Niedziela wyborcza: dwa plusy i same minusy

Za nami wybory do Europarlamentu i wybory prezydenckie na Ukrainie, ponadto referendum w Krakowie. Niedziela 25 maja 2014 roku obfitowała w wydarzenia i emocje. Tego dnia odszedł do Krainy Cieni gen. Wojciech Jaruzelski i także śmierć pierwszego, kontraktowego Prezydenta nie była neutralna politycznie.

Stosunkowo krótka, na szczęście, kampania wyborcza wpisała się idealnie w polską siermiężną i prymitywną, niejednokrotnie chamską, obyczajowość polityczną. Miasta zeszpecone tysiącami kandydackich facjat, pochylających się z udawaną troską nad społeczeństwem z bilboardów, plakatów i transparentów. Niektóre gęby powtarzają się regularnie co cztery-pięć lat. Niektóre będą straszyć przechodniów jeszcze długie miesiące po wyborach, szarzejące od smogu, ponaddzierane przez burze, deszcze i wichry. Cóż, krajowe kleje mamy dobre. Gorzej z asfaltem na drogach.

Rekord pobił podobno poseł Jacek Kurski, który dokumentnie zalepił swoją podobizną całą Warszawę. Bilboardy finansowała mu rodzina i przyjaciele. Chryste, jak wiele dzisiaj znaczy być człowiekiem rodzinnym i mieć bogatych przyjaciół! Ale uwaga na niebezpieczeństwo! Rozpędzi się taki poseł Kurski swoim wózkiem do 180 km/godz. na jakiejś warszawskiej ulicy, zapatrzy we własną facjatę i nieszczęście gotowe. Nie będzie mógł więcej wypowiadać się u Moniki Olejnik na temat kar dla szarżujących bądź pijanych kierowców.

Zwraca uwagę, że na tych bilboardach i plakatach mało kobiet, tradycyjnie okupują je przede wszystkim samce. Czyżby byli bardziej byli fotogeniczni? Feministki w Polsce mają jeszcze wiele do zrobienia. Swoją drogą, nie rozumiem, dlaczego poniektóre kandydatki do Brukseli tak bardzo skąpią zwyczajnym Polakom vel przechodniom większych atrakcji? Pozowała ongiś taka kandydatka do „Payboya” – dlaczego nie wykorzystać tego atutu w kampanii wyborczej? Cycki, brzuchy i tyłki damskie służą współcześnie do reklamowania wszystkiego, od samochodów i smarów po mydła i powidła, od proszków do prania. przez kondomy, po utensylia do srania, konkurs Eurowizji wygrywa kobieta z brodą, dlaczego więc, pytam się, nie oddać cycka i tyłka w służbę zjednoczonej Europie? Jeśli poszczególne komitety wyborcze wprowadzają na swoje listy tzw. laski i celebrytki, dlaczego sympatycznej Otylli nie zrobiono kampanii na basenie kąpielowym? Lub w saunie? Dlaczego bokserowi Adamkowi nie urządzono pokazowej walki wyborczej, w której mógłby obić kogoś o odmiennej orientacji? Dlaczego Kosecki i Żurawski nie stoczyli pojedynku na jedenastki z Wentą jako bramkarzem? Dlaczego wśród kandydatów zabrakło Natalii Siwiec? I Trybsona?

Owszem, jest pewien postęp. „Obie zrobiłyśmy to z Markiem” – deklarują w spocie wyborczym europosła Migalskiego dwie powabne jego asystentki. „Tak, też to zrobiłem z Markiem” – oświadcza młody asystent. „Zrobiliśmy to. Zrobiliśmy to razem z moimi asystentami. Jeśli chcecie dowiedzieć się, co zrobiliśmy, wejdźcie na rozliczamymigalskiego.pl. A jeśli chcecie, byśmy robili to przez następne pięć lat, zagłosujcie na mnie.” Niestety, pogubiłem się. W jakiej w końcu konfiguracji płciowej robił „TO” przez pięć lat były europoseł Migalski? Mniejsza z tym – był poseł, poseł poseł i nie ma posła. Czy warto czekać pięć lat na powrót posła?

Jak widać, mamy postęp. „Twój Ruch” był w ruchu. Niejaka Aleksandra, z komitetu Palikota, obwieściła w swoim spocie bez ogródek, że „ma w dupie politykę”. Obejrzawszy, zdążyłem do łazienki, bo zanosiło się na dużego pawia, ale w końcu po soczystej inwokacji kandydatki przeszła mi ochota na dociekanie, co jeszcze ma w dupie Aleksandra, zwłaszcza że dziewczyna absolutnie nie jest w moim typie. De gustibus… A tak na marginesie: „macie w dupie politykę”? No to gówno macie!

W niektórych ze spotów ich bohaterowie wznoszą się na Himalaje inteligencji, na przykład w tym z udziałem Ryszarda Kalisza, w którym stały i korpulentny bywalec stacji telewizyjnych oraz radiowych, ulubieniec niektórych pań, prognozuje wynik wyborczy swojego (?) ugrupowania przy pomocy skomplikowanej operacji arytmetycznej z udziałem centymetra krawieckiego. 150 cm minus obwód w brzuchu – skąpo coś wyszło. Mimo to udało mu się skasować kolegę z lewicy Olejniczaka i tym samym nabruździć Millerowi.

Kandydaci promowali się nie tylko na bilboardach. Niektórzy, jak Karol Karski, Anna Kubica czy Jan Hartman śpiewali, co skądinąd zmusiło posła Cymańskiego do odśpiewania w rewanżu pieśni „Gdybym to ja miała skrzydełka jak gąska…” Na Annie Kubicy suchej nitki nie pozostawił Muniek Staszczyk, a to za przyczyną praw autorskich („To chamstwo i ignorancja” – podsumował …prawniczkę). Piękną unijną pieśń pt. „Hey Jude” odśpiewał sam premier Tusk, lecz zarzekał się, że czyni to nie w ramach kampanii. Inni robili jeszcze inne rzeczy, jak na przykład kandydat filozof prof. Jan Hartman, który dał sobie łeb uciąć na Starym Mieście w Warszawie. Jak pokazały wyniki wyborów, bez łba lepiej nie startować do Europarlamentu.

Wszystko, doprawdy wszystko można zrobić z siebie i ze sobą, gdy człowiek zaczyna wierzyć, że wydziela szczególne polityczne feromony.

Wspomniany Ryszard Kalisz zasługuje na szerszą refleksję. Jest on postacią symboliczną i reprezentatywną dla sporej grupy polityków. Mała poprawka: już od dawna nie polityk, lecz polityczny celebryta. Ciekawy przykład człowieka, któremu nie można odmówić inteligencji, który jednak jest tak naiwny, jak wypieszczone przez mamusię rozkapryszone dziecię, najlepsze, najwspanialsze dziecko na świecie, jedyne takie, maleństwo moje. Ryszard Kalisz uwierzył bezkrytycznie w swój niebywały czar i urok osobisty, emanujący szczególnie w towarzystwie pań, w swoją wybitną mądrość, w ogrom własnych dokonań. Uwierzył ponadto, że zawsze ma rację. Jego kolega Olejniczak nazywa go prosto z mostu mitomanem. W polityce siedzi Kalisz od dawna. Tymczasem, gdyby mi zadano pytanie, co Ryszard Kalisz zrobił przez te lata dla kraju i Polaków, miałbym duży kłopot z odpowiedzią. Dużo jest Kalisza w pasie, i nie tylko, czego sam Kalisz uczciwie nie ukrywa, dużo jest Kalisza w mediach, za to na listach zasłużonych jakby nie było Kalisza. Mamy tu do czynienia z przypadkiem człowieka, który zawód (powołanie) polityka przekształcił w celebrę, który wszedłszy w rolę celebryty, pozoruje uprawianie polityki. Niewątpliwie jest to korzystne z punktu widzenia „Pudelków”, „Faktów” i tabloidów. Dawno temu darzyłem Kalisza niejaką sympatią. Oglądając Kalisza parokrotnie w telewizji po wyborach do Europarlamentu, mógłbym (bez satysfakcji) powiedzieć, że mina Kalisza bezcenna i kondycja żałosna. Co tam mina! Gorzej, Kaliszowi zabrakło poczucia własnej godności, co bez litości obnażyła w „Faktach po faktach” (28 V) również przegrana posłanka Senyszyn. Żałosnych min naoglądaliśmy się od niedzieli więcej: Palikot, Siwiec, Ziobro, Kurski, Gowin. Niektórzy z nich, używając ezopowego języka, niemal z mety zaczęli kalkulować, jakby tu z twarzą wejść w łaski Kaczyńskiego (Ziobro, Gowin) lub Millera (Siwiec). Palikot zapowiada, że będzie długo analizował przyczyny swojej klęski. Jest się nad czym zastanawiać? Migalski rozważa na Twitterze, co lepiej brzmi: „prezydent Raciborza Migalski” czy „senator Migalski”. Jak widać, mamy klasę polityczną z dużą klasą.

Pozorantów i celebrytów w polityce polskiej był i jest legion, stanowią potężną siłę …medialną, co akurat nie jest to korzystne dla Polski. Prasa i media pełne były w ostatnich dniach rozliczeń. Lista lewusów, lawirantów i obiboków pośród dotychczasowych europosłów jest długa. Wielu z nich wyspecjalizowało się w tak konstruktywnych działaniach jak dorabianie sobie do brukselskiej pensji manipulacjami na listach obecności lub dietami podróżnymi. Nędzne muszą być te pensje brukselskie, jeśli do takich działań przedstawicieli Polski nakłaniają.

Jaki jest pożytek z europosłów, którzy przez pięć lat niemal dzień w dzień byli obecni w którymś z krajowych studiów telewizyjnych, jak Kurski czy Ziobro, którzy, jak Czarnecki, nie odstępują ani na krok prezesa Kaczyńskiego, a Kaczyński, jak wiadomo, nie przepada za zagranicznymi podróżami? Którzy urządzaja sobie propagandowe eskapady na Majdan i Krym lub miesiącami krążą bez sensu po Polsce?

A jaki jest pożytek z euroosłów?

Ponad 75 procent narodu „olała” wybory do Europarlamentu. Można psioczyć na naród, jednak czy pomstowanie na bierność Polaków w tej kwestii jest do końca uzasadnione? Nie sądzę. I nie tylko dlatego, że nie jest rzeczą atrakcyjną wybierać spośród narodu 51 kandydatów na milionerów.

Czego to świadkiem był przeciętny Polak, który śledził kampanię w telewizji lub radiu? Ani jeden komitet nie przedstawił sensownego programu, nie mówiąc już o wizji przyszłości Unii i Polski w Unii. Wielu kandydatom kampania do Europarlamentu myliła się z wyborami do rad miejskich lub gminnych. Lub wyborami wójta lub sołtysa.  Ileż razy można wysłuchiwać prezesa Kaczyńskiego grzmiącego, że „Tusk jest winny”, i premiera Tuska wbijającego kolejną „szpilę” Kaczyńskiemu? „Debaty” polityczne w RTV z udziałem kandydatów i liderów były, nieraz bardzo prymitywnymi, międzypartyjnymi jatkami, miały charakter wybitnie konfrontacyjny. Pokazy megalomanii, bufonady, bezczelności, tupetu, mitomanii, antykultury i – nie jeden raz – zwyczajnego chamstwa. Nie mogę, niestety, znaleźć ciepłego słowa dla ani jednego dziennikarza prowadzącego tego rodzaju spotkania, może poza paru wyjątkami radiowymi. A poza tym? Poza tym mieliśmy w tej kampanii zapowiedź trzeciej wojny światowej i szczerą troskę o los polskich dzieci, modlitwy o deszcz i powodzie, wyścigi premiera Tuska i prezesa Kaczyńskiego po wałach i terenach zagrożonych powodzią, rozjeżdżanie polskich dróg wyborczymi autobusami. Czyli normalka. Chyba, że uwzględnimy chamski popis licealistki z Gorzowa, która nazwała premiera zdrajcą i tydzień później, gdy premier specjalnie odwiedził jej liceum, pozwoliła sobie na afront, nie przyjmując od dostojnika bukietu kwiatów. PIS zdążył już odpowiednio pannicę uhonorować.

Najsmutniejsze jest to, że bardzo wielu z tych aspirantów do Brukseli, może nawet nie zdając sobie z tego sprawy, demonstruje ciasny, ksenofobiczny umysł, obnażając całkowity brak umiejętności myślenia w kategoriach europejskich. Tymczasem Europa pozostaje w tyle (gospodarka) za Ameryką, niebawem potencjał gospodarczy Chin będzie większy od amerykańskiego, a Putin zaczął na serio budować Euroazjatycką Unię Gospodarczą. Targana animozjami wewnętrznymi i sprzecznościami ideowymi Unia Europejska, w której coraz lepiej czują się różnej maści narodowcy ze skrajnej prawicy, w skali globalnej może stać się ewidentnym anachronizmem. Pytanie zasadnicze brzmi następująco: co Unia Europejska może zaoferować światu? Oprócz „wartości”? Zwróćmy uwagę, że demokracja, której jednym z głównych, obok USA, promotorów jest Europa, niekoniecznie jest towarem specjalnie chodliwym w innych kręgach kulturowych.

Powie ktoś, że w wielu krajach Europy kampania wyborcza do Europarlamentu miała jeszcze bardziej „obciachowy”  przebieg niż w Polsce? To żaden powód do satysfakcji. Niedziela wyborcza skłania do smutnych refleksji ludzi, którzy poważnie myślą o Polsce i jej przyszłości.

Polska dla polityków być może jest wartością, ale jest to wartość widziana i „mierzalna” przede wszystkim poprzez pryzmat czysto partyjnych interesów. Innej Polski politycy polscy na ogół nie znają. Nie ma ani jednej idei, zwłaszcza takiej zwróconej w przyszłość, która mogłaby złączyć we wspólnym działaniu ludzi z różnych partii i ugrupowań. Mamy do czynienia z „Polską ambicjonalną”: Polska to takie a nie inne ambicje Tuska, takie a nie inne inne ambicje Kaczyńskiego, ambicje Millera, ambicje Palikota czy chore ambicje Korwina-Mike. Tym panom wydaje się jakby, że Polska zaistnieje realnie, gdy jeden z nich wykończy drugiego. „Wyrżnie”, jak mawia pewien minister z europejskimi ambicjami.

No i mamy nieudolne, chore, uwzględniając stan i jakość prawa, państwo ściśnięte w klinczu, w jakim od lat tkwią PO i PiS. Trudno o odrobinę przynajmniej optymizmu, gdy zważy się, że najprawdopodobniej sytuacja w najbliższym czasie się nie zmieni. Przed nami wybory samorządowe, wybory do Sejmu i wybory prezydenckie i nadal będziemy zmuszeni do „pasjonowania się” POPIS-owym wyścigiem i żałosną retoryką ufundowaną nam przez prominentne osoby z obu partii. Partii prawicowych, oferujących Polakom mniej więcej to samo, czyli obietnice bez szansy na spełnienie, partii bez pomysłu na teraźniejszość i przyszłość Polski.

Na nieszczęście nie mamy silnej i porządnej lewicy. Z prawa harmonii wynika, że jeśli jest prawica, powinna być i lewica. Według Leszka Millera SLD odniósł sukces i stał się „trzecią siłą” w państwie. Według mnie, poniósł klęskę i nawet jeśli w wyniku sytuacji stanie się w najbliższej przyszłości „języczkiem u wagi” w Sejmie, to nie będzie to powód do triumfalizmu. Polską lewicę rozbili Aleksander Kwaśniewski, Marek Borowski, sam Leszek Miller, J. Palikot, M. Siwiec, R. Kalisz i paru innych. Leszek Miller nie przywróci tej lewicy siły i znaczenia, nie tylko dlatego, że cała siła Millera idzie w bon moty Millera, ale dlatego, że motorem jego działań wydają się być głównie porachunki osobiste z Kwaśniewskim, Palikotem czy Kaliszem. Bez silnej lewicy, powtórzę, przyszłość Polski nie rysuje się różowo. Szkoda Olejniczaka, bo to obiecujący młody polityk, ale przecież wykolegował go kolega z lewicy.

Największe moje rozczarowanie ostatnich kilku lat? Degrengolada polityczna Janusza Palikota. Ten człowiek  miał wszelkie dane, aby zbudować silną i wiarygodną partię. Jest to jednak człowiek pozbawiony zupełnie instynktu politycznego. Jego droga polityczna to historia „samobójów” i strzałów we własną stopę. Z podziwem można powiedzieć tylko o jednym: zrobił praktycznie wszystko, co mógł zrobić, aby zmarginalizować i pozbawić wiarygodności własne ugrupowanie. Jestem gorącym zwolennikiem świeckiego państwa, jednak w tym społeczeństwie (jak i każdym innym) na samych szopkach antyklerykalnych i happeningach z krzyżem i marihuaną daleko się nie zajedzie. Tym razem panom filozofom zupełnie zabrakło filozoficznej mądrości i przenikliwości, w końcu prof. Hartman też przegrał.

„Fenomen” Korwina-Mike? Jest duże prawdopodobieństwo, że w każdych kolejnych wyborach ten oszołom będzie punktował jeszcze wyżej. Po pierwsze dlatego, że taki jest trend europejski. Po drugie dlatego, że czołowe partie nie są zdolne do zaoferowania Polakom, szczególnie młodym, żadnego wiarygodnego programu, wizji przyszłości, a w takiej sytuacji szczególnie chwytliwa staje się polityczna błazenada, burleska i groteska. Może warto by tym młodym ludziom, którzy uwierzyli w JKM, zadać kilka prostych pytań: czy chciałbyś Europy podzielonej granicami i wizami? czy jako uczeń lub student zrezygnujesz ze stypendiów oferowanych przez instytucje europejskie? wyjazdów? czy jeśli twoją ambicją jest emigracja, bez oporu zrezygnujesz z możliwości, jakie daje praca w Anglii, Niemczech czy Irlandii? czy godzisz się na rolę europejskiego pariasa? czy chciałbyś żyć w burdelu?

Raz jeszcze wrócę do Leszka Millera. Swoje wystąpienie po ogłoszeniu wyników wyborów rozpoczął on od apelu o dzień żałoby narodowej w związku ze śmiercią gen. Wojciecha Jaruzelskiego. To ewidentne faux pas dowodzi chyba tylko jednego, że Leszek Miller pozbawiony jest czysto ludzkiej wrażliwości (nie chcę mówić o cynizmie). Leszek Miller mógł przewidzieć, że takim apelem zrobi niedźwiedzią przysługę najbliższym generała, wdowie i córce. No i stało się. Od niedzieli trwa awantura wokół pochówku prezydenta. IPN znowu wchodzi w rolę najważniejszej – obok Kościoła – wyroczni moralnej w Polsce. Tabloidy pełne są żałosnych tytułów i zdjęć. Poseł Stanisław Pięta z PiS proponuje w dniu pogrzebu krucjatę różańcową: „W piątek weźmiemy różaniec, przyjdziemy na Powązki, uklękniemy i niech ZOMO nas szarpie. Tam pogrzebu Wojciecha Jaruzelskiego nie będzie” – nawołuje.

Polacy po raz kolejny pokazują światu, że nie znają znaczenia związku frazeologicznego „w obliczu majestatu śmierci”. Uogólniam? Tak tego rodzaju zachowania będzie czytał świat, a w pewnych krajach czytać będą szczególnie uważnie. W zasadzie to, co dzieje się w związku ze śmiercią generała, to w Polsce nic nowego. Aż prosi się, aby napisać historię Polski ostatnich kilkuset lat podług pochówków znamienitych czy sławnych osób i politycznych tańców śmierci wokół nich. Rzecz to dziwna w kraju katolickim, w społeczeństwie, które szczyci się nadzwyczajną atencją dla tych, którzy odeszli, w Święto Zmarłych. Rzecz to dziwna czy przyczynek do dziejów polskiej hipokryzji?

Wracając do europejskich wyborów: gdybyśmy do Brukseli wysłali drużynę składająca się z samych Januszów Lewandowskich, Danut Huebner i Róż Thun, byłbym spokojniejszy o los Polski i Europy. Niestety, w znacznej części pojadą tam poborcy astronomicznie wysokich pensji i diet.

W tytule mówię o dwóch plusach ostatniej wyborczej niedzieli. Pora na odrobinę optymizmu. Plus pierwszy dotyczy wyborców. Ci nieliczni, którzy głosowali, wykazali się mądrością (pomijam głupotę młodych głosujących na JKM). Nie przepuścili do Europarlamentu celebrytów, w tym celebrytów sportowców. Także celebrytów politycznych w rodzaju Joanny Senyszyn, R. Kalisza, M. Siwca, J. Gowina, Z. Ziobry, J. Kurskiego czy prof. J. Hartmana. Nie przepuścili także politycznych kameleonów, jak Kamińskiego, Kalisza i Siwca. Chwała im za to.

Plus drugi niewiele ma wspólnego z Brukselą. Społeczeństwo królewskiego niegdyś miasta Krakowa powiedziało w referendum „NIE” olimpiadzie zimowej. I chwała mu za to.

Za to w dniu wyborów na Ukrainie lała się krew. Może zacznijmy doceniać Polskę.

Michał Waliński

29 maja 2014 r.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Niedziela wyborcza: dwa plusy i same minusy

  1. Karolina pisze:

    Bardzo ciekawy artykuł, wiele celnych uwag. Przeczytałam z ogromną przyjemnością, dziękuję.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s