Instrukcja obsługi chorego na raka. Punkt 1, czyli zdrowy musi myśleć o sobie

Człowiek dotknięty chorobą nowotworową jest dla wielu współobywateli – krewnych i znajomych królika – dużym problemem psychicznym i moralnym. Nie ulega wątpliwości, że ujawniają się w tej relacji pewne zasady myślenia magicznego, rak jest ciągle swoistym społecznym tabu. Osoba ze zdiagnozowaną chorobą nowotworową wzbudza u sporej grupy ludzi z jej otoczenia pewien rodzaj współczucia, jego natężenie zależy w dużej mierze od charakteru dotychczasowych kontaktów czy stopnia zażyłości, jednak prawdziwy dramat związany z chorobą odbywa się na ogół wyłącznie w kręgu najbliższej rodziny, bywa że w samotności. Częściej – człowiek z ujawnionym złośliwym nowotworem wzbudza raczej mieszane uczucia.

Osoba taka, chociaż pozostaje nadal człowiekiem i pełnoprawnym obywatelem, ze względu na swój nieokreślony, indyferentny status fizyczny i społeczny jest w bardzo wielu przypadkach źródłem lęków i obaw, wywołuje frustrację w ludziach zdrowych, kontakt z nią jest traktowany jako przedsięwzięcie potencjalnie niebezpieczne i ryzykowne. Poziom kultury społeczeństwa sprawia, że lęków tych i zagrożeń nie werbalizuje się w większości przypadków explicite, do głosu dochodzi raczej „poprawność polityczna” lub „kulturowa”, niemniej zadomowiły się one w podświadomości indywidualnej i zbiorowej, powodując u zdrowych pewien dyskomfort psychiczny. Dla wielu człowiek dotknięty rakiem jest jak współczesny trędowaty, wzbudza w pierwszym rzędzie emocje negatywne i odruch negacji, tak było zawsze, chociaż dzisiaj są one często tłumione przez odruchy „altruistyczne” i wspomniane, obowiązujące w naszej kulturze zasady „poprawności” w sferze zachowań społecznych.

Są znamienne różnice między podejściem do chorych na raka społeczeństwa polskiego a społeczeństw zachodnich, szczególnie skandynawskich. Najistotniejsza z nich wiąże się z kwestią otwartości, z jaką chory dzieli się informacjami o swoim stanie zdrowia z innymi. W Danii, Szwecji czy Norwegii „przyznanie się” do choroby w niczym nie uwłacza choremu, mówi się o tym w sposób rzeczowy, konkretny i naturalny. Mówi się, że w Norwegii i w niektórych rejonach Szwecji do dzisiaj nie zamyka się domostw na klucz. Ludzie dbają nie tylko o interes prywatny, interesuje ich bezpieczeństwo sąsiadów, innych. Trudne warunki egzystencji wykształciły w epokach minionych postawę solidarności. W Polsce unika się nie tylko kontaktu z chorymi, ale samego tematu i jeśli już, „załatwia się” go w relacjach międzyludzkich eufemizmami czy peryfrazami. W Polsce – z różnych przyczyn: społecznych, kulturowych czy zwłaszcza zawodowych – choremu „nie opłaca się” ujawniać własnej słabości, wśród chorych często pokutuje przekonanie, że upublicznienie w swoim środowisku informacji o chorobie z góry sytuuje ich raz na zawsze na pozycji przegranego. Pewnym wyjątkiem są dzisiaj środowiska skupiające osoby publiczne, gwiazdy filmu, seriali czy piosenki, celebrytów, gdzie upublicznienie informacji o chorobie jest może nie obowiązkiem, ale w jakiejś mierze czynnikiem wpływającym na ogół pozytywnie na ich kreację (por. nadużywany medialnie motyw aktora lub piosenkarki bohatersko „walczącej” z chorobą, szczególnie gdy jest to rak, choć może to być alkoholizm, motyw dominujący nie tylko w plotkarskich mediach i portalach).

Zapewne wpływ na niezdrowe relacje personalne ma także organizacja służby zdrowia, jej jakość, sposób, w jaki sami lekarze traktują chorych. Zapewne nasze akademie medyczne potrafią kształcić studentów na odpowiednim poziomie, w przypadku wielu specjalizacji – wybitnym, niemniej w kształceniu tym już parę dziesiątków lat temu zrezygnowano z kształcenia humanistycznego. Po 1989 roku uwierzono, że rynek jest receptą na wszystko, włącznie z humanizacją życia; politycy i urzędnicy odpowiedzialni za służbę zdrowia i kształcenie przyszłych lekarzy Anno domini 2014 wydają się wierzyć w magiczną moc kapitalizmu i sztywnych procedur w jeszcze większym stopniu. W korporacjach leczniczych pacjent stał się już nawet nie klientem, ale rzeczą, a sprawą podstawową – wycena kosztów „naprawy” tej rzeczy.

Nie chcę w tym miejscu wpisywać się w litanię głosów narzekających na rodzimą służbę zdrowia. W wielu wypadkach jest ona bardzo nowoczesna, a już onkologia stoi na pewno, ze względu na umiejętności lekarzy i wyposażenie, na światowym poziomie. Zarzut dotyczyłby w pierwszym rzędzie obecności, a raczej braku obecności wspomnianego pierwiastka humanistycznego w kontaktach z chorym. Parafrazując (ironicznie) Kantowską zasadę moralną w odniesieniu do lekarzy, brzmiałaby ona tak mniej więcej: postępuj zgodnie z zasadą, że zdrowie pacjenta nie jest celem samym w sobie, ale poddany leczeniu przypadek jest środkiem do uzyskania większych lub mniejszych pieniędzy przez szpital, wkładaj więc mniej energii w uzdrawianie przypadków, które są mniej opłacalne lub w ogóle nieopłacalne. Lekarzom obcy wydaje się też najważniejszy imperatyw kategoryczny filozofa z Królewca: „Postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz zarazem chcieć, żeby stała się powszechnym prawem.” Lekarz traktujący pacjenta jak „przypadek”, jak przedmiot, najczęściej nie zadaje sobie istotnego pytania: czy chciałby być przez kogoś innego (lekarza, nauczyciela, urzędnika) traktowany w sposób, w jaki on traktuje pacjenta. Są dwie podstawowe przyczyny owej znieczulicy: odhumanizowanie samych (długich) studiów medycznych i zbudowana przez „fachowców” struktura służby zdrowia, która ma być ściśle podporządkowana prawom rynku. Być może jest jeszcze trzecia przyczyna: bylejakość społeczeństwa, a więc i jego elit.

[…]

Cały tekst można przeczytac na stronie: http://pl.scribd.com/doc/203171129/Micha%C5%82-Wali%C5%84ski-Instrukcja-obs%C5%82ugi-chorego-na-raka-Punkt-1-czyli-zdrowy-musi-my%C5%9Blec-o-sobie

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii chory na raka, rak, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Instrukcja obsługi chorego na raka. Punkt 1, czyli zdrowy musi myśleć o sobie

  1. Ԍreetings! Very useful advice wіthin this article!

    It is the little changes tɦat wilⅼ make the greatest changes.
    Thanks for shaгing!

    Lubię to

  2. pacjentka* pisze:

    Rak jest okrutna choroba ! Reakcja ludzi jest rakiem toczacym dusze.

    Lubię to

  3. Pingback: Instrukcja obsługi chorego na raka. Cz. II. Chory i publikacje | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum"

  4. anonymous pisze:

    Ewa Zygmunt (Marzec) writes:Panie Profesorze – dziękuję za ten tekst. Rak (w przypadku mojej rodziny akurat rak piersi) jest od jakiegoś czasu towarzyszem naszego życia. Zachorowała moja mama – teraz jest wyleczona, choć trudno to słowo przechodzi jej przez gardło. Podczas licznych wizyt na onkologii w Gliwicach też bezustannie zadziwiam się, obserwuję i czynię różne można by powiedzieć socjologiczne spostrzeżenia. Może trochę na pocieszenie powiem, że ja osobiście i spora część moich bliskich mamy jak na polaków dość niepolską mentalność. Przełąmujemy tabu, mówimy o raku, nie boimy się słów. Oczywiście, mimo że staram się być blisko mamy, nie mogę mieć pojęcia o tym, co dzieje się w jej głowie i w sercu. Ale z wielkim zaciekawieniem przeczytam dalsze Pana zapiski – także proszę nie ukrywać ich w szufladach. Pozdrawiam serdecznie! Ewa

    Lubię to

  5. iambogna pisze:

    Nie wiem, czy trafnie odczytuje Twoje zastrzezenie:

    formułujący je pisze przecież także z pozycji byłego „zdrowego”.

    Mam bowiem powazne watpliwosci, czy taka perspektywa jest w ogole do utrzymania. Sam przeciez napisales – a ja moge to tylko potwierdzic – ze

    człowiek w jakiś sposób zadomowia się w chorobie, staje się ona częścią niego, „uwięził się” w niej, „polubił ją”(?)

    To dotyczy zreszta nie tylko zdrowia, ale wszystkich aspektow naszej osobowosci. To, co teraz pamietamy, to juz zupelnie inna "rzeka" zdarzen, od tych, ktore faktycznie uplynely (naduzywany aforyzm Heraklita tu akurat pasuje "jak ulal").Odwrotna strona medalu to ta, ze relatywnie zdrowy czlowiek pewnie by nie uwierzyl moim zapewnieniom, ze gdybym mogla cofnac czas, nie zrezygnowalabym z przezytego doswiadczenia (co nie znaczy, ze nie chcialabym wyzdrowiec, gdyby to bylo mozliwe). To oczywiscie nie musi sie pokrywac z Twoim doswiadczeniem… chociaz przypuszczam, ze byloby podobne – zwazywszy na wyzej zacytowana konstatacje. Dlatego nie mysl nawet o "spaleniu" tych swoich zapiskow, bo to zbyt cenna egzystencjalnie wiedza, zeby sie nia nie podzielic. Co przeciez nie kazdy potrafi. Ja bym chyba nie potrafila …w tak rozbudowanej formule (na studiach zawsze mialam klopot z wypelnieniem objetosciowego "minimum" referatow :)). Ale, lakonicznie rzecz ujmujac, moge powiedziec, ze swiadome przezywanie cierpienia to dla mnie ewolucyjny dowod na istnienie swiata transcendentnego, ku ktoremu zmierzamy. I ze takiej (tylko i az subiektywnej) pewnosci nie da sie uzyskac (wiem, bo probowalam) ani droga religijnej wiary, ani filozoficznej refleksji – potrzebne jest osobiste doswiadczenie …taki "metafizyczny dotyk" tajemnicy, jaka jest kazde jednostkowe zycie.Nie wiem, czy znana jest Ci ksiazka Czeska Karkowskiego – "Dziennik jednego roku". To – w pierwotnym zamysle terapeutyczna – kronika nowotworowej choroby i chemioterapii jego zony, Izabeli, widziana z perspektywy "zdrowego" meza. Wydano ja w Nowym Jorku, wiec w Polsce moze byc nie do zdobycia, dlatego podaje link .

    Lubię to

  6. 16Siko15rek pisze:

    Pisząc, właściwie cały czas zastanawiałem się, czy opublikować te zapiski, czy też włożyć do kartonu z napisem: „Spalić po mojej śmierci”. A jest i może będzie ich dalszy i dalszy ciąg. W pełni zgadzam się z Twoimi spostrzeżeniami. Pisałem „z perspektywy raka”, ale wiadomo, nie tylko o raka tu chodzi. W każdym razie zawsze chodzi o pojawiające się u „zdrowych” poczucie zagrożenia własnego bezpieczeństwa i, masz rację – nieraz dotkliwe – poczucie winy. Być może , ktoś może poczuć się dotknięty tymi refleksjami, ale formułujący je pisze przecież także z pozycji byłego „zdrowego”.W kolejnej części będzie być może mowa o niektórych spostrzeżeniach z dni szpitalnej chemioterapii. W czasie niektórych parodniowych sesji zdarzało mi się odbywać dłuższe rozmowy z niektórymi towarzyszami doli i niedoli. Kiedy przychodzili z wizytą krewni (bardzo rzadko znajomi), ich język, forma i treść komunikatów zmieniały się całkowicie w porównaniu z naszymi szpitalnymi pogaduszkami. Nie da się, rzeczywiście, nawet najbliższym przekazać swojego doświadczenia i często chory …pocieszał zdrowych. Na radioterapii natomiast, na którą dojeżdżałem przez szereg tygodni w dni robocze, ciekawą rzeczą było obserwować ludzi przypisanych do jednego akceleratora. Inaczej zachowują się nowicjusze, inaczej „starzy bywalcy”, jeszcze inaczej osoby towarzyszące. Niewątpliwie nie ma tu żadnej agresji lub niechęci wobec „bliźnich”. Choroba kreuje (wymusza?) zachowania, które teoretycznie powinny być normą w życiu „zdrowym”, codziennym. Właśnie takie „Kantowskie”. Ergo, może świat byłby lepszy, gdyby wszyscy politycy chorowali na raka? Inny wniosek z obserwacji niesocjologa: człowiek w jakiś sposób zadomowia się w chorobie, staje się ona częścią niego, „uwięził się” w niej, „polubił ją” (?). Tak czy siak, stał się innym. Tu widzę jeden z wielkich sensów czytania dzisiaj prozy Tadeusza Borowskiego.A imperatywy? Wiadomo, że mogą one być jedynie pewnym, istotnym, punktem odniesienia w naszym życiu codziennym. Wiadomo, że nie są bezwyjątkowe. Wiele razy łamałem jakieś zasady, ale wiem, że trzeba o nich stale myśleć i …starać się. One są zwłaszcza ważne dla ateistycznego agnostyka. I powinny wymuszać pewien rodzaj myślenia u lekarzy, nauczycieli, ludzi służby publicznej. Wyłączam polityków, bo tym nic nie pomoże, oni stanowią nowy gatunek człowieka, niedostatecznie jeszcze opisany przez naukę. Czasem marzę o tym, żeby polityków zastąpił w jakiś cudowny sposób odbudowany gatunek ludzi neandertalskich. A nasi dalsi zstępni odnajdywali w ziemi polityczne kości.

    Lubię to

  7. iambogna pisze:

    Doslownie z wypiekami na twarzy przeczytalam caly tekst. I pewnie nie ja jedna, mimo braku komentarzy. Czemu, zwazywszy na stabuizowany temat, specjalnie sie nie dziwie. Sama dlugo sie wahalam, czy i co napisac… bo w zasadzie odpowiedziales na wszystkie postawione pytania w sposob nie pozostawiajacy nic do dodania. Troche z wrodzonej przekory (ale usprawiedliwonej wlasna sytuacja) postanowilam wiec stanac w obronie zdrowych i… kompletnie bezradnych wobec wyzwania, jakie dla nich stanowimy. Innymi slowy (cytuje tu Ciebie):

    Pojawia się problem: jak ulżyć cierpieniom bądź frustracjom ludzi zdrowych, jak wobec nasilającej się liczby zachorowań [nie tylko] na nowotwory zapewnić im odpowiedni, minimalny przynajmniej komfort życia i dobre samopoczucie.

    Rozumiem Twoj gorzki sarkazm, Michale, ale rozumiem tez psychiczny dyskomfort ludzi, ktorym tacy, jak my, swoja obecnoscia odbieraja (zludne, ale jednak) poczucie bezpieczenstwa. Z wlasnego doswiadczenia wiem, ze cierpienie latwiej jest znosic osobie cierpiacej niz jej otoczeniu. Im bardziej kochaja, tym bardziej cierpia… Co najczesciej skutecznie paralizuje jakakolwiek probe rozmowy na drazliwy temat (moze u Ciebie jest inaczej – bylbys jednak wyjatkiem potwierdzajacym regule). Ale nie tylko bezradna milosc jest tu zrodlem cierpienia. Duzo gorsze od bezradnosci jest irracjonalne poczucie winy… za to, ze samemu jest sie zdrowym. Nawet mnie – chociaz zdrowa nie jestem – cos takiego dopada, np. przy kazdej kolejnej relacji E. Byszewskiej w TVP (z ktorego to powodu zaprzestalam ogladania jej emocjonalnych relacji.) To poczucie winy jest, jak wspomnialam, irracjonalne, ale przez to wcale nie mniej dotkliwe i meczace. Wyczuwam je takze w osobistych kontaktach – ze skadinad bardzo racjonalnymi ludzmi, ktorych znam lub znalam (a raczej bylam im znana). Paradoksalnie, pociesza mnie w tej sytuacji to, co Ciebie jakby martwi: ze moze sobie o mnie poplotkuja i/lub poprawia wlasne samopoczucie (bo – przykladowo – kiedys mogli mi czegos zazdroscic, a teraz juz nie musza). Tyle przekornego komentarza. 🙂 A teraz bardzo juz powazne pytanie (na ktore w Twoim fascynujacym eseju odpowiedzi nie znalazlam): czego konkretnie oczekiwalbys jako egzemplifikacji przywolanej w tekscie Kantowskiej zasady moralnej?

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s