Nauczyciele, ustawcie ławki w podkowę

Jako były nauczyciel z kilkudziesięcioletnim stażem mam problem. Chciałbym, przed paru laty wyprzęgnięty nagle z pedagogicznego kieratu, w ogóle nie myśleć o szkole, o edukacji, w praktyce okazuje się to jednak niemożliwe, czego wyrazem między innymi liczne zapiski na moim blogu poświęcone szkolnictwu. Muszę kiedyś zrobić kompletny spis ministrów, których jako belfer, nauczyciel akademicki – i znów belfer – „przeżyłem” w stanie czynnym zawodowo (niegdyś dwa resorty stanowiły jedność). Byłaby to długa lista. Warto by zrobić prywatny ranking, ale szczerze mówiąc, żaden minister nie wbił mi się specjalnie w pamięć. No, może poza min. Krystyną Łybacką, bo dla niej pisałem zwięzłe i treściwe dossier szkoły, którą odwiedziła.

Mam także pewien problem z min. Joanną Kluzik-Rostkowską, chociaż jej nie podlegam. Kiedy kilka miesięcy temu objęła resort, pojawiła się nadzieja, że wreszcie mamy do czynienia z rozsądnym człowiekiem na tym stanowisku. Bo oto zaczęła ona jakoś opanowywać kwestie związane z pójściem sześciolatków do szkół (wiadomo, muszą pójść do szkoły wcześniej, żeby wcześniej mogli zacząć zarabiać na przyszłych emerytów). Obwieściła, że począwszy od września – i począwszy od pierwszoklasistów – państwo będzie fundowało dzieciom darmowy podręcznik. W przyszłości zasada wypożyczania podręcznika przez ucznia w szkole obejmie w praktyce także młodzież gimnazjalną i młodzież ze szkół ponadgimnazjalnych.

Ponadto pani minister zdecydowała, że szkoły będą musiały organizować lekcje etyki nawet dla jednego ucznia, uczniowie będą mogli chodzić jednocześnie na etykę i reigię lub nie chodzić na żadne z tych zajęć, potrzebna jednak będzie pisemna deklaracja, żeby było czarno na białym. Nic, tylko chwalić nową panią minister, gdyby nie fakt, że wszystkie te sprawy nadal budzą emocje.

Rodzice sześciolatków masowo odwiedzają poradnie pedagogiczne i psychologiczne, by uzyskać zaświadczenie o niezdolności dziecka do wcześniejszej edukacji. Czy niepokoje rodziców są zawsze bezzasadne? Czy nigdy nie mają racji? Czy we wszystkich szkołach podstawowych są odpowiednio przystosowane toalety? Jak dostosują się do obowiązku maluchy, które będą dowożone do szkoły żółtym autobusem? Bez mamy?

Darmowy podręcznik to dobra idea. Czy jednak wybrano właściwą drogę do jej realizacji? Przede wszystkim ten pośpiech! Prace nad podręcznikiem koordynuje pewna uznana (podobno) autorka. Czy jest to wystarczająca gwarancja jakości? Niepokoi mnie kilka kwestii. Po pierwsze, że to będzie jeden, „jedynie słuszny” podręcznik. Dotąd nauczyciele mieli wybór. Zgodzę się z propozycją, że szkoła mogłaby – na drodze wewnętrznych konsultacji – wybierać jeden podręcznik. Ale spośród kilku! Po drugie, ministerialny podręcznik ma już z góry (i odgórnie) ministerialne imprimatur. Żadne recenzje zewnętrzne mu nie grożą. Czy zespół autorów zapewni, że w częściach podręcznika dotyczących języka polskiego, przyrody i edukacji społecznej będzie preferowana naukowa i neutralna ideologicznie wizja świata? Także arytmetyka może uwikłać się w ideologię (Tata wydzielił Mamie 21 złotych i polecił, żeby kupiła chleb z 3.00 zł, coś na obiad za 10 zł i dwa piwa a 2,50 zł. Ile pieniędzy powinna oddać Mama Tacie po zrobieniu zakupów?).

W wywiadzie do „Dużego Formatu” (10 IV 2014 r.) min. J. Kluzik-Rostowska mówi: „(…) w 2015 mamy [ tj. ministerstwo ma] gotowe e-podręczniki do wszystkich etapów kształcenia. I jak wydawnictwa mi powiedzą: >>Nie damy rady<<, to ja im powiem: >>My damy radę<<. Mając konkurencyjną ofertę, jestem partnerem, nie mając jej, nie mam de facto żadnej pozycji negocjacyjnej.” Mamy rok 2014, zaciekawiła mnie forma gramatyczna wypowiedzi: „w 2015 mamy gotowe e-podręczniki”. Rozumiem, że będą to podręczniki „ministerialne”, „pozarecenzyjne”, „jedynie słuszne”? Szanowne Ministerstwo, już macie podręczniki do wszystkich etapów kształcenia na rok 2015, ale dla pierwszej klasy na rok 2014 jeszcze nie macie? Pogubiłem się.

Po trzecie, nader szybko zmieniono prawo szkolne – po to, aby ekspresowo przygotowany podręcznik mógł trafić do szkół „na czas”. „Na czas”, to znaczy (w najnowszych prognozach), że wersja elektroniczna ma się ukazać w maju br., a papierowa – Bóg raczy wiedzieć, kiedy. Czyli, zapowiada się niezła dezorganizacja pracy szkół i spora …udręka dla rodziców. Bo zmienione prawo szkolne nie dotyczy wyłącznie podręcznika dla pierwszoklasistów. Szkoły, tak to rozumiem, nie będą zobowiązane do informowania w czerwcu uczniów i rodziców o obowiązujących (wybranych przez nauczycieli) podręcznikach z wszystkich przedmiotów. Czyli jest jak zwykle: w ostatnich kilkunastu latach wszystkie tzw. reformy oświatowe polegały głównie na dezorganizacji pracy szkół i wprowadzaniu ciągłego, bynajmniej nie twórczego fermentu. Wiem z własnego doświadczenia: trzeba mieć nerwy ze stali i końskie zdrowie, żeby pracując w szkole, nie ponieść uszczerbku na zdrowiu psychicznym lub nie zachorować inaczej. Nauczycielom naprawdę należy się prawo trzech lat urlopów dla poratowania zdrowia.

Po czwarte, zakładając, że nowe zasady utrzymają się przez dłuższy czas, jest możliwe, że treść podręczników będzie się zmieniać w zależności od ekipy, która będzie u władzy. Książki do przyrody mogą więc „wahać” się w założeniach ontologiczno-epistemologicznych od darwinowskiej po kreacjonistyczną wizję świata. W podręcznikach do polskiego i WoS możliwe będą – czy tylko teoretycznie? – bardzo różne wersje historii Polski (i świata), autorzy będą mogli realizować „ideologię” genderową (w wypadku wyborczego zwycięstwa feministek) lub antygen derową, jeśli do władzy dojdą środowiska konserwatywno-klerykalne. Jedne podręczniki będą bazować na literaturze wyłącznie religijnej, inne (gdy np. zwycięży partia Palikota i Hartmana) głównym bohaterem uczyni K. Łyszczyńskiego. Dla jednych bohaterem będzie Bolesław Śmiały, ale dla drugich biskup Stanisław Szczepanowski. Kto wie, może nawet wróci kult bitwy pod Lenino? Wczytuję się uważnie w wywiad z panią minister, słuchałem już wielu jej wypowiedzi i nie dostrzegam słów, które by dotyczyły jakiejś gwarancji, że podręczniki i szkoły będą „odideologizowane”, wolne od doraźnych „trendów partyjnych”. Już po wielokroć wypowiadałem się o przekleństwie, jakim jest tendencja do upartyjniania naszego państwa i naszej demokracji.

Po piąte, jeśli wierzyć mediom, tak czy owak szykuje się skandal z przygotowywanym ekspresowo podręcznikiem. Autorka/zespół autorów ma otrzymać wynagrodzenie w wysokości pięciu milionów złotych, a ponadto nie ogłoszono przetargu. Tyle na semestr nawet piłkarz Lewandowski nie zarobi. Może to jednak zwykła kaczka dziennikarska?

Kilka dni temu w felietonie „Czy 1 września polskie dzieci pójdą do szkoły?” pisałem: Szumnie zapowiedziano [ministerstwo edukacji], że szkoła musi organizować lekcje etyki nawet w wypadku, gdy chętny jest tylko jeden uczeń. Zainteresowana część społeczeństwa przyjęła tę decyzję z aplauzem. Jednak wydane przez panią minister szczegółowe rozporządzenie każe inaczej spojrzeć na kwestię: owszem, dla jednego ucznia, ale tylko tam, gdzie gmina nie będzie w stanie zorganizować zajęć międzyszkolnych, a poza tym – uwaga – to gmina będzie decydować, czy będzie jedna czy dwie godziny etyki.

Nie ma sensu ponownie „wałkować” tej sprawy. Ręce opadają. Wszystko w człowieku opada, gdy pani minister jest „za, a nawet i przeciw” edukacji seksualnej w szkołach. Nawiązuję tu do wspomnianego wywiadu. Bo pani minister chce mieć najpierw naukową (socjologiczną) wiedzę i „pewność”, skąd młodzież …czerpie wiedzę o seksie. Tak jakby nie było adekwatnych, wiarygodnych badań i opracowań. Wystarczyłoby, gdyby pociągnęła za języki własne dzieci: to z podstawówki, to z gimnazjum i to z liceum. Chociaż, taka ankietka może być niewiarygodna, starsze dzieci pani minister uczęszczają bowiem do szkół niepublicznych, które – według Kluzik-Rostkowskiej – „uczą myślenia”. Nie wiem, do jakich konkretnie szkół, nie obchodzi mnie to, ale uczeń gimnazjum czy liceum katolickiego raczej nie przyzna się, że często i chętnie serfuje po internetowych „świerszczykach”.

Wszystko w człowieku opada jeszcze bardziej, gdy pani minister przytakuje dziennikarzowi: „Tak, z rekolekcjami jest pewien problem.” A jest, jest problem, proszę szanownej pani. Trzy dni stracone dla nauczania, bo programy szkolne są bardzo napięte. Na wszystkich etapach edukacji. Zdarza się, owszem, że nauczyciele starają się zorganizować w te dni jakieś dodatkowe zajęcia dla dzieci nie uczęszczających na religię. Ale taka postawa to jak rodzynek w ubogim cieście. Dla maturzystów jest to szczególny czas, tymczasem jeszcze jeden dzień tracą przecież (pod względem edukacyjnym) na pielgrzymkę do Częstochowy.

Sam, ucząc, usiłowałem ten problem jakoś rozwiązywać. Starałem się, od kiedy tylko wprowadzono religię do szkół, aby przynajmniej w dwa rekolekcyjne dni maturzyści, po zakończeniu duchowych ablucji w kościele, przychodzili do szkoły na dwie godziny repetytorium przedmaturalnego z języka polskiego. Uczniowie to aprobowali, frekwencja była wysoka, jednak nie wszystkim nie-uczniom się to podobało. Bywało, że cała grupa była eksmitowana „na bruk” pod pretekstem …nieposiadania obuwia zmiennego. Zauważyłem, że w ostatnich latach mojej szkolnej „kariery” coraz więcej nauczycieli odpowiedzialnych za przygotowanie uczniów do matury wprowadziło podobne zasady. Ale nie można nie wspomnieć, że w ostatnich latach stosunek starszych zwłaszcza uczniów do „obowiązku” rekolekcyjnego w coraz większym stopniu rozmijał się z istotą rekolekcji.

Michał Waliński

14 IV 2014 r.

Druga część felietonu:

https://michalwalinski.wordpress.com/2014/04/23/nauczyciele-ustawcie-lawki-w-podkowe-ii/

 

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Nauczyciele, ustawcie ławki w podkowę

  1. Pingback: Nauczyciele, ustawcie ławki w podkowę, część II | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum"

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s