Zachodu. W efekcie, podobnie jak dla wielu polityków sprawy istotne dla Polski są mało istotne, bo od wyborów do wyborów najważniejsze są słupki i prowadzenie wojenek, tak i w dyskusjach publicystów Polska schodzi na dalszy plan. Mamy sprawę Wiplera, mamy o czym gadać na antenie parę tygodni, mamy jedną, drugą, trzecią sprawę Hofmana, jest o czym gadać…

Znana powszechnie posłanka Pawłowicz w światłach jupiterów i pod okiem kamer telewizyjnych pożera obiad w trakcie obrad Sejmu. Użyłem czasownika „pożera”, bo ona naprawdę pożerała, bo ona jest dla mnie ucieleśnieniem wizji Rabelais’go w „Gargantui i Pantagruelu, nie szkodzi że bardziej mikra. Z ustami pełnymi śmieciowego żarcia pani Pawłowicz agresywnie reagowała na tych, którzy śmieli jej zwracać uwagę: „Według słów Janusza Palikota, Pawłowicz nazwała Jońskiego „chamem”, Rozenkowi kazała „stulić pysk”, a marszałkowi Sikorskiemu poradziła, by „zamknął ryj”(http://www.fakt.pl/polityka/krystyna-pawlowicz-zrobila-z-sejmu-stolowke,artykuly,511602.html). Do posła Rozenka wystosowała pełen miłości zwrot retoryczny o treści „Ty chamie!” Kilkadziesiąt minut wcześniej zwyzywała od „idiotek” jedną z najsympatyczniejszych i najskromniejszych dziennikarek telewizyjnych. Natomiast bliżej niezidentyfikowany poseł krzyknął do prezesa Kaczyńskiego: „Siadaj, kurduplu!” Zaś pani minister szkolnictwa wyższego, profesor, na Tweeterze upokarza znanego dziennikarza. O tempora, o mores.

Od wczesnego ranka dnia następnego (po wspomnianym zgromadzeniu Sejmu) komentatorzy reprezentujący sam kwiat polskiego dziennikarstwa zajęli się w programach radiowych szczegółowym analizowaniem wyczynów Pawłowicz i innych. Kwestie merytoryczne dotyczące nadzwyczaj ważnych dla Polski obrad Sejmu zbyli milczeniem. Mieli zresztą także inne zajęcie: komentowali zachowanie Tuska podczas pierwszego Tuskowego szczytu w Europarlamencie (czy przypadkiem szczyt nie trwał zbyt krótko, czy wnioski nie były zbyt lakoniczne, czy Tusk miał tremę, czy Tusk polished his English, „analiza” głosów krytycznych wobec Tuska etc.). O kwestiach merytorycznych (energetyka europejska, Ukraina, sankcje) nic lub prawie nic.

Takie dziennikarstwo jest dziennikarstwem stosunkowo łatwym i wygodnym, nie trzeba się przesadnie przygotowywać do programu, wysilać umysłowo. Zwróćmy przecież uwagę, że jest to  dziennikarstwo bardzo oportunistyczne i nieodpowiedzialne, często kunktatorskie i nieobiektywne. Zapewne dobrze płatne.

Między światem polityki a światem mediów od zarania istniały określone relacje. Niegdyś dziennikarze zachowywali większy lub mniejszy dystans do polityki i polityków (chyba że byli kupowani). co było podstawą ich niezależności i pozorów przynajmniej obiektywizmu. Dzisiaj taki dystans, na dobrą sprawę, nie istnieje. Politycy, byli lub czynni, szczególnie polityczni celebryci, stali się jakby kumplami ludzi mediów, misiami z okienka lub radiowego mikrofonu, jak na przykład Kalisz, Nałęcz, Gowin, Miller, Wipler, Protasiewicz, Kurski, M. Kamiński, Ziobro, Palikot, których dobranocki lub „dzieńdoberki” mają uśpić bądź nasycić umysłowo naród. Kiedy notowania Marszałka Sejmu lecą na łeb, na szyję, na ratunek (zainteresowanym dziennikarzom i marszałkowi) spieszy niezawodny były polityk, a obecnie czynny adwokat Giertych. Ten ostatni stał się dla wielu stacji Alfą i Omegą.

Na oczach masowej widowni politycy udają, że uczciwie i z przejęciem pełnią swą rolę, dziennikarze udają, że stanowią czwartą władzę, a wyborcom wszystko to „zwisa”.

Współcześnie wyrazem kunsztu dziennikarskiego jest umiejętność brutalnego i bezkompromisowego przerywania indagowanemu na antenie politykowi (gościowi) w pół zdania. Dobry dziennikarz w określonych sytuacjach (gdy np.  przepytuje wroga ideowego) nie dopuszcza możliwości sensownego zwerbalizowania poglądów przez zaproszonego gościa, ale mówi przede wszystkim sam i ustala dla kwestii jedynie słuszną i obowiązującą wykładnię.

Pytania o honor polityka (a także poniekąd dziennikarza) wydają się dzisiaj tracić jakikolwiek sens. Amplituda moralna polskiej polityki przesuwa się wyraźnie w kierunku bieguna wyznaczanego przez wstyd i hańbę. Honor w polityce, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, staje się pojęciem niemodnym. W zasadzie – bycie człowiekiem honoru staje się przeszkodą w uprawianiu zawodu(?) polityka. Honor to kula u nogi. Zbędny balast. W cenie są cynizm, bezczelność, gruboskórność, kłamstwo i obskurantyzm.

Znany socjolog francuski, autor słynnej książki „Opinia i tłum”, pisał był: „Społeczeństwo to naśladownictwo, zaś naśladownictwo to rodzaj somnambulizmu”. W tym miejscu pominę szczegółową argumentację Tarde’a. Dodawał on jeszcze: „Przekonamy się, że wszyscy ludzie, których naśladujemy, są przedmiotem naszego szacunku i  że wszyscy ludzie, których szanujemy, są przedmiotem naszego naśladownictwa czy tendencji naśladowczych”. „Szacunek to przede wszystkim sugerowanie sobie innej osoby jako przykładu”. [cyt. za: M. Ossowska, Ethos rycerski i jego odmiany, Warszawa 1973., s. 20]

Można podać tysiące przykładów na poparcie tej tezy, niegdyś odkrywczej, dzisiaj oczywistej, szczególnie w kontekście zdobyczy późniejszej socjologii interakcjonistycznej. Sama Ossowska pokazuje to na przykładzie ewolucji wzoru rycerskiego – od starożytności po współczesność.

W wielkim uproszczeniu powiedzmy, że przedmiotem naśladownictwa mogą być wzory pozytywne i – z pewnej perspektywy – negatywne. Pojęcie honoru nie było i nie jest przypisane jednej klasie społecznej i stworzonemu przez nią etosowi, chociaż przez wieki szczególnie pożądane wzory zachowania były zasługą i przywilejem klas wyższych. Mieli swój etos i honor chłopi, klasa robotnicza (w pewnym sensie zdeprawowana przez komunizm), ale miały go także przedwojenne klany złodziejskie (Lwów, po wojnie przez jakiś czas Wrocław).

Wykształcenie pożądanych wzorów zachowania  przez jakąś grupę społeczną wymaga czasu, tradycja nigdy nie tworzy się ad hoc. Potrzebny jest także punkt odniesienia czy punkty odniesienia. W Polsce mamy z tym problem.

Arystokracja to już od dawna anachronizm, zresztą arystokracja polska nigdy w zasadzie nie wpływała na styl życia społeczeństwa. Nie mieliśmy i nie mamy klasy wyższej w znaczeniu zachodnim. Mieszczaństwo nigdy praktycznie nie liczyło się. Najważniejszą rolę wzorotwórczą pełniła w Polsce inteligencja, która zaczęła się formować w drugiej połowie XIX wieku, która jednakże poniosła wielkie straty w okresie drugiej wojny światowej, uległa przeobrażeniom w czasach PRL, a po transformacji ustrojowej została wchłonięta przez tzw. klasę średnią.

Ta  ostatnia stanowi konglomerat różnych wartości kulturowych, stylów życia, wartości etycznych i estetycznych, podstawowym zaś wyznacznikiem jej statusu społecznego jest odpowiedni dochód. Polska klasa średnia wyrosła z próżni. Z niej a ogół rekrutują się politycy i kandydaci na polityków.

Nie można zatem specjalnie dziwić się, iż tzw. klasa polityczna skupia wielu ludzi bez właściwości, a w całości cierpi wyraźnie na kompleks tożsamości, tym bardziej że w obrębie tej „klasy” jest coraz mniej (z przyczyn najzupełniej naturalnych) ważkich inteligenckich autorytetów, ludzi z charyzmą, osobowością i …klasą. Na margines schodzi też znacząca po 1989 roku grupa polityków, którzy do polityki weszli w poprzednim ustroju i pod zupełnie innym szyldem, co może specjalnym zmartwieniem nie jest, chociaż – czy się to komu podoba, czy nie – ci starzy  wyjadacze dysponowali pewną kulturą polityczną.

Martwić się trzeba czymś innym. „Pójście w politykę” stało się w Polsce jednym ze sposobów na zrobienie stosunkowo szybkiej kariery. W domyśle – kariery głownie finansowej. Za cudze pieniądze, na ogół bez znaczącego wkładu własnego. Janusz Palikot, który dla polityki pozbył się własnego imperium wódczanego, jest wyjątkiem, skądinąd chyba niewartym naśladowania, chociaż…

Taka wizja kariery – trudniejszej niż model „od pacybuta do milionera” – kusi młodych, co jest między innymi przyczyną runu na studia politologiczne i tym podobne. Ludzie, częstokroć ludzie bez właściwości i bez tożsamości, stają się „somnambulicznym” wzorem do naśladowania. Wystarczy, że są nieustannie obecni na szklanym ekranie. W rodzimej polityce mamy całą watahę młodych wilczków, jednak tych, którzy coś sobą reprezentują (B. Nowacka, R. Biedroń), można policzyć na palcach jednej ręki. Można powiedzieć, że takie są koszta demokracji, lecz trzeba przy tym dodać, że procesowi negatywnej selekcji w obrębie polityki sprzyja w istotny sposób tradycyjnie niska frekwencja na wyborach i nieprzemyślany, „mechaniczny” akt głosowania.

Michał Waliński

3 stycznia 2015 roku

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii etyka, kultura, moralność, polityce, polityka i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Honor czy hańba? (Kroniki skundlonych obyczajów, XXI)

  1. Bogna Drozdek pisze:

    Niestety, „czwarta władza” zrobi wszystko, żeby ta “pierwsza” zbyt wysokim poziomem nie utrudniała im życia i łatwej oglądalności. Robert Biedroń już niektórym luminarzom politycznego dziennikarstwa spędza sen z powiek:
    http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103087,17204781,Biedron_nadzieja_polityki__Lis__Mowicie_powaznie_.html#BoxWiadTxt

    Polubienie

Odpowiedz na Bogna Drozdek Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s