Nauczyciele, ustawcie ławki w podkowę, część II

Od opublikowania pierwszej części felietonu trochę się działo.

https://michalwalinski.wordpress.com/2014/04/14/nauczyciele-ustawcie-lawki-w-podkowe/

Zdementowano informację o

Pani Minister i Elementarz

Pani Minister i Elementarz

horrendalnie wysokim honorarium autorki podręcznika dla pierwszoklasistów –była to kaczka dziennikarska puszczona przez jeden z tabloidów. Ponadto minister J. Kluzik-Rostkowska triumfalnie i wspólnie z premierem Tuskiem zademonstrowała na konferencji prasowej okładkę nowego podręcznika. Premier wskazał w tytule wysylabizowanego w celach graficznych słowa „ELE-MEN-TARZ” na sprytnie wkomponowane w środek słowo „MEN”, przy okazji udowadniając niedowiarkom, że rozróżnia angielską liczbę mnogą od pojedynczej. Mnie to nie dziwi, bo na przykład wczoraj premier odśpiewał jednoosobowo a capella przed kamerami telewizji, w pidgin english, kilka wersów starego przeboju „Hey Jude” zespołu The Beatles.

premier śpiewa Hey Jude 495e9c8c-c9f3-11e3-9719-0025b511229e

Pan Premier śpiewa „Hey Jude”

Pracownia 32

Pracownia 32

Wróćmy jednak do „Elementarza”. Kilka dni później pierwszą jego część można już było zobaczyć w Internecie. Podręcznik jest merytorycznie w miarę nowoczesny, ideologicznie raczej neutralny, lecz pod względem estetycznym stanowi koszmarek, miesza się tu kilka różnych stylów „ilustracyjnych”. Te obrazki z życia, które są utrzymane w stylu hiperrealistycznym, kojarzą mi się niestety z radzieckimi książeczkami i podręcznikami dla pionierów (i nie tylko), które masowo trafiały do Polski w latach 50. To wielki błąd, bo jeśli najmłodsi wychować się będą na nietrafionych „wzorach” estetycznych, Polska nigdy nie przestanie być królestwem wszechwładnego kiczu.

Lekcja

Lekcja

Podtrzymuję obawy wyrażone wcześniej: furtka legislacyjna otwarta dla tego podręcznika nie gwarantuje bynajmniej, że w przyszłości, po takiej czy inne zmianie ekipy rządzącej, jakiś minister nie zaproponuje „antygen derowej”, „PiS-owskiej” lub „narodowcowej” wersji elementarza. Przypomnijmy, jak swobodnie, kierując się względami czysto ideologicznymi, byli ministrowie (np. R. Giertych) zmieniali kanon lektur szkolnych.

Są kwestie z podręcznikami związane, w których się absolutnie z panią minister zgadzam (ponownie nawiązuję do wywiadu „Ustawmy ławki w podkowę” w „Dużym Formacie” z 10 IV 2014 r.). Będące dzisiaj w użyciu „modułowe” podręczniki, z zeszytami ćwiczeń, to wygoda dla nauczycieli, ale niebezpieczeństwo dla mózgów uczniów. Brak tu bodźców wyrabiających u maluchów kreatywność, jest zadaniowo-ćwiczeniowy schematyzm, polegający na konieczności żmudnego wypełniania setek podobnych do siebie rubryczek i zarysowywania odpowiednich pól przeznaczonych na uczniowskiena rysunki.

Przyglądam się od paru lat podejściu do odrabiania lekcji piątoklasistce (obecnie), od niemal trzech lat, łącznie z zerówką, obserwuję poczynania drugoklasisty. Oboje mają, że się tak wyrażę, umysły otwarte i do szkoły poszły z ogromną porcją posiadanej już wiedzy o świecie (czasem niebywale wyspecjalizowanej) i umiejętności. Po początkowej fascynacji nowymi podręcznikami przychodzi moment, kiedy te schematyczne i jałowe zadania odrabia się coraz bardziej niechętnie, dzieci nie kryją, że jest to dla nich po prostu nudne i wolą czytać „swoje” książki, szperać w Internecie lub bawić się łamigłówkami z Lego, niepomne, że przed Lego ostrzegają, jak przed diabłem, pewne środowiska katolickie. W dodatku, jeśli np. dziecko jest uczone mnożenia i ćwiczenie przewiduje: 1*1=1, 1*2=2,1*3=3,1*4=4, to dziecku nie wolno napisać 2*1=2 lub 3*1=3. Za „samowolę” otrzymuje od pani …minus. Tak ma być jak w schemacie, i basta, podobno schemat ułatwia naukę mnożenia dzieciom „słabszym”. Jak nie dojedziemy do 1*10=10, to nie wolno pytać o 3*5, bo to podobno wprowadza chaos do umysłów dzieci. Kiedy dziecko ma pomnożyć dwie myszki przez cztery dziurki w serku, to nie może rysować i mnożyć dwóch kaftaników przez cztery serduszka, bo wynik może być, nie daj bóg, inny. Zamiast wyzwalać kreatywność, owe różne „domowniczki” nużą, otępiają i zniechęcają.

Na początku było nie tyle słowo, ile od zawsze na progu edukacji były chętne i otwarte na świat dzieciaki. Nie ma maluchów nieutalentowanych muzycznie, plastycznie, matematycznie, sportowo czy w inny jeszcze sposób. Potem jednak nieuchronnie przychodzi moment, kiedy owe dzieciaki zniechęcają się do szkoły, a talenty „przeciętnieją”, równają w dół. Czasem powodem są (z punktu widzenia dorosłych) drobiazgi. Dziecko dostaje raz po raz „minus W” , bo pisze 2*4 zamiast (jak pani kazała) 4*2. I ten minus – jeden, drugi, trzeci – przy „W” je bardzo, ale to bardzo boli. Dlatego niewątpliwie wiele zależy od inwencji nauczycieli najmłodszych (i nie tylko najmłodszych) klas. Zgadzam się, że powinni działać wedle własnych programów autorskich, tak skonstruowanych, aby docierać do wszystkich dzieci i każdego dziecka z osobna, rozpoznawać rodzaj uzdolnień i stwarzać do ich rozwoju odpowiednie warunki. Nauczanie w klasach początkowych wymaga szczególnej odpowiedzialności. Nauczanie – ex definitione – nie jest zajęciem „wygodnym”.

Przy okazji jeszcze jeden drobiazg: tornister wspomnianej piątoklasistki, sam w sobie lekki, waży codziennie od sześciu do ośmiu kilogramów. Przeprowadzaliśmy rewizje: faktycznie, dziewczyna ładuje do tego tornistra wyłącznie rzeczy, których żądają nauczyciele plus drugie śniadanie i termosik z herbatą, bo jest od urodzenia herbaciarą.

Są i inne kwestie, w których się zgadzam z panią minister. Że trzeba „doceniać tych najlepszych [nauczycieli] i dziękować tym słabym. Bo dziś jest tak, że Karta nauczyciela chroni słabych i niewiele daje tym najlepszym. Albo zgoła nic.” Pełna zgoda, a więc niechże minister („ministrzyca”, jeśli tak woli) zainicjuje budowanie nowej Karty, zwłaszcza gdy, jej zdaniem, edukacja jest być może najważniejsza dla funkcjonowania państwa. Według mnie jest najważniejsza, bez „być może” („Takie będą Rzeczypospolite, jakie…”).

Wzmocnienie roli dyrektora szkoły, żeby mógł „swobodnie dysponować kadrą, którą ma”? Zgoda, zwracam jednak uwagę, że sformułowanie dotyczące „swobody” jest bardzo dwuznaczne. „Mocny” dyrektor może – pro publico bono –  budować mocną edukacyjnie szkołę w oparciu o najlepsze siły fachowe, ale „mocny” dyrektor może też – in commodum privatorum, ad bonum ejus – kompletować zespół składający się głównie z BMW (biernych, miernych, wiernych), który pozwoli mu trwać, pozorując dobrą robotę, a przy okazji zneutralizuje niepokornych i zbyt ambitnych. Kryteria oceny pracy nauczycieli są dzisiaj bardzo, bardzo elastyczne, czego dowodzi astronomiczna liczba nauczycieli dyplomowanych, których dorobiliśmy się już po paru latach funkcjonowania systemu. W tym systemie bardzo łatwo wykazać, że białe jest czarne i odwrotnie, że pięć wcale nie równa się pięć. Jak chronić szkoły przed rozmaitymi odmianami nepotyzmu? Partyjnego, samorządowego, urzędniczego, środowiskowego czy po prostu „klasycznego”, kierującego się interesami rodzinnymi? Być może trzeba by radykalnie zmienić sposób przeprowadzania konkursów na dyrektora szkoły, być może w komisjach powinni zasiadać przedstawiciele oświaty z innych, odległych miejscowości. Jednocześnie trzeba by gruntownie przemyśleć kryteria oceny dyrektorów.

Zgadzam się z panią minister w kwestii uelastycznienia metod i sposobów pracy nauczyciela, ale przecież nie wyłącznie w klasach najmłodszych. Udzielając bardzo obszernego wywiadu, minister ani słowem nie wspomina o tej zmorze oświaty i edukacji, jaką jest rozbuchana do granic możliwości ludzkich, czyli nauczycielskich, biurokracja.

No i bardzo, bardzo martwią mnie pewne „czarne dziury” w systemie, z którymi „nie da się” nic zrobić. Rekolekcje, które odbierają nauczycielom trzy cenne dni? Przed wyborami nie da się nic zrobić. Karta nauczyciela? Nie teraz, „mamy rok wyborczy”. Dyslektycy i dyskalkulicy na maturze? – „to wymaga dyskusji w gronie specjalistów”. Wychowanie seksualne w szkołach? – muszę mieć najpierw wiedzę, „skąd [uczniowie] czerpią wiedzę o seksualności.” Czy można, zamiast religii i etyki, nauczać w polskich szkołach filozofii? W tym wypadku J. Kluzik-Rostkowska odsyła do …pani minister szkolnictwa wyższego, która postuluje takie rozwiązanie.

Czyli pewne istotne dla kondycji umysłowej Polaków problemy spycha się do obszernej przegródki ze sprawami, których w Polsce „nie da się” załatwić (jak in vitro, ustawa aborcyjna, podpisane, lecz nieratyfikowane przez Polskę dokumenty unijne, dotyczące m.in. przemocy wobec kobiet, relacje państwo-Kościół).

Pani minister potrafi czytelnika nieźle ubawić. Na pytanie Tomasza Kwaśniewskiego: „A co z religią?” tak oto odpowiada: „Szczęśliwie się złożyło, że jest wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”, który nam nakazuje organizowanie lekcji etyki, nawet jeśli jest jeden chętny (…)”. Przez całe lata kolejne ekipy rządowe nie potrafiły tej sprawy załatwić (a powiadają, że w tym kraju nie dyskryminuje się ateistów). Teraz przedstawicielka rządu niejako się cieszy, że w Strasburg zapadają wyroki …przeciw Polsce. To wszystko jest tak absurdalne, że nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Może napominając, że wyroków przeciwko Polsce jest sporo i będzie znacznie więcej, ale akurat z tego powodu się nie cieszę.

No, chyba żeby uznać, że jest to jedyna droga do uzdrowienia dziedziny praw człowieka w Polsce. Być patriotą może więc oznaczać w praktyce, że trzeba się najpierw zachować bardzo niepatriotycznie, wnieść skargę na Polskę i uzyskać odpowiedni, korzystny dla ojczyzny efekt. Ostatecznie jest to rozwiązanie zdecydowanie lepsze niż powstania narodowe. Tymczasem premier Tusk a to straszy dzieci wojną, a to publicznie podśpiewuje „Hey Jude”, w mediach zaś puszczają nam niebotycznie drogi (zrobiony za pieniądze unijne) spot z dziesięcioma „latami świetlnymi” Polski w Unii. Ekipa D. Tuska w sztuce odkładania rzeczy„do jutra” dawno już przebiła znanego polskiego króla z epoki renesansu, chociaż tamten „Dojutrek” ma jednak na koncie spore osiągnięcia.

Jako były nauczyciel szkół publicznych poczułem się nie za dobrze, gdy J. Kluzik-Rostkowska tak mówi o własnych córkach uczęszczających do szkół niepublicznych: „niech spróbują szczęścia w takich [szkołach], które zmuszają do myślenia i krytycznego oglądu świata. (…) „szkoły, do których chodzą moje dzieci, to są szkoły, do których sama bym chciała chodzić. (…) Współpracujące. Takie, w których patrzy się na ucznia indywidualnie (…). Bo przecież każdy ma indywidualny rytm i warto to docenić. [szkoły,] w których uczniowie nie boją się zadawać pytań. Nie boją się przyznać, że czegoś nie potrafili zrobić w domu (…) A jeśli uczeń potrzebuje indywidualnej pracy, to się z nim zostaje. To są też szkoły otwarte na różne kultury, wyznania… Dzieci są różne i szkoły powinny być różne, ale chciałabym, żeby takich otwartych na różnorodność i szacunek dla każdego wysiłku było w Polsce więcej.”

Bez względu na to, jakimi słowy pani minister próbuje złagodzić ten pean na cześć szkół niepublicznych, pozostaje wrażenie niesmaku. Takie wypowiedzi są, w istocie, obraźliwe dla uczniów i nauczycieli szkół publicznych.

Kilkanaście dni temu Jacek Żakowski, polemizując ostro z Piotrem Pacewiczem, bezkrytycznym wyznawcą i apologetą reformowanej nieudolnie od lat dwudziestu pięciu szkoły polskiej, wskazał na liczne grzechy popełniane od 1989 roku przez nawiedzonych politycznych „reformatorów” („Polska, fabryka korposzczurów”, „Gazeta Wyborcza” z 12-13 kwietnia 2014 r.). Pochlebiam sobie, że o większości z tych grzechów i błędów pisałem w szkicach i felietonach zamieszczonych na tej stronie (oczywiście, znam swoje miejsce w szeregu, z pełną świadomością prowadzę od lat blog sensu stricte niszowy). Żakowski wspomina m. in. akcję „Szkoła z klasą”, której pomysłodawcą i „motorem” był Pacewicz.

Dodam, że z mojego punktu widzenia, wówczas czynnego nauczyciela, była to akcja szkodliwa. Podobnych przedsięwzięć „Gazeta Wyborcza” animowała zresztą w przeszłości wiele. Akcja „Szkoła z klasą” odciągała szkoły od istoty edukacyjnej i wychowawczej działalności, nakładając na nie, dla uzyskania c e n z u s u „Wyborczej”, ogrom roboty biurokratycznej (zbieranie dowodów na „klasę”). Nic z tego nie wynikało poza tym, że zapewne wzrastały nakłady wydań codziennych pisma. W istocie „Gazeta” zaczęła jakby „wyręczać” w pewnych działaniach MEN i inne instytucje związane z oświatą, pełnić swoisty rząd dusz, instruować, polecać, chwalić, ganić. W jej środowisku lansowano tezę, że dobra czy wybitna szkoła to szkoła skomputeryzowana i „utabletowiona”. Patent na wykształcenie samorodnego geniusza: wystarczy każdemu uczniowi dać do ręki notebook lub tablet. Geniusz sam się zrobi. Hasła tego rodzaju podchwytywali niektórzy politycy, obiecywali i się ukradkiem (szczęśliwie) wycofywali z deklaracji.

Pojawiały się w „Wyborczej” w ostatnim 25-leciu istotne, dające do myślenia artykuły na temat edukacji. Jednakże na jej łamach ukazało się też mnóstwo napastliwych, niesprawiedliwych artykułów pod adresem nauczycieli. Niektórzy „spece” od edukacji w tej gazecie dali wiele dowodów, że kompletnie nie znają specyfiki pracy szkoły, pracy nauczycieli, potrzeb uczniów. Potrafili jednak, wraz z kolegami z innych redakcji, skutecznie przekonać większość społeczeństwa, że nauczyciele do zbiorowisko nierobów, pracujących 18 godzin tygodniowo i domagających się niezasłużonych przywilejów. (Skądinąd, godny kompleksowego opracowania naukowego byłby temat: „Rola prasy w skłócaniu społeczeństwa w III RP”. Niektóre praktyki w tej materii jako żywo przypominają praktyki z czasów PRL)

Min. Kluzik-Rostkowska, by wrócić po raz ostatni do wywiadu, powiada w pewnym momencie: „Z tą współpracą [nauczycieli] jest ogromny problem. A jeszcze większy z motywowaniem nauczycieli, by mieli odwagę cokolwiek zmieniać. Przecież wystarczy, że się ławki ustawi w podkowę. Niby drobiazg, a od razu zmieniają się relacje nauczyciela z uczniami i uczniów między sobą. Ale wtedy przychodzi sanepid i mówi, że te ławki tak nie mogą stać, bo się dzieciom szyja skrzywi.”Kopia (5) 102_0261

Nie kwestionuję słów dotyczących współpracy i motywacji, pozwolę sobie jednak na osobistą anegdotkę.

Dawno temu, gdzieś w okolicach roku 1992-3, w pracowni szkolnej, której opiekunem byłem, ustawiłem …ławki w podkowę. Od tego czasu zaczęła się toczyć wojna podjazdowa między dyrekcją szkoły a mną oraz mną a dyrekcją szkoły o ławki w podkowę. Wojna była prawie niewidoczna, prawie jak niedawna kampania Rosji na Krymie. Głośne strzały nie padały, nikt nikogo nie zabił, nie zranił nawet. Kiedy byłem „w łaskach” sprawa przycichała, kiedy popadałem w stan niełaski, konflikt odżywał, kiedy się stawiałem, szło na sztylety. Słów. A ławki sobie stały, stały i stały w podkowę – ku zadowoleniu uczniów. Nie musiałem prowadzić zajęć ex cathedra, zbliżyłem się do „poddanych”, robiąc sobie miejsce przy stoliku u brzegu podkowy.

Z pracowni tej wyszło 110 laureatów, finalistów i uczestników eliminacji centralnych Olimpiady Literatury i Języka Polskiego i Olimpiady Filozoficznej, laureatów innych znamienitych konkursów. W tej pracowni mieściło się „biuro” Lauru Plateranki, ogromnego, jak na warunki szkolne, międzynarodowego turnieju poetyckiego. Tu, gdy aula była zajęta, odbywały się przez kilkanaście lat próby szkolnego „Teatru Naszego”, mieściła redakcja wydawanej do dnia dzisiejszego szkolnej gazetki. Tu odbyły się setki wykładów pracowników uniwersyteckich i innych szkół. Tu lekcje zamieniały się czasem w „wieczory” poetyckie lub dramy. Stąd wychodzili ludzie z inicjatywą i pewnymi umiejętnościami.

Jak łatwo się domyśleć, pracownia działała według specjalnych przywilejów. Przyszedł pierwszy czas remontów sal szkolnych. I nic. Przyszedł po latach drugi czas remontów sal szkolnych. I nic. Opiekun za to „nic” mógł „organizować” remonty „swojej” pracowni własnym sumptem i wiele, wiele serca i środków włożyli w nią rodzice uczniów. Nawet wiele mebli, tablice na wystawki, firany i zasłony były darem rodziców. Przyszedł czas kolejnego remontu, szkoła piękniała, bo w ruch poszły nie tylko farby, ale odbywała się kompleksowa wymiana sfatygowanych krzeseł, stolików, okien, zaluzji etc. I wreszcie, wreszcie – pracownia doczekała się swojego liftingu i botoksu. Zresztą jako ostatnia w szkole. Zagadka: czyje pracownie poszły na pierwszy ogień?

W roku bodaj 2007 do pracowni zawitała w trakcie lekcji jakaś niewiasta. Przedstawiono mi ją, ale nie dosłyszałem, bo akurat myślałem o jednym z jerów. Popatrzyła, podreptała, PODREPTAŁA, POPATRZYŁA. Na drugi dzień przedstawiono mi WYROK. NA PIŚMIE. Z PIECZĄTKĄ. Sanepid nie wyraża zgody na dalsze utrzymywanie stolików w kształcie podkowy w pracowni.

Poddałem się. Ławki poustawiano w odwiecznym porządku ustalonym raz na zawsze dla polskiej szkoły. Za to udało się przez ten długi „nowo ustrojowy” czas uchronić pracownię przed ekspansją symboliki religijnej.

Dwa lata później choroba wygnała mnie na zawsze z pracowni. Proszę jednak nie dopatrywać się bezpośrednich związków między stolikami ustawionymi w podkowę, sanepidem i moją słabością. Już David Hume kwestionował istnienie bezpośrednich związków przyczynowych między strzelbą, strzałem a trupem.

Michał Waliński

 23 IV 2014 r.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii edukacja w Polsce, nauczyciele, reforma adukacji, szkolnictwo, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Nauczyciele, ustawcie ławki w podkowę, część II

  1. Pingback: Minister J. Kluzik-Rostkowska – kroki we właściwym kierunku | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

  2. Pingback: Nauczyciele, ustawcie ławki w podkowę | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum"

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s