W oparach toksyn, czyli serialowe matki („M jak miłość”, „Barwy szczęścia”)

Niektóre scenarzystki, jak Agnieszka Kruk, mają wyjątkowo pochlebne mniemanie o polskiej produkcji serialowej (http://natemat.pl/95611,od-house-of-cards-do-pamietnikow-z-wakacji-nie-jest-tak-ze-w-polsce-kreci-sie-tylko-badziewne-seriale). Owszem, w ostatniej dekadzie powstało kilka zasługujących na uwagę produkcji, np. „Głęboka woda”, „Londyńczycy”, „Ekipa”. „Pitbull”, „Oficerowie”, „Ranczo”, „Blondynka”, „Krew z krwi”, niedoceniony przez widzów „Paradoks” i parę innych. W jakimś sensie Polska goni Amerykę, wielu znanych aktorów przeniosło się do świata serialowego. Zdarzają się seriale dobrze zrobione, ale fałszywe pod względem historycznym i ideologicznym („Czas honoru”), częściej serwuje się widzowi absolutne gnioty, dzieła poronione, jak „Rodzinka”, „Baron 24”, „Galeria”, „Ojciec Mateusz”, „Licencja na wychowanie” czy polska wersja „Komisarza Aleksa”, którą strawić może chyba jedynie zaprzysięgły miłośnik głupich zabaw z psem i ja, którym obejrzał parę odcinków ze względu na obrazy Łodzi, takiej Łodzi, jakiej nie zdążyłem poznać, a znudziło mi się jako tło w większości seriali te parę wieżowców i biurowców odgrywających pejzaż współczesnej Warszawy. Skądinąd, bardzo ciekawe i pouczające byłoby zestawienie obrazów miasta Warszawy w filmie polskim od roku 1945, może ktoś już to zrobił.

Nie raz czytałem lub słuchałem, jak niekoronowana królowa polskich seriali Ilona Łepkowska oraz niektóre socjolożki, które doktoraty i habilitacje zrobiły na „M jak miłość”, rozpływały się w zachwytach nad najpopularniejszymi polskimi tasiemcami: rzekomo ukazują prawdę o polskim społeczeństwie. Czynią to tak dobrze, że przyszłe pokolenia socjologów i innych speców od społeczeństwa będą dysponować gotowym i wiarygodnym, na dodatek potężnym ilościowo materiałem badawczym.

Czyżby? Może tak, może nie, zważmy jednak, iż w bijących rekordy oglądalności tasiemcach serwowanych przez TV publiczną, TVN oraz Polsat istnieją istotne tematy tabu. Doszczętnie wyrugowana została  z nich polityka (polska i międzynarodowa), nie istnieje tu coś takiego jak religia, wiara, praktyka religijna, kościół i sprawy z tym związane. Nestorka rodu Mostowiaków dosyć obcesowo traktuje Grabińskiego (z Grabiny) księdza, księżulo ten to zresztą figura wyraźnie komiczna, znana z klasycznej literatury polskiej („Chłopi”).

akt Jacopo_TintorettoPolskie mydlane opery stały się bardziej odważne w pokazywaniu „scen łóżkowych” (ani chybi ujrzymy niebawem śmiałą scenkę erotyczną pod prysznicem w wykonaniu dziadków Mostowiaków), lecz w serialach tych nie rozmawia się – jakimś adekwatnym językiem – o seksie i erotyce. Zresztą trzeba by się długo zastanawiać, jaki erotyczny język byłby w tym wypadku „adekwatny”.

Do serialowych tematów tabu zaliczyć trzeba płace i emerytury, jakie pobierają Polacy (np. bohaterowie „M jak miłość”, będący w potrzebie, gotówkę, czasem pokaźną, zawsze jakoś znajdują), ceny i tp., co może zastanawiać w kontekście praktyki „lokowania produktów” w tych dziełach. W polskich operach mydlanych nie istnieje sport narodowy nr jeden Polaków – piłka nożna. Duże wątpliwości budzi „kreowany” w nich etos pracy, stosunek bohaterów do zajęć zawodowych. Jeśli rzeczywiście tak to wygląda w Polsce, to nie sposób wytłumaczyć, dlaczego polska gospodarka, mimo wszystko, jeszcze się rozwija. Może działa tu jakaś magia? W „Barwach szczęścia” i „M jak miłość” ludzi nie nęka bezrobocie, nie ma tu odniesień do funkcjonujących w realu obszarów biedy i nędzy (choć mgławicowo zdarza się wątek remontowanego domu dziecka); pojawił się i szybko zniknął wątek kloszarda alkoholika, ojca jednej z młodych bohaterek, Uli. Kwestia patologii społecznych wydaje się być pod specjalnym nadzorem twórców scenariuszy. Lekarz Rafał Gordon, który przez lata bił i nękał swoją małżonkę, wyjechał do Australii, został zresztą w specyficzny sposób „ukarany” przesiadką na wózek inwalidzki. Na dłużej w serii zagościł osobnik z ciemną przeszłością, zajmujący się obserwowaniem gwiazd przez rasową lunetę i molestowaniem żony Piotra Mostowiaka. Kradzieże na cmentarzu, które stały się problemem mieszkańców  Grabiny, ustały po efektownej, godnej samego Rambo, interwencji (kung fu?) dziewczyny z Ameryki, krewnej starego Mostowiak („Moja krew! Moja krew!”).

Nie wiem, czy da się zaaprobować bez zastrzeżeń obraz polskiej tzw. klasy średniej ewokowany przez seriale i mydlane opery. Dziennikarze mogą mieć sporo uwag krytycznych wobec pary dziennikarzy a la Walewska i jej drugi maż, może bardziej wiarygodna zawodowo jest jej koleżanka i żona jej pierwszego męża Iga. Ponarzekać zapewne mogą prawnicy śledzący akcję (prawników w obu seriach jest od groma), psycholodzy, spece od wymiany okien, lekarze, radiowcy. Lepiej wypadają sprzątaczki płci obojga, opiekunki do dzieci, barmani, fryzjerzy i przestępcy. Obraz „instytutu naukowego” w „Barwach” wzięty jest zapewne z Marsa.

Owszem, zdarzają się w tym wykreowanym świecie rzeczy prawdziwe. W serialowych domach nie uświadczymy na ogół ani jednej książki (w centralnym miejscu tkwią za to misy z ciągle tymi samymi sztucznymi jabłkami, bananami i pomarańczami), nie czyta się tu gazet, tygodników, nie mówiąc o miesięcznikach i kwartalnikach, nie ogląda telewizji, ba, egzystują tu stare modele telewizorów kineskopowych. Jedynym bohaterem czytającym gazetę (lokalną) jest stary Mostowiak. On też, walcząc ze sklerozą, rozwiązuje krzyżówki i gra w szachy, a więc ciągle pracuje nad sobą. Nie prowadzi się dyskusji o teatrze, filmie lub muzyce, o programach telewizyjnych czy radiowych. Bohaterowie niektórych  wątków osadzeni są w jakimś wyimaginowanym świecie, świecie jakby kompletnie urojonym i fałszywym (amerykańskie siostry i ich kryminalne przygody).

Z drugiej strony, gdy się ogląda te seriale, można dojść do wniosku, że każda „rodzinka” polska, nie dosyć że jest indyferentna religijnie, jakby nie katolicka (w kraju liczącym 95% katolików), nie chodzi na mszę, nie dyskutuje o płacach,  cenach i polityce, Tusku, „Rusku”, Palikocie i Buzku, to jeszcze na dodatek jest rodziną mocno „skryminalizowaną”, popadającą w rozmaite konflikty z prawem – aż do tego stopnia namnożyło się w serialach wątków sensacyjnych, policyjnych, prawnych (czytaj: związanych z omijaniem prawa), sądowych i przestępczych. Najwyraźniej też każda polska rodzina trzyma w schowku na bieliznę ukryty rewolwer, naboje w razie potrzeby się znajdą (w tym przypadku nieocenieni są mali chłopcy w wieku wczesno podstawówkowym, czego przykładem afera w warsztacie (rupieciarni) starych Mostowiaków. Są obowiązkowe owoce w wazach zdobiące „salony”, nie dostrzegłem jednakże w tych produkcjach ani jednej prezerwatywy, pigułek antykoncepcyjnych i ręcznika dla gości. Jednak może bohaterowie pobierają jakieś nauki transmitowane z ambon i krucht, gdyż czasem w użyciu są testy ciążowe. Aborcja? Turystyka aborcyjna na pobliską Słowację lub do Londynu? In vitro? Bohaterów czołowych polskich (oglądalność) seriali omijają szczęśliwie tego rodzaju kontrowersyjne problemy, aczkolwiek pojawia się wątek matki surogatki i handlu dzieckiem.

Produkcje te, owszem, podejmują czasem problemy istotne społecznie, na przykład związane z homofobią, tolerancją (w zasadzie jej brakiem), rasizmem, ksenofobią, niepełnosprawnymi, Downem, emigracją i imigracją etc. Często jednak „robi się” tematy społeczne przy pomocy minimalnych środków, na przykład poprzestaje na wprowadzeniu do akcji osób o odmiennym kolorze skóry. Bohaterowie, nie tylko ci „kolorowi” lub imigranci, często popadają w kolizję z obowiązującym prawem. Dwie Ukrainki przedstawiane zostały w niezbyt korzystnym świetle (prostytucja w przeszłości, małżeńskie matactwa). Nota bene, ewidentnie tematem tabu jest kwestia antysemityzmu. Zaś rozwlekły wątek homoseksualny w „Barwach” jest zwyczajnie nudny. Nawiasem mówiąc, czy wśród współczesnych Polek nie występują związki homoseksualne?

Z uporem poszukując w serialach prawdy o społeczeństwie, odnajduję jedną ważną kwestię. Sposób, w jaki pokazuje się w tych produkcjach matki, szczególnie matki dzieci dorosłych.

Wydawać by się mogło, że taka zmora naszej przeszłości narodowej, jaką była „Matka Polka”, jest dzisiaj anachronizmem, że monstrum takie nie ma racji bytu we współczesnej rzeczywistości społecznej. Nieprawda. Polska jest pełna pań Dulskich, panowie Dulscy też si,ę mnożą jak króliki – ich współczesne potomstwo jest nader liczne i znakomicie się trzyma. Można sobie wyobrazić dzisiaj takie inscenizacje „Moralności pani Dulskiej”, w których tytułowa bohaterka, miast w podartej i przybrudzonej halce, paraduje w stringach i bez biustonosza, ma tatuaże na tyłku, brzuchu, piersiach i gdzieś tam jeszcze, kolczyki w nosie, srom wygolony, może i dredy, a efekty permanentnego niekorzystania z wystawnej, wykafelkowanej łazienki domowej w stylu włoskim  rekompensuje sobie stosownym 74-godzinnym dezodorantem. To, że cięgiem poucza i moralizuje, to oczywiste.

Uwagi poświęconej higienie nie odnoszę do nestorki rodu Mostowiaków, pani Barbary, chociaż pani ta nosi w sobie wiele „duchowych” cech dulszczyzny – dulszczyzny w pełnym rozkwicie. Reprezentuje w gruncie rzeczy ten sam rodzaj „moralności” kołtuńskiej, którą ponad wiek temu demonstrowała bohaterka sztuki Zapolskiej.

W serialach „M jak M” i „Barwy…” mocno rozbudowane są relacje rodzinne, na ich czoło wybijają się stosunki panujące między rodzicami a dziećmi. Cytowana na wstępie scenopisarka chwali seriale za nieoczekiwane zwroty akcji. Pozwolę sobie zauważyć, że znaczną część poszczególnych odcinków poświęcona jest różnym formom ingerencji rodziców w życie ich dorosłych dzieci. Prym wiodą w tym wypadku kobiety: żony, matki i matki matek – babcie. Podstawę sankcjonującą szereg, często nieprzemyślanych i ryzykownych, działań wobec „zstępnych” jest oczywiście – demonstrowana lub deklarowana – matczyna miłość, zasada „robię to dla twojego dobra”, stale podsycany niepokój w związku z takimi czy innymi poczynaniami dzieci, nieustanna „troska” o nie. Czyli: rola i pozycja matki uzasadnia i usprawiedliwia wszystkie działania.

Postawa taka sama w sobie nie jest niczym nagannym, więcej, nierzadko bywa godna pochwały. Problem polega na tym, że owa miłość rodzicielska wyraźnie sankcjonuje swoisty zwyczaj brutalnych ingerencji, wtrącania się w prywatne, nieraz intymne życie dzieci. Staje się to swoistym „prawem” matki. Swoją godność osobistą – według niektórych koncepcji – posiada płód w łonie matki, tu pozbawia się jej osoby dorosłe. Toteż stara Mostowiakowa gotowa jest w każdej chwili włożyć mantel, wziąć torbę z „babcinymi wiktuałami” (dobry pretekst do wizyty) i pojechać z Grabiny do Warszawy, by skontrolować którąś z administrowanych przez jej ego komórek rodzinnych. Bynajmniej nie ogląda się na konsekwencje, choć na miejscu mogą oczekiwać ją niespodzianki w postaci wizyty kochanka córki czy zakłócenia miłosnego małżeńskiego tete a tete. Pani Barbara nigdy nie rumieni się, do spraw podchodzi metodycznie i pragmatycznie: na ogół odbywa jednorazowo rajdy po wszystkich interesujących ją mieszkaniach i domach, a celem tej misji jest zebranie informacji (nowinki, plotki, rodzinne skandale). Ta żwawa babcia doskonale wie, że im więcej posiada wiedzy o innych, tym więcej ma władzy i możliwości kontroli. Zauważmy, że w twarzach zaskakiwanych nieoczekiwanymi wizytami latorośli kryje się na ogół nie tylko zdziwienie, ale nierzadko uwidacznia grymas niechęci czy niemiłej konsternacji. Co interesuje tego typu zaborcze matki szczególnie? Praktycznie interesuje je wszystko, a więc nie tylko poczynania dzieci i wnuków, stopień trwałości związków małżeńskich, ale także bałagan, kosz z brudną bielizną, niedopita butelka alkoholu na stole, kochanka owinięta ręcznikiem (przed chwilą brała prysznic po), szlaczki na ścianie, rybki w akwarium lub sposób wychowywania wnuków.

Tak więc rzekoma miłość rodzicielska niejednokrotnie okazuje się w serialowym wydaniu synonimem ordynarnego wścibstwa, inwigilacji, nieposzanowania prawa dorosłych dzieci do prywatności, intymności. Serialowe „matki Polki” roszczą sobie prawo do wywierania psychicznej presji na dorosłe dzieci (swego rodzaju forma stalkingu i mobbingu rodzinnego), wszystko to urąga godności osobistej dorosłego potomstwa. Dzieci te nader często wchodzą w rozmaite alianse między sobą, aby ukryć pewne sprawy, „tajemnice” przed rodzicielką czy babcią, uciekają, zapijają dyskomfort lub …emigrują za granicę.

Czy zwyczaj wchodzenia w kaloszach w prywatne życie innych jest w tym wypadku pochodną zwyczajów panujących na prowincji (Grabina, Zakrzewie)? Na wsiach, w małych miasteczkach pewne formy „kontroli społecznej” ziomków są bardziej spektakularne i intensywne niż w wielkich aglomeracjach, jednakowoż podział na miasto i wieś nie przekłada się bezpośrednio na stopień toksyczności rodziców. Poza tym – wszyscyśmy ze wsi.

Galeria toksycznych rodzicielek lub supernadopiekuńczych nadgorliwych matek w interesujących nas serialach jest imponująca. Trudno skądinąd wytyczyć ostrą granicę między nadopiekuńczością a toksycznością, wszak nawet toksyny mogą być słodkie. Na pewno do głosu dochodzi tu mentalnoć drobnomieszczańska, filisterska. Prym wiedzie stara Mostowiakowa, chociaż gdybyśmy nie zauważyli jej negatywnych, wrednych cech, moglibyśmy postrzegać ją jako wzorową, uroczą, kochaną babcię i matkę. Na tym jednak polega przewrotność dulszczyzny; nawet tytułowa bohaterka tragifarsy Zapolskiej ma pewne cechy pozytywne.

Z kołtunami jest jeszcze jeden problem. Często, zdając sobie doskonale sprawę z wad jakiejś osoby, mimo wszystko współczujemy  jej z pewnych powodów, szczególnie gdy jesteśmy jej dziećmi („Ona jest taka samotna”, „Ona chce dobrze dla nas, ale…”, „Ona miała trudne dzieciństwo”). Szczególnie wrednym typem i źródłem najbardziej szkodliwych toksyn jest Krystyna Filarska-Marszałek, matka Kingi i teściowa Piotra Zduńskiego. Nie dosyć, że jest „instytucją” kontrolującą dniem i nocą życie rodzinne młodych Zduńskich, to zrzuca na nich, szczególnie na córkę, swoje problemy małżeńskie (były i obecny mąż, swoisty trójkąt miłosno-rozwodowy), świadomie czy nie, ale domaga się od dzieci …opieki psychicznej, „niańczenia”. Reprezentatywny typ narcystycznej toksycznej matki!

Zaborczość rodziców wobec dorosłych dzieci nie ma związku ze stopniem wykształcenia, statusem społecznym, kulturą. Nawet u ludzi pozornie tolerancyjnych, o otwartym umyśle, zauważyć można toksyczne wyziewy, „popęd kontrolowania” i zamachy na wolność najbliższych. Zwróćmy uwagę na pozornie kulturalne małżeństwo Elżbiety i Karola Żeleńskich rodziców dziennikarki Marty Walawskiej. Toksyczność rodziców może wynikać z różnych przyczyn (częstokroć rzeczywiście wiąże się z okresem dzieciństwa) i opierać na różnych fundamentach. Niejednokrotnie o stopniu uwikłania w rodzinne paranoje decyduje prymitywnie pojmowany przez rodzicieli wymóg „spłacania długu” przez dzieci. Dobrym, niestety, pretekstem stają się wnuki. Babcie, dziadkowie na ogół zawsze zaopiekują się w potrzebie wnukami, lecz nie zawsze czynią to zupełnie bezinteresownie. Najczęściej zresztą nie chodzi o pieniądze, zwykle są to rozmaite zastrzeżenia i „uzurpacje” wobec stylu życia dorosłych dzieci, prawo do nachalnej ingerencji w ich życie. Jeśli dobrze przyjrzymy się matce Walawskiej, też skądinąd dziennikarce, dostrzeżemy wiele podobieństw charakterologicznych z reprezentującą inny status społeczny Barbarą Mostowiak czy Krysią Filarską.

Dulszczyzną wydaje się być naznaczona matka bliźniaków, Pawła i Piotra, Maria Zduńska i bynajmniej nie chodzi wyłącznie o wieczne wtrącanie się w ciągle nieustabilizowane życie Pawła. Marysia Zduńska potrafiła pokazać różne twarze: matki kontrolującej, matki narcystycznej, matki zazdrosnej (sic), matki zagniewanej czy matki emocjonalnie nieobecnej. Czy można w jej przypdku mówić o zachowaniach wrednych? Zdecydowanie tak, bo na co dzień jej Janusowe oblicze przykrywa pewnego rodzaju niebezpieczna „słodycz”, „lukrowatość”. Najwyraźniej problemu toksyczności i egzaltowanej nadgorliwości matek nie można rozpatrywać w oderwaniu od takich pojęć jak fałsz, obłuda, hipokryzja, nieszczerość. Trudno dzisiaj przewidzieć, czy za przykładem swojej rodzicielki pójdzie siostra Marysi, Marta Budzyńska.

Przykłady toksycznych lub nadopiekuńczych zachowań bohaterek w obu serialach można mnożyć. Barbara Grzelak – aktualna żona Zenona. Kto wie, czy problemy z synem kryminalistą (Adam), którego wychowywała samotnie, nie były przede wszystkim konsekwencją jej gniewnego, chimerycznego usposobienia i narcystycznego charakteru? Co ciekawe, takie matki jak ona, mogą pewne uzurpacje i „prawa własności” przenosić z własnego dziecka na inne, obce osoby, jak właśnie Grzelakowa przenosi je na byłą dziewczynę syna Adama, Sandrę, skądinąd Jamajkę.

Toksyczność osoby toksycznej musi mieć możliwość „ujścia”, jest zorientowana na najbliższych, własne lub „przyszywane” dzieci, czasem męża, innych członków rodziny (pomijamy problem pracowników toksycznych w szkołach, na uczelniach, w firmach czy korporacjach). Można przypuszczać, że najsroższą karą dla toksycznej matki byłoby skazanie jej na absolutną samotność, bez dostępu do telefonu, „GG” czy Skype’a.

Wspomnijmy też o osobie, o której – biorąc pod uwagę pierwsze spojrzenie – możemy mówić w samych superlatywach. Teresa Struzik, matka Marii Pyrki i babcia pięciorga wnuków, przypomina pewnymi cechami jako żywo Barbarę Mostowiak. Wścibstwo, by nie rzec prymitywna nachalność, często zwyczajny brak empatii, gruboskórność, hipokryzja, plotkarstwo, nieposzanowanie prawa do prywatności własnej córki, wchodzenie z buciorami do jej pościeli, próby sterowania życiem jej i rodziny, moralizatorstwo –  to chyba wystarczy (obecnie walczy ze skutkami udaru mózgu, mimo wszystko życzymy jej zdrowia, bo ogólnie wszystkim dobrze życzymy). Maria Pyrek, kobieta bez wykształcenia, wdowa, która wyszła ponownie za mąż za Marka Złotego, od czasu do czasu miewa pewne zapędy dyktatorskie w stosunku do starszych z piątki dzieci, raczej jednak nie przejęła toksycznych genów matki (więcej „ma z ojca”), jest stosunkowo tolerancyjna, a za najskuteczniejszy środek wychowawczy uważa rozmowę, dochodzenie do rodzinnego konsensusu. No i nie jest intrygantką i hipokrytką.

Alina, matka zmarłego na raka mózgu Ksawerego i żona Waldemara Rybińskiego, jest w tym panteonie kolejną toksyczną gwiazdą. Trucizny/trucizn w niej tyle, że poraża nie tylko męża i syna Ksawerego, ale wszystkich, którzy jej się nawiną pod rękę, np. Kasię Górkę, ojca Kasi, najlepszą przyjaciółkę. Typ „paniusi” z pseudoarystokratycznymi manierami, chimerycznej słodkiej idiotki, „głupiej blondynki”, rozpieszczona przez życie w dostatku i bogactwie, osoba (jak wszystkie toksyczne matki) apodyktyczna, chociaż do pewnego momentu „noszona na rękach” przez męża adwokata, fałszywa, obłudna, megalomanka i mitomanka. Jak by nie patrzeć, spory to zestaw interesujących cech. Pani Alina, dodajmy, zdaje się potwierdzać zasadę, że toksyczność charakteru idzie w parze z osobowością autorytarną, megalomanią i mitomanią.

Małgorzata Zwoleńska, żona Bogdana, matka Pawła, Magdy i Natalii, reprezentuje typ irytującej „kury domowej” albo, jak kto woli, strażniczki domowego ogniska, „mamuśki”, wiecznie zatroskanej (z powodu lub częściej bez powodu) sprawami rodzinnymi, rozdygotanej wewnętrznie od niekontrolowanych emocji, „nadekspresywnej”. Studiowała zaocznie psychologię, lecz ze względu na kłopoty finansowe rodziny musiała zrezygnować, a szkoda, bo jako studentka pokazała ciekawsze walory. Ta mamuśka o złotym sercu, wiecznie nadskakująca innym, byłaby w stanie samodzielnie zamęczyć wieloryba lub latający spodek z armią kosmitów. Wiemy, co znaczy określenie „zamęczać kogoś psychicznie”. W odniesieniu do dorosłych dzieci niebezpieczeństwo wynika z podświadomego przekonania Zwoleńskiej, że jej potomstwu w stosownym czasie nie została odcięta pępowina, w każdym razie ona na pewno jej nie odcięła. Inaczej niż „typowe” toksyczne matki, traktuje dzieci nie tyle przedmiotowo, jako swoją niezbywalną „własność”, lecz postrzega je jako część samej siebie. Pozbawiona niezbędnego dystansu wobec świata, żyje emocjami najbliższych i, w postaci zwielokrotnionej i przetworzonej przez „mamusine” serce, „wylewa” je na nie. Dom prowadzi bez zarzutu, doskonale gotuje, jest kobietą stosunkowo atrakcyjną, jednak trudno byłoby z nią wytrzymać dłużej niż przez jedną noc pod jednym dachem. Nie dziwi zatem, że najbliżsi uciekają od niej: Bogdan w pracę, dzieci bądź do domku letniskowego, bądź do Włoch lub Stolicy. Nie od dzisiaj wiadomo, że gorliwa nadopiekuńczość jest jednym z podstawowych błędów wychowawczych. Niepowodzenia życiowe dzieci Małgorzaty (Magda jest córką z innego łoża), ich niestabilność psychiczna i życiowa, skłaniają do wniosku, że w dużym stopniu są ofiarami toksycznej matki. W kategoriach ofiary należy też, niestety, traktować Bogdana.

Nieco inny rezerwuar toksyn stanowi Jola Kozłowska, secundo (?) voto Grzelak, matka Justyny i – poczętego z Jankiem – maleńkiego brata przyrodniego tejże. Justyna, do pewnego momentu dziewczyna o zajęczym sercu, kompletnie „wycofana”, zakompleksiona, szara myszka zapowiadająca się niegdyś na znakomitą skrzypaczkę, jest ewidentną ofiarą nieodpowiedzialnej, zaborczej, ekspansywnej, ekstrawaganckiej, zwariowanej, zdolnej do najbardziej surrealistycznych pomysłów życiowych, bezkrytycznej wobec siebie i wielce krytycznej wobec innych matki. Która jak wiele toksycznych matek, ma cechy bezwzględnej pijawki, żeruje na dobroci i tolerancyjności innych, w tym obecnego i byłego męża, no i córki. Najwyraźniej życie z taką kobietą ma swoje uroki, gdyż obaj panowie jakoś wytrzymują liczne tornada wywoływane przez tę nadekspresywną harpię, a przyjaciele z osiedla na Zacisznej w gruncie rzeczy tolerują ją.

Kolejnym przykładem nadopiekuńczej mamuśki niech będzie Waleria Koszyk, matka Bartka, obecna partnerka Stefana Górki, a kuzynka zmarłej Jadzi, jego pierwszej żony. Rzecz jasna, nie każda nadopiekuńcza matka musi być jednocześnie matką toksyczną. Waleria wychowywała Bartka samotnie, syn sprawiał kłopoty wychowawcze (hazard, długi), toteż nadopiekuńczość, kontrolowanie poczynań i bielizny syna, wydają się w tym wypadku cechami pożądanymi. Do pewnego stopnia pewnie tak. Mamy tu jednak po raz kolejny do czynienia z kompleksem „nieodciętej pępowiny”, Bartek wyraźnie dąży do usamodzielnienia się, wyrwania spod kurateli zaborczej mamuśki – w jaki sposób, to inna sprawa, zle w gruncie rzeczy idzie w dobrym kierunku – ta zaś ciągle „nosi” synka w swoim łonie, symbolicznie rzecz jasna. Traktuje nader wyrośniętego i zdrowego mężczyznę jak niemowlę lub „inwalidę”, opiera go, podsuwa smakołyki, śniadanka, obiadki i w jakimś sensie „molestuje”. Jest coś niezdrowego w tej matczynej relacji do syna, zwłaszcza gdy do głosu dochodzi zazdrość (niechęć, wrogość) Walerii do dziewczyn, którymi zainteresowany jest Bartek. Od takich matek nader trudno się uwolnić. Od takich matek chroń dzieci, Panie.

I wreszcie najbardziej odrażająca postać w „Barwach szczęścia”: Krystyna, matka ponadczerdziestoletniego Marka Złotego, niegdyś starego kawalera, obecnie męża Marysi Pyrkowej, matki piątki dzieci. Kobieta wiecznie uśmiechnięta, lecz jest to uśmiech jadowitej żmii, bezustannie narzucającej się innym ze swoją rzekomą chęcią „pomocy”, „dobrocią”, intrygantka bez skrupułów, mistrzyni plotki i manipulacji, chamówa bez krztyny empatii i hamulców moralnych. Najprawdopodobniej rzeczą bardziej zdrową byłoby wypić kielich cykuty aniżeli zetknąć się z jadowitą dobrocią Krystyny, nieustannie urządzającej życie Markowi, Marii i innym. Jeśli jej syn nie stał się dotąd pacjentem jakiegoś szpitala psychiatrycznego, to dzięki sposobowi często praktykowanemu przez dorastające dzieci toksycznych rodziców, a matek w szczególności – ucieczce z domu.

Znajdziemy w tych serialach związki bardziej normalne i normalne matki, jednakowoż takie związki pozostają w mniejszości, przykładem Anna i Jerzy Marczakowie z Zakrzewia (on były burmistrz, ona dyrektorka szkoły), Róża i Zdzisio Cieślakowie – rodzice Władka oraz doskonale zdystansowani wobec otaczającej ich rzeczywistości Mariola i Tadeusz Barczykowie, rodzice krnąbrnej i zwariowanej Joli. W przypadku tego typu związków można mówić o cesze tolerancji, otwartości wobec ludzi i mądrości życiowej.

Pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć: czy scenarzyści „M jak miłość” i „Barw szczęścia” świadomie zdecydowali się pokazać aż tak bogatą galerię toksycznych i nadopiekuńczych matek? Czy może ma to związek ze „świętym” wymogiem seriali, jakim są tzw. zwroty akcji? Tak czy inaczej podziwu godni są małżonkowie tych pań, uosabiający cnoty cierpliwości, tolerancji małżeńskiej i umiejętności wybaczania. Na ogół nie są oni typowymi „pantoflarzami”. Gdzie tkwi tajemnica trwałości takich związków? Wiemy jedynie, że przed laty mąż opuścił dla innej Krystynę, matkę Marka. Wyprawy na ryby zdają się być formą ucieczki męża Teresy przed zaborczością żony. Stefan (w pierwszym związku) uciekał w pracę w straży pożarnej, ratował się także imprezkami z kolegami, które wpędziły go w alkoholizm. Mąż i syn Aliny uciekał w pracę i kochankę; przez pewien czas ojciec i syn mieli się zresztą ku tej samej dziewczynie, co jest znaczące. Tak czy inaczej mamy tu do czynienia z jeszcze jednym scenopisarskim nadużyciem: zdecydowanie za mało uwagi poświęca się w obu seriach ofiarom – dorosłym dzieciom toksycznych matek, chociaż – pochwalmy – niektóre z matek, topornie bo topornie, wydają się zmieniać na korzyść.

Tak naprawdę w serialach „M jak miłość” i „Barwach szczęścia” nie ma ani jednej „normalnej”, bezkonfliktowej i żyjącej bezkolizyjnie rodziny. Do którego domu byśmy nie zajrzeli, tam wyjdą na jaw jakieś ciemne sprawki z przeszłości, rzutujące najczęściej na dzień dzisiejszy, rozwody, dzieci pozamałżeńskie, dzieci z pierwszych i kolejnych małżeństw, niespodziewane ojcostwa, rodziny niepełne, okaleczone, konkubinaty, zdrady małżeńskie, rozmaite trójkąty, a na dodatek częste kontakty z policją i wymiarem sprawiedliwości, kolizje z prawem, afery kryminalne. Karygodny wydaje się w niektórych wątkach sposób wychowywania dzieci, czego przykładem urocza mała Basia i jej opiekunki – ciotka artystka i matka „wojażerka”. Nieletnie i starsze dzieci Marka Mostowiaka i Ewy próbują, każde na inna modłę, swatać dorosłych: Marka z Ewą lub Anną. Odnoszę wrażenie, że w tym wypadku scenarzyści mieliby ochotę pokazać rodzinę w formie małżeńskiego trójkąta, ale „coś” im w tym zamiarze przeszkadza. Zosia Warakomska – nastoletnia, przedwcześnie dojrzała adoptowana córka Małgosi i Tomka, jest ofiarą tym razem wyrodnej matki i żony, Małgorzaty, i przyjmuje na swoje wątłe barki „obowiązek” opieki nad osamotnionym przybranym ojcem, aprobuje jego nową (chociaż jednocześnie byłą) partnerkę.

Rodzina w Polsce, jak i w Europie, przeżywa kryzys, podobne sytuacje w rzeczywistych rodzinach się zdarzają. Jednak nagromadzenie w obu serialach takiej ilości odstępstw od normy i swego rodzaju patologii przewyższa zdecydowanie średnią ogólnopolską. Można przypuszczać, że głównym celem twórców jest przede wszystkim budowanie serialowej intrygi. Niewątpliwie funkcjonują w naszym kraju porządne, poukładane, pełne rodziny, niekoniecznie katolickie. Takie rodziny nie są wszakże materiałem na dobry serial. Przypomnijmy, że nawet w sławetnej „Plebani”, w rodzinie wiejskiej i małomiasteczkowej, nie działo się najlepiej.

Skądinąd, rzetelnie przedstawiona nuda dnia codziennego może być intrygująca i frapująca.

 

Michał Waliński

27 marca 2014 r.

 

.

 

 

 

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii opera mydlana, serial telewizyjny, toksyczna matka, toksyczni rodzice, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „W oparach toksyn, czyli serialowe matki („M jak miłość”, „Barwy szczęścia”)

  1. Bogna Drozdek pisze:

    Niekwestionowany sukces PRL-owskich radionowel: „Matysiakowie” i „W Jezioranach” potwierdzalby Twoja teze, ze:

    Skądinąd, rzetelnie przedstawiona nuda dnia codziennego może być intrygująca i frapująca.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s