Wszyscy dotujemy hiszpańską piłkę nożną?

Hiszpańskie kluby piłkarskie są zadłużone na 670 milionów euro. Niektórzy mówią o miliardzie. W największym stopniu dotyczy to klubów z niższych klas rozgrywkowych, poczynając od drugiej dywizji. Liczące setki milionów długi Realu czy Barcelony nie robią na nikim wrażenia, te kluby są wypłacalne, podobnie jak na przykład Manchester City w Anglii, bo problem nie dotyczy wyłącznie Hiszpanii, ale wielu nacji, poczynając od ligi włoskiej. W Polsce, można domniemywać, sytuacja jest w miarę klarowna. Rodzime kluby to w porównaniu z hiszpańskimi, włoskimi, niemieckimi lub angielskimi, a nawet rosyjskimi, drobnica finansowa. Zresztą, te  plajtujące stosunkowo szybko są relegowane przez władze PZPN do niższych klas lub karane odjęciem pokaźnej nieraz ilości punktów.

Piłka nożna jest najprawdopodobniej najbardziej popularnym sportem na świecie. Wielkie widowiska piłkarskie angażują jednocześnie setki milionów ludzi na świecie, wliczając widownię telewizyjną czy internetową. Znakomitych drużyn i znakomicie zapowiadających się pojedynków piłkarskich jest tyle, że niemal przez cały rok, co trzy cztery dni, mamy co najwyżej problemy z wyborem meczu do obejrzenia. Tu leci mecz Borussi, tam jednocześnie Bayernu, tu Liverpoolu, a tam Barcelony czy Legii – i bądź tu człowieku mądry, co wybrać. Co dwa lata pasjonujemy się a to mistrzostwami Europy, a to świata, a przecież piłkę południowoamerykańską, ukraińską czy rosyjską także mamy w zasięgu kamer telewizyjnych. Dla setek milionów ludzi na świecie uczestnictwo w widowisku piłkarskim dostarcza przeżyć, które da się porównać z uniesieniami typu religijnego, ba, futbol stał się rodzajem religii, piłka ustala ich roczny kalendarz, dyktuje styl życia, bycia, zachowania, wpływa na świat wartości.  Więcej, nie jest bez wpływu na stan zdrowia wyznawców, zdarzenia na boisku mogą decydować – dosłownie – o czyimś życiu, zdarza się, że magiczny kontakt z idolem poprzez przedmioty z nim związane ma moc uzdrawiającą obłożnie chorych. Nie żartuję bynajmniej, prawdziwy kibic przeżywa nieustannie stan, który można porównać do stanu zakochania. Wydzielające się pod wpływem sportowych emocji potężne dawki dopaminy wprowadzają go w stan euforycznego uzależnienia, a że ilość serotoniny w stanie zakochania wyraźnie opada, nic dziwnego, że nawet znany z trzeźwych komentarzy red. T. Wołek potrafi w sposób mało wybredny publicznie nabluzgać na znanego trenera holenderskiego… Miłość do futbolu stępia krytycyzm: kochanka, to znaczy piłka, nie dosyć że jest piękna, to w dodatku nie posiada żadnych wad.

I w zasadzie nic mi do tego, nie mam nic przeciwko piłce, nawet jeśli imituje lub zastępuje religię czy miłość romantyczną. Świat futbolu jest światem zdecydowanie lepszym od świata kłamstw Putina i „wojny hybrydowej” toczącej się między Rosją a Ukrainą, świata zbiorowych mordów (w tym dzieci) w Gazie, świata głodujących ludzi w Etiopii czy Czadzie, świata, który chcą nam urządzić dżihadyści z Państwa Islamskiego. Owszem, często denerwują mnie wyczyny tzw. kiboli, ale oni to przy dżihadystach pestka.

Powiem inaczej: nie miałbym nic przeciwko piłce nożnej, gdyby nie pewien szkopuł. Wcale nie drobny. Chodzi rzecz jasna o pieniądze, o olbrzymie, monstrualnie wielkie pieniądze. Piłka to jeden z najpotężniejszych przemysłów na świecie. Magia widowisk piłkarskich nieustannie i skutecznie nas uwodzi. Na tyle skutecznie, że tracimy zdolność do racjonalnego oglądu rzeczy takimi, jakie one są w rzeczywistości. Klniemy na „Legię” po to, aby za tydzień wnosić „Legię” na ołtarze, zżymamy się na permanentną nieudolność naszej reprezentacji po to, by na kolejnym meczu odśpiewywać „Polacy, nic się nie stało!” Siła przyciągania i czar owych spektakli sprawia, że wchodzimy bez oporów w świat absolutnej iluzji, świat absolutnego piękna fizycznego i moralnego uosabianego przez herosów nożnych kopaczy.Swiat na tyle sugestywny, że nie przeszkadzają nam ich spocone koszulki i aprobujemy charakterystyczny dla nich sposób wypróżniania nosów lub niemal rytualny gest publicznego dłubania w nosie w wypadku pewnego trenera.

Tymczasem uprawniona wydaje się teza, że piłka nożna, ta najpowszechniejsza dzisiaj quasi-religia świata, jednocząca w jakiś sposób ludzi różnych rzeczywistych religii, ale zarazem dzieląca ich, może być też potraktowana jako jeden z symboli degeneracji współczesnej kultury. Niejaki Putin na pewno nie przeczyta tych słów, ale gdybym mógł, to bym w jego obecności podkreślił, że nie tylko pod adresem współczesnej kultury Zachodu można głosić zarzut  degeneracji, że równie zdegenerowana jest piłka rosyjska, a także piłka w wielu byłych republikach sowieckich, szczególnie tych bogatych w ropę i gaz. Zresztą nie tylko o piłkę nożną chodzi, mam na uwadze negatywne procesy zachodzące we współczesnym sporcie w ogóle. Wspomniany Putin ma w tym wybitny udział, że wspomnę o monstrualnych igrzyskach olimpijskich w Soczi, gdzie rozbuchana do granic możliwości forma zdecydowanie przysłoniła dawne idee i wartości olimpijskie. Aż strach pomyśleć, ile będą kosztować kolejne mistrzostwa świata w piłce nożnej organizowane przez Rosję, ilu obywateli Rosji zostanie wypędzonych ze swoich domostw ze względu na konieczność zbudowania nowych obiektów sportowych i infrastruktury, w jakim stopniu zdegradowane zostanie środowisko naturalne. Współczesny sport wypacza między innymi nasilająca się tendencja do gigantomanii. Czy na miniony Mundial brazylijski trzeba było wznosić aż tyle stadionów? Czyż nie była szaleństwem decyzja o budowie potężnego obiektu w Manaus, niemal sercu Amazonii? Tam, gdzie nie ma pierwszoligowej piłki i żadna, nawet pozasportowa impreza nigdy nie wypełni nawet w ćwierci potężnego stadionu? Okoliczni Indianie, jeśli jeszcze przetrwali, pukają się w czoło. A nękana kryzysem, potężnymi problemami społecznymi Brazylia, w której w wielu rejonach obowiązuje system par excellence niewolniczy, przygotowuje się do igrzysk kolejnej olimpiady. Niszczeją obiekty olimpijskie w Grecji, stadiony piłkarskie w RPA.

Ta presja na gigantomanię zaczyna dotykać i nas, że wspomnę o Euro 2012. Kilkoro nawiedzonych wymyśliło sobie zimowe igrzyska olimpijskie w Krakowie i Zakopanem, czemu na szczęście sprzeciwiła się społeczność Krakowa. Sprawa odbyła się typowo, po polsku: najpierw wymyślono i zafiksowano imprezę w MKOL, poniesiono pewne (niemałe) koszty, o które dzisiaj Kraków drze koty z ministrem sportu i Szwajcarami, a dopiero później podjęto decyzję o …referendum miejskim w sprawie organizacji igrzysk.

Wróćmy do klubów hiszpańskich. Wiele z nich zadłuża się niemiłosiernie w prywatnych bankach. Nie jest w stanie spłacać długów. Banki bankrutują. Państwo (hiszpańskie) je …nacjonalizuje. Co oznacza, że w rezultacie to państwo spłaca pożyczkę zaciągniętą przez kluby. Nie ma co, sprytnie to wymyślono, zapewne w imię obrony honoru hiszpańskiej piłki i jej prestiżu. Jeśli nawet uznamy, że Hiszpania jest potęgą futbolową, to jest to potęga budowana w państwie, które stoi na glinianych nogach. W gospodarkę hiszpańską, podobnie jak grecką, portugalską, irlandzką Unia wpompowała w ostatnich latach już nie miliardy, lecz biliony euro. Ze środków publicznych wspiera się tam to, co nazwano „hiszpańską bańką mydlaną” […] Iberyjski futbol cieszy się wielkim poważaniem, ale z przyczyn ekonomicznych istnieją poważne wątpliwości co do przyszłości wielu klubów [i] ta dziwna sprzeczność między ich wspaniałym sukcesem i katastrofalną sytuacją gospodarcza wywołała podejrzenia w Europie” – można było przeczytać w ubiegłorocznym hiszpańskim „El Pais”

Bruksela podobno się temu przegląda. Od ponad roku nic się w tych sprawach nie zmieniło. Co nie zaskakuje, bo ta sama Bruksela od pół roku tylko przygląda się rzezi na wschodniej Ukrainie. Bruksela działa błyskawicznie, gdy chodzi o rzeczy poważniejsze: długość i kształt banana, żarówkę, odkurzacz lub mentolowego papierosa.

Skąd się biorą pieniądze na ratowanie upadających gospodarek europejskich, a więc w konsekwencji także na ratowanie banków i spłacanie zadłużenia klubów piłkarskich?  Środki w budżecie unijnym pochodzą z trzech źródeł: 1. „z ceł pobieranych od towarów importowanych z państw, które nie są członkami Unii Europejskiej (tzw. tradycyjne zasoby własne Unii); 2. z dochodów z VAT (czyli podatku od wartości dodanej) – jest to określony procent, który dane państwo ma zapłacić Unii od środków pochodzących z podatku VAT; 3. ze środków uzależnionych od dochodu narodowego każdego z państw członkowskich (każde państwo płaci 0,73 proc. swojego Produktu Narodowego Brutto (PNB) do budżetu Unii)”. 

Jaką składkę roczną wpłaca Polska do wspólnej kasy? W 2013 roku było to już 4,4 miliarda euro i w ciągu dziesięciu lat wzrosła ona o 2 miliardy. W latach 2014-2020 „wynegocjowaliśmy […] około 106 mld euro i wpłacimy około 40 mld euro składki, to netto uzyskamy około 66 mld euro, podczas gdy w latach 2007-2013 uzyskaliśmy około 95 mld euro, co przy zapłaceniu około 25 mld euro składki oznacza, że uzyskaliśmy netto koło 70 mld euro.”

Można śmiało założyć, że to nie Hiszpanom, Portugalczykom, Irlandczykom czy Grekom zawdzięczamy środki, które wpływają do nas z Brukseli. Ale też można założyć, że w „ratowaniu” klubów piłkarskich w Hiszpanii mamy swój udział. Jak jest z klubami w innych „zainteresowanych” krajach, nie wiem; wiadomo, że potwornie zadłużona jest liga włoska, a gospodarka włoska też mocno kuleje. Gwoli prawdy zauważmy, że w słonecznej Italii nie zdarzają się takie cuda jak w Hiszpanii, futbol włoski w ostatnich latach zmizerniał równie jak gospodarka tego kraju. Futbol włoski zdają się nękać innego rodzaju afery.

Do Hiszpanii od wczesnej młodości żywiłem niejaką sympatię, głównie za sprawą literatury, sztuki, filmu, kuchni. I …”Realu” Madryt oraz „Barcelony”. Później sympatia ta, za sprawą wczytania się w dzieje konkwisty i czasy gen. Franco, jakby zmalała. Dzisiaj dochodzę do wniosku, iż nie jest dziełem przypadku, że Hiszpania jest jedną (obok Francji i Polski) z ojczyzn surrealizmu. Jest coś wybitnie surrealistycznego w zestawieniu informacji o działalności ponad stan i zwyczajny rozsądek piłkarskich klubów hiszpańskich, wybudowaniu przez Hiszpanów (ze środków unijnych) tysięcy kilometrów niewykorzystywanych dzisiaj luksusowych autostrad i linii szybkich kolei, dokumentnym zabetonowaniu okropnymi budowlami niegdyś wspaniałego wybrzeża, o czterdziestoprocentowym bezrobociu, o sześćdziesięcioprocentowym bezrobociu wśród młodzieży hiszpańskiej. I w zestawieniu tegoż zestawienia z widokiem stadionów zapełnionych po brzegi zadowolonymi z siebie i z życia i jakby szczęśliwymi ludźmi. To wszystko kojarzy mi się natychmiast z dziejami polskiego „Pendolino” i z dziejami budowy autostrady A1 – z nieszczęsnym i surrealistycznym wiaduktem u granic Czech. My ciągle marzymy o Polsce jako o potędze piłkarskiej, może jednak na szczęście polskie kluby są ciągle za biedne.

Czepiam się więc – jak rzep psiego ogona – tejże Hiszpanii, ale proszę, to przecież z tego kraju jakby od zawsze płynęły wzory piłkarskiej rozrzutności, szpanu, blichtru. Monarchia w Hiszpanii mocno moralnie podupadła, hiszpańskie kluby piłkarskie trzymają monarszy sznyt. Z „Realem” na czele. Astronomiczne gaże za piłkarzy i gaże dla piłkarzy. Są po prostu, w zestawieniu ze społecznymi problemami świata, kwotami nieprzyzwoitymi. Także te, które otrzymują polscy kopacze nożnej w Polsce są nieprzyzwoite, tym bardziej że umiejętnościami wyraźnie odstają od średniej. In minus.  Dzisiaj kwota odstępnego za piłkarską gwiazdę w La Liga w wysokości 200 milionów euro już nikogo nie dziwi. Mimo podeszłego wieku prawdopodobnie doczekam czasów, kiedy za jakiegoś przyszłego Messiego będzie się płacić 500 milionów, a może miliard. W trakcie meczów potentatów z La Liga na samych ławkach rezerwowych siedzą setki milionów euro. Miliardy na boiskach, centy w rozumach. I ta filisterska zachłanność! „Real” ma Ronaldo, „Barcelona” musi mieć Messiego. „Real” dokupuje Bale’a, „Barcelona” musi mieć Neymara, „Real” wzmacnia się Rodriquezem, „Barcelona” Suarezem. I plącze się owo wspaniałe, arcydrogie towarzycho na boiskach, nie wiadomo, jak to bogactwo wykorzystać. Suarez przynajmniej nieźle gryzie. Nie wiem dlaczego, ale gwiazdy z „Realu” lub „Barcelony” na boisku i ławce rezerwowych przypominają mi się coraz częściej umeblowanie i wystrój salonu niejakiej pani Dulskiej. I z większą przyjemnością oglądam dzieciaki grające swój futbol na boisku szkolnym. Wtedy jednak zapominam, że każdy z tych chłopaczków chce być Messim, Ronaldo czy Neymarem, a więc wie, czego chce.

Sport współczesny dawno już dokumentnie zwariował. Ruszyły rozgrywki ligowe. Niebawem rusza „Champios Leaque”. Liga Europejska. Eliminacje do Euro. I cała ta pstrokata karuzela, z jarmarcznymi dźwiękami i sygnałami w tle, ze zbiorowymi orgazmami na widowniach. Kiedy więc damy się ponownie zauroczyć kiczowatym pięknem tej najbardziej plebejskiej z rozrywek, pamiętajmy o drugiej stronie Księżyca. Zauważmy, że uwodzą nas nie ludzie, lecz „produkty”. Walki gladiatorów w starożytnym Rzymie były widowiskami o wiele okrutniejszymi, ale jednocześnie jakby bardziej szlachetnymi.

Swoją drogą ciekawe, komu w tym sezonie Sanchez odgryzie ucho?

Michał Waliński

25 sierpnia 2014 roku

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii sport, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s