Pani redaktor Dominika Wielowieyska nie kocha nauczycieli

Kilka tygodni temu minister oświaty ogłosiła list otwarty do nauczycieli i dyrektorów szkół, oznajmiając, że w dni robocze wypadające między licznymi w Polsce na przełomie starego i nowego roku świętami placówki powinny być otwarte dla młodzieży. Niedwuznacznie zaapelowała też do rodziców, aby kierowali do władz szkolnych powiadomienia o niewywiązujących się z obowiązku szkół.

Pani minister popełniła błąd, forma i treść tego apelu była co najmniej niezręczna, by nie powiedzieć niesmaczna, bo zachęcała do „donosicielstwa”. Liczni nauczyciele poczuli się urażeni, protestował publicznie sam prezes ZNP.

Prawda jest taka, że obowiązek pracy w dni nieświąteczne, a niebędące urlopem, od dawna istnieje i większość szkół się z niego wywiązuje. Jeśli minister oświaty musiała, mogła szkołom przypomnieć o dyscyplinie w innej formie, na przykład okólnika lub rozporządzenia, a nie w postaci uwłaczającej godności nauczycieli. Być może pani minister zyska w wyborach nieco głosów rodziców, ale niechybnie straci poparcie nauczycieli.

Redaktor Dominika Wielowieyska, bardzo ekspansywna dziennikarka „Gazety Wyborczej”, w niedzielne  przedpołudnie (21 XII) już po raz trzeci w minionym tygodniu zachęcała zaproszonych do jej programów w radiu TOK FM polityków i gości do negatywnych wypowiedzi o nauczycielach. Wcześniej nader ostro pisała o postawie pedagogów  w „Gazecie”.

Bynajmniej nie stoję na stanowisku, że nauczycieli nie można krytykować, że to jakieś rodzime święte krowy. Jednak, zanim się zaatakuje, należałoby lepiej poznać specyfikę pracy szkoły, choćby z perspektywy kalendarza szkolnego. Redaktorka żąda, aby szkoły przedstawiły poważną i kształcącą ofertę zajęć na okres wolny od zajęć szkolnych. Nie życzy sobie, aby w szkołach dyżurowali tylko pojedynczy nauczyciele i przez osiem godzin trzymali dzieci (młodzież) w świetlicy szkolnej, „pod telewizorem”.  Życzy sobie, żeby nauczyciele prowadzili uczniów na ciekawe wycieczki i żeby wykorzystać „Orliki”.

Zgoda, załóżmy, że życzenie Redaktorki zostanie spełnione. W szkole jednakowoż na ogół nie można prowadzić zajęć „ad hoc”. Obowiązują szczegółowe roczne plany pracy dla wszystkich belfrów i agend szkolnych. Poszczególne działania wpisywane są do obowiązującego kalendarza szkolnego, poczynając od tych, które wytycza „odgórnie” MEN. A więc załóżmy, że pod koniec sierpnia dyrektor wraz z radą pedagogiczną wymyślają rodzaj i plan zajęć na dni wolne od lekcji i ferie. Bardzo, bardzo atrakcyjny. Mnóstwo wycieczek, orliki, boiska, sale gimnastyczne, pracownie etc. No i szkolna stołówka ma działać, obiadki serwować, no i szkoła musi być normalnie ogrzewana, z pełną obsługą (woźni, sprzątaczki, pomoc medyczna, pedagog).

Nadchodzi wreszcie czas próby. W poniedziałek (22 XII) wszyscy nauczyciele w pełni gotowości oczekują na młodzież. Do jakiejś szkoły zgłaszają się dzieci red. Wielowieyskiej i jeszcze troje uczniów – z różnych klas. Dokumenty w porządku, autokar czeka, jedziemy  na wycieczkę… Kto jednak zapłaci za autokar? Na pewno pani red. Wielowieyska za własne dzieci. A za puste miejsca?  Zrobimy więc inaczej: zagramy w piłę na orliku, pierwszaki z szóstoklasistkami, trzech na dwie, później zmiana.

Problem w tym, że nawet jeśli grupa rodziców odpowiednio wcześniej zgłosi udział swoich dzieci w takich zajęciach, z  faktyczną obecnością jest różnie. Przychodzą jednostki, często nikt. Starsza młodzież, deklarująca przyjście, często wybiera „wagary”, podobnie jak to czyni w dni szkolne marnowane na tzw. rekolekcje. Nauczyciele czekają w szkole, księża w kościele, młodzież wybiera własne zajęcia.

Oczywiście, red. W. nie przyjmie do wiadomości takich wyjaśnień. Odpowie, że to wszystko jest winą szkoły, nauczyciele nie przygotowali odpowiednio atrakcyjnych propozycji…

Mało kto, niepracujący w szkole, orientuje się, ile zabiegów biurokratycznych wymaga przygotowanie zwykłej, jednodniowej wycieczki szkolnej. Nawet takie wyjście do muzeum, do teatru czy parku, nie obędzie się bez stosu dokumentów. Przyjdzie na zajęcia grupa uczniów, a połowa z nich nie będzie miała tzw. zgód rodziców na wyjście? Nauczyciel nie ma prawa wziąć ich na wycieczkę, bo nauczyciel odpowiada za bezpieczeństwo. Taka „zgoda” nie ma logicznego związku z zapewnieniem młodzieży bezpieczeństwa, ale, w razie czego…

Poza tym red. W. nie życzy sobie, aby dzieci w trakcie tych wyjątkowych dni oglądały telewizję. A cóż jest złego w tym, że dziecko obejrzy dobre  filmy lub sztuki teatralne albo ciekawe dokumenty – rzeczy, od których w ich domu częstokroć się stroni?

Red. W. w sposób urągający przyzwoitości posługuje się w swoich programach dużym kwantyfikatorem. Tymczasem zdecydowana większość szkół, dyrektorów i nauczycieli od lat wywiązuje się ze swoich podstawowych obowiązków. Słyszałem, że istnieje propozycja, aby żłobki i przedszkola pracowały od szóstej rano  do godziny osiemnastej. To byłby kolejny krok obliczony na wejście w łaski wyborcze rodziców. Mam inną propozycję: wprowadźmy w Polsce żłobki, przedszkola i szkoły tygodniowe. Rodzice przekazują dzieci placówkom o 6.00 rano w poniedziałek i odbierają pociechy o 18.00 w piątek. W weekendy szkoły, rzecz jasna, dyżurują. Wiem, że taki system już praktykowano, nie tylko chyba w Związku Radzieckim. Czy z pożytkiem? Cóż, historia est magistra vitae.

Zastanawiam się, ile razy jeszcze pani redaktor zapyta swoich rozmówców o list minister oświaty i reakcje, jakie wywołał? Sposób, w jaki podchodzi do sprawy, można niezbyt ładnie nazwać „napuszczaniem”, „jątrzeniem” lub jeszcze inaczej. Znakomitą lekcją dla red. Wielowieyskiej byłoby objęcie przez nią dyrektury jakiejś szkoły na rok. Ciekawe, jak by się wypowiadała o szkołach po takim doświadczeniu. Jednak nie chciałbym być uczniem lub nauczycielem w szkole kierowanej przez red. Wielowieyską.

Wypowiadam się także jako słuchacz, zwyczajny słuchacz. Radio TOK FM jest dla mnie ważnym radiem, znajduję w nim znakomite audycje, słucham wielu ciekawych ludzi. Jest w nim sporo osobowości dziennikarskich płci obojga, w dobrym słowa znaczeniu W tym radiu znajduję jednak także knoty i niedoróbki.

Nie szanuję takiego stylu dziennikarskiego, jaki demonstruje w swoich programach red. Wielowieyska, a trzeba zauważyć, iż zaanektowała ona sporą część czasu antenowego. Nie odpowiada mi stale podniesiony głos tej dziennikarki, nieraz przechodzący w krzyk, przy czym nie jest to miły dla ucha tembr głosu. Nie poważam takich dziennikarzy, którzy do „rozmowy” z innymi podchodzą z z góry założonymi tezami, traktując je jak dogmat, i prowadzą „dyskusję” (wywiad) jak koń z założonymi na uszy i oczy klapkami, nie wiedzą, co to subtelność, cieniowanie wypowiedzi, notorycznie przerywają interlokutorowi w pół słowa, narzucają na wszelkie sposoby swój pogląd, a kiedy brakuje im argumentów, ironizują lub obśmiewają rozmówcę Śmiech zaś co poniektórych jest wdzięczny jak jeżdżenie nożem po szkle. Taki styl dziennikarski zaczyna być dzisiaj stylem dominującym, red. Wielowieyska może iść w zawody na przykład z dziennikarzami TVN, a szczególnie red. Piotrem Marciniakiem. Rzecz ciekawa: w wyjątkowo rzadkich przypadkach red. Wielowieyska czuje respekt dla rozmówcy. Zawsze jest to red. Nowakowska z „GW”.

Słowa „rozmowa” i „dyskusja” wziąłem w cudzysłów, gdyż te pojęcia w mediach takich jak radio i telewizja przestały mieć rację bytu. W programach publicystycznych, zwłaszcza z udziałem polityków i polityce poświeconych, ich synonimami stały się „kłótnia”, „werbalna młócka”, „rwetes”, „przekrzykiwanie”, „przerywanie w pół słowa lub zdania”, „judzenie”, „jątrzenie”, „podpuszczanie”, „podżeganie”, „donosicielstwo”, „denuncjowanie”, „skarżypyctwo”, „obśmiewanie”, najbardziej trywialna „ironia”, często „kłamstwo” i „fałsz”, a już na pewno brak kultury retorycznej i erystycznej.

Michał Waliński

22 grudnia 2014 roku

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Pani redaktor Dominika Wielowieyska nie kocha nauczycieli

  1. Alicja pisze:

    Panie Michale, dziękuję za mądry i świetnie napisany tekst. Jeśli chodzi o Radio TOK FM – słucham, ale nie stale – red. Dominika Wielowieyska to niestety nie jedyna tutaj tego typu osoba – dodałabym np. panią Agatę Kowalską, która coraz częściej jest słyszana, nie tylko w sobotniej audycji „Skołowani”. Żal, że jest… jak jest z naszym dziennikarstwem.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s