Jem i wyrzucam sumienie? (Kuchnia to rzecz wyobraźni, XII)

W komentarzu do poprzedniej „Kuchni” Bogna pisze

„Chyba jednak nie wypada. Zwłaszcza po tym, co sam napisałeś o doli karpi w Polsce oraz o bandyckiej decyzji najwyższego sądu, która zezwala na ubój rytualny. Tucz gęsi to dopiero jest sado-bandytyzm (co prawda od 2010 r. formalnie przez UE zabroniony, ale w polskiej praktyce wciąż stosowany, zwłaszcza w okresach przedświątecznych). Na wypadek, gdybyś nie wiedział, jak to wygląda, załączam stosowny cytat. >>Tucz gęsi trwał cztery tygodnie. Trzy razy dziennie wtłaczano ptakom przez metalową rurkę do żołądka kilogram zwilżonej kukurydzy. Gdy gęś nie była w stanie więcej zjeść zaciskało się jej szyję gumką, by nie zwymiotowała.<<”

Koniec cytatu z cytatem na zakończenie. Najwyraźniej spora dawka ironii i autoironii w moich zapiskach na temat podrobów gęsich nie była zauważalna. Jedzona w wilię wątróbka stanęła mi w gardle i nadal tam siedzi. Tak więc muszę dopełnić to, co niewypowiedziane.

Moja gęś (wraz z wątróbką) wychowywała się na wolnym wybiegu, miała cudowne gęsie towarzyszki, ogrzewała się słoneczkiem z nieba, gryzła trawkę i dzióbała sobie dobre ziarno. Kiedy zechciała, pływała w stawie z czystą wodą, w której co najwyżej płukały nogi ładniejsze dziewuchy. Jej właściciel często z nią rozmawiał, a nocami puszczał jej Mozarta. Czasem wynajmował na parę dni ponętną pasterkę i baranka, żeby wspólnie się popasły.

Jej wątroba, co stwierdziłem empirycznie i poprzez kubki smakowe, była zupełnie normalna, nieprzerośnięta i nieprzetłuszczona, bo nic wspólnego nie miała ze sposobem tuczu, który Bogna cytuje, w Polsce zresztą zabronionym (co ludzie robią pokątnie, to inna sprawa – ja gęsi na balkonie na pewno nie hoduję!).

Do niedawna w Polsce było trudno o polską gęś, jeśli już, to była piekielnie droga. 95procent polskich gęsi wykupywali Niemcy, nie dla wątroby, po prostu uważali je za najlepsze na świecie. Ostatnio przestali je lubić, pojawiła się więc gęś w naszych sklepach i nie jest specjalnie droga. Za to coś, co było kiedyś u nas zwyczajne, czyli jagnięcina i baranina, jest obecnie sprowadzane z …Nowej Zelandii i Anglii i stanowi, prawdę mówiąc, jedzeniem dla bogaczy.

Polskiej gęsi od paru lat próbuje się nadać status dania narodowego (na św. Marcina, na 11 XI). Coś jak indyk dla Amerykanów. Notabene, w USA z dorocznej masowej rzezi indyków nie robi się indyczej tragedii z chórkami żałobnymi. Obama wspaniałomyślnie ułaskawia co roku parę ptaków, które – jako zaspokojenie narodowych amerykańskich sumień – dożywają szczęśliwie swojego żywota.

Ja, w patriotycznym odruchu (patriotyzm – niemodne dzisiaj słowo), jestem za gęsią, chociaż indykiem i kaczką nie gardzę. Mięso gęsie, włącznie ze smalcem, jest bardzo zdrowe. Smalec gęsi to nie jest kwestia specjalnego tuczu, ale taka jest natura wszystkich gęsi, również dzikich (gromadzą energię do długich przelotów). Być może, tak prognozuję, w związku z ociepleniem klimatu, zajdą zmiany ewolucyjne i gęsi zaczną chudnąć, nadmierne zapasy tłuszczu nie będą im potrzebne. W tym roku większość gęsich gatunków została w Polsce na zimę, jeśli odlecą, to niedaleko, na przykład do Holandii. Afryka już nie kusi (przy okazji: mało się mówi publicznie o szubrawstwie cywilizowanych podobno Włochów i Libańczyków, którzy do dzisiaj masowo odławiają w sieci polskie ptaszki wędrowne w celach kulinarnych i zażerają się pokiereszowaną i zmaltretowaną przez hodowców, kupców – na końskich targach – i dostawców koniną; Libańczycy specjalizują się w strzelaniu do bocianów, ale polskie boćki to spryciule, w drodze do Czadu zaczęły omijać Liban).

Parę dni przed wigilią obejrzałem w pewnej telewizji wiadomości, a w nich wielce wzruszający materiał o siostrach benedyktynkach z pewnego starego i zacnego klasztoru (średnia wieku 75 lat). Siostrzyczki utrzymują się z pracy rąk własnych. Hodują między innymi dorodne karpie, które sprzedają okolicznym mieszkańcom przed świętami. Byłem pełen niekłamanego podziwu widząc, jak żwawa staruszka w habicie, przy pomocy czerpaka na długim kiju, wyciąga z beki pełnej stłoczonych karpi ogromną rybę i wrzuca ją prosto do plastikowej reklamówki kupującego, w której ten niesie ją do domu. W tej samej telewizji (jak i innych) był materiał o znęcaniu się nad karpiami, bo przed świętami mamy od paru lat modę na takie materiały.

Należałoby pewnie założyć, że ryby z terenów klasztornych, a więc bliższych Boga, mniej cierpią, a karp, któremu na wigilię łeb obcina zakonnica, nie cierpi w ogóle. Telewizja tego nie skomentowała. Czy jednak chrześcijanie w istocie mają prawo czuć się „lepsi” od tych „barbarzyńców”, którzy jedzą mięso z rytualnego uboju? W czym jest bardziej etyczne zabijanie zwierząt w sposób przyjęty w większości oficjalnych rzeźni od „rytualnego”? W czym jest bardziej moralny karp zabijany „fachowo” i  kupowany w płatach od tego przyniesionego do domu w reklamówce i dogorywającego w wannie? Dlaczego nie rozczula nas los homara lub raka wrzucanych – dla uciechy podniebień koneserów – żywcem do wrzątku? Lub widok bijącego jeszcze żmijowego serduszka podawanego przez Azjatów z ichnim bimbrem jako drink? Dlaczego nie reagujemy, gdy red. Adamczewski przyznaje się publicznie, że w Peru delektował się pieczona morską świnką (tam – danie narodowe)? Rezygnacja z wołowiny, mleka i przetworów mlecznych, być może, w większym stopniu przyczyniłaby się do zmniejszenia efektu cieplarnianego niż – na razie czysto hipotetyczna – realizacja wszystkich zobowiązań wymyślonych w Kioto. Hmm, musimy wszakże pamiętać, że im mniej krowich placków na łąkach, tym mniej bocianów, a świat bez bociana jest praktycznie niemożliwy do wyobrażenia.

Zmierzam do mało odkrywczej, ale wartej myślenia tezy: kampanie przeciw rytualnemu ubojowi, żywym i martwym karpiom itp. tchną niebywałą obłudą. Myślę o Polsce, Ameryka pewnie jest rajem dla zwierząt.

Statystycznie jednakowoż, ubój rytualny, karpie, czyli śmieć rybny, jadane przez Polaków raz w roku, to absolutny margines, co nie znaczy, że nie żal mi tych zwierząt. Jednocześnie po Polsce pętają się miliony bezpańskich psów i kotów, które skądś się wzięły. Jednocześnie Polacy podchodzą do kwestii sterylizacji zwierząt domowych niemal jak polscy biskupi do kwestię aborcji, związków partnerskich czy in vitro.

Polacy przodują w Europie w gnębieniu i maltretowaniu zwierząt. Nawet nie chodzi mi o „akty” indywidualnego bestialstwa opisywane przez media, ale o miliony Burków uwiązanych od urodzenia do śmierci do budy łańcuchem, karmionych nędznie lub celowo głodzonych, o konie trzymane dla fanaberii w niegodnych warunkach, o konie maltretowane na targach końskich i w drodze do rzeźni, o zwierzątka domowe kupowane w milionach dla uciechy dzieci i traktowanych jak przedmioty, które szybko się nudzą, o nielegalne hodowle zwierząt, zwłaszcza pewnych ras psów, o masowy proceder wywożenia zwierząt daleko od własnej siedziby i porzucaniu, częstokroć przywiązywaniu ich do drzewa w lesie. W Polsce ranny łoś nie ryczy, ale zdycha milcząco przez trzy dni na oczach tłumu i nie znajduje się ani jeden urzędnik wiejski lub miejski, który zareagowałby, trwa przepychanka, kto jest odpowiedzialny za zwierzę i za ile. Zresztą, do dzisiaj ustawowo nie uregulowano, kto jest urzędowo odpowiedzialny za usuwanie zwłok zwierzęcych lub transport rannych zwierząt z dróg. Od dawna trwa awantura na tle ustawy sejmowej dotyczącej zwierząt doświadczalnych, Wstyd!

Niewątpliwie, trudno się zgodzić na sposób tuczu gęsi przeznaczanych na foie gras. Francuzi, skądinąd, z braku dostaw wystarczającej ilości wątrób gęsich, przechodzą na pasztet z przetłuszczonych wątrób kaczych, co oznacza, że cierpieć będzie więcej niż dotychczas kaczek. Jednak tych kilka wyżej podanych przykładów pokazuje, że w Polsce, kraju pod wieloma względami barbarzyńskim, potrzebna jest gruntowna zmiana mentalności (narodowej? społecznej?), a to nie jest prosta sprawa i przede wszystkim nie da się tego zrobić od razu.

W Polsce do dzisiaj dominuje – bez względu na warstwę społeczną – mentalność „postrustykalna”, mówiąc prościej – chłopska, w tym ta odziedziczona po schłopiałej szlachcie. Na to nałożyły się spustoszenia mentalne będące skutkiem rządów komunistów. Niestety, Bohatyrowiczów z ich kulturą było u nas niewielu. Cechami podstawowymi tej mentalności są prymitywny indywidualizm, prywata, ksobność, egoizm, okrucieństwo, lek przed obcymi, fałsz. Polacy, jak ten chłop w opowiadaniu Żeromskiego („Rozdzióbią nas…”), ciągle odrabiają „wielowiekowe krzywdy”. Takie rzeczy, jak troska o zwierzęta, solidarność ze zwierzęciem, to dla większości zwyczajna fanaberia, większości nie po drodze z godnością zwierząt. Zauważę ponadto, że w naszym ultrakatolickim kraju w świadomość katolików tak naprawdę nigdy nie wryły się najbardziej podstawowe, najprostsze, oczywiste wartości chrześcijańskie, skupione w Dekalogu. Gdyby literalnie interpretować ideę św. Franciszka dotyczącą naszych „mniejszych braci”, zwierzę trzeba by traktować jak bliźniego, tymczasem dla większości rodaków zwierzę żadnym bliźnim nie jest, zwierzę to albo użyteczny do jakiegoś momentu przedmiot, albo zabawka, bez świadomości i czucia. Miłosierdzie jakby nie obejmuje zwierząt. Nawet ta rzekoma odwieczna miłość Polaków do koni to mit.

Mało pocieszający jest fakt, że Skandynawowie dochodzili do pewnych standardów przez wieki, co nie oznacza, że my powinniśmy ich literalnie naśladować.

Sam niewątpliwie nie jestem wolny od hipokryzji. Jednak widzę pewną sprzeczność między faktem, że nazywając tych, którzy optują za prawem do rytualnego uboju, „barbarzyńcami” („barbarzyńska ustawa”), sami w większości są konsumentami mięsa. Obawiam się, że warunki zabijania bydła w „normalnych” rzeźniach są częstokroć bardziej barbarzyńskie niż pozbawianie go życia „metodą rytualną”. Komuś, kto obejrzałby cały proces „hodowli” kurczaków i ich „oprawiania”, odechce się, przynajmniej na pewien czas konsumpcji drobiu. Nie da się ukryć: to jest masowa hodowla żywych organizmów, ich masowa zagłada, masowa konsumpcja, masowe trawienie i masowe wydalanie. Nic się tu nie marnuje, każdy kawałek mięsa, racicy, skóry, flaka, żołądka, jądra i odbytu zostanie wykorzystany. Jak w chińskiej kuchni.  W parówkach da się upchnąć wszystko. Hamburger, hot dog i stek są współczesnymi bogami. Tyjemy na potęgę, jak opaci i plebani w średniowieczu.

Mam jednak świadomość, że gdyby wszyscy ludzie z dnia na dzień odwróciliby się od mięsa, gospodarka światowa by padła, by już nigdy nie powstać, co oznaczałoby koniec świata. Pozostaje tedy długa droga przemian ewolucyjnych i może rzeczywiście, jak prorokuje pisarka Olga Tokarczuk, za sto, sto pięćdziesiąt lat mięso będą za drogie pieniądze rozprowadzać potajemnie dilerzy i stanie się ono czymś w rodzaju dzisiejszych narkotyków? Czy wystarczy sto pięćdziesiąt lat na taką zmianę świadomości w skali światowej? Może prędzej uczeni opracuję metody taniej i wydajnej hodowli sztucznego mięsa, nieustępującego jakością i smakiem różnym rodzajom tradycyjnego? Nie, chyba nie, bardziej możliwy jest koniec świata z powodów dzisiaj nieznanych.

Więc zatem, jedząc kotlet, mam mieć wyrzuty sumienia? W ostatnim czasie ograniczyłem wydatnie indywidualną konsumpcję mięsiwa, co okazuje się do pewnego stopnia korzystne, co jednak nie rozwiązuje problemów moralnych i zdrowotnych. Jedząc mięso, wypieram, jak chyba większość, świadomość, że zjadam kawałek większej i kiedyś żywej całości, już nie przyjmując do wiadomości zupełnie, że zjadam kawałek swojego „mniejszego brata”, czyli na dobrą sprawę, jestem kanibalem. No cóż? A hostia? A wino mszalne? Świat, nie tylko świat symboli, jest zaiste skomplikowany, a religie i moralność dodatkowo go komplikują, chociaż przecież świat bez religii i moralności możliwy nie jest.

Cóż  więc czynić? Przejść na wegetarianizm, weganizm? Odrzucić świadomość, że rośliny to także żywe istoty, że prawdopodobnie czują, a może nawet dysponują jakąś formą świadomości? Że w pozornie martwym, wiezionym do młyna ziarnie tkwi zarodek życia?

Zdawanie się w każdym podejmowanym kroku na absolutne kryteria moralne, paradoksalnie, wiedzie ku śmierci, a więc zaprzecza najbardziej podstawowej zasadzie moralnej (wolnej wszakże od uwikłań religijnych), że naszym obowiązkiem jest życie, a ów obowiązek narzuca wola życia.

Jako ludzie dokonaliśmy niebywałych przeobrażeń Natury. Także spustoszeń. Natura jednak sobie poradzi, o to jestem spokojny, zwłaszcza bez nas. Póki jednak jesteśmy, poddajmy się myślącej ewolucji. Przyjmijmy do wiadomości, że postęp może oznaczać także parę kroków do tyłu. Rezygnację z tej religii, jaką stał się dla współczesnych powszechny rozpasany konsumpcjonizm, obrzędy polegające na braku umiaru we wszystkim. Istotą prawdziwej religii i wiary jest ciągłe dążenie do harmonii. Rytuały odbywane przez tłumy w marketach są sterowane zewnętrznie, te tłumy nadzwyczaj chętnie poddają się manipulacji i zasadzie przymusu. Część tych tłumów domaga się w manifestacjach ulicznych …wolności.

Sam, statystycznie bardzo rzadko, bywałem w wielkich marketach. Raz, dwa razy w roku. Od dwóch lat bywam tylko, też rzadko, w sklepiku na parterze bloku. W supermarketach po paru minutach czułem się źle: podniecone zakupami tłumy, kretyńska muzyka, sztuczne zapachy i oczopląs spowodowany migotaniem tysięcy kolorowych opakowań i etykiet. Niejednokrotnie przychodziła mi do głowy myśl, że zamiast tych tysięcy, ludzkość mogłaby się spokojnie obyć dwudziestoma produktami spozywczymi.

Wraca ciągle ten sam, stary problem: mieć czy być?

Kiedy przeżyje się „trochę” lat i jeszcze choć trochę myśli, można dokonać próby pewnego interesującego poznawczo eksperymentu na samym sobie: spróbować zaobserwować, jak się zmieniało w czasie własne myślenie odnośnie pewnych spraw, jak się kształtowała  świadomość w odniesieniu do świata, począwszy od braku świadomości co do niektórych rzeczy, a więc i jak się zmieniało własne pojęcie świata, jak ewoluował osobisty, wewnętrzny świat. Nie jest to eksperyment łatwy, szczególnie gdy chce się zachować odrobinę obiektywizmu, lecz nikt inny nie jest w stanie za nas takiej lekcji odrobić. Prosi się jednak pewne zastrzeżenie, że na ewolucję prywatnej świadomości wpływały – i ciągle, dopóki  żyjemy, wpływają – rożne czynniki: rodzina, szkoła, socjalizacja, enkulturacja, książki, media itd. Mam na uwadze w pierwszym rzędzie efekty rozciągniętej w długim czasie pracy myślowej …nad sobą. Konstatacje, do jakich się dochodzi w wyniku takiej „fenomenologicznej autoanalizy świadomościowej”, mogą być przeróżne, od pozytywnych, nawet budujących, przez neutralne, obojętne, po zatrważająco ponure, bardzo wstydliwe. Tych ostatnich się boimy, dlatego na ogół unikamy się takich eksperymentów. Najtrudniej – przyglądać się sobie w niegdysiejszej swojej najwcześniejszej i późniejszej dorosłości, bo włącza się wrodzony każdemu człowiekowi filtr hipokryzji. Dlatego na koniec sięgnę do kilku obrazków z dzieciństwa.

Spory szmat dziecięctwa i wczesnych lat szczenięcych spędziłem u Dziadków, naprzemiennie w dwóch odmiennych tradycjach oralnych, folklorystycznych – zagłębiowskiej i śląskiej, z Rudy Śląskiej (ludzie z głębi Polski do dzisiaj uważają, że Sosnowiec, Będzin, Strzemieszyce, Grodziec to …Śląsk). Miało to swoje jasne i ciemne strony. W Zagłębiu czasem obrywałem od kumpli za akcent i intonację, których nabywałem podczas wakacji czy ferii na Śląsku, śląskie zaś dzieci, co widoczne było w bytomskiej podstawówce, do której trafiłem z Dolnego Śląska, potrafiły być bardziej perfidne, przedrzeźniały mówiących poprawnie po polsku, obrażały w niewybredny sposób etc., za czym kryły się zapewne wpajane im w rodzinach „przez wieki” kompleksy.

Obie „moje” tradycje, zagłębiowską i śląską, łączył status społeczny ludzi, przedstawicieli klasy robotniczej. Na Śląsku, w podmiejskim zapyziałym familoku (miejsce nazywało się Klachowiec, nie wiem, czy od „klachających” bab), folklor w siedzibach ludzkich i na podwórzu, był żywy i czynny, powiedziałbym: świętowanie, obyczaje, zwyczaje, funkcjonujące w obiegu dziesiątki tekstów (piosenek, pieśni, podań, bajek).

W obu enklawach byłem kilkakrotnie mimowolnym świadkiem ceremonii świniobicia i wielogodzinnego obrządku przygotowywania rozlicznych smakołyków z oporządzanego „wieprzka” (tak na Śląsku mówiono nawet na panią świnię), pod dowództwem wynajętego na tę okoliczność „masorza”, który zresztą wykonywał najcięższą robotę, dlatego co jakiś czas wzmacniał się, a ściślej – był „wzmacniany” stosowną ilością okowity. Działo się to zazwyczaj raz w roku. Rzecz najważniejsza: nic, absolutnie nic ze zwierzęcia nie mogło się zmarnować. Piękną cechą obu społeczności było obczęstowywanie cząstką wiktuałów wszystkich możliwie sąsiadów z najbliższej okolicy. To był element najpierwotniejszej i ciągle wówczas żywej wymiany darów, która służyła podtrzymywaniu więzi sąsiedzkich. Taka ceremonia dobywała się najwyżej raz w roku, chyba że trafiała się okazja w postaci wesela, złotego wesela, pierwszej komunii.

Jadało się mięso rzadko, częściej mieli do tego prawo ciężko pracujący mężczyźni. Babcie trzymały też po parę kur, czasem kaczek. Domeną męską było trzymanie królików i gołębi, nie dla czystej przyjemności wszakże, chociaż na Śląsku gołębiarstwo zawsze było rodzajem sportu. Króle od czasu do czasu „się biło”, pozywny i delikatny rosołek z gołębia był lekarstwem dla krzywicznego dziecka lub osoby chorej „na płuca”.

Ze Śląska pamiętam też gęsi. Nie dużo, kilka. Nie pamiętam, raz czy dwa razy w roku, kobiety skubały gęsi i był to wielogodzinny seans. Dzisiaj przeciw temu „barbarzyńskiemu” zwyczajowi (puch i delikatne piórka na pierzyny i poduszki) protestuje między innymi Brigitte Bardot. Wtedy BB była nastolatką, nie słyszałem o niej. Za to pamiętam skubanie gęsi, w kuchni, przy rozgrzanym trocinami żeleźniaku, i swoje zasłuchanie w rozliczne opowieści i bajki opowiadane przez babcie i ciotkę, o skarbniku, o Goduli, o strzygach i inne. Pieśni  i piosenki. W Zagłębiu, przy innych okazjach, Babcia opowiadała o krwawych wydarzeniach 1905 roku, których była świadkiem jako dziecko. Może to dlatego prawica była dla mnie zawsze czymś obcym. Pamiętam też tuczenie gęsi na jesień, przed ubojem, takimi długimi mącznymi „kopytkami”. Szczegółów oszczędzę. Gęsiny musiało starczyć na długo, z krwi kaczej czy gęsi wyrabiało się prawdziwe i smakowite żymloki i krupnioki. Chleb z gęsia omastą był prawdziwym rarytasem.

Tak więc nawet w enklawach robotniczych sztuka kulinarna i masarska ściśle przeplatała się z kulturą, bo folklor to też kultura. Dzisiaj kuchnia staje się sztuką, lecz udajemy, że nie wiemy skąd i jaką drogą trafiło na nasz stół to, co jemy.

Pisałem już, że wśród zapachów mojego dzieciństwa unosił się także zapach koni, uprzęży końskiej, siana, obroku zadawanego koniom, końskich kup. Konie, zaprzęgnięte do wozów, czasem bryczek lub wielkich towarowych platform, to była jedna z wielkich fascynacji dziecka. Woźnica z batem wydawał się jakimś groźnym panem i władcą. Jednak nieraz byłem świadkiem, jak furman maltretował konia na różne sposoby, batem, kłodą i podkutym butem, gdy uznał, że koń się leni. Kilku czy kilkunastoletnie serce dzieciaka protestowało, czując ból konia, życzyło zwierzęciu siły, bo cóż więcej mogło zrobić? Chociaż nie. Raz czy drugi solidnie oberwałem batem, gdy z kolegami próbowaliśmy wyciąć jakiś numer sadystycznemu furmanowi.

Dzisiaj, kiedy widzę w telewizji obrazki, jak to Górale upychają na platformie „pasażerskiej” dwanaścioro tłustych ceprów i ceperek i każą koniom ciągnąć do Morskiego Oka, przypominają mi się tamci furmani z dzieciństwa i przychodzi do głowy myśl, że w mentalności ludzkiej niewiele się zmieniło.

Czy Seneka wybrał dla siebie i żony śmierć poprzez podcięcie żył i wypicie cykuty tylko dlatego, że nie dysponował rewolwerem?

Michał Waliński

30 grudnia 2014 roku

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Jem i wyrzucam sumienie? (Kuchnia to rzecz wyobraźni, XII)

  1. Bogna Drozdek pisze:

    Nie przypuszczałam, że mój komentarz wywoła aż taką “burzę”. Nawet Bogu ducha winnemu Obamie się dostało. Na przyszłość powinnam bardziej wziąć sobie do serca niedoceniany aforyzm pewnego księdza: “Słowo napisane, nieszczęście zasiane”. 🙂
    Ale oczywiście, na wszelki wypadek przepraszając (za niezamierzoną torturę moralno-gastryczną), nie żałuję – bo udało mi się “zasiać” fascynujący tekst, z którym nie sposób się nie zgodzić, o czystej przyjemności czytania już nawet nie wspominając.
    Do siego roku!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s