Boże, jak ten facet mówi! (odcinek II, czyli pan Kuba)

„Dzień dobry, panie Kubo!”, „Witam pana, panie Kubo!”, „Miło mi słyszeć pana, panie Kubo!”, „Kocham pana, panie Kubo!” „Nareszcie się do pana dodzwoniłam, panie Kubo”.

Gdyby słuchacze przemianowali „pana Kubę” na „pana Jakuba” lub „pana redaktora”, pan Kuba niechybnie udałby się do najbliższego klasztoru męskiego, by odbyć nowicjat i radykalnie zerwać ze światem, albo na łupince od orzecha z pięcioma radarami i tytanowymi żaglami odpłynąłby na Wyspy Dziewicze lub Salomona, by już nigdy na łono ojczyzny nie wrócić. Bo zasada jest prosta: słuchacze zobowiązani są prawem kaduka do podbechtywania rozwiniętego do monstrualnych rozmiarów ego pana Kuby, a ego pana Kuby musi ciągle zwyżkować. Obniżenie z definicji nieustannie dobrego samopoczucia pana Kuby byłoby niesłychanie groźne dla kondycji intelektualnej i moralnej naszego społeczeństwa, niewątpliwie też zwiększyłoby w skali globalnej skutki efektu cieplarnianego. Strajk zaś słuchaczy spowodowałby narodowy kataklizm. Pan Kuba jest Alfą i Omegą dla sporej grupy Polaków, być może jest też samcem Alfa, wieżą z kości słoniowej, ucieczką i ostoją uciśnionych, orędownikiem, Matką oraz wentylem psychicznego bezpieczeństwa.

Pan Kuba bowiem daje się ludziskom wygadać. …

Dawno, dawno temu, przez wiele lat, pan Kuba prowadził w radiu niedzielną audycję o wczesnym poranku. Dla dzieci, dla maluszków. Cudze pociechy dzwoniły z różnych zakątków Polski, nawet z Suwałk i z Ustrzyk, nawet Biłgoraja i Kłaja, i z Sosnowca, miasta matki Małej Madzi, a nawet ze stolicy. Pan Kuba rozdawał zagadki, dzieciaki odpowiadały, jak umiały, i pocztą zwrotną otrzymywały nagrodę. Trzeba uczciwie powiedzieć, zagadki nie były trudne. Każdy dzieciak, bez względu na stosunek do gender, miał szanse, zwłaszcza że niemal każdemu maluchowi towarzyszyła mamusia lub tatuś, którzy dzielnie i sugestywnie podpowiadali (raz jedna mamusia odgadła, że stolicą Polski jest Białystok).

Pan Kuba w audycjach tych był uosobieniem, dobroci, cierpliwości i miłosierdzia, co wyrażało się przede wszystkim w głosie pana Kuby, który był prawie jak aksamitny kocyk dla dziecka, ba, powiem więcej, był jak aksamit, panekla, welur, plusz i welur zarazem. Gdy dziecko nie wiedziało, co ma słoń z przodu, mogło zawsze liczyć na podpowiedź pana Kuby: „Trąąąąba, Zosiu, no przeeecież, a gdzie mieszkasz, Zosiu? Uhumm! W Poznaniu!”. Kiedy bachor upierał się, że chodzi o kły lub uszy, też dostawał zabawkę, bo pan Kuba od zawsze był z gruntu tak dobry, jak dobry żaden ksiądz nie był, nie jest i nigdy nie będzie. Ten facet ma wszystkie walory najlepszej, wybitnej, dyplomowanej przedszkolanki – myślałem nieraz.

Pewnego razu pan Kuba wpadł na genialny pomysł, aby do przesyłek z nagrodami dla dzieciarni dołączać firmowy kubek. Wiecie, o jaką firmę chodzi. Dzieciaczki jednak były nie w ciemiączka bite. Szybko wykumały interes. Dzwoniły coraz częściej, lecz niezbyt chętnie rozwiązywały pana Kubowe zagadki, za to natarczywie domagały się kubka. Niektóre dzwoniły wyłącznie w sprawie kubka: „panie Kubo, poproszę o kubek”. O zgrozo, zaczęli wydzwaniać po kubki sami rodzice! W audycji dla najmłodszych dzieci takie szwindle! Najwięcej telefonów z prośbą o kubek było od mam, niektóre zmieniały przyrodzony głos i udawały trzylatki. Niektóre dzwoniły wielokrotnie, żeby wyłudzić, o zgrozo, dodatkowe kubki!

Już wiemy, dlaczego dziewięciu na dziesięciu Polaków chodzi do galerii handlowych wyłącznie po to, żeby załapać się na jakąś promocję połączoną z degustacją. Tu dadzą kawałek serka brie, tu cieniutki plasterek salami, tam koreczek ze śledziem, tam kleksik keczupu, tu okrawek wątrobianki i fajnie jest, żyć nie umierać. Cała rodzina się objadła i przy okazji ominęła mszę świętą i zaliczyła spacer, a spacer to samo zdrowie.

Co się tyczy pana Kuby, nie zdzierżył presji społeczeństwa na afirmowany przez siebie firmowy kubek, nie wytrzymał zwłaszcza nachalności mam, samych kubków zresztą zabrakło. Jednak od tamtego czasu pan Kuba kojarzy mi się wyłącznie z kubkiem. Porcelanowym, różowym lub niebieskim, w misie czy kwiatuszki. Z uszkiem. Chyba, że ktoś po drodze odgryzł. Albo ubił z premedytacją. Bo wróg czai się wszędzie.

Po drodze dzieciarnia od słoni, żyraf i innych pana Kubowych zagadek odpowiednio podrosła i pan Kuba od paru ładnych lat przez kilka dni w tygodniu z powodzeniem prowadzi program, w którym jest jak Wałęsa: za, a nawet przeciw. Zawsze od 12.00 do 13.00. Pan Kuba stał się sui generis przedszkolanką dla dorosłych. Boże, jak ten facet mówi! Gdy on mówi, z radia sączy się sam czysty welur. Szczęście w nieszczęściu, że częściej mówią słuchacze. Wychowankowie?

Tyle nieprzelewielebnego głupstwa, ile się z audycji „Za, a nawet przeciw” w ostatnich latach wylało, nawet biskup Krasicki by nie zdzierżył. Mogłaby z tego powstać niezła „Panakubomachia”. Czyli wojna Kuby ze wszystkimi. Zwłaszcza z rzeczywistością. Przy pomocy wiernych słuchaczy, którzy by za panem Kubą w ogień… Pan Kuba dobrze wyczuwa nastroje społeczne, wie, co się ludziom nie podoba i jedzie, jedzie po bandzie.

Polska z przyczyn historycznych i obiektywnych nigdy nie dorobiła się swojego Hyde Parku. Hyde Park to wyższa szkoła demokratycznej jazdy. W Polsce, od kiedy go wynaleziono, zawsze popularny był magiel. W Polsce magiel zastępował Hyde Park, sam, dziecięciem będąc, z babcią chodziłem do magla i słuchałem, oj, jak słuchałem. Pan Kuba wyczuł historyczną dziurę i stworzył na swojej antenie skrzyżowanie Hyde Parku i magla.

Jak na byłą przedszkolankę przystało, pan Kuba zna się na wszystkim. Nie znajdziesz, Drogi Czytelniku, tematu, którym nie mógłby się zająć pan Kuba. Może to być OFE (w różnych konstelacjach), ZUS, homofobia, służba zdrowia, ministra, antysemityzm, skuteczność płynu na nagniotki, rodzaje sprzączek w tylnym zapięciu stanika, decyzja Prezydenta Komorowskiego, zależność regularności miesiączkowania Polek od kursu franka, zachowanie kiboli, symbolizm prezerwatywy w świadomości Polaków, zagrożenia dla świata wynikające z popularności zupy z płetw rekina w Japonii, ulubiony strój męskich Polaków, czyli spocony, obszerny t-shirt, olbrzymi brzuch i majtki do łydek (vide „M jak miłość”), czy ten rząd naprawdę jest taki dobry, czy udaje, czy mamy w Polsce dyktaturę mniejszości seksualnych i wiele, wiele innych.

Gdyby jakaś pani adiunkt poleciła ci, Studentko lub Studencie polonistyki albo dziennikarstwa, odnaleźć trzy „kwiatki” prasowe lub medialne, wybierz koniecznie te firmowane przez pana Kubę. I on, i jego słuchacze są niezawodni. Bywa, że do pana Kuby zadzwoni jakiś inny pan, by powiedzieć, że „on ma dłuższego, a się nie chwali”, ktoś inny da upust swojej homofobii lub jakaś paniusia zdąży wygłosić tyradę antysemicką, zanim ją pan Kuba wyłączy.

Nie zaprzeczę: zdarzają się w tej audycji głosy konkretne i merytorycznie trafne. Przeważa jednak maglowe gadulstwo. Wypowiadają się także liczni tzw. eksperci. Najgorzej, gdy w rolę „eksperta” wcielają się politycy. Pojęcie „eksperta” w dzisiejszej Polsce to skądinąd temat na odrębną rozprawę.

Zdaję sobie sprawę, że trudno jest prowadzić taką maglową audycję „na żywo”. Odnoszę jednak wrażenie, że pan Kuba przychodzi do studia po prostu totalnie nieprzygotowany. Rzuca w eter ryzykowne tematy i pytania chyba tylko po to, by pokazać, że nie panuje nad sytuacją. Wydaje się mniemać, że wszystko i wszystkich rozsądzi swoim pluszowym głosem. Jak paru innych facetów z tej stacji, uwierzył w magię samej swojej obecności na antenie. Tymczasem cała jego „moc” zdaje się zamykać w trzech słowach, których wyraźnie nadużywa: „Haaallllou!, „Wiiiiitam!” i „Uhumm!” („Hmm!”, „Hm”, „Uhymmm!”). Intonacja, z jaką wypowiada zwłaszcza to trzecie półsłówko, a raczej wykrzyknienie (por. funkcja fatyczna języka), sposób jego modulowania, udaje niesłychaną głębię refleksji, doskonale wyraża poziom możliwości intelektualnych pana Kuby i aktualny stan jego megalomanii. Coś jak urządzenie do pomiaru poziomu wysokości wody w Wiśle, tyle że u pana Kuby, w przeciwieństwie do Wisły, wyłącznie przybywa.

Nie trzeba być Piotrem Skargą, żeby wieścić, że ani pan Kuba, ani orzeł z czekolady chyba nie zbawią tego kraju. Na razie zresztą wystarczyłoby uwolnić media publiczne od panów Kubów i tym podobnych. Zgodzić się z prostą tezą: że niekoniecznie muszą to być media dla idiotów.

Nie zawsze wystarczy być, czasem trzeba mieć.

Michał Waliński
28 grudnia 2013 r.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii kultura, radio, Trójka, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Boże, jak ten facet mówi! (odcinek II, czyli pan Kuba)

  1. 16Siko15rek pisze:

    Taka miała być pointa. Ale jakoś mi się zapomniało.

    Polubienie

  2. iambogna pisze:

    "Trojki" nie odbieram, nie potrafie wiec ocenic radiowych wystepow pana Kuby, ale chyba juz wiem (z Twojego tekstu), na czym polega fenomen jego popularnosci.

    Pan Kuba bowiem daje się ludziskom wygadać.

    Czyli dokladnie tak, jak o. Rydzyk w Radiu Maryja – co dla jego wiernych sluchaczy jest znacznie wazniejsze od pogladow ksiedza Dyrektora. Wystarczy, ze wzajemnie dadza mu sie wygadac… i o wskazniki "sluchalnosci" (tychze pogladow) moze byc spokojny.

    Polubienie

  3. lemari pisze:

    Maturzyści (bywają tacy) nie wiedzą kto jest autorem słów hymnu,albo myślą że – Sowieci to Niemcy.Nie pytam kto im daje maturę, się pytam kto ich dopuszcza do matury.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s