Instrukcja obsługi chorego na raka. Cz. II. Chory i publikacje

( Część I:

https://michalwalinski.wordpress.com/2014/01/29/instrukcja-obslugi-chorego-na-raka-punkt-1-czyli-zdrowy-musi-myslec-o-sobie/ )

Ten blog zacząłem prowadzić 6 października 2010 roku. Zastanawianie się, czy warto czy nie warto, pod nazwiskiem czy anonimowo, na taki czy inny temat, zajęło mi parę ładnych miesięcy.

Skąd te obiekcje? Pierwszy pomysł był taki: prowadzić blog, którego tematem byłaby historia choroby nowotworowej autora. Od paru ładnych lat modne jest we wszelakich mediach, od tabloidów poczynając, na telewizji i Internecie kończąc, sformułowanie „walka z rakiem”. W użyciu są określenia typu: „przezwyciężył raka”, „wygrał z rakiem”, „zwyciężył z chorobą”, „pokonał raka” itd. Wczoraj Zawisza Bydgoszcz wygrał w rzutach karnych z Zagłębiem Lubin, a dzisiaj Atletico Madryt przegrało z rak…, przepraszam, z Levante 2:0. Ładna analogia?

Kogoś, kto „wygrał z rakiem”, a szczególnie kogoś, kto jest wystarczająco sławny lub znany, fetuje się w mediach jak zwycięzcę, podziwia moc jego psychiki, podaje jako „wzór” innym chorym na raka lub ludziom, którzy potencjalnie mogą zachorować na raka, a są to, teoretycznie przynajmniej, wszyscy. Frazeologizmy typu „wygrać z rakiem” uzyskały status medialny, dobrze się sprzedają. Dzisiaj praktycznie wszystko jest na sprzedaż; można sprzedać szczeniaki, chorobę alkoholową, seksoholizm, własną matkę, własnego psa, własne życie intymne, swoją twarz, własną dupę, własny orgazm i własnego raka. Oczywiście, nie potępiam tego zjawiska, w umedialnieniu raka zazwyczaj zawiera się także pewien przekaz pozytywny, często bardzo istotny, zdarza się jednak, że publiczna „walka z rakiem” ma podbudować lub reaktywować czyjąś medialną karierę.

Myśląc o założeniu bloga „rakowego”, zreflektowałem się jednak: jakim to ja będę „zwycięzcą” i „wzorem”, jeśli za miesiąc, lub nawet dopiero za rok, złośliwe bydlę zaatakuje na powrót i wygra? Pusty śmiech mnie ogarnie. Po śmierci? Ponadto, nie jestem celebrytą i żadne oczy nie są we mnie wpatrzone jak w obrazek.

Minęły cztery lata od dni, kiedy zaaplikowano mi ostatnią, dodatkową chemię (kilka miesięcy wcześniej w Gliwicach, między trzecią i ostatnią „chemią”, przeszedłem „szkołę” radioterapii, legając co dnia na/w maszynie, w której czułem się jak kosmonauta przygotowujący się do lotu w kosmos). Była wczesna, piękna wiosna w Rybniku, wiosna młodo zielona, jaka najbardziej lubię. Rybnik to bardzo ładne miasto. Na dworcu, na który dojechałem zamówioną pod szpital taksówką, w oczekiwaniu na pociąg, zjadłem w budzie blisko dworca ogromną bułę z „kebabem”, piklami i wylewającymi się sosami. Nieźle się przy tym upaćkałem. Potem wypiłem sporą butlę coca-coli. Czyli posiłkowałem się posiłkiem i napojem, których od urodzenia unikam jak ognia, niewtajemniczonym spieszę jednak wyjaśnić, że chemioterapia albo zupełnie pozbawia człowieka smaku, albo niesłychanie i w dziwaczny sposób „sublimuje” jego poczucie. Jak wczesna ciąża, mówią. W moim przekonaniu, należy jednak jeść. Jeść, nawet „na siłę” jeść. Chociażby po to, żeby znajomi, których później spotkasz, mogli ci powiedzieć, że „dobrze wyglądasz”. Ponadto, coca-cola chyba lepiej łagodzi pewne przykre (ohydne, wstrętne) skutki chemioterapii aniżeli oficjalne medykamenty. Wypróbujcie koniecznie podczas najbliższej grypy żołądkowej, poza tym – jak wiadomo – coca cola jest świetnym odrdzewiaczem. Nie zapobiega, co prawda wypadaniu włosów z głowy (i nie tylko), ale na pocieszenie zauważę, że za jakiś czas włosy odrastają grubsze i silniejsze. Może taki proces zrzucania i zapuszczania powtórzyć się kilkakrotnie. Trudniej radzić sobie z pewnymi skutkami radioterapii.

Tyle pochwały rybnickiego kebaba (na co dzień: tfu!) i coca-coli (tfu na co dzień!). W samych superlatywach mogę mówić o rybnickiej onkologii, gdzie poddałem się terapii za radą onkologów gliwickich. Tamtego dnia wsiadłem w końcu do sfatygowanego EZT-u i pogrążyłem się w myślach, trochę obserwowałem wiosnę migającą rozmytą zielenią za oknem. Zawsze miałem pociąg do wiosny, od tamtej pory – szczególny. Posiadłem bowiem wyższą świadomość znaczenia symboliki cyklu wegetacyjnego w życiu człowieka.

Bodaj w Mikołowie do pociągu wpadła „wataha” młodych ludzi, chłopców i dziewczyn, chyba starsze klasy licealne, dobrze wyekwipowanych, każdy z plecakiem i oprzyrządowaniem, w odpowiednich trekingowych wysokich butach, z wychowawcą w średnim wieku, też odpowiednio wyekwipowanym. Jechali na wycieczkę, może rajd w góry, zachowywali się świetnie, tak jak młodzi ludzie powinni się zachowywać w takim momencie, jednak mnie zrobiło się, dziwnym trafem, bardzo smutno. Chciałem już być w domu, chociaż w głębi duszy myślałem o wycieczkach górskich, które jeszcze przede mną. Wtedy nie przypuszczałem, że długie lata pracy zawodowej mam już za sobą. Górskie wyiceczki także.

Blog zainaugurowałem, nie był i nie jest to blog „rakowy”, aczkolwiek nie jeden raz zdarzyło mi się do sprawy z rakiem nawiązywać. Uznałem, że wielu sławnych i mniej sławnych aktorów, artystów i celebrytów wydało w ostatnich latach całe książki poświęcone walce z nowotworem złośliwym. Na ogół czyta się je z zainteresowaniem, nawet z pozytywnym zaangażowaniem emocjonalnym, jak chociażby książkę Jerzego Stuhra, jednego z moich ulubionych aktorów. W Internecie znaleźć możemy tysiące – najczęściej anonimowych – blogów z rakiem w godle. Niejednokrotnie sięgałem do czyichś zapisków, dzienników, zwłaszcza na początku własnej przygody. Słowa „przygoda” używam tu w znaczeniu, jakie nadali mu pisarze staropolscy, od Kochanowskiego poczynając.

Nie chciałem prowadzić bloga anonimowo. Nie odważyłbym się jednak pisać „pod nazwiskiem” o wielu szczegółach związanych z chorobą. Zbyt intymne. Prawdopodobnie o wielu z nich nie napisałbym także jako anonim, bo pisemne „rozbabrywanie” pewnych spraw, które na co dzień staramy się wymazać z pamięci, skazać je na ćwierćbyt w najgłębszych katakumbach mózgu, nie wydało mi się rzeczą konstruktywną.

Nie dorosłem może do tego, żeby np. dawać rady innym chorym onkologicznie. Ja oto robiłem to a to, więc wy róbcie tak samo. Takie „rady” zobowiązują, ponosi się za nie, przynajmniej teoretycznie, odpowiedzialność. Inna sprawa, że Internet pełen jest bałamutnych lub fałszywych przekazów, które zapewne niejednego chorego na raka skazały przedwcześnie na przejście do innej formy bytu, gdy na przykład pod wpływem internetowych lektur czy przekazów oralnych rezygnował z form terapii proponowanych przez naukową medycynę.

Nie potępiam ich decyzji, bo rozpacz może wyzwalać w ludziach najrozmaitsze reakcje. Owszem, mogę polecić picie soku z buraków, kurkumę itp. specyfiki dobre także w diecie ludzi zdrowych. Od razu może też powiem, że nie wierzę i nie przyjmuję do wiadomości żadnych uzdrowień jako wyniku „cudu”, co jest moim osobistym poglądem. Zdarzały się i zdarzają przypadki wyjścia z najgorszych stadiów choroby, przykłady niesamowitych ozdrowień, najprawdopodobniej jednak jest tak, że medycyna jeszcze nie potrafi ich wyjaśnić, być może wiąże się to z jakimiś „zapętleniami” indywidualnego genotypu. Jeśli jednak komukolwiek pomaga wiara w cuda, niech wierzy, bo ta wiara, poprzez na przykład modlitwy, oznacza również działanie, zaś lepsze jest jakiekolwiek, niewymierzone we własne życie (chociażby z rakiem), działanie niż zaniechanie działania, poddanie się. Jestem skłonny zgodzić się z opiniami, że – pozostając z całym szacunkiem dla oficjalnej medycyny – najważniejszy z lekarzy terapeutów funkcjonuje w mózgu chorego. My tylko nie wiemy, na czym to dokładnie polega. Może po prostu na „niezgodzie na”, jest więc to jakaś forma indywidualnego buntu?

Przede wszystkim, by wrócić do zaniechanego wątku, chociaż często się o tym pisze czy mówi w mediach, j a do dnia dzisiejszego nie bardzo wiem, co to jest „walka z rakiem”, co de facto znaczy frazeologizm „walczyć z rakiem”, chociaż i  j a, raz, drugi lub trzeci, usłyszałem, „musisz walczyć”, „walcz”.

Czy dlatego, że z usposobienia jestem pacyfistą i antymilitarystą? Nie, nie powiem, że zaprzyjaźniłem się z rakiem mojego osobistego pęcherza, przyjaźń to w tym wypadku zbyt wielkie słowo. Po niewątpliwym wstrząsie, jakiego doznałem, kiedy pewnego lipcowego poranka przeczytałem w Internecie (Internet naprawdę jest potęgą), że takie to a takie objawy, jakie zaobserwowałem u siebie niespełna pięć lat temu, wskazują na nowotwór złośliwy, po potwierdzeniu „autodiagnozy” przez kolejne badania lekarskie, kiedy już zobaczyłem w powiększeniu mikroskopowym swojego mieniącego się wszystkimi kolorami raka, wszedłem z nim w niejaką symbiozę, jak brzoza z hubą lub topola z jemiołą. Porównania może na tyle nieadekwatne, że z huby i jemioły ostatecznie jest jakiś pożytek. Nawet ja nie raz całowałem się pod jemiołą, a hubę wykorzystywałem na podpałkę, chociaż byli tacy profesorowie, którzy uwierzyli w antyrakową moc huby. Może? Wszystko jest możliwe. I wszystko jest niemożliwe.

A gdy nauka kiedyś odkryje, że rak też może być …pożyteczny? Że odpowiednio prowadzony, może zwalczyć samego siebie – tak jak starożytny Rzym zwalczył samego siebie w kapitalnym liryku Mikołaja Sępa Szarzyńskiego? Co prawda, zwalczył wcześniej „cały świat”, lecz przecież dzięki temu powstały nowe państwa i bogate kultury. Z choroby nowotworowej rodzi się jakby „nowy”, „inny” człowiek. Czy lepszy? Tego nie wiem. Uznajmy, że potyczka z rakiem odbywa się poza kategoriami moralnymi, poza etyką. Największa gnida ludzka może ozdrowieć, człowiek znany z dobrego serca, wzór moralny i kandydat na świętego może tej możliwości nie mieć. Z perspektywy choroby nowotworowej nawet Bóg wydaje się być „poza Dobrem i Złem”.

Tak więc nie bardzo wiem, co to znaczy „walczyć z rakiem”, jak zatem mógłbym o tym pisać? W pierwszej połowie tamtego lipca, otrząsnąwszy się z szoku pierwszych tygodni „po”, uznałem, że trzeba z tym żyć. Z nim – póki co. Po co trzeba żyć? To jest pytanie z rzędu tych najgłupszych, ale też najtrudniejszych dla odpowiadającego. Przy takim pytaniu, jak to, dziewięciu polskich polityków na dziesięciu odpowiada dziennikarzowi mniej więcej tak: „to jest dobre pytanie”. I plącze się w odpowiedzi, i nie może wyplątać. Tymczasem są niewątpliwie bardzo różne oraz istotne powody, żeby żyć, a ten powód, na który w zasadzie wpływ mamy co najwyżej niewielki, nazywany jest czasem wolą życia. I nawet Panu Bogu nic do niego, lecz powtarzam: jeśli komuś w walce z rakiem Pan Bóg pomaga, to absolutnie popieram.

Co to jest ta „wola życia”? Nie wiem. To jakiś wewnętrzny przymus, który zwierzętom, może i roślinom, bardziej każe żyć aniżeli umierać, chociaż w jakimś momencie ów popęd, Eros, „wyraża zgodę” na konieczność śmierci, ulega Thanatosowi. My, ludzie, słabo to sobie uświadamiamy, dlatego stworzyliśmy protezy w rodzaju religii, filozofii, ideologii i często uciekamy się do nich. Zwierzęta, wszystko na to wskazuje, nie wykształciły społeczeństw i kultur w ludzkim rozumieniu, my zatem, stłumiwszy w trakcie ewolucji instynkty i popędy, tworząc i nobilitując kulturę, musimy „podpierać się” ściągami, surogatami. Dzięki nim dowiadujemy się na przykład, jak godnie żyć i jak godnie umierać, często także kultura podpowiada nam, jakie będzie nasze życie po śmierci. Można by się skądinąd zastanowić, czy w kwestii sprawy najbardziej ostatecznej z ostatecznych nie lepszy może byłby „czysty” instynkt od kulturowych protez? Czy pojęcie „godnej śmierci” to nie jest przypadkiem jakiś oksymoron? Jak „piękny nowotwór”?

Naprawdę, nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, co to jest „walka z rakiem”. Prawdopodobnie w społecznościach ludzkich nie ma dwu takich samych psychik, dwu akich samych osobowości. Każdy człowiek jest, z pewnej perspektywy patrząc, odosobnioną wyspą, zanurzoną w oceanie życia, nękaną a to przez delikatne ciepłe bryzy, a to zimne sztormy, huragany, cyklony, tsunami (ależ metaforka mi wyszła!). Na największe niebezpieczeństwa i przykrości narażeni jesteśmy na ogół ze strony innych ludzi, czy to będzie wojna, czy też „zwykła” plotka bądź oszczerstwo, chociaż ludzie, jak wiadomo, potrafią być także wspaniali.

Podstawowa trudność, z jaką zmagamy się w społecznym życiu, wynika – paradoksalnie – ze specyfiki tkwiących w naszej psychice mechanizmów obronnych: nie potrafimy wnikać w cudze myśli, nie potrafimy wiernie, literalnie przekładać własnych myśli na cudze. Cudzy mózg, ale i mój mózg, to najlepiej zaszyfrowany sejf w kosmosie, o wiele lepszy niż KeePass 2. Postępy neurologii, psychiatrii, seksuologii czy psychologii to, jak dotychczas (może na szczęście), to jedynie pewne „uzurpacje”. Nie neguję znaczenia tych nauk. One same przyznają się jednak do pewnej bezsilności, jeśli chodzi o „przedmiot” badań. Proszę zauważyć, jakie koło zatoczyła psychiatria. Zrodzona z szarlatanerii lub uzurpacji różnych inkwizytorów, nękała „niepokornych” może już nie płonącymi stosami, ale lodowatymi kąpielami ciała posiadacza „zdeprawowanego” mózgu, dybami, pasami, rzekomo zdrowotnymi kaźniami, później różnymi kastracjami dowolnych części głównego ludzkiego organu, bez zgody właściciela tegoż organu (syndrom „lotu nad kukułczym gniazdem”), by w końcu – humanistycznie i humanitarnie – uznać autonomię „chorego”, uszanować w nim człowieka. Z jakimś dopiskiem typu: „inaczej myślący”. Bezsiłę wspomnianych nauk, a przy okazji systemu prawa oraz organów powołanych do ochrony tegoż prawa, pokazuje doskonale cassus człowieka o nazwisku Trynkiewicz. Do dzisiaj nie wiemy, gdzie przebiega granica między tzw. zdrowiem psychicznym a chorobą psychiczną. Kto wie, może wszyscy są do pewnego stopnia „szurnięci”? Często wydaje mi się, że tak właśnie jest i siebie bynajmniej nie wyłączam.

Mechanizmy obronne, jakimi dysponuje nasza psychika, sprawiają, że w komunikacji ludzkiej absolutna szczerość tak naprawdę jest niemożliwa. Dlatego dr House ma niewątpliwie rację, gdy mówi, że wszyscy kłamią. Wypowiadamy pewne „prawdy” o sobie, pewne „prawdy z siebie, są to jednak w większości takie „prawdy”, które nam odpowiadają. I przyjmujemy od świata, od otoczenia „prawdy” skrojone przez siebie na miarę własnych oczekiwań. Trzeba jednak dodać, że granice „kłamstwa” wyznaczają systemy etyczne. One z kolei są bardzo rozciągliwe. Z tego powodu na co dzień możemy uznawać, że w komunikacji z innymi ludźmi, zwłaszcza bliskimi nam, podstawą powinna być szczerość i jesteśmy wyczuleni na wszelkie fałsze, bo każdy z nas operuje jakimś, nawet szczątkowym, systemem moralnym, a poza tym każdy rodzaj życia społecznego zawiera zgodę na jakiś stopień, poziom, homogenizacji.

Dlatego, chociaż autorzy książek, dzienników i blogów poświęconych własnej „walce z rakiem” przedstawiają (deklarują) pewne intencje, jakimi podejmując pisanie i w trakcie pisania się kierowali – na ogół są to intencje i motywacje bardzo szlachetne, z najwyższej półki – nie zawsze jednak muszą być w tych deklaracjach i intencjach do końca przekonujący. Powiem od razu, że mnie najbardziej przekonują ci, którzy uświadamiają sobie, i nie ukrywają przed potencjalnymi czytelnikami, że to rakowe pisanie jest dla nich formą autoterapii. Tworzenie literatury, poczynając od tej arcydzielnej i najwyższej próby, na grafomańskiej kończąc, bywało niejednokrotnie rodzajem autorskiej autoterapii. Bo jak inaczej spojrzeć na znakomite książki Jerzego Pilcha? Prawdopodobnie i Dante, opisując własną wędrówkę przez Piekło, Czyściec do wrót Raju, znał tę motywację tworzenia literatury.

Jeśli jednak, jak przyjęliśmy, w codziennej, „potocznej” komunikacji międzyludzkiej niemożliwa jest absolutna szczerość, ujawniamy tylko strzępy, rąbki prawd o nas i naszych tajemnicach, to czy w chorobie stajemy się bardziej „komunikatywni” i „prawdomówni”? Nie kwestionuję autentyzmu pewnych wynurzeń, ale przecież nawet najdoskonalsze reportaże (Wańkowicz, Kapuściński, Krall, Hugo Bader, Jagielski) są „tylko” jakąś kreacją rzeczywistości realnej i uwzględniają – zachowując pozory obiektywności – w pierwszym rzędzie osobistą, pisarską perspektywę w ujmowaniu tej rzeczywistości, to cóż dopiero mówić o „reportażach” z wnętrza psychiki człowieka uwikłanego w poważną chorobę?

Ludzkość tworzyła piękne mity, które mówią o jedności w Prawdzie. Pominę odniesienia religijne, przypomnę raczej jeden z najważniejszych mitów w dziejach kultury europejskiej – mit Tristana i Izoldy. Historia obojga kochanków jest utkaną z symboli historią egzemplifikującą osiągnięcie doskonałej Pełni, w której zniesione zostają wszelkie przeciwieństwa, sprzeczności i przeszkody, doskonałej coincidentia oppositorum. Prawda Tristana, z definicji zawartej w micie, musi być doskonale taka sama, jak prawda Izoldy. I vice versa. Pomijając wpływ tego mitu na kulturę europejską, reaktywują go od wieków wszyscy zakochani. Na jakiś czas, na czas „choroby”, bo stan zakochania jest chorobą. Na szczęście reaktywują go nie w wersji literalnej, bo w wersji literalnej aktywowane przez Erosa zachowania to „choroba na śmierć”. Dlatego zwyczajni, nieliteraccy i niemityczni kochankowie, wychodząc z miłosnego amoku, uświadamiają sobie często, że: „ta kobieta mnie nie rozumie/ten facet mnie nie rozumie”, „bo to zła kobieta była/ to jakaś oferma, nie prawdziwy facet”. I albo grzebią cały romantyzm i Prawdę w moemncie, kiedy ksiądz „wiąże im stułą stęsknione ręce”, albo się rozchodzą. Miłość małżeńska polega już na czymś innym.

Ciężka choroba, niekoniecznie nowotworowa, jest doświadczeniem, które wzbogaca i wyostrza poczucie prawdy, chyba w  każdym dotkniętym tym doświadczeniem człowieku, nie mogę wypowiadać się w imieniu całej chorującej ludzkości. Paradoks polega na tym, że im więcej tej prawdy – o sobie, o człowieku, o ludziach – w chorym, tym trudniej mu przekazać ją innym, nawet bliskim osobom, często jest to wręcz niemożliwe. Intelekt w tym momencie zawodzi, bardziej skuteczne wydają się proste gesty i ryty, dzisiaj jednakowoż coraz trudniej o proste gesty i ryty. Uczucia i emocje tłumi kultura i jej karykatura w postaci popkultury. O chorobie mówimy zazwyczaj nie swoim językiem.

Zauważmy, że książki i blogi o „walce z rakiem” opowiadają głównie o zewnętrznej „otoczce” choroby. Szpital, lekarze, aparatura, chemia, radioterapia, diagnozy, badania, wypadanie włosów, wymioty, reakcje skóry traktowanej promieniotwórczą aparaturą, pielęgniarki, sprawy zawodowe, sprawy rodzinne, jakieś plany dotyczące życia i pracy. Niewiele mówią o istocie cierpienia, o świadomości człowieka w sytuacji zagrożenia śmiertelną chorobą, o wewnętrznych zmaganiach. Nie czynię z tego powodu nikomu zarzutów, uznałem, że samo pisanie może być formą terapii, a jeśli ktoś w tym pisaniu ujawnia pewne aspekty swoich planów życiowych i zawodowych, to tym lepiej, bo ujawnia w ten sposób – pośrednio – wolę życia. I powrotu do normalnego (?) życia.

No więc zrezygnowałem z prowadzenia „bloga rakowego”. Jest i taka prawda: dostałem wiele wspaniałych listów i mejli, głównie od młodych ludzi, na które nie potrafiłem odpowiedzieć. Dlaczego? Ze względu na owe bariery komunikacyjne. Nie potrafiłem odpowiedzieć na podstawowe pytania i życzenia, bo żeby być w tym w miarę szczerym i wiarygodnym, musiałbym mówić o sprawach zbyt osobistych, przykrych, nieestetycznych, może zatem zbyt brutalnych dla odbiorców. W każdym razie szczerze dziękuję. Od serca.

Za niecały rok minie pięć lat od ostatniej, dodatkowej, chemii. Gdy dotrwam, uzyskam „status” wyleczonego. Wypełnię zobowiązanie wobec nowoczesnej medycyny (ośrodki i centra onkologiczne mamy naprawdę nowoczesne, mamy też wielu znakomitych lekarzy onkologów; zawodzi system). Poprawię statystyki. Może.

Lecz to nie będzie takie proste. Musiałem ostatecznie zrezygnować z pracy zawodowej. Pisałem już, co mi najbardziej na skutek tej decyzji doskwierało. Przyczyną rezygnacji nie był nowotwór, być może „spacyfikowany”, ale inne „dolegliwości”. I ja jednak zostałem „spacyfikowany”, moje marzenia o górskich wędrówkach zastąpiło dreptanie po domu, codziennością są sytuacje, jakie opisałem w narracji pt. „Ja, pilot i Max Payne”, czasem zdobywam się na zjazd windą do sklepiku w „podcieniach” bloku, po bułkę, pietruszkę, piwo i gazetę.

Tak. Zdecydowanie zawodzi system. Jedna przewidywana operacja: za sześć lat. Mogło być gorzej. Innej mogę nie doczekać, jeśli lekarz myli się w obliczeniu (USG) grubości pewnego niepożądanego detalu pewnej aorty o kilka „ładnych” centymetrów, a po ponownym rzekomym sprawdzeniu, wpisuje to, co wyczytał na karcie TK pacjenta i co było aktualne rok temu. Jak napisałem, w cudowne wyleczenia, zwłaszcza tętniaków, nie wierzę. Najgorsza jest jednak inna sytuacja: organizm wysyła liczne niepokojące sygnały, sygnały nasilają się, a pacjent nie może uzyskać wiarygodnej i jednoznacznej informacji, co się dzieje w tym organizmie. Nowotwór atakuje ponownie? Stary obiekt i nowe obiekty? Nie może uzyskać wiarygodnej informacji nie dlatego, że jest to niemożliwe, ale dlatego, że musi chodzić od Annasza do Kajfasza. A jeśli prywatnie zapłaci (sporo), może się czegoś w końcu dowie, czego zresztą z całego serca mu życzę.

Tymczasem jakiś minister bredzi o zielonych kartach dla chorych onkologicznie. „Wygrać z rakiem” to często zyskać kilka dodatkowych lat życia w absolutnie „niekomfortowych” warunkach. Tak, trzeba to sobie cenić, zatem należy cenić sobie także upokorzenia, jakich się doznaje w tej czy innej przychodni.

W Polsce łatwiej niż kiedyś „wygrywać z rakiem”. Coraz łatwiej jednak umierać z powodu niewydolności systemu służby zdrowia. W tę  niewydolność wliczam niewydolność strukturalną i – coraz widoczniejszą – niewydolność personalną (wiedza, umiejętności ludzi). Ten system to coś znacznie gorszego niż zaraza komunistyczna w okresie PRL. Tylko kłamstwa propagandowe, szczególnie w okresach wyborczych, specjalnie się nie różnią.

Michał Waliński

8 maja 2014 roku

 Część I:

https://michalwalinski.wordpress.com/2014/01/29/instrukcja-obslugi-chorego-na-raka-punkt-1-czyli-zdrowy-musi-myslec-o-sobie/

 

 

 

 

 

 

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Instrukcja obsługi chorego na raka. Cz. II. Chory i publikacje

  1. Pingback: Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

  2. braininhand pisze:

    Pełna podziwu Twojego wpisu jestem. Naprawdę.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s