Na Patelni

Dziewczyna w wytartych dżinsach i topie karmi słonia musztardą dijon. Słoń jest tak ogromny, że przysłania aptekę. Dziewczyna jest filigranowa. Ma długie włosy upięte w koński ogon, przy którym ogon słonia wydaje się małym ogonkiem. Słoń w podziękowaniu delikatnie wachluje dziewczynę wielkimi uszami.

Jest pełnia lata. Późne popołudnie dyszy upałem skumulowanym w ciągu całego dnia w chodnikach, w powietrzu i w globalnym ociepleniu. Tłum poruszający się czerwonawą kostką, deptakiem i labiryntem pośród piwnych parasoli zamienił się w ruchomą, barwną i głośną mozaikę. Jedna z odnóg mozaiki znika w długiej dziurze, która prowadzi do zabytkowego dworca i, dalej, na drugą stronę miasta. O tej porze roku, w czas przedwieczorny, upalny, Patelnia ma swój zapach. Pachnie kurzem, maliną, świeżym i znoszonym potem, benzyną, aptecznymi lekami oraz ziołami, piwem, wanilią, starym olejem z frytkarni, podrabianym kebabem, pieczonym na rożnie kurczakiem i mieszaniną tańszych lub droższych dezodorantów. Z delikatną nutą uryny.

Pod Kiepurą para gimnazjalistów ćwiczy pocałunek z języczkiem i tym podobne. …

Cała Patelnia jest ogrodzona piwnymi ogródkami. Piwo leje się strumieniami w spragnione gardła. Gorzej z dalszym ciągiem, ale nikt się tym nie przejmuje. Panie w letnich kolorowych sukienkach i kapeluszach smakują napój z wdziękiem, odginając od plastykowego kubka mały paluszek. Dziewczyny w dżinsach czy szortach, z obowiązkowo odsłoniętymi brzuchami, sączą złocisty trunek z sokiem malinowym. Przez obowiązkową rurkę. Dwie miłe staruszki jedzą z pucharków lody waniliowe i uśmiechają się z aprobatą. One już wiedzą.

Wolnym skrawkiem chodnika kroczy poeta Matusz ze wzrokiem wbitym w ekran tableta. Z wprawą i przejęciem puka w elektroniczne klawisze. Pisze nowy wiersz. Poetycko przetwarza temat dziewczyny karmiącej słonia musztardą.

Dokładnie o 17.45 nad Patelnią przelatuje stado brzemiennych krów. Pewnie gdzieś tu mają gniazdo, zastanawia się narrator. Ani poeta Matusz, ani Kiepura, ani smakosze z ogródków, ani nikt z ulicznego tłumu nie zauważa przelotu. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, ludzie już dawno serca zamienili w chipy.

Doszedłszy na wysokość witryny starego zegarmistrza, poeta Matusz zawraca i zaczyna iść w przeciwnym kierunku. Nic się specjalnie nie zmienia w stylu chodzenia poety Matusza poza tym, że teraz idzie odwrotnie i odczytuje na głos napisany przed chwilą wiersz. Wzbudza to aplauz przechodniów, piwne stoliki brzmią hucznymi oklaskami, prosząc o bis. Starsza pani, wychowana na Wojaczku i Bruno-Milczewskim, ochoczo wymachuje czarną parasolką w kierunku poety. Poeta pozostaje jednak osobny.

Od strony Warszawskiej na Patelnię wjeżdża wóz policyjny. Spokojnie, tym razem nie będzie żadnego kryminału. Zmaltretowani upałem i ciężką służbą dwaj stróże prawa marzą wyłącznie o zimnym napoju. Pot wsiąka w ich bladoniebieskie koszule, poprawiają paski u spodni i krokiem podpatrzonym u gliniarzy z amerykańskich filmów udają się w kierunku parasola z coca-colą.

Słoń macha na pożegnanie trąbą i wdzięcznie kolebiąc olbrzymim zadem, znika za rogiem Modrzejowskiej, która jest tym dla miasta, czym Piotrkowska dla Łodzi. Chociaż o całe trzy kilometry krótsza. Prawdę mówiąc, nie ma nic pięknego w zadzie słonia. Teraz dziewczynę otacza spore stadko króliczków. Dziewczyna ma na oko dwadzieścia jeden lat. Ciemna blondynka, trochę dodających urody piegów, zadarty nosek i błękitne oczy. Kojarzy się z latami sześćdziesiątymi. Kuca, garściami rwie koniczynę i karmi króliczki. Jeden króliczek całuje dziewczynę w zakurzoną piętę. Inny wspina się na jej kolana. Trzeci próbuje zamienić warkocz dziewczyny w ściankę do górskiej wspinaczki.

Poeta Matusz w poetyckim transie nie zauważa, że z naprzeciwka zmierza w jego kierunku charakterystyczna postać z bródką. Ta postać to poeta Woźniak. Idąc, poeta Woźniak notuje coś gorączkowo w grubym notesie. Jak zawsze, używa obowiązkowo wiecznego pióra marki Pelican. Najwyraźniej zapisuje szkic wiersza o dziewczynie z końskim ogonem karmiącej słonia musztardą francuską.

Trajektornia, po której poruszają się dotknięci nagłą weną twórczą literaci, grozi nieuniknioną katastrofą. Jak powiada ludowe przysłowie, tam gdzie spotkają się dwaj poeci, iskra ogień nieci. Już już mają się zderzyć jak dwa z przeciwnych krańców zmierzające Bogi, gdy z banku wychodzi miejscowy krytyk literacki, prozaik i redaktor Kostro. Nie dosyć, że obaj poeci niechcący demolują krytyka Kostro, to na dodatek taranują sami siebie. Na chodniku, dokładnie w pozycji horyzontalnej, formuje się malownicza grupa literacka, którą tworzą przeplatające się fragmenty aparycji krytyka i dwóch wieszczów. Mieszkańcy miasta już zawsze będą się spierać o to, czy była to instalacja artystyczna, czy zwykły przypadek.

Władze miasta, żeby ożywić centrum, zgodziły się na otwarcie na Patelni siedemnastu banków i zezwoliły smakoszom na delektowanie w ogródkach ulubionym napojem do czwartej siedemnaście nad ranem. Taka a nie inna godzina zamknięcia była rezultatem trudnego kompromisu. W okolicy od razu zrobiło się bardziej poetycko. Nie można zaprzeczyć, że gdyby nie decyzja o ubankowieniu Patelni, krytyk i redaktor Kostro nie mógłby w tym akurat momencie wyjść z banku i nie doświadczylibyśmy nowej formy poezji ulicznej.

Dokładnie o godzinie 17.49 nad Patelnią przelatuje chmara pijanych mysikrólików i skręca w kierunku Alei Zwycięstwa. Za chwilę będą świętować. No tak, to już jutro 22 lipca.

Jeszcze poeta Matusz wyrecytuje czystym tokiem jambiczno-trocheicznym ostatni dystych, jeszcze poeta Woźniak bąknie coś o zasłużonym pochówku na Wawelu, jeszcze krytyk Kostro zażąda słusznie odszkodowania od banku, gdy od strony towarzystwa stolikowego rozlegają się gromkie oklaski i prośby o bis. Poeta Matusz podaje rękę krytykowi Kostro, krytyk Kostro podaje rękę poecie Woźniakowi, wstają z niejaką gracją i składają głęboki ukłon w stronę ogródków. Są najwyraźniej ukontentowani, właśnie doświadczyli czegoś, co bez wątpienia wykorzystają w swojej dalszej twórczości. Od Patelni do Nobla wcale nie jest tak daleko, jak się niektórym wydaje.

Najedzone do syta króliczki ustawiają się w dwa równe rządki i maszerują w głąb sieni prowadzącej na podwórze z lombardem. Za chwilę wymienią jednego spośród siebie na stary, lecz sprawny kineskopowy telewizor i wspólnie obejrzą mecz. Wiedzą doskonale z piosenki, że lepiej jest gonić króliczka niż złapać go. W tym momencie narrator z rozrzewnieniem zerknął w stronę dziewczyny z końskim ogonem.

Po niecodziennym przywitaniu poeci Matusz i Woźniak oraz redaktor Kostro siadają przy stoliku w ulubionym ogródku i zaczynają kontemplować dziewczynę w dżinsach i topie, na którą chwilę wcześniej zerkał narrator. Na ich oczach dziewczyna zamienia się w kolorowy obłok i niczym piękny motyl unosi nad Patelnię. I płynie, płynie hen, ku innym obłokom.

Ogromna kula czerwieniejącego słońca schyla się ku Stawikom, by jak co dnia wziąć wieczorną kąpiel w popularnym akwenie.

Michał Waliński
19 XII 2013 r.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s