Nie jedziemy do Brazylii. Pojedziemy na Euro?

Na zdrowiu, szkole, seksie, pogodzie i piłce nożnej znają się wszyscy, pozwolę sobie zatem na parę uwag na temat kopanej.

Piłka nożna to największa nasza miłość narodowa w dziedzinie sportu. W porywach kochamy Małysza, Kubicę, Kowalczyk, Stocha, Radwańską i Bródkę, ale narodowy ślub wzięliśmy z piłką nożną, tak jak wcześniej weszliśmy w ścisły alians z mesjanizmem.  W naszą reprezentację wierzymy co najmniej tak, jak Irlandczycy w swoją, tyle że zbiorowo tak pięknie śpiewać nie potrafimy. Irlandia – zespół równie słaby jak polski – mimo to z Irlandią też wygrać nie potrafimy. Bezwarunkowo jednak wierzymy, że w końcu będzie lepiej, musi być lepiej. Dla podbudowania tej wiary stworzyliśmy kilka przejmujących utworów na bliżej nieznane melodie: „Biało-czerwoni…” i „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Na oficjalnych meczach nawet melodia hymnu narodowego okazuje się dla nas mniej znana, chociaż w naszą reprezentację nieustannie wierzymy, wierzymy równie gorąco, jak nasi przodkowie Sarmaci w swoje pochodzenie i w swoją misję, jak ksiądz Piotr i Mickiewicz w cudowne moralne odrodzenie Polski i jej światowe moralne przywództwo. Wiary w Pana Boga w narodzie ubywa, coraz mniej polskich katolików regularnie praktykuje, wiara w narodową drużynę piłkarską utrzymuje się niezmiennie na tym samym poziomie.

Nie wiem, dlaczego w tej miłości tak bardzo upieramy się właśnie przy piłce nożnej i narodowej jedenastce. Chyba że jakaś potężna zadra tkwi w głębinach polskiej mentalności? Jakiś niedobór dopieszczenia w charakterze narodowym? Może chodzi o to, iż w historii więcej „żeśmy” klęsk ponieśli aniżeli zwycięstw, a gdy już ścieraliśmy się z wrogami zwycięsko, na chwałę polskiego oręża, nie potrafiliśmy tych zwycięstw zdyskontować? Wiktoria, sukces narodowej jedenastki miałaby to wszystko nam zrekompensować? Czasem myślę, że to sprawa naszych kompleksów narodowych, jakich jednak dokładnie? Prawdę mówiąc, dla wspomnianych Irlandczyków, którzy na meczach piłkarskich po prostu dobrze się bawią, piłka nożna bynajmniej nie jest sportem narodowym numer jeden – jest nim rugby, dyscyplina u nas kiedyś obiecująca („Czarni” Bytom!), lecz na dziesiątki lat zapoznana. Spróbujmy porównać pewne „średnie” (inteligencja, bojowość, gra dla zespołu, obycie kulturalne itd.) charakteryzujące piłkarzy nożnych ze „średnimi” rugbystów, również polskich. Wiele nam to może powiedzieć o jednych i drugich, na zdecydowaną niekorzyść bajecznie opłacanych speców od kopanej.

Od wielu miesięcy w telewizji oglądam przede wszystkim ligę angielską, hiszpańską, zaglądam do włoskiej, francuskiej i innych. Kiedy pilot zaprowadzi mnie (na ogół przypadkowo) na boisko Ruchu Chorzów i naszą ligę, przypomina mi się natychmiast „klimat” meczów, jakie rozgrywaliśmy z kumplami 60 czy 50 lat temu na podwórkach, kawałkach wolnego placu, boiskach szkolnych. Te okrzyki piłkarzy na boisku „Ruchu” jakby te same, wrzaski trenerów, widzów, te odgłosy kopniętej piłki… I kunszt piłkarski jakby podobny.

Kiedy pilot TV zaprowadzi mnie na stadion „Legii” czy „Lecha”, widzę ruchome ściany z tysięcy kibiców złożone, wpatruję się w wyreżyserowane przez kibicowskich liderów dwugodzinne widowisko i wierzę, że dla nich, utorśnionych, często półnagich, oflagowionych, uchuścionych, utransparentowionych, wytatuowanych, wyjących, bluzgających, miotających (się i co popadnie), wierzę więc, że dla nich dni meczów piłkarskich to są absolutnie najważniejsze dni w całym cyklu rocznym. Ważniejsze od daty ślubu, Wigilii, narodzin dziecka, zbudowania domu, znalezienia pracy i posadzenia drzewa. Niestety, patrzę również na boisko i widzę coś jeszcze. Widzę na ogół absolutny chaos i bezwład, odnosząc  wrażenie, że dla polskich ligowych zespołów, także czołowych, mecz jest tylko rodzajem daniny, oddawanej publice i klubowi za niebotyczne pensje, jakie lądują na ich kontach. Przykry obowiązek do spełnienia.

Jakie wrażenia wynoszę z ligi angielskiej czy hiszpańskiej, także włoskiej, francuskiej lub belgijskiej? Poza tym, że mecze oglądam z autentycznym zainteresowaniem, chociaż przecież „neutralnie”?

Regułą jest, i dotyczy to wszystkich zespołów, z góry i dołu tabeli, żelazna kondycja zawodników. Tam ani zespół, ani poszczególni piłkarze nie „odpuszczają”, tam się nie da „odpuszczać”, kibice by tego nie wybaczyli, intratne transfery byłyby niemożliwe. W Anglii, w Hiszpanii, gdy piłkarz schodzi przed czasem z boiska, mamy głębokie przekonanie, że dał z siebie wszystko lub został kontuzjowany. Większość graczy w zespole jest przygotowana nie na 90, lecz na 120 minut autentycznej harówki. Poza tym szybkość piłkarzy, szybkość gry.

Wrażenie drugie: znakomita technika, technika piłkarska często genialna i bajeczna. To już nie czasy, kiedy od finezyjnej techniki byli tylko Brazylijczycy. Zachodnia Europa, szkoląc młodych od żłobka i przedszkola, wiele w tym zakresie nadrobiła, a że idą z tym w parze inne umiejętności i zmysł do piłki młodzieży, Brazylijczykom coraz trudniej o sukces (Argentyńczycy w piłce nożnej zawsze byli, według mnie, bardziej europejscy). A jaki postęp zrobili Afrykanie, z bardzo wielu państw Czarnego Lądu? A Azjaci? A Amerykanie z USA, gdzie jeszcze niedawno piłka nożna była sportem kompletnie niszowym? Australijczycy też potrafią pokazać pazurki. Wszystko to są zespoły poza naszym zasięgiem.

Trzecia sprawa: taktyka. Trenerzy w czołowych klubach europejskich wiedzą, co to jest taktyka, ale – co ważniejsze – potrafią wpoić jej zasady zawodnikom. A zawodnik bez zmysłu taktycznego nie ma szans na dłuższe zaistnienie w zespole. I nie jest to taktyka schematyczna, jednowariantowa. Zauważmy, że Anglicy już dawno zarzucili tępy schemat polegający na nieustannym wkopywaniu piłki – z każdego możliwego punktu boiska – na pole karne przeciwnika. W najlepszych, czy po prostu dobrych meczach, zawodnicy poniekąd intuicyjnie przystosowują się do meczowych „zmiennych”, że tak to nazwę, i nie usłyszymy tu na ogół: „No, podaj, kur.a, podaj, ożeż ty…!

Po czwarte, umiejętność gry zespołowej. Banał, choć może paradoks, bo piłka nożna jest z definicji grą zespołową. Bez tej umiejętności żadna taktyka wpajana zawodnikom nie byłaby skuteczna. Zawodnik, podejmując i realizując indywidualne akcje, musi nieustannie myśleć w kategoriach zespołu, którego głównym celem jest pokonanie innego zespołu, to zaś jest możliwe, gdy się strzeli dla swojego zespołu przynajmniej jedną bramkę więcej. Piłka nożna to jeden z najmniej skomplikowanych sportów, boiskowe zasady są proste i przejrzyste. Jednak sukces, utrzymanie dobrego lub wysokiego poziomu przez drużynę nie zależą wyłącznie od ogromnych umiejętności indywidualnych i inteligencji zawodników, są również funkcją posiadanej/wypracowanej inteligencji zespołowej, ta zaś wymaga od piłkarzy określonej mentalności. Przekonania, że chce się naprawdę grać dla zespołu. To zaś oznacza nieustanną pracę nad sobą, dążenie do podnoszenia indywidualnych umiejętności. Teoretycznie, każdy ma szanse zostać drugim Ronaldo, Ibrahimovićem czy „Yaya” Touré. Żaden jednak Ronaldo, Ibrahimović i „Yaya” Touré nie zaistnieją bez zespołu. Znamienny jest w tym względzie przypadek Mario Balotelliego.

Po piąte, jest jeszcze jeden kontekst „zespołowości”. Kiedyś, dawno temu, wiele mówiło się o przywiązaniu do barw klubowych; w tym miejscu nie chcę się posługiwać tym nieco archaicznym (chociaż osobiście bardzo go cenię) określeniem. Czasy są, jakie są. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że podpisanie kontraktu z markowym klubem zachodnim nie jest celem samym w sobie, zobowiązuje dodatkowo piłkarza, czyni go odpowiedzialnym za siebie i za nowy klub. W tym przypadku bardzo dobrym przykładem może być Robert Lewandowski, historia jego kariery w Dortmundzie i postawa, zwłaszcza w ostatnich dwóch sezonach, kiedy już w polu widzenia pojawił się Bayern. Okienka transferowe, rotacje piłkarzy to sprawa oczywista, ale zauważmy, że podstawowy trzon wielu dobrych i markowych zespołów utrzymuje się bez większych zmian często przez szereg lat. Także posady trenerów nie są – w większości wypadków – zależne od kaprysów właścicieli klubów. Rekordziści pracują w jednym klubie przez kilkadziesiąt lub kilkanaście lat (Manchester United, Arsenal). Nadzwyczaj rzadkie są sytuacje, aby w jednym sezonie klub trzy lub cztery razy zmieniał trenera.

Po szóste, kiedy zgodnie z terminarzem rozgrywane są spotkania reprezentacji piłkarskich piłkarze z bardzo wielu klubów zachodnich bez większych problemów wkomponowują się w narodowe drużyny, prowadząc je do zwycięstw i większych lub mniejszych sukcesów (Hiszpania, Włochy, Anglia, Brazylia, Argentyna, Francja, Holandia, Belgia, Rosja, Ukraina, Serbia, Czarnogóra, Chorwacja, Grecja, Czechy i in. zespoły, które są poza zasięgiem Polaków ).

Po siódme, podejście do treningów. Trening to katorżnicza praca od pierwszej do ostatniej minuty (często – por. przykład Ronaldo – ponad normę). Praca nad przygotowaniem motorycznym, szlifowanie techniki, ale i ćwiczenie elementów taktycznych. Coś takiego, jak „odpuszczanie” treningów, jest raczej nie do pomyślenia. Wszystko to wymaga również profesjonalnego podejścia do własnego trybu życia, kwestii higieny, dbałości o zdrowie. Tak samo jak na przykład do często lekceważonego w Polsce elementu, jakim jest przedmeczowa rozgrzewka.

Takich pozytywnych wrażeń z oglądu zespołów z czołowych lig europejskich jest więcej. Skupiłem się na tych najważniejszych moim zdaniem.

*

Zawiesiłem na kilka dni pisanie tego szkicu i muszę nieco zmienić jego „kompozycję”. Otóż obejrzałem wczoraj mecz Niemcy – Polska rozegrany w Hamburgu. 0:0. Kiedyś bralibyśmy w ciemno taki wynik na wyjeździe. Tym razem dowcip polegał na tym, że Polacy grali tak naprawdę z młodzieżówką niemiecką występującą pod szyldem oficjalnej reprezentacji. Średnia wieku (ich) jakieś 21 lat. To nic nie znaczy, że nasza jedenastka nie mogła skorzystać z usług m. in. słynnej trójki z Borussi D. Niedoświadczeni młodzieniaszkowie z Niemiec od porządku narzucili Polakom sposób gry, od początku do końca dominowali na boisku. Polacy zachowali się jak tchórze, szczególnie w pierwszej połowie. Gra na własnej połowie, wycofanie i próby kontry. Jedna bardziej nieudana od drugiej. W drugiej nabrali trochę odwagi, ale dzieciaki z Niemiec miały przewagę pod każdym względem: taktyki, kondycji, szybkości, przyjęcia i podania piłki, ruchliwości i zmiany pozycji. Jeden zespół w tym meczu wykazał się zespołową inteligencją. Drugi obnażył aż do nieprzyzwoitości brak takiej inteligencji. Za pewne rzeczy odpowiada trener, to Nawałka narzucił zespołowi taką oportunistyczną taktykę, po przerwie chciał co prawda coś zmienić, ale… Nawałka najwyraźniej kroczy śladami Fornalika i wielu poprzednich polskich trenerów. Najwyraźniej ani Nawałka, ani piłkarze nie chcieli tego meczu wygrać. Wstyd, kiedy się patrzy na taką tępą grę i słucha pomeczowych wypowiedzi piłkarzy, których nie stać na żaden rodzaj samokrytyki. Czy do rangi największych indywidualnych osiągnięć można zaliczyć jedno, dwa celne podania? To że dwaj piłkarze z pola uratowali zespół przed utratą dwóch bramek?

Najsmutniejsze jest to, że polska drużyna w najbliższych latach nie doczeka się markowych, solidnych sparing partnerów w meczach towarzyskich. Jaki jest sens rozgrywania meczów z piłkarskimi analfabetami? Obecność Lewandowskiego nic tu nie zmieni, bo co można powiedzieć o drużynie (w różnych zestawieniach personalnych), której wartość i siła ma polegać na umiejętnościach jednego zawodnika, a która w dodatku za Chiny Ludowe nie potrafi zagrać na tego – żadnego innego – napastnika?

Może ci piłkarze naprawdę są dumni z tego, że mogą reprezentować barwy narodowe, może naprawdę chcą grać w reprezentacji? Nie kwestionuję tego typu deklaracji. Problem w tym, że nie chcą, a raczej nie potrafią wygrywać. Trzon kadry będą stanowić piłkarze z klubów zagranicznych. Owszem, mamy kilku markowych bramkarzy i wspomnianą trójkę dortmundzką. Do bramkarzy na ogół nie można mieć pretensji. Jak było i jest z przesławną „trójką” z Dortmundu w reprezentacji, każdy widział i pewnie jeszcze zobaczy. Niewątpliwie najlepsze wrażenie sprawiał w większości meczów Piszczek. A pozostali „zagraniczni”?

O pozostałych powiem, że są to osoby bardzo skromne. Mają w większości równie skromny cel: zaistnieć w podstawowym składzie zespołu. Nie żeby stanowić trzon zespołu, ale żeby od czasu do czasu zaistnieć. Raz na kwartał strzelić bramkę, wtedy media w Polsce będą piały z zachwytu nad niebotycznym wyczynem. Przypominam, że piłka nożna jest to sport, w którym chodzi o strzelanie bramek przeciwnikowi. Część z nich, która zaistnieć nie potrafi, marzy o wypożyczeniu do innego klubu. Lub przechodzi do ligi niższej (zawsze jednak zachodniej!). Ludzie ci zarabiają – w porównaniu ze średnią polską – ogromne pieniądze. To im wystarcza, nie mają wyższych ambicji. Nie stawiają na pracę nad swoimi umiejętnościami i rozwój. W „los” polskiego piłkarza, który załapał się do zagranicznego zespołu, czasem markowego, wpisana jest degrengolada. Symboliczna jest w tym względzie historia młodego Smolarka. Stary św. pamięci Smolarek w młodości ścigał się z końmi, żeby osiągnąć końską kondycję. Młody Smolarek, niezaprzeczalny talent, specjalizował się w przechwałkach i ścigał z pieniędzmi, trafiając do coraz słabszych klubów. Nie wiem, czy jeszcze gdzieś gra. Ostatni klub, „Jagiellonia”, po roku nie przedłużyła z nim kontraktu, był za drogi i za słaby. Kariera „Zibiego” Smolarka jest, podkreślam, symboliczną karierą; przykładów zmarnowanych wielkich talentów można by wyliczyć mnóstwo.

Wróćmy do punktu wyjścia, czyli do polskiej piłkarskiej ekstraklasy. Co demonstrują na co dzień na boisku pretendujące do mistrzostwa zespoły w rodzaju „Legii” czy „Lecha”? Chaos i bezwładną kopaninę, bez śladu porządnej myśli taktycznej. Jedenastu zawodników tworzy zespół, którego członkowie nie rozumieją się wzajemnie, „nie czytają siebie”, jak to uczenie nazywają komentatorzy z telewizji. Grę „do tyłu”, co oczywiście nie wynika z taktyki. Próby gry pozycyjnej przypominające przedstawienie teatru marionetek, dokładnie nie wiadomo, kto te marionetki przesuwa. Nieumiejętność zagrania inteligentną kontrą. Jedno celne (i twórcze) podanie na dziesięć. Nieudolna gra głową. Słabe przyjęcie piłki. Czyli, technika a rebours. Kondycyjną mizerię. Złe przygotowanie szybkościowe zawodników. Ilość przebiegniętych kilometrów w czasie spotkania? Porównajmy polska średnią ligową ze średnią europejską. O szybkich i przemyślanych akcjach całego zespołu możemy zapomnieć. Celność strzałów i liczba bramek? Coś mówią na ten temat tabele. Brak finezji, siermiężność, toporność – wszystko to, co kojarzy się z brakiem inteligencji. I ambicji. Tym dżentelmenom, którzy grają w piłkę, piłka najwyraźniej przeszkadza, prawdopodobnie prezentowaliby się o wiele lepiej, gdyby grali w piłkę bez piłki. Ciekawe, jakby ta liga wyglądała bez dziesiątków zatrudnionych przez kluby piłkarzy zagranicznych? Chociaż tylko niewielu z nich zasługuje na jakieś cieplejsze słowo? Gdyby podzielić wszystkie pierwsze ligi (Primera, Premiership, ekstraklasa) europejskie na klasy, nasza T Mobile znalazłaby się w jakiejś czwartej klasie, tak jak i nasza reprezentacja.

Czego możemy się spodziewać po „Zawiszy” Bydgoszcz, który wypracował sobie prawo do gry w eliminacjach LE? A czego po dwóch kolejnych polskich zespołach, które zakwalifikują się do eliminacji LM i LE? W sytuacji, kiedy zaraz po zakończeniu ligi rozpocznie się wielka wyprzedaż zawodników; z zespołów, które i tak są zespołami w cudzysłowie, zostaną kadłuby drużyn, „wzmocnione” nowicjuszami? Odpowiedź jest jasna: możemy się spodziewać tego samego, co w ostatnich kilkunastu latach. Tak jak polska reprezentacja nie ma szans na towarzyskie mecze z markowymi przeciwnikami, tak polskie czołowe kluby straciły (bezpowrotnie?) szanse na „otarcie się” – jak mówią uczenie komentatorzy – w grze z czołowymi klubami europejskimi.

Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Właściciele klubów nie budują potęg piłkarskich na skalę polską, interesuje ich szybki zysk. Włodarze mocniejszych klubów boją się zainwestować w Ligę Mistrzów, ergo nie chcą zarabiać wielkich pieniędzy. Mamy słabych trenerów, nie istnieje – wbrew niektórym opiniom – coś takiego, jak polska myśl szkoleniowa. Ci trenerzy nie są autorytetami dla piłkarzy. Piłkarze przeciętniacy, którym od czasu do czasu wychodzi celne podanie i strzał w światło bramki, jedna lub druga „kiwka”, nie mają większych ambicji, chyba że „załapać się” do jakiegoś słabego klubu zagranicznego lub do rezerw w lepszym zespole. Jeśli chodzi o ich następców, młodzież piłkarską, widzę tu coś na kształt negatywnej selekcji. Nie istnieje zresztą w Polsce przemyślany i konsekwentny system szkolenia dzieci i młodzieży. Pięknie, że mamy setki „Orlików”. Trzeba by te „Orliki” jakoś inteligentnie wykorzystać.

Czy jednak może istnieć inna niż negatywna selekcja młodzieży piłkarskiej w kraju, gdzie tak w ogóle kuleje służba zdrowia, a zrezygnowano z opieki zdrowotnej sprawowanej nad młodzieżą bezpośrednio w szkołach? Likwidując etaty lekarzy, stomatologów, pielęgniarek? Załóżmy, że przeciętna polska szkoła liczy 200 uczniów. Nie wiem, czy wśród nich znajdziemy więcej niż dziesięć procent zdrowych młodych ludzi. Dwa-trzy „schorzenia” na jednego ucznia to stan „normalny”, rekordziści mają tych schorzeń po kilkanaście. Zajrzyjmy do jakiejkolwiek „podstawówki” – co trzecie, czwarte dziecko monstrualnie otyłe. 60-70 procent młodzieży zwalnia się regularnie z lekcji wf. Reprezentanci Polski w wielu dyscyplinach sportowych to w większości ludzie urodzeni i wychowani w III RP. Dziw, że niektórzy zdobywają medale na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata i Europy. Kwiatki do kożucha.

Dochodzę do refleksji, którą boję się sformułować. W tym kraju jakakolwiek pozytywna wzmianka o okresie PRL grozi nazwaniem wzmiankującego „komuchem” lub „ubekiem”.

Ale czym tłumaczyć fakt, że w okresie PRL mieliśmy całą plejadę znakomitych trenerów w wielu dyscyplinach sportu? Lekkoatletyka, boks, szermierka, zapasy (dwa style), dżudo, ping pong, kajakarstwo, wioślarstwo, siatkówka, jeździectwo, łucznictwo, strzelectwo i in., no i piłka nożna (Górski, Gmoch i Piechniczek odnosili sukcesy w minionej epoce). Fakt, że do sportu, nie tylko piłki nożnej, garnęły się miliony młodych? Ze lekcje wf należały do ulubionych lekcji w każdej szkole?

Nie da się ukryć, że w okresie PRL doprowadzono do wielu wynaturzeń również w dziedzinie sportu i że w ogóle inwestowanie w sport powiększało obszary wspólnej polskiej biedy. Oczkiem w głowie władzy i swoistym bożkiem były dyscypliny zespołowe i …zespołowe punktacje. Na olimpiadach i mistrzostwach świata ważniejsza od klasyfikacji medalowej była klasyfikacja punktowa, którą media skrzętnie podawały po każdym dniu imprezy.

Pomijając groteskowe sytuacje, wynaturzenia, nie da się ukryć, że w tamtej epoce wszczepiano sportowej młodzieży ducha zespołowości, pracy dla „kolektywu”, co przekładało się na umiejętności gry zespołowej. Funkcjonował na przykład bardzo rozbudowany system rozgrywek międzyszkolnych w różnych dyscyplinach sportu. Cieszył on się autentycznym zainteresowaniem całych społeczności uczniowskich, było sprawa honoru zdobyć jakieś punkty dla swojej szkoły. Funkcjonowała opieka zdrowotna w szkołach, a poza tym tamte pokolenia młodych ludzi – mimo biedy, braków w sklepach – żyły zdrowiej. I były zdrowsze. Mniej ksobne i bardziej uspołecznione. Po 1989 roku rozpoczęła się w Polsce epoka indywidualizmu, co skądinąd było zrozumiałe.

Zakładam, że młodzi ludzie, którzy masowo zwalniają się z lekcji wf w szkołach, a ponadto dzieci i młodzi w różnych fazach otyłości, dodajmy do tego jeszcze tych spośród zdrowych, których sport nie interesuje – nie zapisują się do szkółek, klubów i sekcji sportowych, w tym piłkarskich. Wyciągnijmy z tego wniosek, że do sportu, w tym piłki nożnej, wchodzi bardzo niewielki odsetek populacji młodych. A przecież i ci nieliczny muszą dysponować jakimś talentem czy podstawowymi umiejętnościami. Minister Joanna Mucha szła w dobrym kierunku, ale ta Pani Minister to już wspomnienie.

Zatem nie łudźmy się, że doczekamy się w najbliższym czasie jedenastu Lewandowskich lub pięciu Justyn Kowalczyk w jednej dyscyplinie. Wierzę, że w najbliższych eliminacjach piłkarskich do EURO jesteśmy w stanie pokonać Gibraltar. Pozostałe reprezentacje są na razie poza naszym zasięgiem.

Po 1989 roku sport stał się jedną z najmniej istotnych dziedzin w życiu społecznym Polaków. Pomijam imprezy propagandowe typu EURO 2010 (i nie daj Bóg Olimpiada w Krakowie), które wskazują, że władzy nieobce są pewne inicjatywy przypominające okres Edwarda Gierka. Rozumiem, że takie były między innymi koszta transformacji. I nadal są. To społeczeństwo ciągle nie może wyjść z biedy, ciągle się dorabia, nieustannie goni Europę. Zdrowy tryb życia – to hasło jest coraz popularniejsze (chociaż mnie absolutnie nie dotyczy), lecz na efekty jeszcze będziemy musieli poczekać. Zdrowy tryb życia jest raczej  niemożliwy bez zdrowego życia społecznego, życzmy więc sobie, abyśmy się stawali w coraz większym zakresie społeczeństwem obywatelskim.

To wszystko rozumiem, jednak nie rozumiem, dlaczego po 1989 roku wyrugowano ducha sportu ze szkół.

Michał Waliński

18 maja 2014 roku

 

 

 

 

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Nie jedziemy do Brazylii. Pojedziemy na Euro?

  1. Pingback: Polska jak Portugalia. Urlopować Roberta Lewandowskiego? | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum"

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s