Co tam, panie, w polityce? Panie, w „dziada” grają!

Od paru dni ciemne chmury zawisły nad Polską. Być może były to chmury rodzime, a może przybyły gdzieś z daleka, ze Wschodu lub diabli wiedzą, skąd.

W dzień Bożego Ciała, korzystając z chwili wolnej od deszczu, pan Jan wybrał się z pieskiem i nieodzowną laską na spacer, jak zawsze tym samym, od lat ustalonym szlakiem Spacerował nim jeszcze z poprzednią sunią, ale zmarło się biedaczce ze starości, panie świeć… Teraz jednak zwykły spacer był o wiele trudniejszym przedsięwzięciem, biodra, nogi, kręgosłup nie te, co kiedyś. Coraz częściej starszy człowiek zamartwiał się, co będzie, gdy członki zupełnie odmówią posłuszeństwa, kiedy nie będzie mógł wspomagać chorej od lat małżonki, psa wyprowadzić, zrobić nawet niewielkie zakupy.

Niewątpliwie jednak w tej chwili pełen był jeszcze świeżych emocji po obejrzanym po południu meczu, przywoływał w wyobraźni co efektowniejsze obrazki z sytuacji stworzonych przez obie drużyny, zżymał się na sędziego i liniowych. Po prawdzie, nie chciał odrywać myśli od piłki nożnej, pozwalały przecież na jakiś czas dać odpór a to zmartwieniom prywatnym, a to jazgotowi mediów wałkujących dwadzieścia cztery godziny na dobę kwestie związane z kolejną rodzimą aferą „taśmową”. „Taśmową” czy „podsłuchową”, jak zwał, tak zwał, zapowiadało się wszakże, że przez najbliższe tygodnie, a może miesiące, trwać będzie żałosna political soap opera w odcinkach, dawkowanych przez znany ze skandali stabloidyzowany tygodnik „opinii”, z czołowymi politykami i politycznymi celebrytami, hipokryzją, bezczelnością i skrajnym cynizmem w roli głównej, z setkami obciachowych, trywialnych i kloacznych wątków, z bogatym knajackim drugim planem i nader prymitywną, niestety, grą prominentnych aktorów, poczynając od jasnowłosego redaktorka o fizjonomii niespełnionego kaznodziei, przez gwiazdę polskiej dyplomacji, na gogusiu lubującym się w drogich zegarka kończąc.

Jak tu nam wszystkim przyjdzie żyć w tym kraju, gdy się skończy Mundial? – martwił się pan Jan, zwrotem „w tym”, użytym w miejsce „w naszym” zaznaczając w chwilach zwątpienia w Polskę narastające w nim poczucie wyobcowania. Mundial co dnia dawkował ludziom emocje innego rodzaju, w sposób bardziej otwarty, kulturalny i, chciałoby się powiedzieć, inteligentniejszy, bez względu na poziom inteligencji sprawozdawców sportowych i towarzyszących im namolnie tak zwanych ekspertów, Toteż Mundial porwał Jana Kowalskiego, obywatela emeryta, zwyczajnego Polaka, ojca dorosłych córek układających sobie życie za granicą, bez reszty, chociaż z przyczyn zwyczajnie naturalnych Kowalski musiał zrezygnować z późno nocnych transmisji. Nie ten wiek, nie to zdrowie, nie te siły. Nieprzypadkowo więc z nostalgią, może i z rozrzewnieniem wspominał kraj lat chłopięcych, beztroskie i szalone dni wypełnione poczuciem niczym nieskrępowanej wolności, takie czy inne harce wyprawiane z bandą takich samych jak on koleżków, gry wojenne, wcielanie się w role policjantów i złodziei, atrakcje, jakich dostarczał odbywający się w każdą środę naprzeciwko domu dziadków bazar, zwłaszcza konie, konie ciągnące wozy z wszelakim dobrem wytworzonym na wsi, czasem aż spod Skały i Olkusza, były interesujące, karuzelę ustawianą kilka razy do roku na obrzeżach placu targowego, bliżej stawów, strzelnicę pełną cieszącej wzrok nie tylko dzieci pstrokacizny do zestrzelenia (raz i drugi wujek ustrzelił mu wiatraczek czy kalejdoskop), wyprawy do lodziarza, który codziennie koło południa cumował wózek z dwoma termosami pełnych zmrożonych smakołyków na „Krzyżówce”, namiastki hokeja na lodzie zamarzających zima stawów, wiosenne, letnie i jesienne mecze podwórkowe lub rozmaite zabawy z piłką, nie taką „prawdziwą” jak dzisiejsze, taką gumową, którą co chwila trzeba było łatać, bo nadzwyczajnie łatwo się dziurawiła.

Choćby tę fajną zabawę, którą zna każdy chłopak, a dzisiaj niejedna dziewczyna, która wyrabia refleks, celność, szybkość decyzji, wspomaga umiejętność opanowania piłki, czego był całkowicie pewien. Kilku, minimum pięciu graczy, w sytuacji, gdy czyjaś mama nie wypuści kumpla na podwórko, może być mniej, ustawia się w jakiejś przestrzeni, tworząc okrąg, owal lub inną figurę geometryczną. Wylosowany, albo – to rzadziej – chętny, zostaje „dziadem” i próbuje przejąć piłkę podawaną możliwie szybko przez kolegów w okręgu. Wszystko jedno jak, byle po ziemi, nie wolno podawać górą. Gdy „dziad” przejmie piłkę, na jego miejsce wchodzi gracz, który zawalił podanie. Najwyższy poziom osiągają ci, którzy potrafią grać „na jeden kontakt”.

Pan Jan nieraz grywał w „dziada”. Lubił to, podobnie jak grę w „główki” jeden na jednego lub dwóch na dwóch albo podwórkowe mecze do jednej „bramki”, kiedy to bramką mogły stać się drzwi do szopy lub garażu, odcinek wyznaczony przez dwa tornistry szkolne lub dwie zatknięte w ziemię witki wierzbowe na pobliskiej łące.

Na takich zabawach upływały nam nieraz całe letnie dni, uśmiechnął się w myślach do siebie. No i patrzcie, ta  n a s z a gra w „dziada” na podwórku czy łące jakiś czas temu została do perfekcji opanowana przez „Barcelonę” i zastosowana jako istotny element taktyczny w meczach piłkarskich rozgrywanych przez słynny klub. Nie nazywano jej już grą w „dziada”, lecz „tiki-taką”; nowa nazwa nobilitowała starego, poczciwego „dziadka”. Nie powiem – podziwiał pan Jan – był to w wielu meczach element widowiskowy, zabawny i nawet przez jakiś czas skuteczny. Skuteczność wynikała w pewnej mierze z faktu, że perfekcyjnie wykonywana „tiki-taka”, ośmieszając przeciwników, deprymowała i „murowała” ich, ważniejsze jednak było to, że zawodnicy „Barcy”, chociaż zakochani w „dziadzie” bez reszty, potrafili w porę przypomnieć sobie, że warto by od niechcenia strzelić parę bramek. Dopóki nie zdziadzieli.

W tym momencie towarzyszący emerytowi piesek stanął zdecydowanie w miejscu, sygnalizując nagły postój szarpnięciem smyczy; najwidoczniej znalazł jakieś nadzwyczajnie przyjemne miejsce do obwąchania i pan Jan musiał go delikatnie zachęcić do dalszego spaceru, wzdychając ze smutkiem, że wszystko na tym świecie kręci się wokół jednego.

No i taka „Tiki-taka”, powrócił do przerwanego za sprawą przypływu pamięci węchowej u pieska monologu, doczekała się swoich odmian, może parodii, na przykład w wykonaniu piłkarzy „Realu” i paru innych klubów i siłą rzeczy trafiła do reprezentacji Hiszpanii. Inna sprawa, że nigdy nie potrafili opanować jej piłkarze polscy, zwłaszcza w wersji „na jeden kontakt”. Czy to wyłącznie grze „dziadem” Hiszpania zawdzięcza liczne sukcesy w ostatnich kilkunastu latach, rzecz wątpliwa – ciągnął swój piłkarski dyskurs pan Jan – niemniej gracze hiszpańscy tak się zapamiętali w „tiki-tace”, że na śmierć zapomnieli, iż istotą futbolu jest szybkie parcie do przodu, jedno, dwa, najwyżej trzy celne podania, i strzelanie bramek. Efektywność, efektywność! a nie tyleż efektowne, co bezproduktywne „pikanie” piłki, „dziad” jest dobry na trening, złościł się, przeczesując lewą dłonią sumiastego, siwiuteńkiego jak gołąbek wąsa i równie siwiuteńką, ciągle bujną czuprynę.

Hiszpanie uśpili się tą swoją „tiki-taką” i mają, mają teraz za swoje, piłkarski świat nie spał, co pokazują fantastyczne mecze na brazylijskim Mundialu w wykonaniu bardzo, bardzo różnych drużyn, i to z jakże odległych kontynentów. W rezultacie gracze z kraju Don Kichota i szynki z wolnych świń karmionych żołędziami obudzili się z ręką, a raczej nogami w… (Pan Jan nie lubił wulgaryzmów i zwrotów zbyt potoczystych.) Mieliśmy już w dziejach futbolu przypadki analogiczne, dowodził starszy pan. Chociaż bynajmniej nie homologiczne! – wniósł ważne zastrzeżenie. Zagłębiony w myślach, zupełnie nie zauważył, że od jakiegoś momentu to nie on prowadzi pieska, ale piesek prowadzi go. Skręcili w wysadzaną dorodnymi lipami (co za zapach!) długą aleję. Piesek co chwila odnajdywał i chłonął inne wszakże, ulubione i drażniące jego nozdrza wonie.

Pan Jan, godzi się wspomnieć, od paru lat przymusowy emeryt, ostatnie trzydzieści lat kariery zawodowej przepracował jako woźny w znanym zagłębiowskim liceum. Sumiennie wykonywał powierzane mu przez kolejnych dyrektorów obowiązki, wykazywał się własną inicjatywą, za co jeszcze w ubiegłym wieku otrzymał pochwałę na piśmie. A że przed laty ukończenie liceum znaczyło więcej niż teraz ukończenie studiów wyższych, często rozmawiając z uczniami i nauczycielami, wiele się nauczył, lubił też czytać fachowe książki, potrafił z niejaką klasą porozmawiać o literaturze pięknej i filozofii. Ba, bardzo często udzielał konsultacji uczniom, którzy nie radzili sobie z referatem z polskiego lub dyktował pospiesznie wypracowanie zapominalskiemu. Od dawna stał się zagorzałym wyznawcą strukturalizmu, nie negował wszakże znaczenia ewolucjonizmu i dyfuzjonizmu, ewolucjonizm i dyfuzjonizm są tak samo oczywiste, jak fakt, że oddychamy bez używania świadomości, zwykł mawiać. No więc chociażby  katastrofa, jaką skończył się dla Włochów, preferowany przez trenerów przez kilkanaście lat w Italii i, za sprawą bezmyślnej dyfuzji, w niektórych krajach Europy, „styl” gry zwany catenaccio? – przypominał sobie i wyimaginowanemu słuchaczowi.

A Anglia kilkadziesiąt lat temu, a liga angielska, a reprezentacja Anglii? – pytał bynajmniej nie retorycznie. Wybijanie piłki przez bramkarza lub obrońcę na oślep na przedpole przeciwnika, a tam niech będzie, jak będzie, niech się dzieje wola boska. W praktyce częściej nie było niż było, a wola boska miała z takim czy innym efektem meczowym niewiele wspólnego. Ta ówczesna tępota Anglików srogo się na nich zemściła. No i proszę, dzisiaj i oni, i Brytyjczycy w ogóle, i nie tylko Brytyjczycy, grają zupełnie inny, bardziej totalny futbol. Anglicy, co prawda, wylecieli z Mundialu już po dwóch meczach, ale Polacy byliby wniebowzięci, gdyby nasza reprezentacja grała przynajmniej w połowie tak dobrze jak oni. Nic tak nie złościło Kowalskiego Jana, jak nowy „narodowy” hymn pod tytułem „Nic się nie stało, Polacy!”

Pan Jan najwyraźniej cierpiał na ową dotykającą miliony rodaków przykrą chorobę, gorszą od kiły i rzeżączki razem wziętych, jaką była nieodwzajemniona od dziesiątków lat miłość do narodowej jedenastki piłkarskiej. Toteż oglądając transmisje z Brazylii i zestawiając te obrazy z typowymi obrazami z polskich muraw i stadionów, podziwiał sztukę futbolową innych nacji, jednak aż nazbyt często uświadamiał przy tym sobie, że targa nim niezbyt ewangeliczne uczucie zazdrości, ba, zawiści. Cierpiał może nie tyle za miliony, co razem z milionami innych, niezmordowanych w ślepej wierze rodaków.

Z naprzeciwka nadeszła młoda mama z wózkiem spacerowym, w którym spał kilkumiesięczny brzdąc, obok dzielnie dreptała dwuletnia dziewczynka, trzymając mamę za rączkę. Mamę wyróżniała tyleż spokojna i klasyczna uroda, co dobrze skrojona suknia w pastelowych kolorach, sięgająca lekko za kolana. Dziewczynka przystanęła i sięgnęła rączką w kierunku mordki pieska. Piesek posłusznie przystanął i dał się pogłaskać. Dziewczynka była przeszczęśliwa. Mama uśmiechnęła się do pana Jana, pan Jan uśmiechnął się do mamy, piesek uśmiechnął się do dziewczynki i radośnie zamerdał ogonkiem. Brzdąc w wózku słodko spał i uśmiechał się przez sen. Ruszyli dalej, każde w swoją stronę. Suknie i spódniczki wracają do łask, nareszcie! – uśmiechnął się do siebie pan Jan.

– Mamusiu, Ania chcie pieśka… – dobiegł go głosik dziewczynki.

– Dostaniesz, Aniu, pieska, dostaniesz, ale nie dzisiaj, dzisiaj Ania dostanie loda. Jak będzie grzeczna – dyplomatycznie odpowiedziała mamusia.

Właśnie, futbol totalny, to jest właśnie to… Starszy pan odtwarzał przerwany przez nieoczekiwane wdzięczne rodzinne zjawisko tok myśli. To Holendrzy go wymyślili, chyba jeszcze na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Lecz i nasi potrafili opanować go wcale nie gorzej od „Tulipanów”, że przypomnę  reprezentację prowadzoną przez Górskiego, drużyny Gmocha i Piechniczka. I co, proszę państwa? Dzisiaj na brazylijskim Mundialu futbol „totalny” znów święci triumfy i proszę, proszę, kraje południowoamerykańskie i środkowoamerykańskie wydają się być znacznie lepsze od Europy. Czy ktoś dzisiaj uwierzy, że Polska w meczach grupowych na mistrzostwach świata potrafiła strzelić aż jedenaście bramek? – zżymał się pan Jan. A taka Kostaryka w pierwszym swoim meczu? Grała może lepiej niż Brazylia w 1958 roku w Szwecji! A Australijczycy? A Koreańczycy w drugim meczu? A Ghana remisująca z Niemcami? Takie mecze jak Ghany z Niemcami Kowalski oglądał w latach siedemdziesiątych, gdy RFN grała z Anglikami (geniusz Beckenbauera!), ale także Polacy z Anglikami, Holendrami Włochami czy Argentyną… Dejna, Lato, Szarmach, Gorgoń, Domarski, Lubański…, potem już tylko Boniek i nic, łza się w oku kręci.

W pobliżu nieczynnej w Boże Ciało apteki pana Jana i jego pieska wyprzedziła spiesząca się nie wiadomo dokąd para młodych ludzi. O coś zawzięcie się spierali. Ona chciała do kina, a on do domu? Jej wytarte dżinsy, ściśle opinające wydatną pupę, nie wzbudziły w Kowalskim żywszych uczuć, jak zresztą i fałdki tłuszczyku u bioder dyndające rytmicznie w rytm szybkich kroków. Nie mogły wzbudzić, bo pan Jan nie widział twarzy dziewczyny, a to twarz, przede wszystkim twarz, decyduje o pierwszym wrażeniu. Jej partner, w równie wytartych dżinsach i w przechodzonym przez lata T-shircie, z plecakiem na ramionach, dyndał rytmicznie długim kucykiem z tyłu głowy i gestykulował zawzięcie rękoma. Z tej perspektywy wygląda mi na informatyka, zupełnie jak informatyk, ucieszył się swoim odkryciem pan Jan, a dziewczyna…

W tym momencie Kowalskiemu ukłonił się mężczyzna w średnim wieku, który wszedł na chodnik od strony przejścia. Kowalski odkłonił się równie grzecznie. Kto to był, kto to mógł być, drążył, pewnie jakiś były uczeń, niechybnie uczeń, jak ten czas leci. Pan Jan miał dzisiaj wyraźne powody do zadowolenia z siebie i niewątpliwie zasługiwał na duże zimne piwo z lodówki, może dwa piwa nawet, celebrowane w trakcie wieczornego meczu. Jakie to były tajemnicze  powody? Otóż zazwyczaj, gdy szedł dokądś lub skądś ulicą, natychmiast, bez względu na porę roku i pogodę, zagłębiał się w sposób absolutny we własnych myślach, odgradzał murem myśli od otoczenia, snuł wewnętrzne monologi, dyskutował zawzięcie z wyimaginowanymi adwersarzami i zazwyczaj nie zauważał kłaniających mu się, ba nagabujących go przyjaźnie znajomych. Ci, którzy nie znali go bliżej, mogli pomyśleć, że jest  zwyczajnym gburem, jednak ci lepiej poinformowali dobrodusznie tolerowali jego dziwactwo. Miał ich zresztą więcej.

Przypomniał sobie pewną charakterystyczną scenkę z wczesnej młodości. Mieszkali wówczas z rodzicami i siostrami, to była inna miejscowość, za miastem. Jasiu, aby dotrzeć do szkoły, musiał najpierw dojść do przystanku autobusowego, w centrum przesiąść się na tramwaj i tym tramwajem, nieraz na stopniach lub w straszliwym tłoku, dotrzeć do odległej dzielnicy, gdzie mieściło się liceum. Pewnego ranka, przed siódmą, szedł w kierunku autobusu wąską ścieżką biegnąca równolegle do ruchliwej ulicy. Z naprzeciwka nadchodził ku niemu jakiś pan. Janek przystanął, odsunął się grzecznie na bok i powiedział „proszę”, by przepuścić pana. Ten zatrzymał się, przesunął i wyciągnąwszy dżentelmeńsko rękę, powiedział „proszę” w kierunku Janka. Przepuściwszy się wzajemnie i elegancko, nawet na wąskiej ścieżce można sobie poradzić z savoir-vivrem, obaj panowie rozeszli się, każdy w swoim kierunku. Po dwudziestu metrach Janek zorientował się, że owym panem był jego własny ojciec, wracający z nocnego dyżuru, lub nocnego lumpowania, jego rodziciel zaś chyba do końca swojego życia nie zorientował się, że minął wówczas rodzonego syna. Albo dobrze udawał. Przykład powyższy ewidentnie dowodzi znaczenia genetyki, podsumował wspomnienie pan Jan.

Rozmyślając historycznie o futbolu i przeszłości, starszy pan powoli, jednak nieuchronnie, zbliżał się do wybudowanego przed paru laty „Orlika”, nie mając zupełnie świadomości, że tym samym zbliża się do niego wypierana tak uparcie rzeczywistość. „Orlik” na ogół stał całymi dniami zamknięty, promieniując ukrytym przed plebsem, piłkarską młodzieżą i miejscowymi pijaczkami pięknem, jak zwykle brakowało pieniędzy na to, tamto i owamto. Kiedy Kowalski  rozmarzył się bez reszty na wspomnienie futbolu totalnego i niegdysiejszych sukcesów polskiej reprezentacji, poczuł gwałtowne szarpnięcie smyczy. To piesek, który uparcie go prowadził, zmienił niespodziewanie trasę marszruty i wciągnął pana Jana na stadion. Rzecz niesłychana, brama „Orlika” była na oścież otwarta. W Boże Ciało!

Od strony boiska dochodziły Kowalskiego i jego pieska jakieś dzikie okrzyki. Były to głosy wybitnie lub mniej wybitnie męskie, chociaż wcale niewykluczone, że jeden należał do kobiety.

– No, jak podajesz? Podajesz jak c…, cioto! Chcesz, żeby on przechwycił?

– Jak spie……., będziemy w głębokiej d….! Dawaj no, nie pogłębiaj d…!

– Oj, bo będzie kłopocik!

– Ryzyko jest takie, że przepier……  wybory, przyjdą te oszołomy, k…., i zrobią tu, k…., kocioł taki, że wszyscy będą mieli…, wiesz.

– Szybciej, ch…, chcesz nam zdewastować opinię, dawaj-żeż ty!

Nie wiadomo kto dokładnie, słysząc tego rodzaju przekrzykiwania i nawoływania, osłupiał bardziej, pan Kowalski czy jego piesek. Nierozłączna para przyjaciół zbliżyła się do boiska, wrzaski stawały się coraz głośniejsze.

– Coś ty, jak grasz, ty hrabia von Rothfeld jesteś?! Z takim patriotycznym zacięciem?

– A ten jak podaje? Jak jaki pivotalny!

– Pivotalny właśnie. On jest, k…., … A patrz, jak on się temu ch….. podoba, że on jest pivotalny.

– On p(d)odaje gravitas! Gravitas on tylko dodaje i myśli, że ma dłuższego. Niestety, każdy człowiek ma jakieś słabości, nawet on. W każdym razie tak naprawdę to o to chodzi.

– Nigdy nie był w kiblu w Dżakarcie, gdzie jest napisane na szybie: „Przysuń się, masz krótszego, niż ci się wydaje. No, przesuń się, c…, podawaj!

Jan Kowalski i jego piesek podeszli do małej trybunki, oszołomiony staruszek przysiadł na

Całe opowiadanie można przeczytać na stronie:

http://pl.scribd.com/doc/231323530/Micha%C5%82-Wali%C5%84ski-Co-tam-Panie-w-polityce-Panie-w-dziada-graj%C4%85

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s