Fundamentalizm po polsku. Pełzająca quasi-rewolucja

W szkicu tym nie traktuję pojęć „fundamentalizm” i „integryzm” jako ścisłych synonimów, ale nie są to pojęcia rozłączne, część ich zakresów znaczeniowych bowiem pokrywa się. Abstrahuję także od innych niż katolicki  fundamentalizmów religijnych. Można przyjąć, że fundamentalizm i integryzm są reakcją na ruchy modernistyczne we współczesnym Kościele. Tezy fundamentalistów dotyczą bezwzględnej konieczności literalnego stosowania zasad, norm, wartości doktryny Kościoła katolickiego, niejednokrotnie sa próbą narzucania ich innym niż wyznawcy religii katolickiej członkom społeczności. Można przyjąć za „Wikipedią”, że „Integryzm [oznacza] – zachowawczy nurt niechętny postanowieniom Soboru Watykańskiego II. […] postawę przeciwną osłabianiu tzw. tradycji katolickiej (depositum fidei) oraz dostosowywaniu prawd wiary i […] sposobu ich nauczania [do konsekwencji wynikających z] zasady rozdziału państwa od Kościoła.” Integryzm może oznaczać także obronę postaw tradycjonalistycznych w Kościele, jednak według innych ujęć głosi zasadę nadrzędności Kościoła nad Państwem i „podporządkowanie życia społecznego tradycyjnie rozumianej doktrynie i religii.” („WiemOnet”) Zarówno fundamentaliści, jak i integryści są niechętni lub pozostają w opozycji do reform zapoczątkowanych przez Sobór watykański II, łączy ich tendencja do prozelityzmu.

W okresie 25-lecia III RP mieliśmy do czynienia z  szeregiem, często bulwersujących i kontrowersyjnych, wydarzeń na styku Państwa i Kościoła. Kiedy rozpoczynała się wielka transformacja ustrojowa, można było mieć nadzieję, że relacje między dysponentami tych obszarów ułożą się bajkowo, a przynajmniej poprawnie. Kościół, nękany na różne sposoby w okresie PRL, odnajdzie na nowo swoją misję, może nawet umocni swoją pozycję wśród wiernych, rząd dusz sprawowany przez duchownych nie będzie kolidował ze sferą świecką, a laickie Państwo zadba nie tylko o interes własny, wynikający m. in. z suwerennych, autonomicznych i zagwarantowanych Konstytucją (i podpisanym w 1993 r. Konkordatem) decyzji i działań, ale też będzie stało na straży sprawiedliwości i równego traktowania zarówno katolików i chrześcijan, jak i ludzi innych wyznań, ateistów, agnostyków, wierzących, lecz niepraktykujących lub obywateli indyferentnych religijnie.

Fundamentaliści polscy nacierają

Nic z tych rzeczy, nadzieje okazały się płonne. Kościół po 1989 roku bardzo szybko opanowywał strategiczne dla niego (często bardzo intratne) obszary spoza dotychczasowej sfery wpływów i stopniowo umacniał swoją pozycję, do czego przyczyniła się dzieląca się i coraz bardziej skłócona polska scena polityczna. Może poniższe porównanie wyda się pewnym publicystycznym nadużyciem, ale odnosi się wrażenie, że w ostatnim dwudziestopięcioleciu Kościół jakby aspirował i aspiruje do pełnienia roli, do jakiej przyzwyczaiła nas w okresie Polski Ludowej PZPR, wszakże z innym programem politycznym i społecznym. Tak jak niegdysiejsza PZPR, Kościół zdaje się sądzić, że w odniesieniu do wielu spraw reprezentuje „jedynie słuszną linię”, a stanowisko to wyraża się na ogół bez mocnych racjonalnych argumentów z jego strony, zazwyczaj wystarczają te „duchowe”. O ile PZPR była niejako namaszczona przez bratnią KPZR i koncelebrowała system wraz z bratnimi partiami komunistycznymi państw bloku wschodniego, Kościół czuje się namaszczony przez samego pana Boga, przez własną tradycję (jakże często przemilczając wszakże fakt, że nasze korzenie kulturowe osadzone są w pierwszym rzędzie w kulturze starożytnej grecko-rzymskiej, a dopiero następnie w tradycji chrześcijańskiej) oraz przez własny majestat i domniemany autorytet, za którymi jakże często kryją się zwyczajna pycha, buta, arogancja, bezczelność, i najpospolitsze  „przewielebne głupstwo”, jakby to ujął pewien znany biskup i poeta. Przekonaniu takiemu, bo przecież nie argumentacji, sprzyja nadzwyczajnie zhierarchizowana, niedemokratyczna struktura kościoła; takąż strukturę posiadały KPZR, PZPR i inne partie komunistyczne, głosząc wszakże inną religię, inne objawienia i cuda i nieco inaczej „ewangelizując” niewiernych. Paradoksalnie, Kościołowi wyraźnie nie sprzyja atmosfera demokracji. Zresztą gdybyśmy przyjrzeli się argumentacji Kościoła, szczególnie gdy chodzi o obronę religii i wiernych, bardzo zręcznie lawiruje on między Konstytucją i prawem świeckim, prawami człowieka i …prawem naturalnym. Na pewne aspekty tej sprawy zwróciła uwagę prof. Ewa Łętowska w znakomitym artykule „Między tronem i Ołtarzem” („GW” z 12/13 lipca br.).

Wspomniana wyżej uzurpacja wystarcza, aby hierarchowie i liczni duchowni nie respektowali stosunkowo wątłej w Polsce linii demarkacyjnej oddzielającej sferę działania Kościoła od sfery wpływów i działania Państwa, granicy między świeckim a kościelnym. Proszę tedy wybaczyć ewentualne kolejne nadużycie publicystyczne, ale odnieść można jedno jeszcze wrażenie: że między Kościołem a Państwem toczy się coś w rodzaju może nie wojny, ale swoistej walki podjazdowej czy „hybrydowej”, z elementami partyzantki integrystyczno-fundamentalistycznej, najazdami sutann i ochotników na ową linię demarkacyjną), a od czasu do czasu większą lub mniejszą „strzelanką”. W chwilach szczególnych po Polsce rozjeżdżają się całe konwoje z moherami i innymi „obrońcami Kościoła i religii” i jedynie słusznej linii ideowej, których zadaniem jest mobilizowanie ludzi przeciw na przykład „Golgota Picnic” lub rzeźbie przedstawiającej „naszego papieża” przywalonego głazem. Wypisz, wymaluj jak na Krymie i we wschodniej Ukrainie. „Zielone ludziki”, tyle że w wersji czarno-białej, moherowej lub narodowo-kibolskiej, czasem też inteligenckiej, zawsze wszakże pod fundamentalistycznymi sztandarami, też zatem znalazłyby się.

Oficjalnie niby zachowujemy „neutralność”, nie ma nas tam, gdzie nas być nie powinno, celebrujemy własne sprawy we własnym bożym ogrójcu, troszczymy się o nasze oliwki i nasze  owieczki, jako pasterze dusz dbamy o ich cnotę i morale, zdają się komunikować Państwu i społeczeństwu katoliccy hierarchowie. A jeśli ci inni, reprezentujący Państwo (co skądinąd niezmiernie rzadko się zdarza) lub nasi najwięksi wrogowie i oponenci, a więc ateiści i ludzie świeccy, a coraz częściej także katolicy niezadowoleni z polityki Kościoła bądź wierni wstydzący się za Kościół, dowodzą, że jednak tam jesteśmy obecni, w dodatku często wbrew Konstytucji RP i prawu, a nawet wbrew konkordatowi, to my mówimy, że jest to kłamstwo, albo mówimy, że „ci oni” źle interpretują Konstytucję RP lub …Biblię, nie znają się na prawie naturalnym, więc tak naprawdę my jesteśmy tam, gdzie nasze święte miejsce. I wara! Tu postawiliśmy krzyż. Tu jest nasz „Krym”. Co na takie dictum Państwo? Ano Państwo rok po roku i krok po kroku pokornie ustępuje, co niewątpliwie obniża jego autorytet, prestiż, świadcząc o jego słabości. Kościół zaś zdobywa kolejne przyczółki metodą „putinowską”: pełzającej aneksji kolejnych terenów i prawem „zasiedzenia”. Lub nieprawnego przejęcia; vide: Komisja majątkowa. Paradoksalnie, ale wrogami Kościoła stają się też często obywatele neutralni światopoglądowo. Chcący chodzić do nieocenzurowanego teatru, oddawać się refleksji na temat najbardziej nawet kontrowersyjnej sztuki, kupować bez problemu prezerwatywy i środki antykoncepcyjne w aptece, podchodzący ze zrozumieniem do in vitro, lubiący pospać w niedzielę do południa i chodzić w święta na zakupy do galerii handlowych.

Fundamentaliści i integryści mają swoich „ideologów”, strażników czystości wiary i rzesze wyznawców. Są to liczni hierarchowie i szeregowi co bardziej gorliwi duchowni, szefowie i redaktorzy radiowych stacji katolickich, ludzie pokroju rzecznika warszawskiej kurii Mateusza Dzieduszyckiego (ten wsławił się wyjątkowo kilkoma wypowiedziami na temat homoseksualizmu), dziennikarze z pisemek katolickich, niektórzy publicyści prawicowi z kościelnym imprimatur, liczni politycy z prawej strony sceny. Mają swoje autorytety (lub „autorytety”) moralne, także poza duchownymi, jak prof. B. Chazan czy red. Terlikowski lub wojujący z kontrowersyjnymi artystami przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą  Ryszard Nowak.

Kim jednak są ich „rycerze”, wyznawcy, kim są owe „ludziki” wkraczające do akcji na wezwanie góry, gdy tylko „obrona polskiej wiary” tego wymaga? Na pytanie to spróbuje odpowiedzieć w końcowej części szkicu.

To wcale nie jest zabawne

Wszystko to wcale nie jest zabawne. W pierwszym europejskim rankingu „sprawiedliwości” (nie mylić z  badaniami i raportem niemieckiej Fundacji Bertelsmanna) Polska wypadła całkiem dobrze. Nie wiem jednak, czy ranking ten obejmuje na przykład dyskryminację ateistów, ludzi świeckich, niektórych artystów, wyznawców innych wyznań. A z taką dyskryminacją – z winy przede wszystkim Państwa – niewątpliwie mamy w Polsce do czynienia. Od szkół poczynając, na Sejmie RP i urzędach świeckich kończąc. Żyjemy w czasach, może nieco przesadnego, kultu tzw. poprawności politycznej. Nie wolno, i słusznie, obrażać Żydów i używać słowa Cygan w odniesieniu do Roma. Ale jednocześnie niektórym biskupom i arcybiskupom wolno obrażać ateistów i agnostyków, czyniąc z ateizmu synonim relatywizmu moralnego lub amoralności. Wbrew zapowiedziom akt apostazji jest ciągle „imprezą” nie tylko skomplikowaną i czasochłonną, lecz także niezwykle upokarzającą dla człowieka, który z istotnych dla siebie powodów nie chce dłużej przynależeć do Kościoła. Łatwiej już było wystąpić z partii w czasie stanu wojennego. Na początku września pochwaliłem pewną podstawówkę, do której uczęszczają pewne bliskie mi małolaty. Pochwaliłem za wprowadzenie drugiej, wykwalifikowanej, nauczycielki etyki. Byłem bowiem „święcie” przekonany, że krok ten rozładuje problemy z rozkładem godzin lekcyjnych . A gdzież tam! Religia ma pierwszeństwo, więc małolaty mają okienka, żeby doczekać się swojej lekcji etyki. Nie chodzą na religię, więc jeśli religia jest na ostatniej lekcji, rodzic musi wyrazić zgodę na opuszczenie przez ucznia szkoły przed tą ostatnią lekcją, która przecież nie jest lekcją jego dzieci. Absurd! A na zebraniach z rodzicami pewnie w dalszym ciągu jako pierwsza będzie załatwiała swoje sprawy katechetka, rodzice zaś dzieci uczęszczających na etykę będą musieli przez kilkadziesiąt minut wysłuchiwać o sprawach, które ich i ich dzieci kompletnie nie interesują. I w dalszym ciągu niektóre uroczystości szkolne będą odbywać się z opóźnieniem ze względu na pierwszeństwo mszy świętej. To tylko pierwsze z brzegu przykłady niesprawiedliwości i nierówności społecznej. Tymczasem w sporządzonym przez siebie dokumencie na tematy bioetyczne i innych oświadczeniach episkopat użala się, że katolicy w Polsce są dyskryminowani i tłamszone są głosy Kościoła.

W ostatnich miesiącach „ludziki” zmierzające do uczynienia z polski państwa fundamentalizmu religijnego, działały szczególnie aktywnie. Za przyzwoleniem lub wyraźnie z inspiracji hierarchów kościelnych. Wszystkim chyba odbiła się czkawką sprawa lekarzy podpisujących tak zwaną klauzulę sumienia, a szczególnie wątek prof. Chazana i paru szpitali, w których decyzją radnych próbowano klauzulę sumienia zastosować „kompleksowo”, bezprawnie rzecz jasna. A ja, człowiek wytrenowany w ostatnich latach w leżeniu w szpitalach i nie mogący się obyć bez wizyt w tych przybytkach, życzyłbym sobie, aby w sali szpitalnej, w której przychodzi mi leżeć, zamiast krzyża wisiał ładny pejzaż albo akt i żeby kursujący po szpitalu katecheta szpitalny nie molestował mnie na dzień dobry religijnie. W szpitalu może zabraknąć lekarstw, aparatura może się psuć, możesz godzinami oczekiwać na przyjście pielęgniarki, żeby cię odłączyła od aparatu do chemii, ale krzyż i ksiądz zawsze są pod ręką, ba, gorliwy kapłan jest gotów udzielić pacjentowi ostatniego namaszczenia bez jego zgody, jak się to niedawno zdarzyło pewnemu mężczyźnie, a w dodatku sąd uzna, ze wszystko jest w porządku.

Przez parę tygodni media, i my wszyscy, żyliśmy sprawą sztuki „Golgota Picnic”. W tej zwłaszcza sprawie  ideolodzy fundamentalizmu uruchomili całe legiony „ludzików”, aby w wielu miastach, gdzie w teatrach czytano te sztukę (co zresztą nie było najszczęśliwszym pomysłem), przychodzili na miejsce „herezji”, formułowali groźby, wygrażali pięścią, buczeli lub głośno mamrotali godzinki. Słowem, przeszkadzali, torpedowali akcję. Następnym razem może za bicie się wezmą, mają wszakże w swoich szeregach nie tylko mohery, ale także narodowców i kiboli. Jak by się potoczyły losy zwyczajnego obywatela, gdyby publicznie odżegnywał ludzi do zamieszek? Nie miałby „lekko”, jak sądzę. Tymczasem arcybiskup szantażujący władzę państwową ewentualnymi ekscesami ulicznymi może uznaje taki gest za normalny (nie słyszałem o sprostowaniu, przeprosinach). Niejako w majestacie prawa. To, że mamy w Polsce równych i równiejszych, wiadomo od dawna. Ewę Wójciak, dyrektora Teatru Ósmego Dnia w Poznaniu, zwalnia się z pracy i szykanuje, bo określiła papieża niewybrednym słowem (rzeczywiście brzydkim, ale aktorka miała pewne powody związane z historią Argentyny drugiej połowy XX w., a historię tę zna wyjątkowo dobrze). Duchowny, zwłaszcza hierarcha, wzywany do sądu w istotnej sprawie, może sobie pozwalać na „olewanie” tegoż sądu. Także jeśli jest to zakonnica, na przykład znana z niechlubnej działalności „pedagogicznej” przełożona pewnego  sierocińca w Gliwicach. Obszarem szczególnej aktywności fundamentalistów katolickich i dla wielu hierarchów sferą specjalnego zagrożenia dla interesów Kościoła jest sfera kultury. Już nam przecież cenzurują telewizję. Kabaret „Limo”, który pozwolił sobie na dowcip o puszczającym bąki papieżu, został skazany (dosłownie) na banicję. Cenzurują teatr, film, galerie sztuki, z „Zachętą” na czele. Gdyby to od nich zależało, skazali by naród wyłącznie na oglądanie mdłych i niedobrych sztuk teatralnych Wojtyły, równie niedobrych filmów o papieżu, kontakt wyłącznie z dziełami sztuk plastycznych tworzonych w manierze religijno-narodowo-patriotycznym i wszechobecnym kiczem religijnym oraz koncerty setek pseudororockowych zespołów specjalizujących się w pieśniach religijnych, które w niedziele ok. godziny 6.00 rano z uporem lansuje radiowa „Trójka”, jakby się wstydząc tego, co robi.

Inne głośnie sprawy, ergo fałszywe tezy, kłótnie i bitwy na „Prawdy”? Gender, gender i raz jeszcze gender. Ileż jadu w tym wypadku wylało się z biskupich gardeł, jakież pokłady fundamentalistycznej hipokryzji wyzwoliła ta kwestia. A ustawa o przemocy w rodzinie? A kwestia feminizmu? A sprzeciwy wobec edukacji seksualnej w szkołach? A postulaty wprowadzenia obowiązkowej matury z religii? A zamachy na potępianych przez pewne środowiska nietolerowanych uczonych wygłaszających prelekcje na uniwersytetach (Bauman, Środa, Hartman)? A pewne efekty zakończonych prac tzw. Komisji Majątkowej, ewidentne przekręty i malwersacje, jakie zaczęły wychodzić na światło dzienne? Znajdą swój finał w sądzie? Kościół zrzeknie się hojnie, acz niesłusznie przekazanych mu majątków? Wątpliwe, bo zasady prawne, na jakich funkcjonowała przez lata ta Komisja, są niejasne i nieprecyzyjne. Za przyzwoleniem Państwa. Cóż tam zresztą państwo, Państwo sobie poradzi, Państwo samo się wyżywi.

Początek roku szkolnego: okazja do umocnienia się w okopach

Miesiąc temu rozpoczął się nowy rok szkolny. Fundamentalistyczne młyny pracowicie mielą. W komunikatach na stronach większości szkół na pierwszym miejscu pojawiała się niezmiennie ta sama informacja: „godz. 08.00 – Msza św. z okazji rozpoczęcia roku szkolnego”. Zastanawiam się, w ilu szkołach oficjalne (świeckie) rozpoczęcie roku odbyło się punktualnie o godzinie 09.00? W ilu zaś czekano z tym na młodzież i celebrantów?

Bo rozmaite zakłócenia na linii Kościół-Państwo w tym dniu, owszem, były. Wcale liczne. W Libertowie jakiś nachalny rodzic pytał, o której rozpoczęcie roku szkolnego. Odpowiedź: „Jak ksiądz skończy mszę”. Jasne, panie rodzicu?  W pewnej szkole w Sieradzu rodzicom polecono zostać w auli, wszystkie (!) dzieci wyprowadzono na dziedziniec, gdzie uroczyście poświęcił je ksiądz. To się nazywa poświęcenie z łapanki. Czy żeś Żyd, czy katolik, albo i Tatar lub ateista, czy chcesz czy nie chcesz, poświęcić się musisz, żeby ksiądz mógł poświęcić. W gimnazjum w Luboniu na stronie internetowej szkoły pojawiła się informacja: „Rozpoczęcie roku szkolnego za nami. Było nietypowe, gdyż z uwagi na remont wiaduktu msza św. nie odbyła się w kościele, a w sali gimnastycznej.” Cóż za uroczy pretekst! Nie dało się jakoś objechać? Albo wojsko o pomoc poprosić? W kilku szkołach w Szczecinie na uroczystości rozpoczęcia roku zarządzono wspólną modlitwę „Ojcze nasz”. W jednej z nich stało się to za sprawą biskupa, któremu paciorek „Ojcze nasz” nie wystarczył i kilkakrotnie zaintonował zwrot „Maryjo Królowo Polski”, co jak mantrę zaczęli powtarzać obecny na uroczystości prezydent miasta oraz rajcy miejscy i uczniowie. Śpiewali czy melorecytowali? Biskup działał z zaskoczenia, zaskoczył wszystkich, z wyjątkiem samego siebie, bo wygłosił przy okazji dla młodzieży i nauczycieli wykład z kreacjonizmu. Czy któryś nauczyciel na swoich lekcjach ośmieli się w tej szkole kiedykolwiek zakwestionować taki autorytet? W Niepołomicach poszli na całość, rozpoczęcie roku zorganizowano w dwóch turach (dla dzieci starszych i młodszych) w kościele parafialnym, a dopiero później młodzież zaproszono do szkoły. Można by się zastanowić, czy do kościoła nie przenieść wszystkich uroczystości szkolnych, chociaż nie wiem, na ile wtedy szkoła stanie się bardziej świecka. Poza tym szkoły nadal wymagają od uczniów oświadczeń o nieuczestniczeniu w lekcjach religii według odpowiednich wzorów.

Krzyż a sprawa polska

Uświęca tego typu praktyki krzyż. Ktoś kiedyś, gdzieś w Polsce, w czasach przemiany ustrojowej, w jakiejś sali lekcyjnej dokleił orłowi, od roku 1945 urzędującemu bez korony w godle, koronę i zawiesił na ścianie krzyż. Potem sprawy potoczyły się lawinowo, dzisiaj trudno znaleźć w Polsce salę lekcyjną, aulę, stołówkę bez krzyża, bez szacunku dla faktu, że w tych salach uczą się także przedstawiciele innych niż chrześcijańskie wyznań, a także ateiści i agnostycy. I zapewne, jak za moich belferskich czasów, przed egzaminem maturalnym błogosławieństwa wszystkim zdającym udziela szkolny katecheta, a żadna uroczystość szkolna nie byłaby ważna bez obecności co najmniej proboszcza. W cenie są biskupi. Setki szkół przemianowało się w ostatnich latach na szkoły im. Jana Pawła II i teraz, po kanonizacji, trzeba zmieniać pieczątki i tablice, bo to już nie „Jan Paweł II”, ale „święty Jan Paweł II”. Ze szkolnej krucjaty przykład wzięli posłowie i mieliśmy przez lata wojnę o krzyż w Sejmie. Krzyż stoi na straży myśli fundamentalistycznej w wielu instytucjach świeckich poza szkołami. Królową Polski jest Maryja. Były zgłaszane na serio propozycje, aby na króla Polski wybrać Jezusa Chrystusa. Ciekawe to zestawienie pary królewskiej – co na to teolodzy?

Mało było Kościołowi lekcji katechezy w szkołach, stopni z religii (co samo w sobie jest absurdalne), panoszenia się duchownych w świeckich placówkach oświatowych, więc biskupi zaczęli się domagać, aby religia (oczywiście ta jedna, jedyna) stała się przedmiotem egzaminu maturalnego. I to jeszcze za mało, bo przedstawiciele Kościoła zaczęli sobie uzurpować prawo do wpływania na programowe treści nauczania w szkołach, ba, nawet w przedszkolach. Miasto Rybnik stało się symbolem niezłomnej walki duchowieństwa z zarazą genderową, gdy ta choroba morowa zaczęła (podobno) dotykać przedszkola, ujawniając się w programach zajęć. Trudności z wprowadzeniem edukacji seksualnej do szkół nie wynikają bynajmniej z braku wykształconej kadry edukatorów, ale przede wszystkim z powodu nacisków i wpływów katolickich fundamentalistów. Propagowany przez Kościół ideał zachowania czystości do ślubu staje się jakby przesłanką większą we wszelkich dyskusjach na temat tego nieobecnego w szkołach przedmiotu: niektórzy dzisiejsi inkwizytorzy powiadają, że edukacja seksualna w szkołach, to nic innego, jak …nauka seksu i promowanie zachowań seksualnych. Jakże to przystoi, tak brukać niewinne i czyste duszyczki dziewczęce i chłopięce? Nie jest ważne, co mówią raporty o pozaszkolnych zachowaniach grup rówieśniczych, od starszych klas podstawówek poczynając, na gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych kończąc. Mówią nie tylko zresztą o zachowaniach seksualnych, ale o obowiązujących wśród nastolatków normach obyczajowych w ogóle, narkotykach, wspomagaczach, alkoholu. „Piję alkohol, bo wtedy mam większe branie” – pod tym (autentycznym) wyznaniem podpisze się niejedna nastolatka.  Nie jest ważna także ilość nieletnich ciąż, nieletnich matek, ilość noworodków znajdowanych na śmietnikach. Ważna jest oficjalna kościelna norma i katolicka wykładnia. Nad szkołą polską czuwa ucieleśniony duch Wielkiego Kościelnego Pimki , Najważniejszego Cenzora i Moralnego Edukatora. Szkoły są jedną z najważniejszych aren toczącej się od lat w III RP krucjaty o polską duszę. Nasi integryści zgłaszają wszakże „pretensje” również do szkół wyższych, chcą mieć wpływ na to, kto może, a kto nie może na nich wykładać.

W Preambule do Konstytucji RP z 1997 roku czytamy m. in.: „W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski […]” Pięknie jest napisana (przez Tadeusza Mazowieckiego) ta Preambuła, ale niestety od samego początku wzbudza niepotrzebne kontrowersje i spory. Dla jednych Polska jest państwem świeckim, w którym dwie „społeczności” – ludzi skupionych wokół Kościoła i współtworzących Kościół oraz ludzi świeckich – są „równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski”. Z perspektywy myślenia i działania fundamentalistycznego Preambułę odczytuje się inaczej: ci „niepodzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł” powinni podporządkować się „wierzącym w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna.”

Czy istnieje, zapytajmy, zdecydowana sprzeczność między różnymi źródłami „prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna”­? W tym miejscu zajmę się przede wszystkim kwestią Prawdy. Zagadnienie sprawiedliwości rozważę oddzielnie. O Dobru i Pięknie już pisałem. O Pięknie na przykład w szkicu „Ignoranci czy patrioci?”, będącego fragmentem większej całości pt. „Czy Polacy „zdurnieli”? Myśli nieokrzesane o ksenofobii, ignorancji i kiczu”. Lecz do tematu wrócę.

W kwestii „prawdy” owa sprzeczność niewątpliwie istnieje, począwszy od zagadnienia fundamentalnego, dotyczącego początków świata i człowieka. Czy to jednak ma oznaczać, że na przykład w edukacji szkolnej mamy zanegować/wziąć w nawias dzieje i osiągnięcia racjonalnej myśli ludzkiej, której historia jest dłuższa niż historia chrześcijaństwa? Wyrzucić z programów teorię ewolucji? Wielu wybitnych fizyków, kosmologów, matematyków, biologów gorąco wierzy w „Boga będącego źródłem” i odrzuca kreacjonizm na rzecz tejże teorii ewolucji albo godzi te dwie „opcje”. Istnieją skądinąd przesłanki pozwalające twierdzić, że sama moralność jest wynikiem ewolucji i że to nie Bóg (jaki by to nie był Bóg) jest źródłem moralności, ale tworzące się u zarania ludzkości zalążki norm moralnych implikowały, wraz z powstawaniem bardziej złożonych społeczeństw, „stworzenie” Boga/bogów (por. poglądy prof. Fransa de Waala wyłożone w książkach „Małpy i filozofowie” oraz „Bonobo i ateista”). Jednak kreacjonizm nęci co bardziej gorliwych religijnie nauczycieli. W jednej z podstawówek warszawskich pani od biologii podyktowała dzieciom z czwartej klasy zdanie: „Przyroda to natura, czyli wszystko co stworzył dla nas Bóg.” Matka uczennicy, która uczęszcza na lekcje etyki, wybiera się w tej sprawie do dyrektorki szkoły, bo interwencją wyżej nie chce zaszkodzić córce.

Zejdźmy jednak z Kosmosu na Ziemię i spytajmy inaczej: jak się ma kryterium Prawdy w ustach ludzi, którzy perorują przeciw in vitro, związkom partnerskim, równości, feminizmowi, gender, prowadzą krucjaty przeciw „Golgota Piknik” i są za tzw. klauzulą sumienia w zawodzie lekarza czy aptekarza, a nawet prawnika lub nauczyciela, na ile zgodne z Prawdą są ich argumentacje w poszczególnych kwestiach, zwłaszcza etycznych?

Fundamentaliści a Prawda

Bp Kazimierz Ryczan podczas Apelu Jasnogórskiego apelował niedawno: „Polska potrzebuje ołtarzy, kościołów i krzyży. Ojczyzna bez ołtarzy straci swoją tożsamość. Sekularyzm zebrał swoje owoce na Zachodzie. Traktat lizboński będąc konstytucją Unii Europejskiej nawet nie wspomina o chrześcijaństwie, z którego wyrosła kultura Europy. A do traktatu jest dostosowywane nasze prawo.”

Zastanówmy się nad cytowanymi słowami biskupa. W preambule Traktatu Lizbońskiego czytamy: „Inspirowani kulturowym, religijnym i humanistycznym dziedzictwem Europy, z którego wynikają powszechne wartości, stanowiące nienaruszalne i niezbywalne prawa człowieka, jak również wolność, demokracja, równość oraz państwo prawne,”; w artykule  3a widnieją słowa: „Unia szanuje równość Państw Członkowskich wobec Traktatów, jak również ich tożsamość narodową, nierozerwalnie związaną z ich podstawowymi strukturami politycznymi i konstytucyjnymi, w tym w odniesieniu do samorządu regionalnego i lokalnego.” Nie jestem konstytucjonalistą, rozumuję następująco. Autorzy traktatu mówią o kulturowym, religijnym i humanistycznym dziedzictwie Europy, podkreślając tożsamość narodową państw członkowskich, związaną m. in. z konstytucjami poszczególnych państw. Konstytucja RP określa miejsce religii (Boga), nie widzę tu sprzeczności z Traktatem. Jakby tego nie analizować, kulturowe, religijne i humanistyczne dziedzictwo Europy, a także Polski, ma charakter pluralistyczny. Wyszczególnianie jednego nurtu tradycji byłby niezręcznością wobec innych europejskich obszarów wartości. A w Traktacie wielokrotnie używa się słowa równość.

Po drugie, co się tyczy ołtarzy i kościołów, w okresie PRL, a więc w okresie restrykcji wobec Kościoła, świątyń wybudowano więcej niż w całych tysiącletnich dziejach Polski. W okresie 25-lecia RP wzniesiono ich może jeszcze więcej. Milionami krzyży w Polsce jest oznaczona nie tylko przestrzeń sakralna, ale i świecka, publiczna, państwowa. Nie widzę w tym wypadku związku z rzekomą utratą tożsamości przez Polskę. Bp K. Ryczan nie wspomina o tym, ze w ostatniej dekadzie przestało praktykować dwa miliony wiernych. „Według najnowszego rankingu zaufania CBOS notowania Kościoła rzymskokatolickiego spadły o 5 pkt proc. w stosunku do marca 2014 r. i osiągnęły poziom 57 proc.”

Im więcej świątyń, im więcej religii w szkołach, tym mniej praktykujących, mniej ludzi uczęszczających na pielgrzymki – czy taka teza nie wydaje się bardziej uzasadniona w zestawieniu ze słowami Ryczana? A co sądzić o tak interesującym zjawisku, jak odchodzenie ludzi od katolicyzmu w kierunku innych religii i światopoglądów  – na przykład buddyzmu, filozofii Wschodu, islamu? Owszem, współczesne tendencje w cywilizacji wpływają na zmianę stosunku ludzi do religii chrześcijańskich i kościołów. Na całym świecie, nie wyłącznie w Polsce. Ale może pewnych przyczyn i źródeł „sekularyzacji” społeczeństwa lub konwersji warto by doszukiwać się w samym Kościele? Jego łonie? Więc co w końcu sądzić o Prawdzie objawianej przez bp. Ryczana?

Przez szereg tygodni śledziliśmy w mediach wspomniana już wyżej „sprawę” prof. Bogdana Chazana, który jako dyrektor szpitala warszawskiego w specyficzny, niezgodny z prawem sposób skorzystał z klauzuli sumienia. Profesora bronił m.in. abp Henryk Hoser słowami: „Wybitny ginekolog został celem ataków, ponieważ odmówił dokonania aborcji.” Łatwo zauważyć, że teza Hosera jest „prawdą niepełną” (o ile takowa może istnieć w prawie Bożym), jest więc niczym innym, jak nieprawdą, czyli kłamstwem, stanowiąc typową manipulację, polegającą na pominięciu w argumentacji istotnych przesłanek. Entymemat Hosera przestałby być entymematem, gdyby zawierał tezę, że prof. Chazan, jako dyrektor szpitala, odmówił pacjentce, powołując się na klauzulę sumienia, wykonania zabiegu przerwania ciąży, do czego ze względu na taki a nie inny przebieg ciąży pacjentka owa była, zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem, uprawniona, a ponadto prof. Chazan nie udzielił jej informacji dotyczącej możliwości dokonania zabiegu u innego lekarza, a na dodatek zwlekał tygodniami z podjęciem decyzji. Gdyby abb  Hoser sumiennie zrekapitulował sedno sprawy Chazana, musiałby orzec, że profesor poniekąd słusznie stał się „celem ataków”, bo złamał prawo. Wniosek? Arcybiskup w słusznej, według siebie, sprawie posługuje się literalnym kłamstwem. Można by w tym miejscu odwołać się do odwiecznej dyskusji na temat: „czy kłamstwo zawsze jest grzechem”, ale nie o to chodzi; zresztą może sensowniejsze byłoby pytanie: czy istnieją wyjątki od imperatywów kategorycznych Kanta?

Kazus Chazana, wpisany w toczącą się w Polsce od lat wojnę między „aborcjonistami” i „antyaborcjonistami”, ma wiele innych poważnych aspektów. Nie będziemy w tym miejscu rozważać, filozoficznego poniekąd, problemu, czy zygota lub zarodek ludzki jest człowiekiem/osobą. Obrońcy Chazana ironizują i grzmią, że profesor został ukarany grzywną 70 tys. złotych za uratowanie życia (dziecka). Warto więc zwrócić uwagę na fakt, że fundamentaliści, nawet utytułowani i z nauką obyci, jakby nie rozumieją sensu badań i działań prenatalnych albo po prostu nie chcą tego zrozumieć, przyjąć do wiadomości. „To jest dziecko, które nie ma połowy głowy, ma mózg na wierzchu, ma wiszącą gałkę oczną, ma rozszczep całej twarzy, nie ma mózgu w środku. I będzie umierało dzięki panu profesorowi jeszcze przez najbliższy miesiąc albo dwa. Bo ma zdrowe serce i zdrowe płuca. Będzie umierało, aż w końcu umrze z powodu jakiegoś zakażenia. A kobieta, która urodziła to dziecko – w związku z tym, że ten dzieciak miał głowę większą niż w ciąży donoszonej – musiała mieć zrobione cięcie cesarskie. To jest sukces pana prof. Chazana.” – komentuje przyniesione do redakcji TVN24 zdjęcia prof. Romuald Dębski. Zdjęcia dzieci „z takimi wadami, jak miało niemowlę jego [prof. Chazana] pacjentki.” Zdaniem Dębskiego powinno je zobaczyć społeczeństwo. Na szczęście TVN nie opublikowała tych zdjęć. W opinii wielu dziennikarzy, wykorzystanie takiego materiału przeciw „antyaborcjonistom” oznaczałoby skorzystanie z metody stosowanej właśnie przez fundamentalistów, wszakże jeżdżą oni po Polsce z wystawami sfotografowanych i powiększonych do monstrualnych rozmiarów szczątków ludzkich po aborcji. Oglądają je także dzieci. Zgadzam się, że fakt, iż przeciwnicy aborcji nie mają w tym wypadku wątpliwości moralnych, nie oznacza, iż zwolennicy stosowania ustawy będącej wynikiem przyjętego kiedyś kompromisu aborcyjnego powinni pomijać te wątpliwości. Ma rację prof. Dębski, gdy powiada: „Działania prenatalne polegają na tym, by pacjentka i dziecko jak najmniej cierpiały. Nie wiem, czy można mówić o jak najmniejszym cierpieniu w przypadku dziecka, które ma mózg na wierzchu.” Tego może nie pojmować zwyczajny człowiek o umyśle zamkniętym, ale tego zdaje się nie pojmować także wybitny lekarz i uczony prof. Chazan. (

Trudno byłoby sensownie podsumować wszystkie wypowiedzi hierarchów z ostatnich lat na temat in vitro, tym bardziej że ich sens merytoryczny pozostawia wiele do życzenia. Wg Hosera niepłodność jest implikowana …rozwiązłością ludzką – „nieodpowiedzialnym uprawianiem seksu” i „mentalnością antykoncepcyjną”. Młodzież zaczyna uprawiać seks zbyt wcześnie, zmienia często partnerów, co sprzyja roznoszeniu chorób. Kobiety stosują antykoncepcyjne środki hormonalne i antykoncepcję śródmaciczną, co negatywnie wpływa na płodność. Zbyt późno myślą o poczęciu dziecka – to kolejna przyczyna niepłodności. Według niego „jest ona najczęściej objawem całego szeregu patologii, znajdujących się w organizmie kobiety czy mężczyzny.” Jej leczenie i zapobieganie nie ma skutków ubocznych i nie rodzi dylematów moralnych. Biskup proponuje, aby w Polsce stworzyć stworzyć narodowy program zapobiegania i leczenia niepłodności, a leczenie powinno być refundowane przez NFZ. Postulat poparł dr Jerzy Umiastowski, członek zespołu ds. bioetyki działającego przy kancelarii premiera i wieloletni przewodniczący Komisji Etyki Lekarskiej, według którego „in vitro niesie duże ryzyko zdrowotne zarówno dla matki, jak i dla dziecka a także ma szereg negatywnych skutków ubocznych.”

„Nie można patrzyć obojętnie, jeśli dzisiaj czyni się eksperymenty, tzw. in vitro, czyli poczęcie człowieka w probówce, które jest związane z grzechem złamania prawa natury. [In vitro] woła o pomstę do nieba”. […]Nie można patrzeć spokojnie, przecież to woła o pomstę do nieba, że rosną dzisiaj dziesiątki, setki, tysiące zamrożonych istnień ludzkich. Ludzi w azocie płynnym i nie wiadomo, co z tym zrobić. To rośnie i to jest eksperyment, który woła o pomstę do nieba.” – mówił w ub. roku abp J. Michalik w homilii wygłoszonej podczas procesji Bożego Ciała w Przemyślu. „Dziecko ma się poczynać w miłości między kobietą a mężczyzną w małżeństwie, w rodzinie”[ i ma prawo] do ojca i matki, o których wie, że są jego rodzicami – ojcem i matką”. Niejako przy okazji arcybiskup mówił a aborcji będącej konsekwencją badań prenatalnych w kategoriach eugeniki.

(Abp J. Michalik posługuje się specyficzną „odmianą” polszczyzny, ale nie miejsce to na jej analizę, bo nie o humor z ambony tu chodzi.) Jeszcze we wrześniu 2009 roku w Siedlcach inny hierarcha bp Zbigniew Kiernikowski mówił do parlamentarzystów ze wschodniej Polski: „Przewodnią myślą spotkania [w kwestii ustawy bioetycznej] była prawda, że nikt nie ma prawa do zawłaszczenia drugiego człowieka. W związku z tym, metoda in vitro jako taka jest moralnie nie do przyjęcia. Zwrócił uwagę na szczegółowe aspekty tej kwestii. Zapłodnienie pozaustrojowe jest moralnie złe, gdyż wyjmuje poczęcie człowieka z tego, co jest ludzkie, czyli z relacji miłości pomiędzy mężczyzną a kobietą. Dodatkowo prowadzi do niszczenia embrionów i w konsekwencji zabija ludzkie życie, a także nie daje dziecku prawa do genealogii, czyli znajomości naturalnych rodziców. Nie wolno również zapominać – przestrzegał biskup – że ingerencja w genom ludzki prowadzi do dominacji techniki nad człowiekiem jako podmiotem. Gdy człowiek nie jest poczęty w akcie miłości staje się produktem. Daje to możliwość selekcji ludzi – ci, którzy nie pasują mogą być z łatwością wyeliminowani. Jedynym moralnie poprawnym rozwiązaniem jest zaniechanie tego typu praktyk i zaprzestanie produkcji embrionów.” Zamiast metody in vitro proponuje leczenie za pomocą naprotechnologii.

Stanowisko episkopatu i hierarchów w sprawie aborcji zbulwersowało dwudziestopięcioletnią Agnieszkę Ziółkowską, pierwszą Polkę urodzoną dzięki metodzie in vitro i wychowaną skądinąd  w duchu wiary katolickiej. Jej zdaniem biskupi stygmatyzują te dzieci: „Czekam, aż jakiś arcybiskup stanie przede mną i mi powie w twarz, że jestem dzieckiem szatana i nie mam prawa żyć. Episkopat potrzebuje tej bruzdy dotykowej i tego, żeby dzieci z in vitro były chore czy upośledzone.” Zapowiedziała apostazję. Stanowisko Kościoła próbował tonować ksiądz Józef Kloch, rzecznik KEP: „niezależnie od okoliczności poczęcia [każde dziecko] jest przez Kościół kochane tak samo.”  Temat „bruzdy dotykowej” (swoistego „dowodu”) podaruję sobie, bo także tzw. czarny humor byłby tu nie na miejscu.

Uzurpacje Kościoła i kolejne pytania

Trudno analizować tego typu wypowiedzi (wybrałem kilka cytatów z setek biskupich tyrad) ze względu na język, jakim operują biskupi, ich niespójność, brak logiki. Przypominam, że rozważamy kwestię Prawdy w rozumieniu Kościoła, ale nie sposób raz jeszcze wspomnieć o uzurpacjach tej instytucji: dlaczegóż to Kościół zabiera się za leczenie chorych i tworzenie narodowych programów? Jeśli już, byłoby rzeczą pożądaną, aby takie projekty i ośrodki powstawały np. przy uniwersytetach. Jednak wypowiedzi biskupów pozostają w wyraźnej sprzeczności z nauką i medycyną, głosy z tej strony nie sa przez Kościół zauważane. Dlaczego hierarchowie „zawłaszczają” także w wypadku metody in vitro całe społeczeństwo? Jak to wyraził jeden z lekarzy, niechby poprzestali na próbach nawracania wiernych i praktykujących. Skądinąd, przyjmując na wiarę magiczną liczbę „95” jako procent katolików w Polsce, absolutna większość par decydujących się na te metodę to zazwyczaj również katolicy, którzy być może praktykują, słuchają tyrad biskupich i …robią swoje. Jak rozumieć narzekania biskupów na negatywne tendencje demograficzne zachodzące od lat w Polsce i jednoczesny zakaz dla „produkcji”/”hodowli” dzieci w probówkach? Wszakże każde dziecko jest dzisiaj na wagę złota, w dodatku znowu nasilają się tendencje do emigracji. Jeśli metoda in vitro jest konsekwencją demoralizacji seksualnej, zwłaszcza młodzieży, to dlaczego Kościół wyraża zdecydowany sprzeciw wobec edukacji seksualnej w szkołach? Jak się ma w relacji z Prawdą traktowanie metody in vitro w kategoriach „eugeniki”, „eksperymentów”, „hodowli”, „produkcji”? „Choroby” jako konsekwencja „wyuzdania moralnego”? Owszem, tak być może i bywa. Ale zwróćmy choćby uwagę na fakt, że u coraz większej liczby Polaków płci męskiej stwierdza się coraz gorszej jakości nasienie, często bezpłodność, i wygląda na to, że jest to choroba cywilizacyjna, a nie wynik „wyuzdania”. Co szanowni biskupi mogliby powiedzieć młodym Polkom i Polakom, którzy przestali być zdolni do prokreacji w wyniku leczenia raka promieniami RTG i chemią? A kobietom, którym wycięto jajowody w wyniku chorób niebędących skutkiem niemoralnego prowadzenia się? Gdy naprotechnologia jest bezużyteczna? Wiadomo, co. Zaproponują adopcję. Jednak przyjmijmy, że pary podejmujące decyzję o adopcji dziecka/dzieci należą do mniejszości, bo ze względów psychologicznych to jest bardzo trudna decyzja. Kwestia niszczonych (=zamrażanych) zarodków, co jest według hierarchów niezgodne z naturą? Weźmy pod uwagę, że w warunkach bezwzględnie naturalnych pewnie giną, w wyniku naturalnej selekcji, miliony zarodków. Natura ich na ogół nie zamraża. Może należałoby wytoczyć proces sądowy Naturze? Ekskomunikować Naturę?

Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że Prawdy głoszone przez Kościół niekoniecznie bywają prawdziwe.

Gender, gender, gender…

Hierarchowie i fundamentaliści tony pomyj wylali na gender. W tym miejscu pozwolę sobie przytoczyć autocytat z felietonu popełnionego jakiś czas temu:

Gender jest jak niejasna cholera, jak najgorsza zaraza, która w Polsce, można sądzić z głosów hierarchów, osiągnęła w ostatnich tygodniach rozmiar epidemii. Gender jest jak dżuma w pamiętnym mieście Oran. Polska dzisiejsza to kraj zadżumiony, Polska to Oran w stanie agonii. Maturzyści, zapamiętajcie, że Camus, pisząc paraboliczną „Dżumę”, miał między innymi „na myśli” III RP! RP widzianą oczyma biskupów.

Gender to kwintesencja czystego Zła. Nieupostaciowionego, niezikonizowanego, nieokiełznanego jak bezwstydny wyścig milionów plemników do jednego jajeczka, jak in vitro, jak związki partnerskie, homo- i biseksualizm, jak stosunek papugi z zimorodkiem, jak facet wkładający damskie majtki, jak seks na balustradzie balkonu na ósmym piętrze wieżowca, jak Anna Grodzka i Magdalena Środa i Kazimiera Szczuka do spółki, jak studia gender na KUL-u, jak feminizm. Zła groźnego, złego, złowrogiego i zło wróżącego.
Nie wiem, czy się smucić, czy cieszyć, lecz w galerii hierarchów kościelnych nie widzę ani jednego doktora Rieux. Ani jednego Tarrou, a nawet Granta nie widzę. Może na szczęście. Czy któryś z polskich hierarchów wzniósł się kiedykolwiek do poziomu ojca Paneloux? Przejrzał chociaż raz na oczy? Poskromił własną wyniosłość, zrobił krok ku wzniosłości, odkrywszy własną księżą i człowieczą nędzę?

Głupie pytania. Odpowiedź brzmi: nie. Ex definitione, bo rodzima hierarchia katolicka to na ogół galeria postaci jednowymiarowych, płaskich jak Ziemia Ptomeleusza, która zresztą marzy im się i śni. Po nocach i w kazaniach. Płaskość, jednowymiarowość, czyli albo umysłowa nędza, albo nuworyszowska pycha, buta i wyniosłość. Albo też jedno i drugie. Bez krztyny wzniosłości.

Każdy Kloss zasługuje na swojego Brunnera. Brunner jest najważniejszym argumentem Klossa. Jaki Kloss, taki argument.

Gender jako argument wyraźnie przerasta możliwości umysłowe zainteresowanych biskupów. Tu porównanie z serialem nie wytrzymuje próby. Tu mamy do czynienia z inną zasadą: im bardziej wątły intelekt, im mniej mózgu w mózgu, tym większa nienawiść do gender. Przekabacanie wiernych. „Rejtanowskie” gesty na miarę parodii „świętej inkwizycji”.

Ta polska elita intelektualna definiuje gender w nowatorski sposób. Gender to „ideologia”. „Nowa, lewacka ideologia”. „Tak groźnej, wytoczonej przeciwko naszej cywilizacji ideologii jeszcze nie było. Stanowi ona kompensację wszystkich najbardziej niebezpiecznych nurtów, z którymi mamy do czynienia od wielu dekad, a w sposób szczególny i zintensyfikowany od 1968 roku.” Gender to „tak zwany nowy ateizm”, który „jest w zasadzie neomarksizmem.” Jest „to ideologia, która od kilkunastu lat jest coraz bardziej modna, a nawet w ramach poprawności politycznej jest obowiązującą doktryną.” „Jest to ideologia szalenie niebezpieczna, która prowadzi do śmierci danej cywilizacji.” Która „wyczerpuje znamiona herezji antropologicznej o niezwykle niebezpiecznych skutkach. [Gender] uniemożliwia zatem realizację boskiego planu zbawienia człowieka, skoro przyszłość ludzkości odbywa się przez rodzinę. Marksizm nie wnikał aż tak głęboko w naturę człowieka.” Wiemy już, dlaczego Polacy nie rozmnażają się na miarę swoich ambicji i możliwości.

Zatem gender jest gorsze nie tylko od Brunnera, ale i od samego marksizmu. Gender „jest to nurt jadowicie i skrajnie antychrześcijański.” Aprobata gender oznacza „niebezpieczny >>flirt<< ze złym duchem. Katolik nie może równocześnie popierać bieli i czerni, prawdy i fałszu. Nie da się połączyć w jedną sensowną całość takiego „tańca upiorów”. W swoich celach ideologia gender jest mroczna, zła i nieczysta i nie możemy wchodzić z nią w jakąkolwiek formę współpracy.”

W opinii jednego z biskupów gender jest ni mniej, ni więcej, ale grillowaniem: “za ideologią gender kryje się negacja Pana Boga, który >>stworzył człowieka jako kobietę i mężczyznę<<. Powołał ich do wspólnego życia, do tego, żeby żyli w małżeństwach, żeby rodzili dzieci, żeby czynili sobie ziemię poddaną. Dzisiaj chodzi o to, żeby się bawić, żeby, takie modne słowo, „grillować”. To taka metafora współczesności. A po nas niech będzie potop. Przy kwestionowaniu najbardziej, wydawałoby się, dotychczas niepodważalnych zasad racjonalności, że ktoś jest kobietą lub mężczyzną. I to jest gender.”

W praktyce gender – zdaniem hierarchów – oznacza „obrócenie się przeciw rodzinie i posiadaniu dzieci”. Gender to wściekłe „ataki na małżeństwo i rodzinę, które próbują je osłabić i wprowadzić jakiś dziwaczny model nowego związku, w którym nie musi być nawet kobiety i mężczyzny, matki i ojca, wszystko może być względne i pokrętne, a nawet rodzące się dzieci mają nie mieć określonej płci. Trudno to pojąć, czyż to nie wizja apokaliptyczna?” W opinii cytowanego biskupa to >>wstyd<<, iż żyjemy w czasach, gdy trzeba przypominać o >>tak elementarnych podstawach życia<<.” Ideologia gender „odchodzi od praw natury, promuje tzw. związki małżeńskie między osobami jednej płci, walczy o prawo legalizacji adopcji dziecka przez takie pary, a ostatnio wkracza do przedszkoli i szkół z instrukcją o tym, że należy od najmłodszych lat wygasić w dziecku poczucie wstydu i pouczyć je o możliwościach czerpania cielesnych przyjemności wbrew etyce naturalnej, a nawet o możliwościach manipulowania płcią, aż do dowolnego wyboru obranej płci.”

Wszawa ta ideologia jest największym zagrożeniem dla wolności: „W imię wolności zabiera się wolność człowiekowi, lansując ideologię gender. Trzeba bronić takiego modelu rodziny, jaki zamierzył Stwórca. Ci, którzy od niego odeszli, często nie szanują nawet prawa naturalnego, sprzeniewierzają się samemu rozumowi, kierując się interesem wąskiej grupy społecznej. Pokładając nadzieję w Bogu samym, nie dajmy się zwieść fałszywym prorokom cywilizacji śmierci, bo ona nie ma przyszłości.” Co gorsza, zaraza ta oficjalnie, z namaszczeniem władz, atakuje przedszkola: „W Polsce zaplanowano 86 równościowych przedszkoli, 1 mln 400 tys. zł darowanych przez Unię kosztował ten eksperyment. Przebieranie chłopców za dziewczynki to gwałt, który dzieje się na naszych oczach. Niech z przedszkola Jaś wróci Jasiem, a Małgosia Małgosią. Panie i panowie parlamentarzyści, brońcie ojczyznę przed totalitarnym genderyzmem, póki jest na to czas.”

Nic dziwnego, że gender podcina zdrowe korzenie narodu: „Nie będzie jedności Polski, dopóki nie będzie jedności ducha. Zapominają o tym ci, którzy dziś odwołują się do nowych ideologii zamazujących różnice płci” – powiada znany skądinąd kardynał. Przez genderyzm „naród traci pamięć, traci też sumienie” – przestrzega nawiedzony skądinąd biskup, a inny wprost wzywa do obrony „ojczyzny przed totalitarnym genderyzmem”.

Słuchając głosów biskupich na temat gender, których kulminacja nastąpiła w okolicach 11 listopada, można by się uśmiać. Lub puknąć w czoło. Ale śmiech byłby w tym wypadku bardzo niestosowny.

Zdarzyło się w Rybniku, że zaszczuto człowieka. Kobietę. Konkretnie zniszczono dyrektorkę jednego z przedszkoli. Otóż troje czujnych nad wyraz rodziców odkryło w regulaminie przedszkola słowo gender. Donieśli wyżej, czyli do kościoła. Proboszcz, a jakże, potępił niewiastę z ambony. Posypały się mejle z pogróżkami pod adresem dyrektorki, odbył się nad nią lincz werbalny. Bardzo dogodnym narzędziem, jak zwykle w polskich warunkach, okazała się plotka i oszczerstwo. Według „dobrze poinformowanych” w przedszkolu chłopcom malowano paznokcie i zakładano peruki. Trzeba nadmienić, że opanowane przez tę świnię Brunnera przedszkole realizuje dokładnie taki sam program jak pozostałe rybnickie placówki i pewnie jak większość przedszkoli w Polsce. Program zaaprobowany przez władze oświatowe. W przedszkolu nie malowano chłopcom paznokci i nie ubierano ich w sukieneczki.

Śmiech byłby zatem niestosowny, bo metody rybnickich przeciwników gender przypominają osławione praktyki Ku Klux Klanu. I inkwizycji, zwanej świętą, chociaż na razie obyło się bez spalenia czarownicy na stosie.

Gwoli uczciwości zaznaczę, że są hierarchowie i księża, którzy nie wyrażają zgody na filipiki z ambony przeciw gender, którzy rozumieją, czym naprawdę jest gender. Milczą niestety lub wypowiadają się anonimowo.

Rzecz w tym, że hierarchowie z kompleksem gender mają posłuch wśród szeregowych księży i ciągle znacznej części społeczeństwa. Przeciętny ksiądz, nawet gdy ma inne zdanie, nie ośmieli się polemizować z biskupimi „mądrościami”. Zna swoje miejsce w szeregu i ma za wiele do stracenia, wie aż nadto dobrze, że niepokorność wobec władzy nie jest cnotą. […]

Gdyby głupota umiała fruwać, to niektórzy z polskich biskupów unosiliby się nad swoimi pałacami jak gołębie – pozwolę sobie sparafrazować złotą myśl doktora Štrosmajera ze znanego serialu czechosłowackiego. Jeśli teoria Kopernika musiała czekać kilka ładnych wieków na uznanie Kościoła, nie oczekujmy, że cały polski kler będzie natychmiast w sposób racjonalny, naukowy podchodził do kwestii gender.

Trudno uwierzyć, że aż tyle rozmijających się z prawdą naukową i rzeczywistością wypowiedzi, tyle nobilitowanych amboną wierutnych głupstw i kłamstw może być dziełem kilkunastu dostojników kościelnych. A dodajmy do tego równie bałamutne głosy wielu polityków i posłów. I różnych osłów.

Gender może też być doskonała odskocznią do atakowania projektów niewygodnych dla integrystów, jak na przykład Konwencja Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Sejm od dwóch lat odwlekał debatę  nad ustawą o ratyfikacji tej konwencji. Dlaczego? Jak głosi Oświadczenie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski z dnia 9 lipca br., „Szczególny niepokój wzbudza nałożenie na sygnatariuszy obowiązku edukacji (art. 14) i promowania m.in. „niestereotypowych ról płci”, a więc homoseksualizmu i transseksualizmu. Łączenie słusznej zasady przeciwdziałania przemocy z próbą niebezpiecznej ingerencji w system wychowawczy i wyznawane przez miliony rodziców w Polsce wartości, jest bardzo niepokojącym sygnałem.” Podkreśla ono, że „Konwencja, choć poświęcona jest istotnemu problemowi przemocy wobec kobiet, zbudowana jest na ideologicznych i niezgodnych z prawdą założeniach, których w żaden sposób nie można zaakceptować. Wskazuje ona, że przemoc wobec kobiet jest systemowa, zaś jej źródłem są religia, tradycja i kultura. Art. 12 zobowiązuje sygnatariuszy do walki z dorobkiem cywilizacyjnym, traktowanym jako zagrożenie i źródło przemocy. Wprowadza definicję płci jako „społecznie skonstruowane role, zachowania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn” (art. 3), przy czym całkowicie pomija naturalne biologiczne różnice pomiędzy kobietą i mężczyzną i zakłada, że płeć można wybierać.”

W trakcie dyskusji w Sejmie (24 IX 2014 r.) Małgorzata Sadurska (PiS). określiła Konwencję jako „czystą ideologię”. „Zbieżność z marksizmem jest ewidentna. Tam była walka klas, tu jest walka płci (…). Podłożem przemocy ma być tradycyjna rodzina.” Według niej Konwencja godzi w polską rodzinę, tradycję i religię. To furtka do legalizacji związków partnerskich. Posłanka apelowała do wszystkich posłów, „dla których ważny jest chrześcijański system wartości, dla których ważna jest polska rodzina, by zagłosowali przeciw tej szkodzącej konwencji, która godzi w polską rodzinę i polską kobietę”. Jarosław Górczyński (PSL): „Ta Konwencja jest szkodliwa. Poniża polską rodzinę” Zdaniem Beaty Kempy (SP) owa Konwencja to tylko „ładne opakowanie”, bynajmniej nie walczy ona z przemocą. Znana ideolożka fundamentalizmu dowodziła ponadto: „Równość szans – tak, ale równość płci, to są po prostu herezje. Nie ma równości płci. Jak facet urodzi dziecko, pogadamy o równości płci. Póki co nie ma czegoś takiego – biologia mówi nie, natura mówi nie, prawo Boże mówi nie.” Ostatecznie zaproponowała poprawkę przeciw ratyfikacji. Marzena Wróbel (niezrzeszona) – jak zwykle – zagrzmiała z najgrubszej tuby: „Ja sobie nie życzę, żeby ktokolwiek mnie wyzwalał z mojej tradycji i z mojej kultury, i z historii mojego narodu. To co tutaj proponujecie w tej konwencji, to jest dla nas wszystkich policzek.” Konwencja musi być zaiste dziełem szatana, jeśli jednocześnie uderza w Konstytucję, kulturę, tradycję, religię, polską rodzinę i kobietę. Wojciech Cejrowski (poza Sejmem) wezwał na FB: „Szanowni, dostałem od znajomych i niniejszym posyłam dalej… —ZAPROSZENIE DO POSTU -Dzisiaj /25.09/ decydujące głosowanie w polskim sejmie nad 2 ustawami wprowadzającymi ideologię gender i walkę z Kościołem. Błagajmy DZIŚ Boga o zablokowanie szatańskiego planu. Proszę o pilne rozesłanie tej wiadomości do jak największej liczby osób.” Cejrowski pomylił się: na 25 IX br. głosowania w Sejmie nie przewidywano. Niemniej potwierdził, że Konwencja jest dziełem szatana, mamy zatem jasność w tej sprawie.

Warto przypomnieć, że jako jeden z pierwszych torpedował Konwencję, jako zagrażającą „tradycyjnej rodzinie”, b. minister sprawiedliwości J. Gowin, według którego prowadzi ona do „promowania feminizmu i homoseksualizmu”. Konwencję demonizowali także kolejni ministrowie z tego resortu – konserwatysta M. Biernacki i jego zastępca, świecki zakonnik Michał Królikowski.

Widać wyraźnie, że i w tym wypadku Prawdę zastępują kłamstwa, insynuacje, tendencyjne interpretacje tekstu konwencji i manipulacje. Tekst Konwencji jest ogólnie dostępny; wystarczyłoby go tylko uważnie przeczytać i przemyśleć. Jednak okazuje się, że konwencja to nowa wersja konia trojańskiego, przy pomocy którego chce się do Polski przemycić „ideologię” gender, a przy okazji zniszczyć polską religię i polską rodzinę. W tumulcie sejmowym w dniu 24 IX br.ginęły głosy równowagi i rozsądku, brutalnie przerywano wypowiedzi posłanek i posłów M. Fuszary, A. Biedronia i W. Nowickiej. Kolejny pokaz chamstwa dała prof. Pawłowicz.

Nie będę szerzej analizował głosów wrogich konwencji (włącznie z głosem episkopatu), trzeba przyznać: to wyższa szkoła jazdy. Skwitować je można zdaniem, że ideolodzy fundamentalizmu specjalizują się niejako w odnajdywaniu w tekstach (i w naukce) rzeczy, których zdecydowanie w nich nie ma. Ergo, fundamentaliści podejmują się walki z czymś, co nie istnieje, co nie jest nawet „bytem myślnym”. Konwencja na pewno nie definiuje na nowo rodziny, małżeństwa, związków partnerskich, nie promuje gender i homoseksualizmu.

Fundamentaliści wychodzą z założenia, że polska rodzina to z definicji tak dobra rodzina, że żadna konwencja nie jest jej potrzebna, tym bardziej, że to na ogół rodzina katolicka. W Europie na skutek przemocy ginie codziennie siedem kobiet. W Polsce kobiety nie giną na skutek przemocy. W Polsce przemocy nie ma, nie ma tysięcy zgłoszeń na policję. Każdy polski mężczyzna jest jak skrzyżowanie Skrzetuskiego z Tomkiem Chodakowskim. W polskich rodzinach nie maltretuje się dzieci. W Polsce nie znajduje się martwych noworodków w zamrażarkach, na śmietnikach, w beczkach czy na działkach…

Obawiam się, że nie tylko z tych względów, ale i z wielu innych, polską rodzinę należy odbrązowić i zredefiniować. Co oznacza, że trzeba w niej zacząć dostrzegać konkretnych ludzi, a nie wyłącznie bardzo archaiczny stereotyp rodziny. Jeśli Konwencja, która podejmuje walkę ze stereotypami, nie zostanie ratyfikowana przez Sejm, najemy się wstydu na skale międzynarodową, bo zostanie to odczytane jak swoisty manifest polskiej hipokryzji. A ponadto będziemy zaliczać się do państw, które aprobują poniżanie kobiety i takie formy przemocy, jak obrzezanie, przymusowe małżeństwa czy honorowe zabójstwa.

Między Dobrem i „prawem naturalnym” a Złem

Cytaty z wypowiedzi abp. Hosera, Michalika i wielu dostojników kościelnych, jak zresztą szereg innych oświadczeń w sprawach publicznych (pominęliśmy tu na przykład kwestię związków partnerskich, eutanazji, pedofilii w Kościele) obrazują w sposób przejrzysty metody, jakimi w polemikach z przeciwnikami posługują się środowiska skupiające polskich integrystów i fundamentalistów. Na ogół rozpatrują oni rzeczywistość z pespektywy czarno-białej, dlatego też niżej podpisanemu kojarzą się z jakąś spóźnioną wersją manicheizmu. W ich diagnozach społecznych na czoło wybija się dychotomia Dobro-Zło. Nie można zatem nie wspomnieć, że z perspektywy Dobra racje przeciwników określają oni jako „dyktaturę relatywizmu”. Dokładniej, w środowiskach ich oponentów, niewiernych, „do głosu dochodzi dyktatura relatywizmu, polityczna poprawność i nowe oblicze ateizmu wrogiego wobec ludzi wierzących.” Oni, fundamentaliści i integryści, to zwolennicy „prawa naturalnego” i „obrońcy życia” – ich przeciwnicy to przedstawiciele „cywilizacji śmierci”. Czyżby dlatego, że ci drudzy stoją na gruncie przestrzegania prawa świeckiego? Inne pytanie: czy zalecanie działań zgodnych z wykładnią prawa pozytywnego, domaganie się od osób i instytucji przestrzegania prawa stanowionego automatycznie czyni z ludzi „relatywistów” moralnych? Pewnie tak, przy założeniu, że za relatywizm uzna się każde odstępstwo od moralności chrześcijańskiej, a ściślej „katolickiej”, jeszcze ściślej zaś: polsko-katolickiej, która negując inne systemy wartości, zawłaszczyła w imieniu „Polaka-katolika” sferę etyki in extenso.

Mam często wiele kłopotów z interpretacją i oceną normy tzw. poprawności politycznej, jednak trudno mi się zgodzić z tezą, że jest ona jakimś synonimem relatywizmu. Jak i z sugestią, że współcześni ateiści to bez wyjątku „wrogowie ludzi wierzących”. Nie odnotowaliśmy w Polsce pogromów katolików z inspiracji ateistycznej, jak i ruchu, którego celem byłaby likwidacja świątyń w naszym pięknym kraju. Owszem, z tego rodzaju „akcjami” mieliśmy do czynienia w okresie PRL, kiedy ateizm był istotnym elementem doktryny komunistycznej, jednak nie można powiedzieć, że każdy ówczesny ateista był wyznawcą komunizmu.

Broniąc swoich racji, fundamentaliści niezmiennie powołują się na prawo naturalne. Prawo to, wedle definicji – egzekwujące wartości uważane za autonomiczne, samoistne, uniwersalne – od zawsze miałoby dotyczyć wszystkich ludzi, bez względu na różnice kulturowe, obyczajowe etc. Pomijając piękny, między innymi dzięki wspaniałemu rozwojowi filozofii, okres starożytności, kiedy kładziono fundamenty pod teorie prawa naturalnego (Grecja), istotny wkład w koncepcje tegoż prawa włożyli w okresie średniowiecza przedstawicie różnych odłamów filozofii chrześcijańskiej. Ale przecież równie istotny wkład do teorii naturalnych wnieśli działający poza nurtem chrześcijańskim filozofowie czasów nowożytnych i współczesnych. Z Immanuelem Kantem na czele. Nasi dzisiejsi fundamentaliści jednakowoż, broniąc przed relatywistami/ateistami życia poczętego i innych wartości, dokonali znaczącego przewartościowania definicji prawa naturalnego; w ich interpretacji prawo to równa się wyłącznie i bezdyskusyjnie prawu boskiemu, jest wynikiem zamysłu pana Boga tworzącego świat. Jak by powiedział św. Tomasz, istnieje pewien ustanowiony przez Boga porządek świata, w którym każda rzecz ma swoje miejsce i cel. To „prawo wieczne”, czyli boski porządek świata, zostało niejako wszczepione przez Boga w naturę człowieka i wyraża się poprzez prawo naturalne. Prawo stanowione, pozytywne, byłoby zatem (jakby i tylko) uzupełnieniem prawa naturalnego, prawa dla człowieka rozumnego, gdyż rozum ludzki bywa ułomny i nie zawsze w konkretnych sytuacjach zdolny do rozstrzygania trudnych kwestii dotyczących odróżnienia dobra i zła. Św. Augustyn określiłby prawo stanowione jako wynalazek diabelski, co jest tezą wątpliwą, ale skądinąd po myśli fundamentalistów.

Zatrzymałem się przy Tomaszu, bo jego poglądy zdają się dominować u co bardziej obeznanych z filozofią, a więc w gruncie rzeczy nielicznych fundamentalistów. Większość z nich, pytana o uzasadnienie jakiejś tezy, wypowiada się nader ogólnikowo: „Bo tak stoi w Piśmie Świętym”, „Bo to nie jest zgodne z Biblią”, „Bo to jest zgodne z nauką Jezusa”, chociaż na przykład Jezus nie wypowiadał się, o ile mi wiadomo, na temat gejów, szczególną empatią darzył Marię Magdalenę i nie tylko tę kobietę, a w Biblii możemy znaleźć bardzo wiele, czasem bardzo dziwnych rzeczy. Tak czy inaczej, integryści wyraźnie zawłaszczają prawo naturalne, równając go z prawem Boskim, czyli chrześcijańskim, ergo – katolickim. Podejmując to zagadnienie, Kant pozbawił prawo naturalne atrybutów „boskości” z prostej przyczyny: jest ono poza zasięgiem czystego rozumu. Owszem, prawo to jest emanacją rozumu praktycznego, jest po prostu prawem moralnym. Tak jak prawa fizyki są uniwersalne, powszechne i obowiązywałyby nawet wówczas, gdyby na Ziemi nie wykształciło się życie ludzkie (prawo grawitacji obowiązuje bez względu na to, czy meteoryt spada na głowę dinozaura czy na głowę człowieka), tak prawo moralne, wymóg rozumu praktycznego, odpowiadając na kwestie „Jak być powinno?”, powinno mieć charakter uniwersalny i powszechny (z pewnymi wyjątkami …bezwyjątkowy) i nie wikłać się w żadną metafizykę. I etycy pokantowscy, od Puffendorfa po Finnisa, definiując i charakteryzując to prawo, trzymają się raczej z dala od Pana Boga, Biblii i irracjonalizmu.

Podręczna „książeczka”

Od półtora roku polscy hierarchowie i duchowni, wypowiadający się w kwestiach metody in vitro, aborcji, badań prenatalnych, związków partnerskich, LGSB, konwencji w sprawie przemocy i tp. dysponują swoją „czerwoną”, a może bardziej czarną „książeczką”. Jest nią dokument przyjęty na 361. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski. Warszawa, 5 marca 2013 r. „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek”. Opracowanie przygotował Zespół Ekspertów ds. Bioetyki Konferencji Episkopatu Polski, któremu przewodniczył abp H. Hoser, wśród autorów są zaś lekarze, bioetycy, genetycy oraz prawnicy, m. in.: Maciej Barczentewicz i  Piotr Klimas – specjaliści ginekolodzy-położnicy; wspomniany już b. wiceminister sprawiedliwości w rządzie Tuska Michał Królikowski – prawnik; Alina Midro – genetyk kliniczny Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Przewodniczący Zespołu abp Henryk Hoser, prawdopodobnie główny autor dokumentu,  jest skądinąd z wykształcenia lekarzem internistą.

Nie wiem, jak długo trwały prace nad dokumentem, ale rzeczą kuriozalną jest, że uczestniczył w nich powołany 14 grudnia 2011 na stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Królikowski. Zdecydowany konserwatysta, nieukrywający swoich ultrakatolickich poglądów, od jedenastu lat zakonnik świecki (oblat benedyktyński), ale poza tym wybitny prawnik, naukowiec (UW). Znany także z wywiadu-rzeki z abp. Hoserem, o której to książce E. Siedlecka z „Gazety Wyborczej” pisze: „Wywiad, w którym nie dyskutuje, lecz afirmuje poglądy arcybiskupa: na temat rodziny, miejsca religii w państwie, homoseksualizmu. I „ideologii gender”, oczywiście.” Kazus Królikowskiego, który przez parę lat decydował o kształtach prawa w Polsce, mnie dziwi, gdy przypomnę, że na stanowisko wiceministra powołał go inny fundamentalista J. Gowin. W rządzie D. Tuska. Czy kiedy Królikowski, wypowiadając się  jednoznacznie w głośnej sprawie po stronie prof. Chazana, reprezentował interesy Państwa?  Powoływanie takich kandydatów, nie umniejszając ich merytorycznym kompetencjom i intelektowi (mówię o Królikowskim), na ważne stanowiko w kluczowym resorcie jest jeszcze jednym dowodem na słabość Państwa. I hipokryzję PO, która od siedmiu lat sprawuje władzę.

Dokument „O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek” jest tekstem przejrzystym, poprawną polszczyzną napisanym. Poprzedza go motto – cytat z początku Biblii: „Upomnę się też u człowieka o życie człowieka i u każdego – o życie brata” (Rdz 9,5). W rozdziale 1. „Człowiek dobrej woli wobec cywilizacji śmierci i na rzecz kultury życia” autorzy przywołują deklarację Kongregacji Nauki Wiary Quaestio de abortu procurato, encyklikę Evangelium Vita, myśli Jana Pawła II (EV 60), Encykliki Mater et Magistra 194, Dekalogu i raz jeszcze Jana Pawła II (EV 62, 63). Wszelkie inne opinie są – zdaniem autorów – opiniami „o skrajnie subiektywnym charakterze” , a nie cytuje się tu bynajmniej głosów kręgów  naukowych i uniwersyteckich. Piszą oni: „(…) wszelkie wątpliwości co do istnienia człowieka należy rozstrzygać na korzyść życia i stanowczo sprzeciwiać się działaniom zagrażającym człowiekowi.” Dokument stanowczo sprzeciwia się „sztucznej prokreacji”, badaniom prenatalnym, aborcji (także tej prawnie dopuszczalnej), antykoncepcji. Metodę in vitro i badania prenatalne (równoznaczne z dokonywaniem selekcji zarodków) traktuje jako działania o charakterze eugenicznym, „kolejne eksperymentowanie na człowieku”, dziecko, które przyszło na świat metoda in vitro, jest „przedmiotem”, wynikiem „hodowli” i  „selekcji”. Potępia niszczenie zarodków. „Obowiązkiem każdego katolika biorącego udział w życiu publicznym jest wierność nauczaniu Kościoła katolickiego i samemu Chrystusowi. Nie może być mowy o jakimkolwiek kompromisie w kwestiach wiary i moralności. Podstawowym obowiązkiem osoby zaangażowanej w działanie na rzecz dobra wspólnego jest dbanie o jednoznaczność, a jej postawa musi być czytelna dla innych. W każdej sytuacji katolik ma być świadkiem Chrystusa.” – piszą autorzy, podkreślając znaczenie Prawdy dla katolików („Chrześcijanin musi troszczyć się o prawdę. Dlatego jego zadaniem jest też demaskowanie kłamstw, wśród których szczególnie wiele szkody czynią sugestie, jakoby zapłodnienie pozaustrojowe było leczeniem niepłodności. Ono niczego nie leczy – niepłodni takimi pozostają, a „wyprodukowanie” dziecka powierzają obcym.”).

W dokumencie wyraźna jest tendencja do absolutnego zakazu metody in vitro, zaostrzenia ustawy dotyczącej aborcji. Dokument jest źródłem popularnych wśród hierarchów i ideologów fundamentalizmu wspominanych pojęć typu: „mentalność antykoncepcyjna”, „cywilizacja śmierci”, „kultura życia”, „tendencja do relatywizacji wartości życia” i in. Trzeba jednak podkreślić, że wzywając chrześcijan do jednoznacznej postawy, „dawania świadectwa” w imię Prawdy Chrystusowej (cytat z Mdr 11,26), „demaskowania kłamstw”, dokument nie jest wolny od tych grzechów – mówiąc wprost, jest groteskowo tendencyjny, fałszywy, kłamliwy.

Nie będę polemizował z tezą uwypukloną na początku rozdziału 2., „iż Bóg jest dawcą życia, z czego wynika świętość życia i godność każdego człowieka.” Przypomnę, że istnieją inne, często lepiej naukowo udokumentowane hipotezy. Ale pomijanie ewidentnych osiągnięć i ustaleń właśnie współczesnej nauki (biologii, medycyny i in.), przy jednoczesnym sugerowaniu, że Kościół korzysta z ustaleń nauki (w rozdz. 1.: „ wiedza nie ma wyłącznie charakteru religijnego, ale w punkcie wyjścia opiera się na osiągnięciach naukowych.”) to manipulacja „pierwszego stopnia”, która a priori czyni dokument fałszywym. Wyżej wspominałem, w jaki sposób hierarchowie manipulują prawdą o badaniach prenatalnych. W tym miejscu wspomnę, że zupełnie inaczej niż w dokumencie episkopatu ma się prawda o zamrażanych zarodkach, wystarczy posłuchać np. prof. W. Kuczyńskiego. A poza tym, mamy świadomość faktu, że zarodki pozostają w absolutnej niezgodzie z hołubionym przez fundamentalistów prawem naturalnym: ile z milionów plemników w wyścigu do jednego jajeczka zwycięża, a ile ginie? Ile ginie jajeczek w okresie, w którym kobieta, osiągnąwszy dojrzałość, zdolna jest do prokreacji? Z iloma milionami naturalnych poronień mamy do czynienia na świecie każdego miesiąca? Dlaczego niektóre gatunki zwierząt w pewnych okresach ograniczają możliwości prokreacji?  A niektóre likwidują część potomstwa, które przyszło na świat stworzony przez tego samego wspaniałego Boga?

Manipulacja obejmuje także, poza prawem naturalnym, inne obszary etyki i pojęć moralnych. W rodz. 1. czytamy o przeciwnikach nauki kościelnej: „Praktykowany relatywizm polega na poddawaniu dyskusji podstawowych pojęć: godności, życia, zdrowia i samego człowieczeństwa. A przecież pojęcia te w naszej cywilizacji – sięgającej korzeniami do kultury greckiej, rzymskiej i chrześcijańskiej – mają znaczenie uniwersalne. Sukces relatywizmu polega zaś na tym, że wymaga się od nas uzasadniania ich znaczenia, a w końcu nawet obrony mocy zobowiązującej podstawowych zasad moralnych. Trzeba tymczasem pamiętać, że zasadność tych pojęć jest zrozumiała dla każdego człowieka dobrej woli i wsłuchanego w głos swojego sumienia – jako takie nie wymagają one rozwinięcia i ciągłego uzasadniania.” W rozdz. 5.: „Zadanie to [katolików] obejmuje między innymi obronę życia ludzkiego. Jest to szczególnie ważne obecnie, kiedy próbuje się narzucić pogląd, że nie ma żadnych niezmiennych wartości uniwersalnych, prawo powinno być tylko wyrazem woli większości, otwarte na pluralizm światopoglądowy, kulturalny i polityczny. W imię fałszywie pojmowanej tolerancji oczekuje się, wręcz – żąda od katolików, aby zrezygnowali z wnoszenia do życia społeczno-politycznego tego, co zgodnie z wiarą uznają za prawdziwe i słuszne.”

Czy pojęcia takie, jak godność, życie, zdrowia i  człowieczeństwo były tak samo rozumiane w starożytnej Grecji, starożytnym Rzymie (także w czasie, kiedy rodziło się chrześcijaństwo), średniowieczu, renesansie i td.? Czy „godność”, „życie” i „zdrowie” w okresie feudalizmu znaczyło dla Kościoła tyle samo w odniesieniu do magnata i szlachcica, jak do chłopa? Czy palone seryjnie na stosach Inkwizycji czarownice to byli ludzie płci żeńskiej czy kosmitki? Jaką godnością, z punktu widzenia Kościoła, „dysponował” uczony Giordano Bruno spalony na stosie w 1601 r.? A jaką ateista Kazimierz Łyszczyński, któremu kat ściął głowę na Rynku Starego Miasta w Warszawie  30 marca 1689 roku?  Czy masowo mordowani przez konkwistadorów Indianie, mordowani z namaszczenia Kościoła, „ważyli” moralnie tyle samo, co ich mordercy? I czyż nie mieliśmy w tym wypadku z aktami ludobójstwa? Czyż nie jest tak, że świat zawsze był otwarty na  „na pluralizm światopoglądowy, kulturalny i polityczny”, a prawo zmieniało się na przestrzeni wieków (r. 5.). Czy zatem można ironizować na temat takich pojęć jak demokracja i tolerancja, co czyni się w tymże rozdziale dokumentu? Nie miejsce tu, aby przypominać wyświechtane frazesy na temat demokracji. Co do mnie, wolę żyć w demokracji, nawet niedoskonałej, aniżeli w państwie wyznaniowym. Tymczasem autorzy dokumentu budząc upiory inkwizycji, pragną osadzić Polaków w jakimś nowym średniowieczu.

Wypowiadający się w analizowanych sprawach hierarchowie i duchowni, łatwo zauważyć, obficie korzystają z mądrości zawartych w sporządzonej dla nich i zaznajomionych ze sztuką czytania wiernych. Można ubolewać, że transmitują je w postaci listów pasterskich lub z ambon językiem nieporadnym i kalekim. Może zresztą i w ten sposób wyraża się „wielowiekowa mądrość Kościoła”, że do bożego ludu należy przemawiać językiem infantylnym, stereotypowym i fałszywym? W każdym razie, jeśli oficjalny dokument manipuluje Prawdą, to i oni manipulują. Bądź po prostu kłamią.

Szeregowi rycerze fundamentalistycznej krucjaty

Trudno mi powiedzieć, czy istnieją jakieś obiektywne badania socjologiczne na ten temat szeregowych rycerzy („ludzików”) prawd fundamentalistycznych , byłby to zapewne frapujący materiał. Ale zapewne rekrutują się oni ze środowisk „moherowych”, słuchaczy Radia „Maryja”, są to także reprezentanci różnej maści narodowców, zapewne liczni emeryci, ci szczególnie, dla których kontakt z Kościołem jest jedynym bezpiecznym sposobem spędzania wolnego czasu, uczestnicy rozmaitych pielgrzymek, ale pewnie też młodzi ludzie ze środowisk „oazowych”, „różańcowych”, admiratorzy ślubowania czystości przedmałżeńskiej, reprezentanci różnych katolickich stowarzyszeń w rodzaju „Civitas Christiana” i in., zwolennicy „zakazów pedałowania” i kalendarzyka małżeńskiego, przeciwnicy „tęczy”, LGBT, gender, edukacji seksualnej w szkołach, feminizmu, in vitro, praw kobiet, konwencji przeciw przemocy i td. Można domniemywać, że rzesze wykonawców jednoznacznych przekazów płynących z góry stanowią na ogół ludzie dysponujący raczej nadmiarem czasu wolnego, w większości w średnim wieku lub starsi. Niewątpliwie nie są to typowi przedstawiciele klasy średniej, trudno jednak powiedzieć, jaki jest dokładnie ich status społeczny, poziom wykształcenia. Można domniemywać, że dominują tu osoby słabiej wykształcone, które do religii i osobistej wiary podchodzą na ogół bez dystansu (uwarunkowanego głębszą refleksją), o skłonności do bigoterii, osoby zdeterminowane silnym poczuciem eskapizmu, wynikającym z lęków, strachu, rozmaitych frustracji, jakby powiedział G. W. Allport – „osobowości infantylne i neurotyczne”, na które wpływa „religijność z drugiej ręki, autorytarna i niedojrzała” („Osobowość i religia”, Warszawa 1988, s. 88). Można przyjąć, że większość z nich nie zna takich pojęć jak „fundamentalizm” i „integryzm”. Z perspektywy ideologów fundamentalizmu istotne jest to, że są jednostki wybitnie „zewnątrz sterowne” (pytani przez reporterów radiowych lub telewizyjnych, po co przyszli pod teatr, w którym czyta się „Golgota Picknic”, lub dlaczego modlą się zbiorowo pod tęczą na pl. Zbawiciela, nie potrafią zracjonalizować swoich działań, bełkocą stereotypami, niechybnie kojarząc się z bohaterami satyry pt. „Mieszkańcy” Juliana Tuwima). Jednak przecież znajdą się wśród nich także szeregowi lekarze, prokuratorzy, sędziowie, spora grupa nauczycieli i dyrektorów szkół (na przykład ci, którzy w regulaminie stołówki szkolnej na pierwszym miejscu umieszczają modlitwę przed posiłkiem, którzy kierują placówkami oblepionymi propagandą i kiczem kościelnym).

Zwyczajni ludzie, których są w Polsce setki tysięcy, o ile nie miliony, a w tym słuchacze Radia Maryja, kibole i narodowcy, na ogół nie wdają się w jakieś subtelne filozoficzne czy historyczne rozważania. W swoich opiniach lub działaniach pozostają często na gruncie fundamentalizmu czy integryzmu, bądź nieświadomie na grunt ten wchodzą, nie znając na ogół tych pojęć i ich znaczenia. Watahy niegdysiejszych konkwistadorów i rycerzy św. inkwizycji, „nawracając” Indian i walcząc z heretykami, zapewne też nie kierowały się subtelnymi przesłankami teologicznymi.  Z perspektywy ideologów fundamentalizmu stanowią posłuszną, „zewnątrz sterowną” masę, spośród której rekrutują się potencjalni wykonawcy pewnych działań typu: ataki na „Golgota Piknic” lub na „zboczone”, „kalające sumienie chrześcijańskie dzieło sztuki” w tej czy inne galerii czy zgromadzenia przy tęczy na placu Zbawiciela i wspólne mamrotanie godzinek przeciw dziełu szatana.

Wpływać na tych ludzi, zjednywać ich wokół idei można przede wszystkim implantując do ich świadomości stereotypową, bardzo uproszczoną wizję świata, dzięki której stają się oni „rycerzami Niepokalanej”, „obrońcami życia”, „obrońcami Biblii”. Walcząc z dziećmi diabła, Nergalami, Dodami i maleńczukami, „ateistami”, wkradają się w swoim mniemaniu w łaskę pana Boga. Oni to, przesyłając sumiennie datki, zbudowali potęgę medialną, architektoniczną i termalną ojca Rydzyka, Świątynię Opatrzności Bożej, Bazylikę Najświętszej Maryi Panny Licheńskiej i in. Oni przecież nie zaprzątają sobie głowy „prawem naturalnym”, oni bronią nie tyle religii, katolicyzmu, co polskiej wiary, kościoła polskiego i jego praw, wykonują to, co ksiądz czy biskup każe. Swój „fundamentalistyczny” światopogląd zawdzięczają kazaniom wielu kościelnych ideologów, wszelakim pisemkom i broszurom katolickim, określonej propagandzie płynącej z ponad czterdziestu rozgłośni kościelnych czy telewizji „Trwam”. A często, niestety, także „autorytetom” reprezentującym instytucje (niby) świeckie w ich środowisku: radnym , wójtom, sołtysom, burmistrzom, dyrektorom szkół, nauczycielom.

Cele fundamentalistów

Nie da się ukryć, że opinie fundamentalistów na temat wszystkich wzmiankowanych wyżej kontrowersyjnych zagadnień są opiniami ludzi, którzy chcą uczynić z Polski synonim zapyziałego europejskiego zaścianka i ciemnogrodu. A z Polaków naród potulnych religijnych kołtunów. Dlaczego? Najkrótsza odpowiedź mogłaby brzmieć: dlatego, że w takim kraju i z takim społeczeństwem pozycja i władza Kościoła byłaby niepodważalna. Kościół stałby się istnym suwerenem. Panem dusz i ciał. Znamy aż nadto dobrze ten rodzaj rządów, który polega na wskazywaniu iluzorycznych wrogów i podżeganiu tłumów od boju. Z przeciwnikami, ludźmi myślącymi niezależnie, stosunkowo łatwo w takim systemie można (by) zrobić porządek. Już wspominałem, że Kościół w Polsce w ciągu ostatnich ponad dwóch dekad absolutnie nie przystosował się do funkcjonowania w systemie demokracji, szczególnie demokracji liberalnej. Hierarchiczna, autokratyczna struktura Kościoła w państwie demokratycznym wyraźnie trzeszczy, ale nie chce pęknąć i poddać się reformie. Nasi hierarchowie ciągle się boją duchów II soboru watykańskiego. Wielki Kościelny Pimko ma mentalność wiejskiego proboszcza z ubiegłych wieków, lecz nie jest to bynajmniej ksiądz z „Pamiętnika wiejskiego proboszcza” G. Bernanosa, a nawet nie proboszcz z serialu „Plebania”, lecz bardziej proboszcz z „Chłopów” Reymonta. Pewne wzory wskazują, że z taką mentalnością można skądinąd zrobić wielką karierę i nasi hierarchowie dobrze o tym wiedzą.

Oczywiście przyczyny, z jakich hierarchowie wypowiadają się publicznie tak, jak się wypowiadają, są bardziej złożone, a do najbardziej istotnych należą, wyraźmy to w miarę elegancko, mentalność o nastawieniu przedpoborowym, ujmowanie rzeczywistości przez pryzmat stereotypów i autostereotypów (te ostatnie dotyczą oczywiście samej instytucji Kościoła w Polsce, jego „tradycyjnej” roli, swoistego dogmatu „nieomylności)  i liczne braki intelektualne. Ale nade wszystko Kościół nie dorósł do prowadzenia swojej misji w warunkach państwa demokratycznego. Okres zaborów i (po krótkiej pauzie 20-lecia oraz tragedii II wojny światowej) okres PRL sprawiły, że Kościół, co jest skądinąd zrozumiałe, orientował swoją misję społeczną w pierwszym rzędzie pod kątem konkretnych wrogów (zaborcy, komunizm). Umocnił w sposób nieznany w świecie swoje znaczenie w społeczeństwie. W okresie PRL nie istniały kwestie typu in vitro czy związki partnerskie, ale istniała aprobowana przez władze wolność aborcji i dokonywano setki tysięcy aborcji, sukcesywnie do apteczek Polek i Polaków trafiały prezerwatywy i środki antykoncepcyjne, coraz więcej związków żyło, mówiąc ówczesnym językiem, „na kocią łapę”, wzrastała liczba rozwodów, partyjni chrzcili po cichu swoje dzieci, ba, brali w tajemnicy śluby kościelne, a Kościół bynajmniej nie prowadził z ambony fundamentalistycznej kampanii moralnej. Po 1989 roku Kościołowi w Polsce ostały się wypracowane metody walki z wrogiem, ale okazało się, że brakuje wroga. Więc wroga/wrogów znaleziono, podług zasady „szukajcie, a znajdziecie”. Tak naprawdę jednak, wrogiem stało się Państwo, zwłaszcza w sytuacji, gdy to Państwo jest i działa w Unii Europejskiej, gdy ratyfikuje i respektuje zasady i dokumenty wypracowane w Unii.

Jest jakaś nadzieja w tym, że „niedostatki” i intelektualne oraz moralne „ułomności” nie dotyczą wszystkich hierarchów i wszystkich duchownych, powoli, bo powoli zaczynają się przebijać do opinii publicznej głosy ludzi Kościoła o nastawieniu bardziej liberalnym, młodszych, otwartych na nowoczesność w Kościele.

Michel de Montaigne pisał: „Gdyby kłamstwo, podobnie jak prawda, miało tylko jedną twarz, łatwiej dalibyśmy sobie z nim rady; przyjęlibyśmy po prostu za pewnik przeciwieństwo tego, co mówi kłamca, ale odwrotna strona prawdy ma sto tysięcy postaci i nieograniczone pole.” („Próby”, t. I, Warszawa 1985, s. 95.) Póki co, fundamentalizm atakuje. Metodą raczkowania, metodą małych kroków. Im więcej ubywa Kościołowi wiernych (w ostatniej dekadzie dwa miliony osób), tym bardziej nasilają się naciski integrystów na Państwo. Czy grozi nam przemiana ustrojowa i uczynienie z Polski państwa de facto wyznaniowego? Nie jest to, zważywszy na tendencje we współczesnym świecie, i pomimo odwracania się wiernych od Kościoła, niemożliwe. Siedmioletnie rządy PO w zasadzie ani o krok nie posunęły się w kierunku znormalizowania stosunków między Państwem a Kościołem, przywrócenia takich relacji między nimi, aby przynajmniej przestrzegane były zapisu konkordatu. Rządy PO, po rządach PiS i wcześniej SLD, to lata kolejnych wyraźnych – i niepokojących zwolenników Polski jako państwa świeckiego – ustępstw wobec Kościoła. Ewentualna zmiana politycznej warty, zwycięstwo PiS w przyszłorocznych wyborach, może oznaczać realną porażkę demokracji w Polsce.

Przypowieść na koniec

Żyli sobie osiołek i oślica. Osiołek nosił piękne imię Napoleon, oślicę zwano Antosią, choć zwać się powinna Józefina, bo miała takiż przymiot, co ona. Osiołek Napoleon zakochał się w oślicy Antosi i nie mógł bez niej żyć, i smutniał wyraźnie, gdy nie miał oślicy Antosi przy sobie. Azaliż prawdą jest, że zakochany osiołek Napoleon niepospolicie jurnym był zwierzątkiem i niezwyczajnie często molestował seksualnie swoją ukochaną, a czynił to publicznie, aczkolwiek na wybiegu ZOO w Poznaniu. Żyła wtedy w Poznaniu, grodzie zacnym i wielce moralnym, pewna niewiasta, która córeczkę nieletnią miała, z którą w ZOO czas często spędzała, bo o mężu niewiasty i tym, co między nimi, Pismo skroomnie milczy. I zdarzyło się onegdaj, że osiołek Napoleon zarzucił oślicy Antosi przednie nogi na barki i szyję i swoim przodem na jej zad napierać począł i trwał w tej pozycji, a trwał, a było to dziwne zaiste widowisko. Niewiasta i jej córeczka natychmiast odwróciły ze zgorszenia oczy od nieprzystojnej pary i uciekły. Nadzwyczaj szczęśliwym trafem niewiasta natrafiła na radną miejską i posła na Sejm z zacnego grodu Poznania, który niejedno już w życiu widział, nawet słonia, który był gejem w mieście Łodzi. Spolegliwy ten z PiS-u duet rajcowsko-poselski natychmiast udał się do ZOO i zgodnie dyrektora ewangelizować począł, a ten, na widok posła, natychmiast osła z wybiegu usunął i w ciemnicy zamknął, by nadobna niewiasta z córeczką mogły się zwierzątkom przyglądać bez uszczerbku na zdrowiu.

Pobłogosław im, Panie, i spraw, aby nigdy nie natrafiły na uprawiających seks wiewiórkę i wiewióra.

I chroń mnie, Panie, chroń mnie przed faryzeizmem. Pora najwyższa udać mi się na wieczną emigrację do nieskończonego bezkresu.

Michał Waliński

27 września 2014 roku

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kośćiół a państwo, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Fundamentalizm po polsku. Pełzająca quasi-rewolucja

  1. Pingback: Jeszcze a propos fundamentalizmu | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

  2. Stefan Kubów pisze:

    Skopiowałem Twój wpois na mój profil na Fb i przybywa Ci czytelników

    Polubienie

  3. Pingback: Hartman, Fuszara, kazirodztwo, Nergal i tak dalej… (Kroniki skundlonych obyczajów, XX) | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s