Minister J. Kluzik-Rostkowska – kroki we właściwym kierunku

Wiele miejsca poświęciłem na tym blogu problemom edukacji, oświaty, szkoły polskiej, uczniom i …MEN. Podtytuł strony zobowiązuje. W swoich dywagacjach niejednokrotnie odwoływałem się do osobistych, niespełna czterdziestoletnich doświadczeń pedagogicznych. Choroba niespodziewanie „wyrwała” mnie z zawodu, gdyby nie ten „incydent”, pewnie pracowałbym do dzisiaj. Niewątpliwie w tym moim pisaniu dochodziły do głosu także pewne emocje będące skutkiem niezaplanowanego rozstania z gąbką i kredą, której zresztą w praktyce rzadko używałem. Być może ujawniło się w nich także coś, co można by nazwać syndromem odrzucenia: otóż pewien typ nauczycieli, którzy ze względu na takie czy inne okoliczności musieli się rozstać ze szkołą, czuje się mniej więcej tak jak mężczyzna porzucony przez kochankę/mąż zdradzony przez żonę. W każdym razie nie jeden raz traktowałem o bolączkach i problemach, których doświadczałem na własnej skórze.

W tzw. międzyczasie, od 2009/10 roku, zmieniały się panie zawiadujące resortem edukacji. Minister Joanna Kluzik-Rostkowska jest już trzecią z kolei. Od początków mojej obecności w zawodzie tych ministrów było pewnie kilkudziesięciu.

W poście z 12 września 2013 roku pisałem:
Kilkanaście lat temu wymyślono rzecz horrendalnie głupią uznając, że niemal każdy młody Polak musi mieć maturę. Run na licea (w tym tak poroniony twór jak „liceum zawodowe”) doprowadził do upadku bardzo dobrze funkcjonujące w okresie PRL szkolnictwo zawodowe. Dzisiaj mamy do czynienia ze wzrastającą w postępie geometrycznym popularnością tego szkolnictwa, tyle że brakuje szkół zawodowych, a jeszcze większym problemem jest brak kompetentnych nauczycieli specjalistów, którzy odeszli z zawodu. Pewnym historycznym paradoksem jest fakt, iż dzisiaj to Niemcy organizują nam „zawodówki”, szukając za swoją granicą wysoko wykwalifikowanych i dobrze opłacanych robotników do swoich przedsiębiorstw. https://michalwalinski.wordpress.com/2013/09/12/szkola-polska-ofiara-pemanentnych-reformaty/

Przyglądam się od paru lat podejściu do odrabiania lekcji piątoklasistce (obecnie), od niemal trzech lat, łącznie z zerówką, obserwuję poczynania drugoklasisty. Oboje mają, że się tak wyrażę, umysły otwarte i do szkoły poszły z ogromną porcją posiadanej już wiedzy o świecie (czasem niebywale wyspecjalizowanej) i umiejętności. Po początkowej fascynacji nowymi podręcznikami przychodzi moment, kiedy te schematyczne i jałowe zadania odrabia się coraz bardziej niechętnie, dzieci nie kryją, że jest to dla nich po prostu nudne i wolą czytać „swoje” książki, szperać w Internecie lub bawić się łamigłówkami z Lego, niepomne, że przed Lego ostrzegają, jak przed diabłem, pewne środowiska katolickie. W dodatku, jeśli np. dziecko jest uczone mnożenia i ćwiczenie przewiduje: 1*1=1, 1*2=2,1*3=3,1*4=4, to dziecku nie wolno napisać 2*1=2 lub 3*1=3. Za „samowolę” otrzymuje od pani …minus. Tak ma być jak w schemacie, i basta, podobno schemat ułatwia naukę mnożenia dzieciom „słabszym”. Jak nie dojedziemy do 1*10=10, to nie wolno pytać o 3*5, bo to podobno wprowadza chaos do umysłów dzieci. Kiedy dziecko ma pomnożyć dwie myszki przez cztery dziurki w serku, to nie może rysować i mnożyć dwóch kaftaników przez cztery serduszka, bo wynik może być, nie daj bóg, inny. Zamiast wyzwalać kreatywność, owe różne „domowniczki” nużą, otępiają i zniechęcają.

W innym, z 23 kwietnia br.:
Na początku było nie tyle słowo, ile od zawsze na progu edukacji były chętne i otwarte na świat dzieciaki. Nie ma maluchów nieutalentowanych muzycznie, plastycznie, matematycznie, sportowo czy w inny jeszcze sposób. Potem jednak nieuchronnie przychodzi moment, kiedy owe dzieciaki zniechęcają się do szkoły, a talenty „przeciętnieją”, równają w dół. Czasem powodem są (z punktu widzenia dorosłych) drobiazgi. Dziecko dostaje raz po raz „minus W” , bo pisze 2*4 zamiast (jak pani kazała) 4*2. I ten minus – jeden, drugi, trzeci – przy „W” je bardzo, ale to bardzo boli. Dlatego niewątpliwie wiele zależy od inwencji nauczycieli najmłodszych (i nie tylko najmłodszych) klas. Zgadzam się, że powinni działać wedle własnych programów autorskich, tak skonstruowanych, aby docierać do wszystkich dzieci i każdego dziecka z osobna, rozpoznawać rodzaj uzdolnień i stwarzać do ich rozwoju odpowiednie warunki. Nauczanie w klasach początkowych wymaga szczególnej odpowiedzialności. Nauczanie – ex definitione – nie jest zajęciem „wygodnym”.

Niejednokrotnie też wypowiadałem się na temat biurokratycznych absurdów nękających polską szkołę:
Ambicją każdego nowego ministra/ministry jest modyfikacja prawa „zastanego”, pozostawienie po sobie śladu w postaci nowych, „genialnych” w teorii, często absurdalnych w praktyce pomysłów. Pasja reformatorska urzędników ministerialnych wyraża się w wielu wypadkach propozycją (nie do odrzucenia dla szkół) zastąpienia w konkretnych dokumentach jednego, dosłownie jednego słowa innym słowem lub dotychczas obowiązkowego miejsca wpisu w dzienniku lekcyjnym czy na świadectwie szkolnym innym obowiązkowym miejscem (rubryczką). „Rozkład nauczania” zastępuje się „planem nauczania”, „poziomy wymagań edukacyjnych na poszczególne stopnie szkolne” „planami wynikowymi” lub odwrotnie, grunt żeby wszystko było „wystandardyzowane”. Czasem nadzwyczaj ważna zmiana polega na ustaleniu, w jakim miejscu dziennika lub arkusza ocen będzie można zrobić kreskę „od dnia1września” (początek nowego roku biurokratycznego w szkołach), a w jakim jest to absolutnie niedopuszczalne. W konsekwencji najwyżej cenione w wielu polskich szkołach kompetencje nauczycieli dotyczą właśnie dokumentacji, wzorowego jej prowadzenia, od dziennika klasowego poczynając. Wybitny nauczyciel to nauczyciel, który bezbłędnie prowadzi ogromne biuro i proponuje nowe, „innowacyjne” …rozwiązania biurokratyczne. Sfera dokumentów jednak to także źródło potencjalnych „haków” na krnąbrnych nauczycieli. Wedle przysłowia: „Pokaż mi swój dziennik klasowy, a ja ci udowodnię, że jesteś złym nauczycielem.”

W tym kontekście komuś z zewnątrz, spoza „systemu”, nadgorliwość wyrażająca się w nieobligatoryjnym tworzeniu przez dyrektorów i konkretne placówki edukacyjne biurokratycznej „wartości dodanej” może wydać się zjawiskiem bardziej niż patologicznym. Jak najbardziej słusznie. Ogólnie, każdy dokument implikowany przez polskie prawo oświatowe i ministerstwo ma pełnić określoną szlachetną funkcję, która sprowadza się do rozmaitych aspektów procesu dydaktyczno-wychowawczego. Jednakowoż, gdy się przyjrzeć temu pod pewnym kątem, zauważymy, że cały ogromny zbiór przepisów określanych mianem prawa szkolnego ma charakter „nakazowo-dyrektywno-represyjny”, a ponadto „asekuracyjny”. Pod tym względem współczesny system bije na głowę wymogi poprzedniego ustroju obowiązującego w Polsce. Ponadto, wiele przepisów w jakimś stopniu się dubluje, najbardziej dokuczliwym problemem, co już dotyczy prawa w Polsce w ogóle, są tzw. przepisy wykonawcze. Są ustawy, często marnej jakości, nie ma przepisów wykonawczych. Gdy się pojawią, nie zawsze „pasują” do ustawy. Posłowie nadzwyczaj często zapominają, co konkretnie ustanawiają, bądźmy jednak miłosierni, mają na głowach sprawy ważniejsze niż spójne i wiarygodne prawo. Często odnoszę wrażenie, że bałagan, chaos w polskim prawodawstwie niekoniecznie wynika z faktu, że mamy posłów i urzędników głupszych niż inne narody, ale jest zabiegiem celowym: tam, gdzie prawo jest niejasne, władze mają zawsze większe „pole manewru”.

Summa summarum, w szkolnictwie polskim, od podstawówki po szkoły średnie i pomaturalne, obowiązuje zasada totalnego braku zaufania. Wszystkich do wszystkich. Dyrekcji do nauczycieli. Nauczycieli do dyrektorów, wicedyrektorów i innych nauczycieli. Wizytatorów do dyrektorów i odwrotnie. Ministrów do własnych urzędników i do szkół. Szkół do ministrów i urzędników. Rodziców do nauczycieli, dyrekcji i ministerstwa. Nauczycieli do rodziców. I, co najsmutniejsze, uczniów do nauczycieli, a nauczycieli do uczniów. (Tylko uczniowie potrafią jeszcze tworzyć „paczki” kumpelskie, jednak wpajana im od dzieciństwa zasada ostrej rywalizacji niszczy i ten relikt starego folkloru szkolnego.) Im bardziej opasła dokumentacja pozostająca w gestii dyrektora czy „szarego” nauczyciela, im lepiej uporządkowana, tym większe jej zarządca wzbudza zaufanie w oczach przełożonych.

Wielokrotnie poruszałem kwestie związane z nauczaniem religii i etyki w szkołach, np. 19 września 2013 roku:
Problem etyki w szkole polskiej to nieustający impas. Na zarzut nieprzestrzegania norm unijnych odpowiada się najczęściej, że brak kadr do jej nauczania. Jest to, jakby powiedział ks. Tischner, „g”-óralska prawda. Jest w Polsce mnóstwo absolwentów filozofii z przygotowaniem pedagogicznym, którzy bezskutecznie poszukują pracy, także w szkołach. W ostatnich kilkunastu latach cała rzesza nauczycieli różnych specjalności (także „ścisłowców”) ukończyła dwu- lub trzyletnie studia podyplomowe z zakresu filozofii i etyki, mają więc uprawnienia do nauczania tych przedmiotów w szkołach potwierdzone stosownym glejtem. Jak więc jest? Są kadry czy ich nie ma?

Są, są. Ale wielu dyrektorom szkół jakoś nie opłaca się – z przyczyn „politycznych”? – „wychylać” z etyką. No bo jak zareaguje kuria, proboszcz, zakon? Zamiatają więc dyplomy swoich nauczycieli pod dywan, zdaje się, że nawet wtedy, gdy nauczycielom z braku godzin grożą zwolnienia. Ale jest i inna prawda. Wielu nauczycieli porobiło studia podyplomowe z jednego prostego powodu: dla awansu zawodowego. Bo tak w ogóle nigdy nie byli zainteresowani nauczaniem filozofii i etyki w szkole. Nie walczyli o nie. Dzisiaj może i by chcieli, ale niż demograficzny robi swoje.

W obu przypadkach mamy do czynienia z hipokryzją najwyższej próby. Z pozorowaniem. Z udawaniem. Z obłudą. Z moralnością Kalego. Kali być dobry, bo Kali mieć w szkole nauczycieli etyki lub Kali chcieć ich zatrudnić, ale uczniowie nie chcieć chodzić na etykę albo nauczyciele z przygotowaniem nie chcieć dać się Kali zatrudnić. Kali naprawdę być dobry, Kali chcieć dobrze dla władzy, a nawet Kali chcieć więcej dla Kościoła.
Jak tu nie współczuć Kalemu? Co jednak z dziećmi, uczniami? Chłoną wartości z krynicy hipokryzji i obłudy, bo wszakże dyrektor czy nauczyciel jest jakimś wzorem. No i uczą się pewnych postaw życiowych i światopoglądowych z ciągle obowiązkowej w klasie piątej lektury, jaką jest „W pustyni i w puszczy”.
Jeszcze bardziej niebywałym zjawiskiem w podejściu do kwestii nauczania religii i etyki w szkołach jest hipokryzja w wydaniu MEN i kuratoriów. Chciałbym zresztą zapytać, na jakiej zasadzie prawo szkolne sankcjonuje od lat „konia trojańskiego” w szkołach, w którym pomieścili się ksiądz, zakonnica lub świecka katechetka? Opłacani przez państwo, z pieniędzy podatników? Zwolnieni praktycznie ze wszystkich obowiązków szkolnych, obligatoryjnych dla „zwykłego” nauczyciela? Jako nauczyciele w jakimś sensie bezkarni, bo nietykalni? Właściciele konia domagają się coraz głośniej obowiązkowej religii na maturze. Niebawem zapewne, wzorem lat międzywojennych, nauczyciele zostaną zobligowani do uczęszczania z młodzieżą na nabożeństwa w niedziele i święta, dzień w szkole polskiej będzie się zaczynał od mszy lub przynajmniej od zbiorowego odśpiewania kilku nabożnych pieśni.

Państwo przegrywa w Strasburgu skargi dotyczące dyskryminacji etyki w szkole składane przez rodziców i uczniów. Chodzi o brak możliwości wyboru etyki w większości polskich szkół, o kwestie oceny na świadectwie. Wszakże nawet kard. Nycz powiedział, że jeśli uczeń nie chodzi na religię, to powinien chodzić na etykę, nie powinno być tak, że nie chodzi na żaden z tych przedmiotów. Państwo przez lata nie odpowiada na zapytania w tej kwestii słane przez RPO. Nie reaguje się lub reaguje obłudnie na zażalenia Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Czyż nie obłudne, wykrętne były reakcje władz oświatowych (kuratorium, MEN) na skargi dotyczące regulaminu …stołówki w największej szkole podstawowej w Lublinie, gdzie w pierwszym punkcie figuruje zapis: „Pamiętam o modlitwie przed i po jedzeniu”?

Powtórzę raz jeszcze: nie jest prawdą, że brakuje kadr nauczycielskich przygotowanych do nauczania etyki i filozofii. Zajęcia te stosunkowo łatwo zorganizować. Kosztują one ułamek tego, co państwo wkłada w nauczanie religii, pensje katechetów, chociaż w przyszłości prawdopodobnie zmienią się proporcje. Kontrowersje wokół nauczania tych przedmiotów są w głównej mierze spowodowane hipokryzją władz państwowych, wynikają z absurdalnie układających się w Polsce relacji między państwem świeckim („świeckim”?) a Kościołem. Są jeszcze jednym dowodem degrengolady prawa w III RP. I łamania zasad demokracji, jej „doraźnego”, utylitarnego traktowania.

Warto może zwrócić uwagę, że w cyklu trzyletnim w gimnazjum lub szkole średniej religia (i etyka, tam, gdzie się ją prowadzi) należy do przedmiotów o największej liczbie godzin. Przy tych godzinowych potęgach fizyka, chemia, biologia to „pikusie”. Także i z tego powodu jestem za obowiązkowym wprowadzeniem, w miejsce religii i etyki, filozofii w szkołach. Niekoniecznie w tak wysokim wymiarze godzinowym, część tych godzin można przeznaczyć na choćby wspomniane przedmioty.

Jestem głęboko przekonany, że gdyby nie pewne „przywary” (mentalnościowe, kulturowe i intelektualne) nękające sporą część środowisk nauczycielskich, gdyby nie, jakby wrodzona w wypadku nauczycieli, umiejętność nieumiejętności mądrej koleżeńskiej współpracy, gdyby nie nieznajomość pojęcia solidarności zawodowej, gdyby nie jakiś zatrważający, Pimką i Bladaczką podszyty, konserwatyzm myślowy, szkoły w Polsce już dawno wywalczyłyby możliwość nauczania filozofii we wszystkich klasach. Już dawno temu nauczyciele gremialnie by powiedzieli: dosyć pseudoreform w szkołach. Być może nie doszłoby do wprowadzenia religii do szkół, zresztą z korzyścią dla życia parafialnego, bo wyjście religii z kościelnych sal katechetycznych zniszczyło pewien nadzwyczaj pożyteczny typ więzi społecznych. Może na ulicach i stadionach mniej byłoby „kibolstwa”? Może nawet dałoby się przeforsować zmniejszenie liczebności klas i obronić w czasach niżu demograficznego trochę miejsc pracy dla nauczycieli. Ergo: gdyby środowiska te odnalazły odpowiednie motywacje, może potrafiłyby bronić polską szkołę przed destrukcją.

Tymczasem możemy przeczytać, że w jakiejś poznańskiej szkole dyrekcja zabroniła dzieciom przynoszenia do szkoły gadżetów z Hello Kitty, kucykami Little Pony i bohaterkami Monster High. W trosce o dusze dzieci. „W związku z mroczną scenerią i praktykami okultystycznymi.”
Oj, przydałby się jakiś świecki egzorcysta, który przewietrzyłby głowy wielu dyrektorów szkół i urzędników MEN. I uwolnił ich dusze od nękających je demonów.

Ubolewałem także nad brakiem edukacji seksualnej w szkołach:

Ewidentnym nadużyciem są padające ze strony środowisk kościelno-prawicowych argumenty typu, że wprowadzając edukację seksualną, szkoła miałaby jakoby uczyć dzieci seksu, „seksualizować” je. Mądry edukator raczej wskaże na opinię prof. Lwa Starowicza: „Jednym z elementów pełnego rozwoju psychoseksualnego jest integracja seksu z osobowością młodego człowieka i to jest długotrwały proces. To zrozumiałe, że jeśli młody mężczyzna wcześnie rozpoczyna życie seksualne, to nigdy może nie dojść do tej integracji.”

Jest oczywiste, że wiedza o seksualności człowieka przekazywana na zajęciach w szkole nie może mieć nic wspólnego z „seksualizacją”. Powinna pomóc młodym ludziom w rozwiązywaniu licznych problemów związanych z procesem dojrzewania. Dawać wiarygodną informację, gdzie, u jakich specjalistów i w jakich instytucjach szukać pomocy czy porady w określonych konkretnych przypadkach. Wypicie szklanki zimnej wody po stosunku niekoniecznie musi uchronić przed ciążą, pójcie do spowiedzi być może odciąży w jakimś stopniu sumienie, ale nie rozwiąże problemu. Być może należy w tym miejscu wspomnieć o zatrważającej statystyce samobójstw wśród coraz młodszych dzieci.
Pozostaje kwestia przygotowania odpowiedniej kadry, która będzie w stanie stawić czoła wymogom, np. poprzez podyplomowe studia nauczycielskie.
https://michalwalinski.wordpress.com/2013/12/15/protestuje-przeciw-dalszej-segregacji-uczniow/

                                                                                              ***
Chyba każdy w sobie cień próżności nosi, niemniej nie jestem aż takim megalomanem i nie jestem aż tak naiwny, aby przypuszczać, że mojego bloga czyta sama Pani Minister Edukacji. Mam jednak pewnego rodzaju satysfakcję, kiedy czytam wywiad z Panią Minister, w którym mówi ona o swoich planach na bieżący rok szkolny. Publikacja ma znamienny tytuł: „Chcę odrodzić zawodówki”.http://wyborcza.pl/1,75478,16548013,Chce_odrodzic_zawodowki.html

Tak, to krok we właściwym kierunku. Trwający od dwudziestu pięciu lat run na matury i studia wyższe nie ma żadnego uzasadnienia. Życiowego, społecznego, ekonomicznego. Dla znacznej części młodzieży cele typu matura i studia wyższe oznaczają dzisiaj właściwie drogę donikąd. W najlepszym razie, patrząc przez pryzmat aspiracji życiowych, jest to droga na emigrację. Nader często jednak jej wybór oznacza wegetację w dorosłym życiu. Nie wszyscy młodzi ludzie muszą mieć maturę, nie mówiąc już o dyplomie wyższej uczelni. Pominę fakt, że dla sporej grupy ta ścieżka edukacyjna jest za wysoka. Oczywiście, w Polsce, mając zerowe predyspozycje intelektualne i osobowościowe, można ową ścieżkę z niejakim „powodzeniem” zaliczyć: matura zdana na 30%, czasem w którymś z kolei podejściu, „studia” odbyte w podrzędnej prowincjonalnej „uczelni”, płatne, rzecz jasna. Później – ogromne rozczarowanie. Co dalej? Co mam ze sobą zrobić? Czy zatem, zamiast tracić bezproduktywnie i bezpowrotnie kilka lat życia, nie lepiej byłoby mieć przyzwoity fach w ręku? I przyzwoitą, dobrze płatną pracę w zasięgu ręki? Kto dysponuje większym poczuciem własnej wartości i godności: młody człowiek, posiadający niewiele wart dyplom „wyższej uczelni” i zero kompetencji zawodowych, z zerowym kontem pozytywnych odpowiedzi od firm i instytucji, do których setkami rozsyła nieudolnie sporządzone CV, czy młody człowiek solidnie i fachowo przygotowany do pracy w usługach, rzemiośle lub wielu działach gospodarki? Po zwykłej zawodówce lub po technikum? Kto ma większe szanse na dobry życiowy start? Nie przekona mnie argument, że w Polsce nie ma pracy. Każdy czy prawie każdy ma świadomość, jak trudno jest w Polsce znaleźć porządnego kafejkarza, hydraulika, szewca, masarza, murarza, krawca, speca od sprzętu elektronicznego, wind lub klimatyzacji, fachowego i uczciwego pracownika warsztatu samochodowego, warsztatu rowerowego (Polska staje się krajem rowerzystów), jak niekompetentna i niefachowa jest obsługa w wielu sklepach i marketach, w pociągach, tramwajach czy autobusach etc.

Lansując przez dwadzieścia pięć niemal wyłącznie lat licea (w tym licea …zawodowe, które okazały się największym nieporozumieniem), rozbudowując absolutnie ponad stan system szkolnictwa wyższego, wyrządzono krzywdę wielu rocznikom młodzieży. Tym bardziej że zniszczono poważną część bazy, infrastruktury szkolnictwa zawodowego, które w Polsce miało długą i piękną tradycję.

Dlatego szczerze się cieszę, że minister edukacji J. Kluzik-Rostkowska chce „odrodzić zawodówki”, chce je promować, zdając sobie sprawę z faktu, że trzeba je przystosować do współczesnych potrzeb i wymogów. Bo powstało zapotrzebowanie na szereg nowych, często atrakcyjnych zwodów. Ma rację Pani Minister, gdy mówi, że trzeba „pracować nad prestiżem i poziomem tych szkół”. Pomocą ma być sporządzenie „mapy szkół zawodowych”. Nadzieją na lepszą ich przyszłość napawa fakt, że możliwe jest uzyskanie na te cele funduszy unijnych (np. kształcenie dualne z powodzeniem działające w Niemczech).

W moim głębokim przekonaniu młodzi ludzie chętnie „kupią” propozycje kształcenia zawodowego, o ile będą one przedstawiały się atrakcyjnie i o ile będą mieli świadomość, że państwo inwestuje w tym wypadku nie tylko w uczniów, ale ponosi także jakąś odpowiedzialność za ich przyszłość zawodową. Nie może to być zatem oferta sprowadzająca się do ofiarowania gruszek na wierzbie. Większe problemy będą, tak sądzę, sprawiać rodzice wielu z tych uczniów, w których pojęciu matura, nie mówiąc o dyplomie wyższej uczelni, oznacza wyższy status społeczny. Dlatego – powtórzę to, o czym już pisałem – najpóźniej okres nauki w gimnazjum to czas na umiejętnie prowadzoną preorientację zawodową i wprzęgnięcie do pracy z młodzieżą armii psychologów i pedagogów, których mamy w kraju, lub na emigracji, w nadmiarze. Prawdopodobnie trzeba będzie pracować też z rodzicami, przebudować ich mentalność. Inna rzecz, że młodzi ludzie mają wybitne trudności z samooceną.

Sprawa druga, która mnie ucieszyła: minister edukacji dostrzegła problemy z nauczaniem matematyki w najmłodszych klasach (zerówka, kl. 1-4). Połowie nauczycieli matematyka „leży”, a połowie nie „leży”. Ci z pierwszej połowy są przekonani, że można dzielić przez zero, być może wierzą też, iż Ziemia jest płaska i odrzucają darwinizm. Uczą matematyki według schematów, co stoi w sprzeczności z podstawowymi zasadami myślenia matematycznego. Najczęściej, jako uczniowie, nie lubili matematyki, może bali się jej. Można domniemywać, że to ich „produktem” są ci bardzo liczni absolwenci liceów i techników, którzy nie poradzili sobie w tym roku, i w ubiegłych latach, z matematyką na maturze. Udowodniono, o czym wspominałem, że niemal każde paroletnie dziecko jest wszechstronnie utalentowane, także matematycznie. Trzeba umieć dotrzeć do jego wyobraźni, wpasować się w procesie edukacji w tę zdolność/zdolności szkraba, która może okazać się predyspozycją. Bałamutne lekcje matematyki mogą uczynić z potencjalnego Hugo Steinhausa kalekę matematyczna na całe życie.

Nie doczytałem się w wywiadzie, jak minister chce sobie z tym problemem poradzić. Mówi o nowej formule „szkoły ćwiczeń”, co przedstawia się dosyć interesująco, wspomina o promowaniu dobrych wzorców (np. szkoły funkcjonujące w ramach Bydgoskiego Bąbla Matematycznego). Nauczycielom niewątpliwie potrzebne jest wsparcie, chociażby finansowe – na ukończenie odpowiednich studiów podyplomowych. Lub na …przekwalifikowanie się.
Na prostą zdaje się wychodzić kontrowersyjne nauczanie religii bądź etyki w szkołach. O ile dobrze rozumiem Panią Minister, dla chętnych, nawet dla jednej osoby, w każdej szkole musi wprowadzone nauczanie etyki. Uczeń może wybrać religię lub etykę bądź zrezygnować z obu przedmiotów. Dyrekcje szkół muszą respektować rozporządzenie, a ewentualne skargi związane z nieprzestrzeganiem prawa należy zgłaszać do kuratoriów. Można zatem liczyć na to, że wszyscy rodzice, zwłaszcza dzieci z najmłodszych klas, będą na zebraniach wrześniowych szczegółowo informowani przez wychowawców na ten temat. Z przyjemnością odnotowałem fakt, że w pewnej podstawówce, którą jestem zainteresowany ze względów rodzinnych, od 1 września br. etyki będą uczyć dwie nauczycielki, z czego jedna dzieci najmłodsze, co pozwoli rozwiązać uciążliwy problem okienek dla uczniów.

Minister Edukacji monitoruje też kwestię zajęć edukacji seksualnej w szkołach. Są już przeprowadzone przez IBE badania jakościowe, do końca roku ukończone zostaną badania ilościowe. Badanie jakościowe „to było 30 spotkań w 10-osobowych grupach, gdzie spotkali się rodzice konserwatywni z liberalnymi. I okazało się, ku zdziwieniu obu stron, że różnic jest między nimi mniej, niż sobie wyobrażali. Napięcia są też mniejsze niż na sali sejmowej.” Uczniowie za to chcą zajęć dostosowanych do ich wieku. J. Kluzik-Rostkowska nie ma wątpliwości, że te zajęcia powinny być dobrowolne. Należy się z tym zgodzić. W kraju pełzającego fundamentalizmu katolickiego dobre i to.

Pani Minister rozpoczyna też walkę z biurokracją w szkole. Zauważa permanentny, trwający od lat proces, o którym wiele razy pisałem na swoich blogach: „Wydawało mi się, jak zaczynałam pracę w MEN, że ta papierologia to nasza wina. Okazało się jednak, że każdy kolejny szczebel administracji – samorządy, kuratoria, dyrektorzy szkół – dokłada swoje. Jak się wczytaliśmy w rozporządzenie to okazało się, że nauczyciele nie musieli tak robić – dyrektorzy zlecali im to „tak na wszelki wypadek”. Aż stało się powszechną praktyką.” Podaje konkretne przykłady zbędnej „papierologii” i chce ulżyć przede wszystkim nauczycielom klas początkowych. Tej kwestii należałoby się bliżej przyjrzeć. „Papierologii”, zgodnie z prawem Parkinsona, przybywa w postępie geometrycznym na kolejnych etapach nauczania (gimnazja, szkoły średnie). Papier (także w wersji komputerowej) wypiera człowieka. Gdyby energię, którą każdy wychowawca i nauczyciel traci w roku na „twórczość” biurokratyczną spożytkować inaczej, a więc przede wszystkim na pracę z uczniem, już po roku, bez zbędnych nakładów finansowych mielibyśmy lepszą jakościowo szkołę.

W swojej wypowiedzi J. Kluzik-Rostkowska poruszyła także kwestie przeprowadzania eksperymentów w szkołach (w tym wypadku przydałby się w Polsce rozbudowany system centrów naukowych typu warszawskiego „Kopernika”, w których i nauczyciele mogliby się czegoś nauczyć), kwestie związane z bezpieczeństwem, jak i namiętnie dyskutowaną w ostatnich miesiącach kwestię darmowego podręcznika. Jego przydatność wykaże praktyka szkolna. W kolejnych latach darmowe podręczniki obejmą starsze klasy podstawówki j klasy gimnazjalne. Z jednej strony, to dobrze, bo inicjatywa ulży kieszeniom rodziców. Z drugiej – nienajlepiej, bo zanosi się na „dyktat” jednego podręcznika, bez możliwości wyboru, w każdej z dziewięciu klas. Czyli, taki mały komunizm.

Widzę w tym wypadku jeszcze jeden problem. Od niepamiętnych lat pod koniec sierpnia i na początku września do księgarń przychodziły na zakup podręczników nieraz całe rodziny z dziećmi. Dla wielu dzieci była to jedyna wizyta w księgarni w roku. Warto w tym miejscu sobie uzmysłowić, czym dla niegdysiejszego inteligenta były często wizyty w dobrych księgarniach. Były to sui generis misteria. Po godzinie, dwóch spędzonych w księgarni na przeglądaniu półek z książkami, pogaduszek z zaprzyjaźnionymi księgarzami i księgarkami, nie wypadało wyjść z księgarni, nie zakupiwszy przynajmniej jednej książki. Tego rodzaju nawyki kształtowały się od dzieciństwa. Mieszkałem w wielu miastach w Polsce. Jako uczeń, student, później dorosły człowiek w każdym mieście na początku próbowałem odnaleźć przynajmniej jedną „swoją” księgarnię i „zaprzyjaźnić” się przynajmniej z jednym księgarzem. Czasem bywało to trudne, jak w łódzkiej księgarni „Pegaz”, lecz udawało się.

Problem brzmi następująco: jak sprawić, żeby w Polsce darmowe podręczniki nie przyczyniły się do realnej plajty większości księgarni? Co robić, aby pojęcie księgarni w świadomości młodszych pokoleń Polaków nie stało się terminem legendowym, mitologicznym? „Wiesz, Jasiu, w dawnych, bardzo dawnych czasach, kiedy książek poszukiwało się jeszcze w księgarniach…” A Jasiu rezolutnie spyta: „A co to jest, tato, księgarnia?”
Nadmienię, że chodzi o państwo, którego obywatele w zdecydowanej większości niczego nie czytają.

Michał Waliński
3 września 2014 roku

Por. też:

https://michalwalinski.wordpress.com/2012/04/30/banalnie-latwe-kilka-niekoniecznie-wylacznie-osobistych-uwag-na-temat-edukacji-w-polsce/

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Minister J. Kluzik-Rostkowska – kroki we właściwym kierunku

  1. Tak, tak było. Ja w podstawówce byłem zazdrosny o kolegów, których „łowcy głów” kaperowali do pracy w kopalniach, wymieniając konkretne sumy.

    Polubienie

  2. Bogna Drozdek pisze:

    Przypomniałeś mi czasy mojego dzieciństwa, kiedy to niekłamanym respektem wsród moich szkolnych koleżanek cieszyły się – wzbudzając tym zazdrość – praktykujące w sklepach uczennice trzyletniej ZSZ, zwanej „handlówką”. Sklepowa ekspedientka to był wówczas prestiżowy zawód. Ech… czy ktoś w to dzisiaj uwierzy?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s