Michał Waliński O pożytkach z gadżetów (fragment 2)

Już po opublikowaniu przeze mnie tekstu „O pożytkach z gadżetów (fragment)” ukazał się nr 44 „Polityki” (29 X 2013 r.), a w nim wywiad J. Żakowskiego z prof. Ebenem Moglenem. E. Moglen jest prawnikiem z Uniwersytetu Columbia, szefem Software Freedom Law Center oraz filozofem Internetu.

Przypomnę, że bohaterem moich rozważań uczyniłem komórkę (smartfon), traktując ją jako symbol współczesnych gadżetów i urządzeń cyfrowych w ogóle. Pytanie brzmiało: jak te gadżety, ułatwiając nam życie, uwalniając naszą pamięć z licznych obowiązków, wpływają (już zaczęły wpływać) na nasze mózgi? Czy w cyfrowym świecie nadzwyczaj plastyczny mózg ludzki nadal się będzie rozwijać? Nie chodzi o to, że będzie się powiększać, bo w świecie naczelnych nie wielkość mózgu decyduje o jego jakości. I nie chodzi o to, że będzie się zwiększać ilość neuronów i synaps, bo ewolucja wytyczyła w tym względzie pewne granice. Mam na uwadze sposób organizowania się owych średnio (bagatelka) 86 miliardów neuronów w lokalne, wyspecjalizowane obwody zwane modułami (M. S. Gazzaniga, „Kto tu rządzi – ja czy mój mózg”, przeł. A. Nowak, Sopot 2013, s. 35). Jak urządzenia cyfrowe wpłyną (już zaczęły wpływać) na będącą efektem ewolucji „ustrukturyzowaną złożoność” ludzkiego mózgu, na „niezliczone zdolności i umiejętności, które są odrębne i zlokalizowane w różnych częściach mózgu, przy czym każda z nich korzysta z odrębnych sieci i systemów neuronalnych” (tamże, 41). Jak wyręczanie się wieloma gadżetami, które przypominają swoiste „protezy” mózgowe, wpłynie na jakość pracy „Interpretatora”, kojarzonego przez Gazzanigę z lewą półkulą mózgową? Nie znaczy to, że siedzi w nas jakiś homunkulus, który kieruje całym złożonym systemem. …

To, że każdy z nas czuje się jednością, ma poczucie spójności, selekcjonuje i syntetyzuje rozproszone informacje, to zasługa nie duszy lub jaźni, lecz naszego mózgu. Mózg, jak podkreśla Gazzaniga, nie posiada żadnego „szefa”, jest „systemem złożonym”, to znaczy „składa się z wielu systemów, które wchodzą ze sobą w interakcje i wytwarzają właściwości emergentne, będące czymś więcej niż tylko sumą wszystkich części. Właściwości tych nie sposób zredukować do cech części składowych.” (tamże, s. 65) Co ciekawe, zdaniem autora książki „Kto tu rządzi”, źródła tej złożoności tkwią w prawach fizyki. Przykładami innych systemów złożonych mogą być ruch uliczny, pogoda i klimat, ekosystemy, epidemie czy Internet. Czy dym z papierosa lub fusy herbaciane w szklance także?

Warunkiem nie tyle rozwoju mózgu, co jego plastyczności, utrzymania go w gotowości bojowej, jest nieustanna praca polegająca na przetwarzaniu niezliczonych nowych bodźców, ich analizie i „syntetyzowaniu”. W czasie snu mózg także pracuje, zachodzi wówczas m. in. ważny proces oczyszczania komórek, dlatego tak istotna jest jakość snu.

Dostępność licznych urządzeń cyfrowych, co już sugerowałem, teoretycznie poszerza możliwość „ubodźcowienia” mózgu, wydaje się sprzyjać procesom przetwarzania i internalizacji nowych i nieznanych obszarów wiedzy, pozytywnie wpływając na sam mózg, jednak przeciętny użytkownik gadżetów szuka na ogół (np. w Internecie, w telewizji) nie szerokiego spektrum faktów i argumentów, które poddawałby samodzielnej analizie i wyprowadzał wnioski zbliżające go do prawdy, ale oczekuje „gotowców”, często anonimowych „ostatecznych” rozwiązań, „porad”, „instrukcji”, „przepisów”. Źródła wiedzy (głównie internetowe) są traktowane mniej więcej tak jak „słowniki” ze słówkami przydatnymi dla miłośników krzyżówek. Oczywiście, nie można wymagać od człowieka, aby za każdym razem odkrywał od podstaw na nowo odkryte już prawdy, ale przecież w wielu sprawach możemy oczekiwać od niego, że spróbuje wyrobić sobie własny sąd o rzeczach i sprawach, co z kolei wymaga pewnego wysiłku.

Ilu krzyżówkowiczów wie, jak wygląda i gdzie żyje papuga na trzy litery, zaspokajając się wiedzą, że nazywa się ara? Czy korespondencja esemesowa lub mejlowa, z wykorzystaniem skrótów, szablonów, symboli, emotikonów, nawet „buziek”, jest w stanie osiągnąć głębię może nie korespondencji miedzy historykiem literatury prof. J. Błońskim a dramaturgiem Sł. Mrożkiem, ile przynajmniej humanistyczną niebanalność dawnej (nie tak wcale dawnej) epistolografii inteligenckiej lub …chłopskiej? W jakim stopniu np. smartfony banalizują i trywializują komunikację międzyludzką? A Skype? Jaki wpływ na zachowania ludzkie i „pierwiastek humanistyczny” mają najbardziej prymitywne i zarazem najpopularniejsze programy telewizyjne? W jakim stopniu tzw. portale społecznościowe niszczą, zresztą w sposób wyjątkowo cyniczny, kreatywność ludzi i pozbawiają ich umiejętności i właściwości prawdziwie społecznych i prospołecznych? Czy uczeń lub student „tworzący” opracowanie na temat „Pani Bovary” metodą kompilacji („kopiuj i wklej”) jest w stanie pojąć cokolwiek z głębi dzieła Flauberta, zwłaszcza że na ogół nie czyta takich grubych książek? Szkoda zwłaszcza, jeśli jest to mężczyzna (chłopiec), bez przeczytania paru książek nigdy się bowiem dowie, kim jest kobieta. Jeszcze bardziej żal, gdy jest to kobieta.

Przy okazji zauważmy, w fazie zaniku, przynajmniej w Polsce, jest typ działalności umysłowej, który w najwybitniejszym stopniu w całej historii wpłynął na mózg człowieka, a który związany jest z systematyczną lekturą książek i prasy. Jednocześnie zanika umiejętność posługiwania się pismem ręcznym, nie mówiąc o kaligrafii. Będąca w powszechnym użyciu klawiatura („qwerty”) – w porównaniu z pismem odręcznym – zdecydowanie zmniejsza ilość bodźców docierających do mózgu. Bez wątpienia pismo ręczne służy w stopniu wybitnym lepszemu zapamiętywaniu informacji, tymczasem fanatycy bezmyślnie pojmowanej komputeryzacji szkół zmierzają do osiągnięcia takiego stanu w edukacji dzieci, kiedy maluchy będą „przeskakiwać” mozolny etap uczenia pisania liter i „wskakiwać” od razu na klawiaturę. Jeszcze jedno: zwróćmy uwagę, jak bardzo negatywnie wszechwładza klawiatury, co dotyczy w pierwszym rzędzie ludzi młodych, wpłynęła na jakość pisma ręcznego, jego estetykę (bynajmniej nie na jego „wyrobienie”). W porównaniu z pismem wielu dzieci i nastolatków przeciętne recepty wypisywane przez lekarzy mogą się wydać arcywzorem kaligrafii.

(Jeśli Czytelnik w tym momencie pomyślał sobie: Czego w końcu ten facet chce? Wprowadzenia kaligrafii do szkół? – wybaczam.)

Człowiek wydaje się być tak skonstruowany psychicznie, że mając do wyboru: poszukiwać wiedzy lub nie poszukiwać, myśleć lub nie myśleć, w przeważającej liczbie przypadków wybiera gnuśność umysłową, gadżety zaś uczą nas (wymuszają na nas) przede wszystkim rutynowych, standardowych zachowań fizycznych (ich symbolem niech będzie „klikanie”) i umysłowych (ich symbolem niech będzie sterowany przez gadżety powszechny „pęd do Facebooka”). Rutyna jest niewątpliwie największym wrogiem intelektu. Na myszkę komputerową, którą godzinami pieścimy w dłoni, stanowczo powinniśmy spojrzeć chłodnym okiem. Lubimy – to wynik rutynowej socjalizacji – upodabniać się do innych, naśladować innych, łatwiej zgadzamy się z tymi, którzy są do nas podobni, których darzymy sympatią. Łatwo też ulegamy magii popularnych, lecz fałszywych stereotypów i nie zadajemy sobie na ogół trudu, by je weryfikować.

Czy w tej sytuacji nasze mózgi nie stracą wykształconych w toku ewolucji właściwości oraz realnych i potencjalnych zdolności? Czy w dalszej ewolucji nie wybiorą innej „opcji”, nie „odplastycznią się”, nie „zesztywnieją”? Zmniejszy się ilość funkcjonujących w nich modułów? Lub moduły te „zwolnią”, jak przestarzały komputer naładowany najnowszymi aplikacjami? Czy grozi nam, że operacje wykonywane przez lewą półkulę mózgową (interpretacja!) stracą na znaczeniu i …popularności? „Sapiens” przestanie być właściwym atrybutem człowieka? Przeciętny człowiek – jako „homo technicus” stanie się „homo rutinus”, „homo mimikrus”? Będzie raczej wierzył w to, że myśli, niż rzeczywiście myślał? Umysł twórczy jako synonim intelektu stanie się udziałem wąskich grup ludzkich, wyspecjalizowanych klanów? Człowiek upodobni się do maszyny?

W poprzednim fragmencie sugerowałem, że mnogość urządzeń cyfrowych wbrew pozorom niekoniecznie musi służyć rozwojowi demokracji. Że być może bardziej służy powstawaniu nowych, coraz węższych i coraz bardziej zamkniętych elit, które „rządzą” olbrzymią „resztą” społeczeństw. Już dzisiaj na znaczeniu tracą granice państw, a od rządów tychże państw istotniejsze i potężniejsze wydają się władze wielkich miast i aglomeracji. Wspomniana „reszta” to często bezkrytyczni, lecz szczęśliwi posiadacze smartfonów i innych „zabawek”, pospolici zjadacze rozrywki, gotowych porad i instrukcji. Powstaje tedy nowa odmiana „homo ludens”, nieopisana przez J. Huizingę? Żeby ktoś nie zarzucił mi „arystokratyzmu” w podejściu, chęci wywyższania się, powiem, że i siebie do tych pospolitych zjadaczy cyfrowego chleba zaliczam, niepomny na co dzień, że gdy rozum śpi, budzą się upiory.

Wspomniany profesor Eben Moglen powiada, parafrazując Marksa: „widmo krąży po świecie”. Tym widmem jest „Maszyna”. „Maszyną” nazywa ogół współczesnych gadżetów i urządzeń elektronicznych połączonych w sieć. Pod pojęciem Maszyny kryje się nie tylko komputer i smartfon, ale także Internet, oprogramowanie, serwery i td. Homo sapiens żyjący dzisiaj jest „w pół drogi do połączenia wszystkich ludzi na świecie jednym systemem nerwowym. Za naszego życia każdy mózg będzie formowany w tej sieci.” Maszyny już stają się naszymi nauczycielami. Oferują nam – jak klasyczni nauczyciele – wiedzę, lecz co gorsza, zaczynają nas uczyć …człowieczeństwa. Moje moralne wątpliwości dotyczące na przykład kontaktowania się z innymi przy pomocy komórki lub Skype’a (poprzedni fragment) mogły Czytelnikowi wydać się śmieszne. Moglen mówi jednak wyraźnie, ja zaś przychylam się do tej tezy: „Maszyna zmieniła relacje między nimi [ludźmi; M. W.] w komunikację między maszynami.” Maszyna narzuca nam formy kontaktów i – eo ipso – uczy nas w zasadzie, jak być maszyną. Ten rodzaj „edukacji” jest pilnie i globalnie monitorowany przez PRISM i inne systemy. Jesteśmy u początku pewnego globalnego procesu, ale już dzisiaj można mówić o wpływie Maszyny na nasze zachowania, już obecnie urządzenia cyfrowe sterują nami w niektórych obszarach życia (zakupy, rozrywka, wypoczynek, turystyka, spersonalizowana reklama), manipulują nami, no i coraz skuteczniej nas kontrolują. Czy nie da się zasadnie rozważać kwestii jakiegoś spisku producentów tych „maszyn”.
W obliczu Maszyny ludzkość stoi przed prostym wyborem: „Albo nadal będziemy autonomicznymi ludzkimi istotami, albo staniemy się komórkami Maszyny.” Maszyna może być wspaniałym narzędziem służącym rozwojowi człowieka (Moglen podaje przykłady indyjskich dzieci ulicy, które szukają w komputerze „sposobu, żeby żyć pełniej”, czyli wyjść poza obszar biedy, przezwyciężyć przekleństwo swojego statusu społecznego; można zresztą odwołać się do przykładów rodzimych). Wymaga to jednak pokonania potężnego negatywnego wpływu Maszyny na demokrację w jej obecnych kształtach. Trzeba ją zmusić do szanowania naszej prywatności i naszych praw. „Kiedy już działa, demokracja musi być radykalna lub nie będzie jej wcale, w tym sensie, że ludzie w sieci albo naprawdę są równi i mogą współdecydować, albo się nie liczą, bo są przez Maszynę manipulowani.” Kiedy Maszyna obejmie już praktycznie całą ludzkość (czyli prawie, prawie już), każdy będzie odgrywał w sieci tę samą rolę: prezydent Obama (prezydent Putin chyba też? – M. W.), nędzarz z Bombaju, red. Żakowski, abp Michalik, Ronaldo, ekspedientka, Monica Belluci i piszący te słowa. Maszyna „zrównuje” ludzi, nie odróżnia płci, koloru skóry, zwartości portfela, stopnia praworządności. Jednak – podkreśla Moglen – „musimy mieć równy i wolny dostęp do sieci i jej zasobów, do informacji, do wiedzy, do współdecydowania. To brzmi szokująco, ale wybór jest prosty. Albo razem będziemy rządzili Maszyną, albo ona będzie rządziła nami.”

Warunkiem radykalnej demokracji jest równy dostęp wszystkich ludzi do dóbr intelektualnych. Moglen wierzy, że „Prawami intelektualnymi możemy się podzielić po dobroci i na cywilizowanych warunkach.” Języki maszyny są – w przeciwieństwie do języków naturalnych „zamknięte”, strzeżone, trzeba je na ogół kupować. Radykalna demokracja wymagałaby uspołecznienia tych języków i tworzonej przy ich pomocy kultury.

Nie jest bynajmniej tak, że chłonę każde słowo prof. Moglena jakbym stał przed obliczem najważniejszego Guru lub jakbym słuchał Proroka.

Przede wszystkim (ma rację Żakowski) Moglena czyta się trochę jak Marksa. Sam Moglen odcina się zdecydowanie od marksizmu (mówi, że ogłoszony przez niego dziesięć lat temu „Manifest com.munistyczny” był tylko żartem). Kiedy słyszę o uspołecznieniu dóbr intelektualnych, przypomina mi się epoka, w której rozkułaczano kułaków w ZSRR, Polsce i „demoludach”, nacjonalizowano przemysł, rzemiosło i rolnictwo. Dla kogoś spoza Europy Środkowej pewna wizja ustroju może jeszcze dzisiaj wydawać się atrakcyjna. Pamiętamy o niegdysiejszych fascynacjach intelektualistów i twórców francuskich i zachodnioeuropejskich (ale też amerykańskich) realnym komunizmem w ZSRR w latach 20. i 30 XX w. To tak przy okazji.

Teoretycznie, Maszyna – w wersji negatywnej – byłaby w stanie rozwiązać nawet problem łagrów, nie mówiąc o zakazach obywatelskich, cenzurze. Być może, jeśli się nie opamiętamy, grozi nam nowy bunt mas, „atomy” zniszczą Maszynę, ale koszta tej rewolty dla świata rzeczywiście mogą być olbrzymie.
Obawiam się jednak, że pozytywna wizja radykalnej („cyfrowej”) demokracji, jaką rysuje Moglen, może kojarzyć się bardziej niż z samym Karolem Marksem, z jakąś formą komunizmu czy socjalizmu utopijnego lub z klasycznymi utopiami.

Utopię zbudowaną przez Tomasza Morusa w „Książeczce zaiste złotej i niemniej pożytecznej jak przyjemnej o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii” – jak i inne pozytywne utopie – można by zrealizować w praktyce. Stworzyć rzeczywiście wspaniale funkcjonującą i szczęśliwą wspólnotę ludzką. Trzeba jednak wprzódy spełnić jeden „drobny” warunek: gruntownie zmienić naturę ludzką. Sprawić na przykład, że ludzi przestanie interesować kwestia własności prywatnej i pieniądze nie będą mieć racji bytu, znieść wszelkie podziały społeczne, seks uczynić wyłącznie czynnikiem prokreacji, uwolnić ludzkość od lęków i strachów natury metafizycznej, by jacyś nowi kapłani nie dorwali się do władzy. Proste, prawda? Pytanie jednak, czy życie w takiej wspólnocie miałoby większy sens?

Byłem bardzo zdziwiony, kiedy dowiedziałem się, że w Szwecji każdy obywatel ma dostęp do olbrzymiej większości dokumentów urzędowych i państwowych, że na żądanie otrzymuje ich kopię. Niedawno w polskich mediach dyskutowano nad możliwością ujawnienia płac wszystkich obywateli. Jako społeczeństwo na pewno nie dorośliśmy do takich i wielu innych eksperymentów szwedzkich czy norweskich. Kolejne więc pytanie: czy chcielibyśmy takiej otwartości?

Jakie skutki w skali globalnej miałoby odtajnienie wszystkich istotnych informacji spoczywających obecnie w cyfrowych sejfach, szczególnie tych należących do wielkich mocarstw, a zwłaszcza amerykańskiego hegemona? Cassus Snowdena to jedynie przedsmak takiej sytuacji. Obawiam się, że świat nie zniósłby bagażu wiedzy „odtajnionej”, a ludzkość wykonałaby w efekcie ujawnienia jakiś rodzaj zbiorowego harakiri. Owszem, władzy należy patrzeć na ręce, jednak pomysł Lecha Wałęsy (jak zwykle oryginalny i godny refleksji), aby politykom – w celu uzyskania kontroli nad nimi – wszczepić chipy, póki co nie przejdzie i to niekoniecznie ze względów technicznych. Zresztą dyskusja zaczęłaby się pewnie od roztrząsania problemu, gdzie im dokładnie te chipy powszczepiać. Kontrolowanie polityków poprzez śledzenie ich historii internetowej będzie zawsze jedynie iluzją pseudodemokratycznego rozwiązania, bo w Sieci prawdę o ludziach zastępuje zazwyczaj prawda o ich sieciowych autokreacjach i „opiniach” innych. Media i dziennikarstwo informacyjne są jakie są, lecz jak na razie, jedynie one udostępniają istotne i bulwersujące opinie publiczną informacje. „Radykalna demokracja” nie mogłaby się zresztą obyć bez istnienia mediów, wszystko jedno czy papierowych, czy sieciowych, jednak musiałyby to być media absolutnie ponadpartyjne i ponadideologiczne, wolne i niezależne, bardziej informujące niż „opiniujące”, a jeśli opiniujące, to obiektywnie (musimy przyjąć, że dla dużej części społeczeństwa czysta informacja jest informacją pustą). Żądam więc rzeczy w zasadzie niemożliwej. Byłoby rzeczą korzystną, aby jak najmniej informacji utajniano przed społeczeństwami, ale z drugiej strony istotna jest też znana lekarzom hipokratejska zasada „nie szkodzić”.

Pozostawmy na boku tzw. informację dziennikarską. Spytajmy, czy możliwy jest w praktyce równy dostęp wszystkich ludzi do innej wiedzy i dóbr intelektualnych? I jakie byłyby tego konsekwencje?
Zgadzam się z amerykańskim profesorem, gdy mówi, że bez równego dostępu ludzkość traci wielu Einsteinów i Koperników. Powszechny postęp do komputera i Internetu nie jest jednak równoznaczny z rozwiązaniem tego problemu. Wiele zależy od powszechności obowiązkowej edukacji na całym świecie, a jak na razie – posługując się wyłącznie polskim przykładem – można dowodzić, że szkoła gubi wiele talentów, poza tym zaś system edukacji w obecnym kształcie, nie tylko w Polsce, sprzyja utrwalaniu nierówności społecznych.
Kilka miesięcy temu szeroko opisywany był eksperyment Sugata Mitry, Hindusa mieszkającego i pracującego w Stanach Zjednoczonych. Zdobył on nagrodę TED Prize, planuje wydać milion dolarów na szkoły przyszłości. Eksperyment polegał na tym, że w slumsach New Delhi, niedaleko swojego biura, wmontował w fasadę budynku komputer i obserwował zachowanie dzieci, które nie otrzymały wcześniej żadnej instrukcji, jak i do czego wykorzystywać urządzenie. Dzieci błyskawicznie opanowały umiejętność posługiwania się maszyną, surfowania po Internecie, nagrywania i odtwarzania muzyki i uczyły tej sztuki rówieśników. Skądinąd wiadomo, że dzisiejsze pokolenia maluchów, także w Polsce, „tak jakoś” samodzielnie i błyskawicznie obłaskawiają komputery i inne gadżety i często uczą tej sztuki własnych rodziców, babcie i dziadków. Niewątpliwie dzisiaj tego rodzaju umiejętności, bez względu na rejon geograficzny, stają się coraz istotniejszym warunkiem pozytywnej socjalizacji człowieka i krokiem w kierunku jego globalnej „akulturacji”. Możemy, śladem antropologów kultury z pierwszej połowy XX wieku pomstować na negatywne skutki ekspansji cywilizacji zachodniej na terytoria plemion pierwotnych lub zazdrościć nielicznym już „dzikim” szczęśliwej egzystencji, jednak nasze żale lub sympatie nie mają żadnej wartości w zetknięciu z obszarami nędzy i głodu, z problemami, jakie stwarza milionom ludzi brak dostępu do wody, pastwisk dla bydła i in. W walce z plagami trapiącymi znaczne skupiska ludzkości komputer i Internet stają się nieocenioną pomocą.

Jednak jak na razie, wyobrażenie szkoły, świetnie wyposażonej w komputery i inne gadżety, w której dzieci uczą się zupełnie samodzielnie i uczą się wzajemnie, szkoły, w której Maszyna uczy elementarnych zasad „człowieczeństwa”, a rodzice i nauczyciele nie mają nic do powiedzenia, jest na szczęście czystą iluzją. Społeczeństwo funkcjonujące na bazie takiej szkoły upodobniłoby się do czegoś w rodzaju wielkiej piaskownicy dla dorosłych, kultura tegoż społeczeństwa przypominałaby jakiś rodzaj „folkloru” (a la Facebook), a więzi społeczne byłyby marną imitacją „więzi społecznych” znanych z portali „społecznościowych”.

Parę godzin temu przeczytałem, że zdaniem Billego Gatesa : „Komputer nie zaspokaja żadnej z pięciu podstawowych potrzeb człowieka.” Zbawienia świata szukać trzeba poza Internetem.
Google budzi nie tylko we mnie mieszane uczucia, jednak bardzo żałuję, że jak na razie Google nie może, ze względu na prawa autorskie, kontynuować pomysłu powszechnej cyfryzacji światowych bibliotek i księgozbiorów. Nie interesuje mnie, ile na tym czy na tamtym zarabia ten koncern, ale wolny dostęp do wszystkich bibliotek to byłaby świetna rzecz. Zgodzę się z Moglenem, że dałoby się tak uspołecznić wszelkie dobra intelektualne, żeby wyszło to z korzyścią dla twórców i odbiorców.

Jednak do „radykalnej demokracji” ludzkość po prostu nie dorosła i, obawiam się, nigdy nie dorośnie. Nie zmienimy natury człowieka. Mózg ludzki przeszedł fantastyczną ewolucję, za to natura ludzka trzyma się krzepko swoich korzeni. Jeśli ktoś uzna Snowdena za, wymykający się jednoznacznym ocenom, symbol walki o radykalną demokrację (trzymam się terminologii Moglena), to symbolem jednoznacznie negatywnym będzie Breivik, produkt wolnego Internetu. Już dzisiaj, kiedy daleko nam do radykalnej demokracji, mamy problemy wynikające ze swobodnego dostępu do krążących w Internecie rozmaitych instrukcji, poradników typu „zrób sobie w domu bombę atomową” (broń, narkotyki, instruktaże hakerskie, przestępcze itd.). A medycyna i paramedycyna? Ilu ludzi w Polsce leczy się samodzielnie, wyłącznie przy pomocy dr. Interneta? Jakie są koszty społeczne tego procederu? A sekty? A parapsychologia? A przestępstwa natury seksualnej? A współczesne niewolnictwo? Handel kobietami?

Pojawia się więc klasyczny już problem: cenzurować czy nie cenzurować Internetu, którego to problemu w tym miejscu nie rozwiążemy.

Jednak zakładając, że wszyscy ludzie mieliby równy i wolny dostęp do nieprzynoszących szkody innym ludziom dóbr intelektualnych i artystycznych (jak to ustalić?), to jakie miałoby to konsekwencje dla ludzkości? W moim przekonaniu niewielkie, nie większe niż niegdysiejsze skutki upowszechnienia druku. Rewolucji przypominającej Guttenbergowską nie należy się raczej spodziewać. W kulturze wysokiej uczestniczyć będzie procentowo taka sama ilość ludzi, a wygląda na to, że coraz mniejsza ich ilość. Zdecydowana większość zadowoli się rolą homo (technicus) ludens, trzeba przy tym podkreślić, że możliwości wyboru w dziedzinie rozrywki dzięki gadżetom rosną i będą rosły w postępie geometrycznym. Demokracja w kontekście intelektu jest utopią, większości ludzi raczej nie będzie się chciało korzystać z ewentualnych przysługujących im praw.

Jak słusznie zauważa Moglen, „Największą słabością ludzi jest to, że są ludźmi. Nasza biologia sprawia, że tracimy równowagę, o którą dba przyroda.” Zgadza się, my, ludzie – w przeciwieństwie do zwierząt – zagubiliśmy gdzieś po drodze ideał życia w harmonii. Rozpierają nas żądze. Może są to niezbędne koszta ewolucji? Maszyna o tym doskonale wie, dostarcza człowiekowi tego, czego człowiek pragnie, a więc nade wszystko przyjemności: iluzji władzy, iluzji bogactwa, no i wszelakiej pornografii. Rozpierająca nas coraz bardziej pycha nie pozwala przejrzeć na oczy. Wyolbrzymiamy rolę (naszej) wolnej woli.

Tymczasem w świetle neuronauki pojęcie wolnej woli staje się dyskusyjne, filozofowie na nowo będą musieli je przedyskutować. Tymczasem władzę większą niż największe religie, systemy społecznego nauczania, systemy etyczne, sprawuje nad naszym życiem i naszą „duchowością” reklama, która bez względu na rodzaj wmawia nam, że życie w prosty sposób można uczynić samą – i tylko – przyjemnością. „Zrób sobie dobrze” staje się mottem współczesnego człowieka. Wszystko, poczynając od orgazmu, a na starości i raku skończywszy, jest nadzwyczajnie proste. Tylko kliknij, wpłać, kup i weź sobie. Lub zrób sobie sam.

Czy nie jest jednak tak, że w świecie zdominowanym przez gadżety (Maszyna) atrofii ulega pięć podstawowych uniwersalnych modułów moralności, wyszczególnianych przez Jonathana Haidta i Craiga Josepha (za Gazzanigą, s. 148-149): moduł wrażliwości na cierpienie, moduł wzajemności, moduł hierarchii, moduł więzi koalicyjnych i moduł czystości? Presja quasi-wartości animowanych i kreowanych przez gadżety zdaje się relatywizować dokładnie wszystko, dzisiaj nawet życie w skrajnym brudzie można uzasadnić wzniosłą ideologią „ekologiczną” (wykorzystaj każdą szmatkę, zrób sobie „papier toaletowy” wielokrotnego użytku). Takie uniwersalne, prymarne „moduły moralnościowe” opisywała już dwudziestowieczna antropologia kultury, Lévi-Strauss mówił w „Antropologii strukturalnej” o pierwotnych zakazach, tabu, z których najważniejsze znaczenie społeczne (implikacje) miał zakaz kazirodztwa. Z gadżetami wiąże się ściśle inne niebezpieczeństwo dla systemów moralnych, niebezpieczeństwo wynikające z globalizacji. O ile moduły moralnościowe w ludzkich mózgach mają charakter uniwersalny, systemy moralne były zawsze produktem określonych kręgów kulturowych, religijnych, społecznych, politycznych (mistrzów, szkół). Procesy globalizacji zagrażają tej różnorodności. Czy można, tak w ogóle, wyobrazić sobie świat, w którym obowiązywałby globalny system wartości etycznych? Jego fundamentem musiałaby być niewątpliwie zasada tolerancji. Czy jednak zasadę tolerancji da się „rozciągać” w nieskończoność? Już dzisiaj mamy, nie tylko tu, w Polsce, kłopoty z zaaprobowaniem wszystkich wartości, którymi hojnie obdarza nas Unia Europejska. Poza pieniędzmi.

Chciałby się więc powiedzieć o ludziach (ludzkości): zauważajmy i szanujmy to, co w nas podobne lub takie same i jednocześnie starajmy się pięknie różnić.

Michał Waliński
7 XI 2013 r.

PS. Od 1989 roku zaszła w Polsce cała rewolucja cyfrowa. Przeciętny Polak dysponuje coraz większą liczbą gadżetów elektronicznych. Jednocześnie systematycznie spada frekwencja w czasie wyborów do Sejmu, nie wspominając o samorządowych. Czym to tłumaczyć?

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Michał Waliński O pożytkach z gadżetów (fragment 2)

  1. iambogna pisze:

    To taki zartobliwy neologizm na okreslenie "stylistycznego malkontenctwa", za pomoca ktorego sygnalizujesz pewne zagrozenia – Ciebie samego w istocie nie dotyczace (chocby tylko dlatego, ze tak dobrze znasz ich mechanizm). Pierwszy z brzegu cytat:

    Jaki wpływ na zachowania ludzkie i „pierwiastek humanistyczny” mają najbardziej prymitywne i zarazem najpopularniejsze programy telewizyjne? W jakim stopniu tzw. portale społecznościowe niszczą, zresztą w sposób wyjątkowo cyniczny, kreatywność ludzi i pozbawiają ich umiejętności i właściwości prawdziwie społecznych i prospołecznych?

    No, to raczej nie sa pochwaly pod adresem tworcow ani uzytkownikow owych portali. O ile mi – z tego zreszta bloga – wiadomo, sam takze (tak jak i ja) z upodobaniem sledzisz seriale, masz konto na Facebooku (blagam Cie, nie kasuj!) oraz niniejszy blog, z ktorego wynika, ze od inkryminowanych programow telewizyjnych bynajmniej nie stronisz…Dzieki czemu masz o czym pisac …a ja czytac :beer: Tylko prosze, nie rob mi tego – nie zmieniaj tych swoich "niebezpiecznych" nawykow. Badz co badz, oboje jestesmy juz w takim wieku, ze wszystko nam wolno.

    Polubienie

  2. 16Siko15rek pisze:

    Originally posted by iambogna:

    Fakt, pismo masz bardzo ladne, Michale, ale nie wiem, czy mialbys ochote taaaki tekst pisac wiecznym piorem – najpierw "na brudno", bo "Worda" wszak to szacowne narzedzie nie posiada, a potem jeszcze raz "na czysto" (czerpanego papieru nie polecam, pisanie na nim trwa jeszcze dluzej). Ze juz nie wspomne (co za glupia fraza, przeciez wlasnie to robie :)) o wyboistej drodze takiej epistoly do czytelnika/adresata.Jak zawsze, masz duzo racji – ale tez strasznie przy tym malkontencisz… albo kokietujesz. A moze to tylko taka licentia poetica?

    Polubienie

  3. 16Siko15rek pisze:

    ale tez strasznie przy tym malkontencisz… albo kokietujesz. A moze to tylko taka licentia poetica? [/quote]

    Zaintrygowałaś mnie tym "malkontenceniem". W czym rzecz?

    Polubienie

  4. glosameryki pisze:

    Originally posted by MichałWaliński:

    Zdaję sobie sprawę, że długie teksty są męczące. Przepraszam.

    Przepraszac nie ma za co, ale faktem jest, ze Internet wymusza na autorach znaczna redukcje slow. Nie zawsze jest to z korzyscia dla meritum tekstu, ale na pewno z korzyscia dla "czytalnosci" (chociaz "ogladalnosc", czyli ilosc odwiedzin, moze nawet nie ucierpiec).To zreszta staje sie juz norma takze w tradycyjnych wydawnictwach. Na college'owych kursach "creative writing", od kiedy pamietam, prowadzone sa cwiczenia mozolnego eliminowania slow – az do ich dozwolonego maximum lub ponizej – w taki sposob, by nie ucierpialo meritum. Podobno dawniej bywalo na odwrot! 😀

    Polubienie

  5. iambogna pisze:

    Fakt, pismo masz bardzo ladne, Michale, ale nie wiem, czy mialbys ochote taaaki tekst pisac wiecznym piorem – najpierw "na brudno", bo "Worda" wszak to szacowne narzedzie nie posiada, a potem jeszcze raz "na czysto" (czerpanego papieru nie polecam, pisanie na nim trwa jeszcze dluzej). Ze juz nie wspomne (co za glupia fraza, przeciez wlasnie to robie :)) o wyboistej drodze takiej epistoly do czytelnika/adresata.Jak zawsze, masz duzo racji – ale tez strasznie przy tym malkontencisz… albo kokietujesz. A moze to tylko taka licentia poetica?

    Polubienie

  6. 16Siko15rek pisze:

    Zdaję sobie sprawę, że długie teksty są męczące. Przepraszam. Ostatni list napisałem odręcznie przedwczoraj. Jest gorzej, bo do końca tego tygodnia muszę napisać list do instytucji, z którą byłem niegdyś związany. Jest jeszcze gorzej: muszę to uczynić ręcznie i na papierze czerpanym, który zakupiłem 39 lat temu w muzeum papiernictwa w Kudowie Zdroju. Z tej okazji przepłuczę i napełnię nowym atramentem moje wieczne pióro (młodzież niestety nie wie, co to jest "wieczne pióro"). Na pocieszenie – chociaż drżące (wiek, mężczyzna po przejściach), ciągle mam bardzo ładne pismo. Ręczne.

    Polubienie

  7. glosameryki pisze:

    Po przeszlo polgodzinnej lekturze tego niewatpliwie interesujacego tekstu (w przeciwnym razie nie bylabym w stanie przebrnac przez taka ilosc slow), mam do Autora jedno krotkie pytanie: kiedy ostatni raz napisal i wyslal odreczny list do przyjaciela lub krewnego?

    Polubienie

Odpowiedz na glosameryki Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s