Gdyby „dusza z ciała uleciała”

Monice B.

z pierwszego „klasyka”

Gdyby po śmierci moja dusza (?) miała trafić do Piekła, najsroższą karą byłoby umieszczenie jej w tym kręgu piekielnym, w którym dusze wiecznych kuracjuszy zmuszane są do nieprzerwanego oglądania i słuchania programów rozrywkowych w TVP 1, TVP 2, Onecie i Polsacie. Tych wszystkich show, tańców na lodzie , voice’ów of, supeStarć, rolników i teściowych szukających żon, mamtalentów, listopadowych,  rybnickich i innych kabaretowych scen, nocy i dni, festiwali piosenki, Kubów W. tym podobnych. W pomieszczeniu z nastawionymi na Maksa głośnikami i wielkimi, migocącymi ekranami. Na twardym taborecie. Przez 24 godziny na dobę, chyba że czas w piekle inaczej się liczy. Aby wzmocnić męczarnie, te urokliwe produkcje (tfu, owo modne słowo tu akurat pasuje, na niekorzyść twórczości) przeplatane byłyby reklamami środków na wzdęcia, hemoroidy, opryszczkę, trądzik, łupież i zgagę, a w formie nagrody od czasu do czasu pozwalano by obejrzeć duszyczkom dyskusję z udziałem polskiej tzw. klasy politycznej, co byłoby ewidentnie formą piekielnego sadyzmu. Ewentualnie, nękano je co godzinę pięciominutówkami z nagraniami błyskotliwych wypowiedzi aktorki Kurdej-Szatan, która w jednej frazie potrafi akcentować wyrazy a to po „góralsku”, a to na ostatniej sylabie oraz ma niepowtarzalną intonację i takoż niepowtarzalną dykcję, naśladującą odgłosy wydawane przez  egzaltowane prowincjonalne gimnazjalistki małpujące styl mówienia piosenkarskich i innych warszawskich celebrytek.

Napisawszy, co wyżej, uświadomiłem sobie, że jest rzeczą ryzykowną zaczynać potoczny, nierespektujący rygorów logiki, wywód (dyskurs?) od spójnika „gdyby”. Prawdopodobnie chodzi o jakikolwiek potoczny wywód, a szczególnie, kiedy podmiot wypowiadający trąca o problemy metafizyczne.

No bo jakim prawem wprowadzam do Piekła pojęcie czasu, a więc i myślenie implikowane tą kategorią? Wspomniałem też o dobrze nagłośnionym pomieszczeniu z wielkimi ekranami i, prawem kaduka, wprowadziłem w otchłanie piekielne kategorię przestrzeni. W dodatku ten nieszczęsny taboret! Na szczęście, po słowie „dusza” wstawiłem znak zapytania w nawiasie, co wszakże zupełnie nie rozwiązuje problemu.

Ergo, nie mam żadnych podstaw, aby do Piekła wprowadzać kategorie przestrzeni i czasu, co już samo w sobie jest paradoksem, bo w hipotetycznym piekle jakieś formy ruchu podobno istnieją (płoną ognie, duszyczki smażą się, jęczą, a jęk też jest formą ruchu etc.), czy jednak można mówić o ruchu bez kontekstu czasowo-przestrzennego? Jakim rodzajem energii zasilane są dusze, wszak dusza, chociaż ma postać niematerialną, posiada określone zdolności lokomocyjne?

Wyrażenie „po śmierci”, owszem, odrobinę sensu posiada: w tym sensie, że śmierć jest rzeczą bez wątpienia pewną, zresztą najpewniejszą w całym znanym nam świecie; szczególnie wziąwszy pod uwagę, skądinąd nędzną, egzystencję i kondycję ludzką. Tak w ogóle, de facto, frazeologizm „po śmierci” sensu żadnego nie ma, chociaż wyrażenie „przed śmiercią” na ogół sens jakiś posiada, nawet w wypadku istot oszczędnie używających mózgu albo niezdolnych do właściwego jego użycia, jak na przykład spora część kibiców „Legii”, część celebrytów i część polityków.

Czy  mogę zatem, żyjąc i myśląc, zakładać istnienie Piekła? Przyjmuję, że moje istnienie (być) jest faktem rzeczywistym, a nie urojonym, co z grubsza wyjaśnił Kartezjusz. Napisałem (złośliwie) „z grubsza”, bo dylemat duszy i ciała w ujęciu kartezjańskim jest w gruncie rzeczy trylematem, do czego może jeszcze wrócę.

Być może mogę przyjąć, że moja osobista śmierć będzie równoznaczna z ostatecznym i nieodwracalnym unicestwieniem „mojego” świata i mojego w nim istnienia (ze wszystkimi możliwymi wzajemnymi relacjami), a więc „mojej” przestrzeni i „mojego” czasu i wszelakich moich projekcji. Z tej perspektywy patrząc, świat zewnętrzny wobec mojego Ja, mojej subiektywności, zapewne stanie się uboższy i nigdy już nie będzie taki sam, jak w czasie, gdy ja w nim bytowałem, w jakimś sensie mogę wiec nieskromnie orzec, że będąc to i teraz, jestem kimś niezastąpionym. Co dalej, nie wiem.

Są dwie możliwości, pierwsza praktyczna, druga hipotetyczna. Po pierwsze więc, moja świadomość ulega unicestwieniu, moje ciało (złożone do grobu lub skremowane) traci status substancji rozciągłej i prędzej czy później użyźni glebę, poszczególne zaś atomy, które z niego pozostały, zostaną wchłonięte przez naturę i rozpoczną, niezależną ode mnie, ziemsko-kosmiczną wędrówkę. Jeśli nawet posłużą budowie nowych struktur i organizmów, nie będą miały nic wspólnego ze mną, toteż spekulacje na temat metempsychozy trzeba między bajki włożyć. Po drugie, pozostaje teoretyczna możliwość transportacji mojej duszy do jakiegoś zaświata, to przedsięwzięcie napotykałoby jednak na szereg monstrualnych trudności logistycznych.

Skądinąd, czy da się wyeksportować duszę do miejsca, które jak dotychczas, jest miejscem tylko wyobrażonym, bytem myślnym? Jak określić dokładnie czas startu? Filozofia niemal od zarania napotykała na trudności z dokładnym uczasowieniem momentu, w którym dusza implantuje się do embrionu, a przecież kres naszej ziemskiej podróży też nastręcza sporych trudności. Co działo się z duszą dwuletniego chłopczyka, który lunatykując, wyziębił swoje ciałko do 12 stopni Celsjusza i którego cudem uratowali krakowscy lekarze (słowo „cud” budzi zastrzeżenia, ale nie znajduję, podobnie jak ci lekarze, innego)?

Znowu muszę się tłumaczyć, tym razem z powodu użycia słowa „osobista” (moja osobista śmierć), chociaż to akurat wydaje się jasne. Moja śmierć jest/będzie moją osobistą kwestią, ponieważ nie dotyczy kogokolwiek innego, nawet kobiety, którą (dajmy na to) w momencie posiadałem. Wynika to z faktu, że kiedy jestem i (czasem) myślę, to jestem naprawdę. Jestem, co uzasadnia i definiuje moja świadomość, moja subiektywność (Ja), i tylko ona. Owo „Ja” jest wyłącznie moją osobistą kwestią, mieści się w paradygmacie mojej duchowości i cielesności i, jako takie, jest „nieprzezroczyste”, „nieprzenikalne” i „nieprzekładalne”, bo nikt z zewnątrz do niego jakiegokolwiek dostępu nie ma, nawet najbliższe mi osoby. Każda z nich, nawet mając tego rodzaju aspiracje poznawcze, musiałyby stać się częścią mnie, mojego Ja, przeniknąć moją subiektywność, żeby ten dostęp uzyskać, co z oczywistych względów nie jest, poza pewnymi ujęciami religijnymi, możliwe. Wszelkie zatem próby uchwycenia mojego „Ja” z zewnątrz mogą prowadzić wyłącznie do wniosków czysto hipotetycznych. Ja zaś jestem pozbawiony możliwości obiektywnej weryfikacji moich qualiów, mojego Ja, co skądinąd utrudnia, i bez tego trudne, życie.

Jeśli jednak moje „Ja” istnieje i jest moją osobistą kwestią, tym bardziej moja śmierć będzie moją osobistą sprawą. I chociaż moje „Ja” nie będzie nigdy panem („mojej”) śmierci, to mogę się pocieszyć przynajmniej tym, że prawdopodobnie każdy umiera w sposób niepowtarzalny. Bo – samotnie.

Wszystko to jest nad wyraz budujące: wyłaniamy się z jakiejś nicości, prowadzimy samotną w gruncie rzeczy egzystencję, w której niewiele zależy od nas, a jej kres wiąże się z powrotem do nicości. Nadanie tej egzystencji pozorów przynajmniej jakiegoś autentycznego sensu jest sztuką samą w sobie, chyba że komuś wystarczają sensy naskórkowe. Wraz ze śmiercią jedno jest pewne, jedno wiem: że ja nie będę mógł powiedzieć o sobie: byłem. W tym sensie żywi zawsze mają rację przeciw umarłym.

Ad rem, ponówmy pytanie. Czy można wyobrazić sobie Piekło w kategoriach spoza przestrzeni i czasu, siły/energii i ruchu? Jakoweś kwanty, które pozostały „po mnie”, a które błąkają się po świecie, wymykając prawom grawitacji, które są, w dodatku, gnębione, maltretowane przez inne kwanty, pełniące funkcje lagerältesterów lub kapo? Czy ktoś spotkał kwanta maszerującego po śmierci ciała do Piekła? Kwanta cierpiącego za grzechy? Kwanta pokutującego?

***

Dywagując tak sobie, zupełnie bezinteresownie, powiedzmy, że dywagując dla osłodzenia trudnego dla mnie momentu (co świadczy, że na tym świecie nic „bezinteresownego” nie ma), widzę, że nie wskazałem dotąd wszystkich pułapek logicznych czyhających na mnie, i na czytelnika, w pierwszym akapicie niniejszego tekstu.

Bo na przykład, na jakiej, i to koniecznie solidnej, niewzruszonej podstawie intelektualnej da się w ogóle zakładać istnienie Piekła? Można oczywiście wierzyć w Piekło, lecz wiara wyraźnie rozmija się, nie tylko w tym wypadku, z rozumem, co konstatuję bez przekąsu. Twierdząc, że Piekło istnieje, musiałbym przyjąć bezdyskusyjnie, że istnieje też Niebo, bo Piekło bez Nieba sensu nie ma, zaś w Niebo uwierzyć mi trudniej niż w Piekło.

O ile na moją (i nie tylko moją) wizję Piekła wpłynął wydatnie Dante i, myśląc „potocznie”, w jakiś sposób to Piekło sobie wyobrażam, to już wyobrażenie Nieba zupełnie przekracza granice mojej wyobraźni. Zresztą Niebo u Dantego jest nadzwyczajnie nudne, Czyściec też nieciekawy. Charakterystyczne, że największą inspiracją do odbycia przez alter ego Dantego wędrówki po zaświatach, jest kobieta. W zasadzie, „Boska Komedia” nie traktuje o zaświatach, to dzieło pokazuje życie tu, na Ziemi, pokazuje pełnokrwistych ludzi, zwłaszcza tych pokutujących w Piekle. I ja, jak Wergilusz, wzruszam się i płaczę rzewnymi łzami ze względu na głęboką niesłuszność kary nałożonej na kochających się Paola i Franceskę. I ja uważam, że wielu przestępców i zbrodniarzy, nawet tych w sutannach, zostało słusznie ukaranych. Dante mógł swobodnie opisać zaświaty, mając na myśli Ziemię, obiektywny opis społeczeństwa, opis niealegoryczny, nie wchodził w tamtych czasach w rachubę. Wydaje się, że Ziemia kojarzy się temu poecie głównie z Piekłem. Raj wskazuje, że Ziemia może być i czasem bywa Rajem. Czyściec zaś to nie wiadomo, co. Lifting duszy?

Zapytam może, jaki właściwie status miałby obowiązywać człowieka, który sobie zasłużył na Niebo, w Niebie właśnie? Powiadają, że byłby to status człowieka na wieczność uszczęśliwionego. Czyli co? Miałażby to być powtórka z biblijnego Raju, ale sprzed momentu, kiedy pierwsi ludzie złamali zakaz Boski? To ja serdecznie dziękuję za takie Niebo! Bez drobnych (czasem większych) grzeszków, które tak kocham? Bez własnych słabości i przywar? Bez paru zalet? Bez pragnień i seksu? Bez moich bliskich? Bez rzeczy, którymi się otaczam? Bez trwałego bólu nóg, bioder, pęcherza i kręgosłupa, do którego się przyzwyczaiłem i który jest o tyle ludzki, że póki jest, mówi mi, że żyję? Toż już nieletnia Orszula Kochanowska z wiersza Leśmiana na takie niebo nie wyrażała zgody. W takim Niebie ja (moja dusza), do takiego Nieba przeniesiony, postrzegałbym siebie jako wiecznie szczęśliwego idiotę. Nie, takiego Nieba wolę sobie nie wyobrażać, a innego nie potrafię.

Przyjmuję więc, że umierając i tracąc na zawsze świadomość, unicestwiam ostatecznie cały świat, unicestwiam moje rozumienie i pojęcie świata, a zatem także wszystkie moje wyobrażenia, intuicje, pragnienia i emocje. Zagadka: gdyby w jednej chwili umarli wszyscy ludzie i wszystkie istoty posiadające jakąś formę świadomości, jak wyglądałby świat? Zakładam, że nie byłoby ani jednego podmiotu mogącego coś orzec o tym świecie?

Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy najprawdopodobniej nie udowodnimy, w sposób logiczny i jednoznaczny, istnienia Piekła i Nieba. Piekło i Niebo powstały (w ludzkich głowach) jako jedna z konsekwencji ewolucji. Brzmi to paradoksalnie, ale tak właśnie było. Wykształcenie przez człekokształtnych zdolności mówienia i myślenia (myślenia/mówienia), powstanie pierwotnych zakazów, wyewoluowanie „instynktu” moralnego, wysublimowanie „zmysłu” religijnego. Podobno istnieje pewien ośrodek w naszym mózgu, który jest odpowiedzialny za odczucia i uczucia typu religijnego, za wiarę. W jakimś tam momencie dziejowym pojawiła się w świadomości człowieka potrzeba rozróżniania dobra i zła; pojawiła się zapewne dużo wcześniej niż same te pojęcia. Jak można sądzić, bez zaświatów człowiek, na wczesnych etapach ewolucji, a i później też, nie poradziłby sobie z egzemplifikacją zła i dobra; wyobrażanie i internalizacja zaświatów przez świadomość ludzką miała istotny walor społeczny, kulturowy, wychowawczy we wszystkich kręgach kulturowych. Bez uświadomienia istnienia zła i dobra niemożliwe byłby żadne formy życia społecznego. Może warto zwrócić uwagę, że jedną z nielicznych religii (filozofii), która daje jakąś szansę ludziom osadzonym w Piekle, jest buddyzm. Snując te rozważania (rozważania a propos pierwszego akapitu), pozostaję jednak na ogół w kręgu kultury chrześcijańskiej.

Nawet gdybyśmy przyjęli, że istnieją Piekło i Niebo takie, jak w eschatologii chrześcijańskiej, nie jesteśmy w stanie rozwiązać jednoznacznie problemu duszy i implikowanych przez niego konsekwencji.

Używam zamiennie pojęć „świadomość” i „dusza”, co jest uprawnione, chociaż według mnie pojęcie „dusza” ma szerszy zakres niż pojęcie „świadomości”, gdy uwzględnić kontekst religijny i teologiczny.

Tak czy inaczej, dusza/świadomość i ciało, teoretycznie, powinny zawierać takie „coś”, co „spina” je, czyli duszę (substancję nierozciągłą, emergentną, czyli „wyłaniającą się” z natury, i koherentną) oraz ciało (substancję rozciągłą, materialną, będącą częścią natury). „Coś”, co pełnił rolę „mostu” i „transformatora”, dzięki któremu, jeśli zechcę, pokazuję środkowy palec w znanym geście lub, gdy mam potrzebę, gładzę kobietę po włosach, odróżniam zapach jej włosów od zapachu kalafiora, a gdy się ukłuję, odczuwam ból. To „coś” musiałoby by być gwarantem doskonałej korelacji duszy i ciała (starość i niedołężność nic w tej kwestii nie zmieniają). To „coś” musiałoby jednocześnie zapewniać stałą dostawę niezbędnej energii, potrzebnej do wywołania impulsu umożliwiającego wprowadzenie ciała w ruch. w jaki jednak sposób coś, co jest niematerialne, może wyzwolić jakąkolwiek energię? Czy myśl ma może charakter materialny?

Ciało jest – z grubsza biorąc – zbiorem atomów. Atomy, same w sobie, nie mają świadomości, nie myślą, nie czują, cechuje je obojętność (neutralność) wobec zewnętrznego względem siebie świata. Ich „prosta” suma, jakiekolwiek bądź ustrukturyzowanie, nie implikuje powstania istoty świadomej. Pisząc powyższe słowa, uświadamiam sobie, że dzięki świadomości mam możliwość mówienia o atomach, ciele i duszy. Moje „Ja” rozświetla świat (na ile, to już inna kwestia), a może nieco inaczej – pozwala mi poruszać się w labiryncie  świata, a może też, gdybym był jednostką nadzwyczajnie twórczą, żłobić w tym świecie nowe, oznakowane, tunele i koleiny. Moje „Ja” umożliwia mi czerpanie z dorobku innych.

Ciągle jednak, mimo niebywałych postępów nauki, nie wiemy, na czym polega ten międzysubstancjalny „łącznik”, „spinacz” „pomost”, „transformator” (jak zwał, tak zwał), jak to się dzieje, że to, co psychiczne (świadomość, dusza) wpływa na to, co fizyczne (ciało). Wskazanie na szyszynkę to było odważne, i poniekąd desperackie, „rozwiązanie” problemu, ale po upływie stuleci nadal wiemy, że nie wiemy. Wiemy sporo o świadomości, wiemy coraz więcej o ciele, wydaje nam się nawet, że coś wiemy o człowieku jako złożonej strukturze psychofizycznej, ale tego jednego dotąd nie wiemy (czym jest „spinacz” i jak funkcjonuje), nie wiemy wiec, czy człowiek jest „całością” złożoną z dwóch jakościowo różnych substancji, czy też w człowieku (jakaś) jedna substancja przejawia się na dwa sposoby. To największa tajemnica! Jej wyjaśnienie przewyższyłoby po milionkroć wagę odkrycia i „dotknięcia” bozonu Higgsa. Wydaje mi się, że aby wyjaśnić tę tajemnicę, człowiek musiałby dysponować boskimi kompetencjami. Stąd się bierze mój sceptycyzm i agnostycyzm.

Problem polega między innymi na tym, że gdybyśmy bez reszty zawierzyli nauce, „znaturalizujemy” duszę do tego stopnia, iż pojęcie to straci sens, a ewentualne odkrycie, że „spinacz psychofizyczny” jest kombinacją nieznanych dotąd cząstek atomów (nazwijmy je psycholami), których natura jest jednocześnie i duchowa, i materialna, które mogą jednocześnie znajdować się w różnych miejscach i w dowolnych relacjach względem siebie w ramach struktury pod tytułem „człowiek”, a który to „spinacz” działa dzięki lewej pięcie tegoż człowieka, zaś po obcięciu lewej nogi przenosi się automatycznie w inne miejsce, nie zrobi na nas specjalnego wrażenia. Zresztą to bez sensu! Taki człowiek, rodząc się, wyłaniałby się z kobiety (poniekąd też natury), a ktoś potem dopinałby mu duszę? I odpinał u kresu? I zawiadywał interesem przed śmiercią (życie) i po śmierci (Do piekła, marsz!)? Stanowczo nie, myślenie religijne, nawet predestynacyjne, nic tu nie wyjaśnia, zresztą religia nie do wyjaśniania czegokolwiek służy.

Skądinąd, św. Tomasz mówi, że dusza jest stwarzana przez Boga i „wlewana” przez niego do ciała. Sprytnie powiedziane (modyfikacja poglądów Arystotelesa), bo omija w jakiejś mierze grzeszne zasadzki stawiane przez materialistyczne ciało, ale stanowisko jest mało przekonujące, czynność wielce pracochłonna, Bóg musiałby jakoś zautomatyzować proces zaopatrywania ciał w dusze. Zawsze frapowało mnie, w jaki sposób Arystoteles wyliczył, iż dusza rozumna ujawnia się w ciele 40 dni po poczęciu, chociaż jego pogląd, że wcześniej w embrionie ludzkim pojawiają się kolejno dusza wegetatywna i dusza zwierzęca, w jakiejś mierze mógłby być analogią do procesów formowania się świadomości (ewolucja). Jednak z twierdzeniem, że dusza jest formą ciała, tak naprawdę nie wiadomo, co zrobić. Swoisty panpsychizm Platona należy odrzucić, chyba że ktoś jest maniakiem programów telewizyjnych (głównie amerykańskich) o łowcach i podglądaczach dusz.

Czuję, że wizja doświadczenia na własnej duszy piekielnych katuszy, zarysowana w pierwszym akapicie, oddala się ode mnie. Nie dlatego, że życie spędziłem w umiłowaniu cnoty, bezgrzesznie i w absolutnej prawości, trzymając sztamę z jednym, jedynie słusznym Bogiem, nie dlatego, że byłem grzecznym chłopcem, o co zawsze prosiła mnie Babcia, rzadko tylko, na ogół po jakiś nadzwyczajnych przejawach mojej dziecięcej łobuzerki, strasząc piekłem. Piekło oddala się ode mnie bynajmniej nie dzięki poczciwemu bredzeniu księży i teologów, że Bóg daje szanse każdemu grzesznikowi. Materia duchowa i metafizyczna nie wytrzymuje próby sprzężenia jej z regułami klasycznej logiki. I materialistycznej logistyki.

Może nie warto szukać tamtego Piekła? Wszak Piekło i Niebo mamy codziennie na wyciągnięcie ręki. Tu, na Ziemi. I jakby chętniej, a na pewno częściej, korzystamy z uroków Piekła.

Michał Waliński

7 grudnia 2014 roku

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii eschatologia, Filozofia i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Gdyby „dusza z ciała uleciała”

  1. Bogna Drozdek pisze:

    Ty tu sobie filozoficzne śmichy-chichy urządzasz, a tymczasem polscy katolicy naprawdę boją się piekła. I kto wie, czy to nie z tej bojaźni bierze się ich religijna (nad)gorliwość. Co mi uświadomił swoim wstrząsającym wyznaniem – piszę to bez żadnej ironii – red. Tomasz Terlikowski w 6. minucie linkowanego programu.
    Naprawdę ciarki mnie przeszły z przerażenia – nie tyle piekłem, co traumatyczną skutecznością kościelnej edukacji. http://telewizjarepublika.pl/Starcie-cywilizacji-odc-50-201415,video,1231.html#.VIXyLckzx-w

    Polubienie

  2. Bogna Drozdek pisze:

    Ty tu sobie filozoficzne śmichy-chichy urządzasz, a tymczasem polscy katolicy naprawdę boją się piekła. I kto wie, czy to nie z tej bojaźni bierze się ich religijna (nad)gorliwość.
    Co mi uświadomił swoim wstrząsającym wyznaniem – piszę to bez żadnej ironii – red. Tomasz Terlikowski w 6. minucie linkowanego programu. Naprawdę ciarki mnie przeszły z przerażenia – nie tyle piekłem, co traumatyczną skutecznością kościelnej edukacji.
    http://telewizjarepublika.pl/Starcie-cywilizacji-odc-50-201415,video,1231.html#.VIXyLckzx-w

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s