Na tropie wędzonek. Z najnowszych badań IPN

„Mięso nie pamięta już PRL-u” – ogłosiła 28 lutego 2014 r. w „Rzeczpospolitej” Beata Drewnowska w związku z 33 rocznicą wprowadzenia kartek na mięso i wędliny. Kartki znacząco zmieniły model życia Polaków. Obowiązywały do 1989 roku i objęto nimi reglamentację szeregu innych pożądanych (czyt. podstawowych) produktów żywnościowych, np. cukier, smalec, spirytus i wódkę. Gdyby nie pewne okoliczności, można by sądzić, że władze komunistyczne zdecydowały się na ten krok, kierując się wybitną troską o zdrowie obywateli. Rekompensatą dla tych ostatnich miały być soja (wędliny sojowe), wyroby „czekoladopodobne”, ocet i masowo wyławiany przez polskie statki rybackie i zwożony do kraju kryl, ale „tak jakoś” z tą soją i tym krylem nie wyszło.
Lata 1977- 1989 były w ogóle okresem pustych półek w sklepach, całonocnych tasiemcowych kolejek przed sklepami, bo może coś rzucą, podróży małym fiatem na wieś po zaopatrzenie (pół świniaka, kiełbachy, jaja, mleko, masło) i wielu tym podobnych atrakcji. Jednak mięso stanowiło towar strategiczny i „polityczny” w zasadzie przez cały okres funkcjonowania PRL.

Po raz pierwszy o kwestii mięsnej usłyszałem z podań rodzinnych. Otóż na przełomie lat 40. i 50. ub. wieku Babcia z Zagłębia jakimś cudem zdobywała cielęcinę (z kością) dla maleńkiego wnuczka dotkniętego krzywicą. Cielęcina pomogła. Krzywica po wojnie to był wielki problem.

Kiedy w latach 1956-1963 w pewnym śląskim mieście ów wnuczek maszerował co rano na lekcje do szkoły podstawowej, codziennie napotykał na długą kolejkę do masarza i podziwiał stale te same twarze, że też im się tak chce stać codziennie po jakiś ochłap. Zwracała jego uwagę pewna wyraźna swoboda obyczajowa związana z porannym życiem ulicy, chociaż pewnie tak tego wtedy nie nazywał. Otóż kobiety, szczególnie kobiety były szczególnie „swobodne obyczajowo”: w tym sensie, że na poranne zakupy, do fryzjera, do magla, do sąsiadki albo by „zająć kolejkę”, wychodziły w szlafrokach i rozdeptanych pantoflach (zwanych tam „laciami” lub „laćkami”), spod rozpiętych, poddartych i szlafroków nie pierwszej świeżości wyzierały różowe barchany majtek i róż lub czerwień błyszczących olbrzymich biustonoszy, a że kształty miały rubensowskie, choć urodę już raczej nie, było to widok poniekąd tyleż powalający, co pornograficzny, tym bardziej że paradowały z gołymi nogami i obowiązkowymi papilotami na głowach. Oczywiście bez makijażu, chyba żeby uwzględnić twarz wysmarowaną do błysku tanim kremem „Nivea”.

Owe kolejki po mięso były niezwykle głośne, ludzie, a więc głównie kobiety, stale o czymś perorowali, gestykulowali, rozlegały się okrzyki aprobaty dla jakiejś celnej opinii (na ogół obmawiano szczegółowo ludzi z sąsiedztwa) albo pomruki dezaprobaty, zwłaszcza w momentach, kiedy sklepowa obwieszczała, że dzisiaj już niczego nie „rzucą”. Kiedy w kolejce omawiało się nadzwyczaj poufną kwestię, kobiety ściszały głos i przechodziły z gwary śląskiej na język niemiecki. Nieliczni mężczyźni, zdegradowani przez wygodne lub wredne małżonki do pozycji kolejkowego „stacza”, na ogół milczeli, nie wtrącając się do babskich gadek i poczytując „Wieczór” lub „Sport” sprzed paru dni, popalając śmierdzące „Sporty”, bez filtrów rzecz jasna (w latach 80. też na kartki).

W dziewięcioletnim czy dziesięcioletnim chłopcu kobiety w kolejkach wzbudzały mieszane uczucia: coś w rodzaju fascynacji przemieszanej z obrzydzeniem, jak pewne sceny z życia w „Amarcordzie” Felliniego. „Das Ewig-Weibliche zieht uns hinan” – mógłby powiedzieć Goethe; owa „wieczysta kobiecość” może wyrażać się i w takiej formie, aczkolwiek chłopiec zapewne chwytał i rejestrował zjawisko czysto intuicyjnie i podświadomie.
W latach 70. i 80. chłopiec, a bardziej już mężczyzna w słusznym wieku, obserwował kolejne kolejki przed sklepami jako fenomen folklorystyczny czy antropologicznokulturowy. Gdyby dzisiaj zadano mu pytanie o najważniejsze symbole okresu PRL, niechybnie na jednym z pierwszych miejsc wymieniłby kolejkę pod sklepem lub w sklepie, „stojącą za czymś”, co być może dzisiaj „rzucą”. Sam za mięsem raczej nie stawał, ale od czasu do czasu życie zmuszało go spędzenia paru godzin w kolejce, np. gdy „rzucili” papier toaletowy, papierosy czy tampony. Te ostatnie dla żony.

Kto „rzucał” do sklepów to, za czym staliśmy w kolejkach? „Rzucali” to ONI. „Rzucali” albo nie „rzucali”, co zależało nie tylko od ich kaprysów, ale od zasobów państwowej kiesy (dewizy), coraz bardziej cherlawych oddechów, a raczej spazmów rodzimej (socjalistycznej, więc podobno przodującej w świecie!) gospodarki i paru innych rzeczy. MY to byliśmy MY, chociaż MY byliśmy często i ONYMI, ale bez względu na to ci ONI nieraz NAS nieźle wk…..li i tylko trochę nam przechodziło, gdy zdobyliśmy ten papier. Lub bony do „Pewexu”. IM trzeba przyznać, że na ogół „rzucali” do sklepów więcej dóbr spożywczych przed świętami, zwłaszcza Bożego Narodzenia. Mięsożercy i kiełbasożercy mogli liczyć na takie święta jak 1Maja i 22 Lipca, w te dni bez trudu można było oddać się konsumpcji kiełbasy z rożna lub szaszłyka, a i „Żywiec”, nieosiągalny na co dzień, ba czasem nawet „Radeberger” się pojawiał. kierowana wielowiekową mądrością ludową Partia stawiała na rozmaite festyny, na których lud pracujący z miast i wsi mógł odreagować uroki życia w realnym socjalizmie.

Gomułka zdawał sobie sprawę, że kolejek „za mięsem” lekceważyć nie można, oszalał i stracił kontakt z rzeczywistością dopiero pod koniec 1970 roku, no i wiadomo, jak skończył. Wcześniej jednak w pokazowych procesach licznych bohaterów tzw. afer mięsnych skazano na kary wieloletniego więzienia. Chodzi o ludzi, którzy „kombinowali” w mięsie: kradli i handlowali strategicznym produktem, podmieniali gatunki wędlin, uprawiali rodzaj kontrabandy, prowadzili nielegalne przetwórnie mięsa, wędzarnie. W 1965 roku, w lutym, wykonany został wyrok kary śmierci na Stanisławie Wawrzeckim. Wawrzecki, dyrektor stołecznego Miejskiego Przedsiębiorstwa Handlu Mięsem, ojciec znanego aktora, posądzony o branie łapówek, został bohaterem pokazowego, nagłośnionego przez partyjną propagandę procesu. Miał pecha. Padło na niego. Wykorzystano metody i mechanizmy znane z czasów rewolucji sowieckiej. A pewnie nawet francuskiej.

Jeden zatem z najbardziej niebezpiecznych zawodów uprawiała tzw. baba (ze wsi), która raz czy dwa razy w tygodniu obchodziła klatki schodowe w blokach, dzwoniąc do wybranych klientów i oferując wybrane smakołyki: połcie cielęciny czy wieprzowiny, boczki, szynki, wiejskie kiełbasy, masło, sery, śmietanę, świeże jaja i td. Za babą wlókł się smród mocno naczosnkowanej kiełbasy (wiadomo od zawsze, że to, co swojskie, musi śmierdzieć czosnkiem), lecz pozyskać zaufanie baby i zostać jej stałym klientem było niełatwo, trzeba było szukać protekcji, znajomości, prosić, błagać. Mięso i przetwory mięsne kolportowane przez babę pochodziły z nielegalnego uboju i nielegalnych przetwórni. O walorach higienicznych tych produktów lepiej nie pamiętać, ale ludzie chwalili sobie ich walory smakowe, byli wówczas jakby bardziej odporni, mniej wydelikaceni, o afrykańskim pomorze świń nikt wtedy nie słyszał, nie było takiej jednostki chorobowej. Owszem, zdarzały się zbiorowe zatrucia na weselach wiejskich, czyli de facto także miejskich, na których konsumpcja była w zasadzie również nielegalna.

Kto nie wkradł się w łaski baby, kogo nie było stać na wyprawy fiacikiem, trabantem czy wartburgiem na wieś po pół świniaka (fiaciki i in. pojazdy samochodopodobne sprzedawano na talony), skazany był na ochłapy zdobywane w sklepie mięsnym, tanią kaszankę, państwową mortadelę, w której mogło się znaleźć wszystko i nic, pasztetową, o której szeptano, że do jej produkcji używa się także papieru toaletowego, podejrzanego autoramentu serdelki czy parówki, a ostatecznie na paprykarz szczeciński. W specjalnych sklepach, dostępnych wyłącznie dla grup uprzywilejowanych, jak nomenklatura partyjna, górnicy, milicja i ORMO, elity wojskowe, zawsze dostępne były najwyższej jakości wędliny i wyroby mięsne, włącznie z najbardziej pożądanym przez Polaków „gatunkiem” szynki, czyli …„Krakusem” w puszce. Skądinąd, ów „Krakus”, podobnie jak kabanosy i „myśliwska” oraz kryształy, pełnił funkcję wygodnej i pewnej waluty wymienialnej dla szczęśliwców, którym udało się uzyskać paszport i wyjechać za granicę.

„Za Gierka” sytuacja „w problemie mięsa, wędlin”, podobnie jak i sznurka do snopowiązałek, początkowo poprawiła się wyraźnie, zaczął się okres przejadania zagranicznych pożyczek. Po 1976 roku sklepy zaczęły pustoszeć. Nie tylko te mięsne. Nielegalny ubój i pokątne baby z mięsem trzymały się mocno.

W stanie wojennym, a może już po 1976 roku, babce domokrążczyni sprzedającej mięso, ser i jaja, przybyła ideowa i zdrowa konkurencja. Pojawili się liczni kolporterzy wydawnictw, książek i pisemek wydawanych przez podziemie w nielegalnych wydawnictwach i drukowanych na czym się tylko dało. Obie te metody zaspokajania potrzeb polskiej duszy i ciała naród miał wypracowane i opanowane co najmniej od czasów okupacji hitlerowskiej („Siekiera, motyka, piłka, szklanka, W nocy nalot, w dzień rąbanka. Siekiera, motyka, piłka, gaz, Uciekajmy póki czas.” – trawestowano popularną „zakazaną piosenkę”). W praktyce misja kolporterów samizdatów okazywała się bardziej niebezpieczna niż misja bab roznoszących rąbankę, częściej wpadali w łapy służby bezpieczeństwa. Komitet Centralny PZPR i jego Biuro Polityczne zapewne zdawało sobie sprawę, że od babek z rąbanką o wiele bardziej niebezpieczni są kolporterzy takiej choćby „Kultury” paryskiej, powielanej do postaci mikroksiążeczek w tysiącach egzemplarzy. Zresztą u bab masowo zaopatrywali się także partyjni. Za „późnego Gierka” i w stanie wojennym władze, z różnych względów, popierały zresztą takie zawody, jak cinkciarz spod „Pewexu” czy szatniarz w knajpie.
Ogólnie rzecz biorąc, uzależnieni od mięsa Polacy raczej nigdy chyba w swojej historii nie cierpieli na najprzykrzejsze objawy syndromu zespołu abstynencyjnego. Tym bardziej, że w zasadzie przez cały okres PRL funkcjonowała gęsta sieć nielegalnych punktów kolportażu wódki, w blasku księżyca kwitła też sztuka pędzenia bimbru i powstawały arcydzieła alkoholowe, takie jak śliwowica sądecka, którą dzisiaj można – ciągle niestety półlegalnie – nabyć w butelkach z odpowiednimi etykietami.

Reglamentacja mięsa i wielu innych produktów sprzyjała powstawaniu pewnych pozytywnych zjawisk społecznych. Ziszczała się oto lansowana jeszcze przez pozytywistów, zresztą bez powodzenia, idea solidaryzmu społecznego, łącząca chłopów, inteligencję i robotników – i to poza strefami oddziaływania PZPR, chociaż prawdę powiedziawszy, to właśnie nieudolne rządy jedynie słusznej Partii przyczyniły się do aktywacji tej idei (gospodarka socjalistyczna była gospodarką księżycową i papierową). Można założyć, że bez tego solidaryzmu nie byłoby późniejszej „Solidarności”. Zasady proste jak drut: ty mi dajesz pół świni, a ja ci załatwiam studia dla córki czy syna, ja ci podrzucam parę ton cementu, a ty mi zapewniasz dostawy wiejskich dóbr. „Solidarność”, po swoim okresie heroicznym, zajęła się głównie reglamentacją intratnych stanowisk i posad.

Tak w ogóle jednak ludzie byli bardziej zżyci ze sobą, w pierwszych dekadach powstawania blokowisk z wielkiej płyty tworzyły się w nich trwałe więzi społeczne, sąsiedzkie, mało kto zamykał się na amen w „swoim domku”, odgradzając szczelnie od innych ludzi. Także i ograniczenia pierwszych lat stanu wojennego miały pewne pozytywne strony: system przepustek i godzin milicyjnych sprzyjał kontaktom towarzyskim (ach te noce, te noce nieprzespane…), wyhamowała prawie do zera produkcja przemysłowa, ale za to Polacy ochoczo wzięli się za produkcję dzieci i gdyby nie ta akcja, przyszłość polskich emerytów przedstawiałaby się jeszcze bardziej ponuro niż obecnie.

Po prawdzie, cały okres PRL składał się z ciągu sytuacji wyjątkowych, tym bardziej że istniało permanentne zagrożenie ze strony Niemiec (RFN, bo NRD była państwem zaprzyjaźnionym) i sił imperialistycznych z Zachodu, a rozmaite „karły reakcji” i „sługusy imperializmu” co rusz „podnosiły rękę na zdrowy kręgosłup socjalizmu”, co rusz powstawały „niepokoje inspirowane przez zachodnie ośrodki dywersji propagandowej”. W dodatku nieustannie mieliśmy kłopoty wewnętrzne, na przykład „po linii sznurka do snopowiązałek, mięsa i papieru toaletowego” i tym podobne „przejściowe trudności w zaopatrzeniu”, by użyć tak zwanej nowomowy. Mimo że „społeczeństwo całego kraju potępiało wichrzycieli”, a „w imię postępu i dobrobytu cały naród musiał zacieśniać stosunki ze szlachetnym i rycerskim narodem radzieckim”.

Polacy mają to do siebie, że szczególnie efektywnie i skutecznie, oraz w miarę solidarnie, potrafią działać w sytuacjach nadzwyczajnych, ekstremalnych, wyjątkowych, w czasach nudy wiejącej z supermarketów, centrów handlowych i telewizji karleją. W najtrudniejszych czasach Polak jednak zdobywał jakoś mięso i baleron, wznosił dla siebie domy klocki z niedostępnej cegły lub nieosiągalnych pustaków, które rosły mniej w górę (bo nie wolno było) a bardziej w dół, „załatwiał” talony na to i owo, korzystał z prawie darmowych stołówek zakładowych i prawie darmowych „wczasów”, chrzcił dzieci, posyłał je do komunii i wyprawiał im śluby kościelne, także Polak partyjny. W porównaniu z obecną kondycja Kościoła w czasach PRL była zdecydowanie lepsza, ileż choćby kościołów wzniesiono. Kultura, mimo ograniczeń cenzuralnych, kwitła. Może by tak od czasu do czasu wprowadzić jakiś stan wojenny? Stanik przynajmniej?

Po czerwcu 1989 roku rychło się okazało, że Polska jest krajem mięsem, szynką, kiełbasą, serem, jajami i mlekiem płynącym. Kapitalizm ruszył z kopyta, objawiając się w pierwszej fazie w postaci tysięcy targowisk, bazarów, kramów i kramików, jadłodajni, punktów usługowych. To one były ówczesnymi „galeriami” („galerianek” jeszcze nie było). Całe ulice w centrach metropolii i małych miasteczkach zamieniły się w bazary. Największym bazarem Europy stał się Stadion XX-lecia. Polacy raz jeszcze pokazali, że mają talent do szmuglu i handlu nie gorszy od Fenicjan, Greków, Ormian i Żydów. Niektórzy Polacy i niektóre Polki nabijają się ze sposobów, jakimi Ukrainki szmuglują dzisiaj towar przez granicę polsko-ukraińską, z ludzi „mrówek” ze Wschodu. Krótka pamięć? Niech popatrzą uważniej, w tych Ukrainkach, ludziach „mrówkach” dojrzą może, jak w lustrze, samych siebie sprzed dwudziestu paru lat…

No i Polak doczekał się! Doczekał się góry mięsa i górek świńskich, do wyboru, do koloru. Już od dawna mięsa w Polsce się nie „zdobywa”. Chcesz? Masz. Co się jednak okazało? Że po chwilowym skoku w pierwszych latach transformacji konsumpcja mięsa jest w Polsce niższa niż w czasach PRL. Coraz niższa. Mięso najwyraźniej przestało dla Polaka pełnić funkcję „nagrody”. To, co w zasięgu ręki, nie cieszy. Polak rzucił się na fast foody. Na sobotnie i niedzielne zwiedzanie galerii. Odwiedzanie kościoła jakby mniej go interesuje.
Polak dzisiaj chce dużo i tanio: „więcej, więcej”, jak podpowiada mu reklama. W supermarketach kupi więc dużo i tanio, poczynając od najbardziej popularnego drobiu, taniej szynki i baleronu w jakże żywych i naturalnych kolorach, jakże soczystych, dzięki solance, wodzie i chemii, tanich kiełbas, które zostawione nieopatrznie na noc poza lodówką, pięknie przez te noc zapleśnieją. Te produkowane w czasach PRL – schły. Zrezygnowano z tzw. norm państwowych i resortowych w produkcji przetworów mięsnych. Dzisiaj kaszankę można swobodnie wyprodukować z ryżu, kurczaka i suszonej „krwi”, a parówkę ze zmielonej kości doprawionej chemią. Wielu producentów, dostarczających przetwory mięsne do wielkich sieci marketów, wyspecjalizowało się w produktach „mięsopodobnych”. Wzór z PRL? Tamte wyroby „czekoladowo podobne”? Polska żywność ciągle cieszy się uznaniem w świecie. Czy jednak w branży mięsnej nie zaczyna działać prawo Kopernika-Greshama?

Na szczęście istnieje jeszcze rynek mięsnych produktów prawdziwych, rzetelnych i uczciwych. Na tym rynku krupniok, kaszanka, salceson i podroby potrafią kosztować o wiele więcej niż szynki i polędwice uznawane za niezłe. Nie mówiąc o cieszących się w Polsce od wieków wielkim wzięciem wędzonek. Tym samym dochodzimy do sedna sprawy.
Polska żywność ma wielu wrogów. Wrogiem polskich jabłek, polskiej kapusty i polskiego jarmużu jest sam Putin (ten jarmuż dziwi, spróbujcie w Polsce kupić jarmuż!). Wrogiem polskiej wieprzowiny jest hołubiona przez Polka Ukraina. Wrogiem polskich wędzonek okazała się sama Unia Europejska, śrubując, w trosce o nasze zdrowie, normy wędzarniane. Liczne, w kapitalizmie legalne, wędzarnie stanęły u progu bankructwa. Powiało grozą, lecz Polak spryciarz szybko odznalazł światełko w tunelu.

„Polak potrafi”. To stare, znane w PRL hasło, jest ciągle żywe. Jak Lenin. Polak od sadów błyskawicznie uruchomił akcję „Zjedz jabłko na złość Putinowi”. Polak wędzący wędzonki udał się niezwłocznie do Instytutu Pamięci Narodowej, by tam zdobyć certyfikat poświadczający, że każda polska wędzonka jest produktem tradycyjnym. Unia chroni przecież produkty regionalne i tradycyjne.

Tradycja w Polsce to sprawa nadzwyczaj skomplikowana, ale na pewno nie w odniesieniu do wędzonek. Jeśli w przepastnych archiwach IPN odnajdą się dokumenty poświadczające, że w czasach realnego socjalizmu te czy inne wędzarnie były prześladowane przez służby bezpieczeństwa, Milicję Obywatelską i ORMO, uzyskają stosowne zaświadczenie, a ich produkty certyfikat wyrobu tradycyjnego. Krakowski Oddział IPN już się wziął do roboty, pora na kolejne.

Cała zatem nadzieja w rzetelności IPN oraz w …nieistniejącej już od dawna milicji. Jeśli kwerenda zakończy się sukcesem, trzeba będzie może odbudować jakiś pomnik ku czci SB i milicji: „Tym, którzy uratowali polskie wędzonki przed zakusami Unii – wdzięczny Naród”.
Ktoś powie, że ironizuję? Nie. Cenię sobie dobre polskie wędzonki i drżę z obawy o ich narodową przyszłość. A ostatecznie IPN-owska kwerenda wędzonkowa to coś sympatyczniejszego niż wypuszczanie jakichś „list Wildsteina”.

Michał Waliński
10 sierpnia 2014 roku

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s