O pożytkach z gadżetów (fragment)

Nigdy nie chciało mi się zrobić jakiejś małej ściągi z numerami i nazwami kanałów TV, do których zaglądam częściej. „Pamiętam” jedynie, że pierwszych dziewięć to „standardy”, poczynając od programu 1 i 2 TVP. Szukając tych powyżej, błądzę, co ma tę zaletę, że czasem rezygnuję z celu.

W telewizorze są prawdopodobnie funkcje, które umożliwiają zapamiętywanie „ulubionych”, jednak instrukcja obsługi liczy 1499 stron, co mnie od niej odrzuca. Kablówka dostarcza mi ze dwieście kanałów, z których dziewięćdziesiąt procent zupełnie mnie nie interesuje. Za to kilka – bardzo. Niestety, nie da się wykupić kilku czy kilkunastu wybranych kanałów.

Nie tylko kablówki chcą mnie na siłę uczynić człowiekiem bogatym. Zachwalają androida: kup telefon z androidem, a będziesz miał dostęp do kilkuset tysięcy aplikacji, przy których kilka tysięcy dla kafelkowego Windows to zupełna nędza. Pilnie potrzebuję jakiegoś programu do komputera – proszę bardzo, ale w pakiecie z różnymi aplikacyjnymi śmieciami, często nawet nie wiem, w jaki sposób w komputerze zainstalowały się takie świństwa jak „delta”. Interesuje mnie konkretny program w telewizji lub radiu – proszę bardzo, ale w pakiecie z dziesiątkiem głupich reklam. Chciałbym kupić aparat cyfrowy tak prosty jak niegdysiejszy „Łomo”. Nie da się. Najtańsza cyfrówka ma tysiąc funkcji amatorowi fotografii tak potrzebnych jak trzęsionka rąk.

Te parę zdań może być dobrym punktem wyjścia do napisania felietonu o „dobrodziejstwie” i „przekleństwie ” gadżetów elektronicznych, na które zostaliśmy skazani i na które sami skazujemy się. …


***
Kiedy zmieniam numer telefonu, zazwyczaj nie chce mi się zapamiętywać nowego. Jeszcze przez rok machinalnie podaję ludziom stary. Wystarcza mi błoga świadomość, że komórka zapamiętuje się „sama”. Ktoś do mnie dzwoni? Komórka odbiera sygnał niezależnie od tego, czy pamiętam jej numer czy nie, takie to sprytne urządzenie! Zaaprobowanie połączenia i ewentualny kontakt głosowy zależy wyłącznie od mojej dobrej woli. Nie zapamiętuję numerów telefonów innych osób i nie znaczy to, że tych osób nie szanuję. Podano mi je z jakichś powodów, wpisały się same/wpisałem je „raz na zawsze” do pamięci komórki i, jeśli muszę, wybieram połączenie mechanicznie. Od paru lat czynię to rzadko, nieczęsto odbieram telefony i sporadycznie sam dzwonię.

Nawiasem mówiąc, w pewnych kręgach modne stało się zastrzeganie numerów. Dzwoni taka/taki „zastrzeżony”, numer nie ukazuje się na wyświetlaczu, wtedy zdecydowanie nie odbieram. Nie popadłem w jakąś mizantropię, chociaż kto wie, może troszeczkę. Raczej powstrzymuje mnie dojmująca świadomość, że urządzenie zwane komórką okrada mnie i tych, z którymi potencjalnie mogę się skontaktować, z człowieczeństwa. Na wiele sposobów.

Po pierwsze, choć w wielu przypadkach niezastąpiona, komórka nie zastąpi osobistego kontaktu. Brzmi jak banał, ale to prawda. To jednak nie wszystko, bo zadzwonić do mnie może praktycznie każdy, mogę być „sprawdzany” nawet wówczas, gdy wyłączam komórkę. Podobno, o ile nie wyjmę baterii, mogę być także podsłuchiwany, w kultowym filmie „Psy” jest taka groteskowa scena, gdy iluś tam gangsterów, nim rozpocznie rokowania, rozbiera komórki aż do nagiej baterii.

Na losy kontaktów osobistych mam natomiast zdecydowanie większy wpływ. Zdarzają się, rzecz jasna, w życiu „pozakomórkowym” sytuacje, że z osobą, która stoi w odległości ledwie pół metra ode mnie i coś tam do mnie gada, wolałbym (jak na złość!) kontaktować się przez telefon. Wtedy mianowicie , kiedy wyczuwam, że dama ta (lub gentleman) zaraz zacznie na mnie „napierać”, zbliżając swoją twarz do mojej na nietolerowaną przeze mnie odległość. W dodatku zjadła czosnek albo się nie umyła, a ja nie tylko że nie zjadłem, lecz w dodatku wziąłem prysznic. Drze się taka/taki na pełny regulator i udaje, że mówi szeptem, chce przekazać mi coś „w tajemnicy”, „do ucha”. Nie lubię tego rodzaju awansów, tak jak nie lubię „lajków”, choć czasem z nich korzystam. Persony, które lubią napierać na innych, klasyfikuję prywatnie jako – nie obrażając Włochów – proksemiczny typ włoski. Nie cierpię. Jeśli to facet, tym gorzej. Włoszki oczywiście kocham od stóp do głów, z boku, ze spaghetti bolognese i z czosnkiem, daleko od i tuż przy moim uchu. Zazwyczaj popijam je chianti.

Po drugie, naturalnym statusem człowieka – jego powinnością? – jest stała poznawcza aktywność. Żeby zdobyć pożywienie, żeby znaleźć dach nad głową, żeby przeżyć w nieprzyjaznym środowisku, była małpa musiała się nieustannie głowić, rozwiązywać piekielnie trudne problemy logistyczne i inne. Tylko taka postawa potencjalnie gwarantowała proces demałpizacji i stanowiła furtkę do człowieczeństwa. Fakt jeszcze ważniejszy: uczłowieczona już małpa stosunkowo szybko odczuła potrzebę tworzenia wartości dodatkowej w postaci sztuki i wytwarzania rzeczy pięknych. Stosunkowo szybko pojęła, że wartość ta – z biologicznego, prokreacyjnego i ekonomicznego punktu widzenia zupełnie zbędna – jest być może wartością najbardziej pożądaną z perspektywy kiełkującego człowieczeństwa. Tylko dlaczego o człowieku nie mówi się, że jest „małpokształtny”?

W mózgach byłych małp w błyskawicznym tempie przybywało neuronów i synaps, mnie zaś – odległemu ich kuzynowi – nie chce się dzisiaj zapamiętywać głupich numerów telefonów. Lenistwo umysłowe, pilnie strzeżone choćby przez moją komórkę, pozostawałoby więc w niejakiej sprzeczności z próbami nawiązania telefonicznego kontaktu z kimkolwiek, nawet z siostrą zakonną o aparycji Moniki Belluci. Byłaby to zresztą dosyć fałszywa próba aktywności. Fałsz, oszukiwanie innych, są wpisane w naturę ludzką, mają wartość prokreacyjną i ekonomiczną, lecz może nie przesadzajmy z oszukiwaniem. Mogę jednak przypuszczać, że osoba, z którą potencjalnie mógłbym się „zdzwonić”, również chowa mój numer w pamięci. Pamięci swojej komórki. W tym sensie, gdybym ja przypiął się do swojej komórki, ona przypięła do swojej i obie komórki by się „sparowały”, to nie do końca „sparowalibyśmy się” my, posiadacze komórek, chociaż w dzisiejszych czasach jest możliwy nawet zerojedynkowy seks. Gdyby się jednak zdarzyło, że próbowała „sparować” swoją komórkę z moją komórką wspomniana Monica Belluci, nawet w postaci siostry zakonnej, nie odebrawszy sygnału, pewnie bym żałował.

Tymczasem pocieszam się, że Belluci nigdy do mnie nie zadzwoni, bo „niby po co”, jak lubi pytać Jasiu. Zaś zakonnice z zasady do mnie nie dzwonią. Poza tym wyznaczyłem sobie ostry limit: dzwonię wyłącznie do osób, z których numeru komórki zapamiętałem osobiście przynajmniej trzy cyfry. Na przykład do Żony. Kochanek od dawna nie posiadam. W sumie jest to z mojej strony pewien rodzaj gestu humanistycznego, równie autentycznego jak gesty niektórych polityków wobec wyborców. Wiem, że to mnie bynajmniej nie usprawiedliwia, swoim postępowaniem zaprzeczam w jakimś sensie ideałom, którymi kierowała się była małpa, biorąc sprawy człowieczeństwa w swoje łapy, gdyby bowiem była małpą umysłowo leniwą, nie tylko by się nie zhumanizowała, ale może nawet nie zachowała swojego małpiego gatunku.

Dotknęliśmy tym samym wymiaru etycznego opisywanej sprawy. Jaka to sprawa, ujawnię później. Uwaga jednak! Teraz będę formułował myśli w sposób wyjątkowo, nawet jak na mnie, mętny, bo chodzi o etykę. Po trzecie więc, sądzę, że wszelkie próby kontaktowania się z inną osobą za pomocą pamięci komórek, są a priori niezbyt moralne: nie mieć we własnej pamięci jej numeru telefonu (adresu e-mail, numeru w „Gadu-Gadu”, Skype’ie etc.) to tak, jakby na co dzień zakładać, że ona, ta osoba, nie istnieje i staje się konkretną istotą ludzką dopiero wtedy, gdy sięgam do pamięci cyfrowej. To tak jakby być sam na sam z żywą, gorącą i pachnącą lawendą Moniką Belluci, patrzyć jej głęboko w oczy lub w dekolt i widzieć przed sobą amebę.

Przekonajcie się sami. Zajrzyjcie do pamięci swojej komórki, przejrzyjcie te pięćset, tysiąc wpisanych numerów i odpowiedzcie sobie na pytanie, o ilu z posiadaczy tych numerów myślicie na co dzień, o ilu nie pamiętacie latami. Niektóre z tych osób już dawno zostały przez was zesłane do jakiegoś łagru na twardym dysku, który eufemistycznie nazywa się „magazynem danych”. Czy ktoś, kto przez miesiące „egzystuje” w „magazynie danych” może być definiowany jako osoba? Jak to się ma do nauczania Jana Pawła II? Inne zadanie: zweryfikujcie pod tym samym kątem listę swoich „znajomych” z FB, tworzycie przecież razem tak fantastyczną „społeczność”! Ilu skądinąd dobrych „znajomych” z „Naszej Klasy” zdradziliście beztrosko, ewakuując się do „Facebooka”? Albo, last but not lesat, zróbcie eksperyment, jak ja zrobiłem („Daję słowo, nie kłamię…”). Na półtora roku zrezygnujcie z komórki. Przekonacie się, że wasza pamięć natychmiast stanie się bardziej przyjazna dla bliźnich, „oddehumanizujecie się”.

Jakkolwiek byśmy się nie starali, po jakiekolwiek argumenty byśmy nie sięgali w obronie gadżetów elektronicznych, zdawanie się na sztuczne pamięci reifikuje procesy komunikacji międzyludzkiej, w jakimś stopniu uprzedmiotowia człowieka, czyni go mniej autentycznym. Komórka jest wrogiem empatii i przyjacielem socjopatii.

Na dobrą sprawę, świat już dzisiaj mógłby się obyć bez ludzi (pytanie, czy byłby to jeszcze świat – świat bez ludzi?). Oczyma duszy widzę ten świat jako świat komunikujących się lub milczących komórek i innych urządzeń. Zróbmy więc kolejny eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, o co nietrudno, zatłoczony autobus, pełen ludzi jadących do/z pracy. Może to być przedział w wagonie pociągu podmiejskiego. Jest październik, poniedziałek, dochodzi szósta rano. Ośmiu na dziesięciu pasażerów po wejściu do pojazdu natychmiast przypina się do komórek. Parę osób na sto przegląda gazety, czyta książkę, co dwusetny uczy się z notatek do egzaminu. Tylko czterech starszych kolejarzy, prawdziwych humanistów, gra wytłuszczonymi kartami w szybkiego pokera. Co, tak wcześnie rano, ci ludzie, przypięci do komórek jak niemowlęta do butelek z sinlakiem, mają aż tak ważnego do zakomunikowania tym, którzy jeszcze nie zdążyli się przypiąć, którzy jeszcze śpią słodko? Czy oni są panami swoich komórek, czy raczej komórki nad nimi panują? Jak definiowac wolność? Kiedy wsłuchuję się w te głośne „rozmowy” (nie podsłuchuję, jednak trudno nie słyszeć), odnoszę wrażenie, że to nie ludzie, lecz automaty wykonujące odruch przypinania się po to, by sobie pobełkotać bez większego sensu. Każdy w ten sam mniej więcej sposób. Jak pieski Pawłowa bez Pawłowa. Muszę oddać im sprawiedliwość, nie zawsze chcą sie przypiąc do kogos innego, ale przecież zawsze obowiązkowo wyjmują komórkę, wlepiają w nią ślepia i przez całą drogę w niej gmerają, jakby ćwiczyli nową pozycję seksualną. Freud rzekłby, że to jedna z nowoczesnych form zaspokojenia zastępczego. Na upartego w każdej komórce można dostrzec kształt falliczny lub waginalny, w zalezności od potrzeby.

Wyobraźmy sobie ten sam autobus lub przedział, zatłoczony inaczej, nie ludźmi, lecz wyłącznie samymi komórkami, tabletami, notebookami. Cisza, nawet nie wiemy, co w danej chwili robią te komórki, z czego się zwierzaja. Od czasu do czasu odzywa się dzwonek tej, która dotąd była off line. Tłok byłby dużo mniejszy, zapach milszy. Bo ja zresztą wiem? Czy zapach rozgrzanego od gadulstwa lub milczenia komórek ebonitu jest milszy od zapachu człowieka? Bywa, że smród jest atutem.

Przypominam: chodzi o tezę, że komórki i inne gadżety odzierają człowieka z człowieczeństwa. „Po czwarte” nastąpi nieco później.

Tymczasem bowiem przypominam sobie z dzieciństwa, że kiedy ponad pół wieku temu dzwoniłem do Babci, zgłaszała się telefonistka z centrali, podawałem jej nazwę pobliskiej miejscowości i krótki numer: 76. Tak, to naprawdę był cały numer. Pamiętam do dziś. Telefonistka krócej lub dłużej łączyła mnie z Babcią, na ogół dłużej, czasem ta  sztuka w ogóle nie udawała się, wówczas moja tęsknota w sposób szczególny wypełniała się treściami typowymi dla dzieciństwa wyposzczonego domowym zimnym chowem.

Poza tym latami pisało się listy. Ręcznie, na różnym papierze, czasem były to istne kolubryny. Sztuka epistolografii. To była istna magia, magia pisania, magia adresowania kopert, naklejania znaczków, wrzucania listu do skrzynki, magia oczekiwania na listonosza, by wreszcie przyniósł tę odpowiedż.

Przez całe lata potrafiłem jednego popołudnia lecieć kilkanaście razy do budynku Telekomunikacji, na szczęście w pobliżu moljego ówczesnego mieszkanka, w samym centrum, by spróbować się z kimś połączyć. Sześć dusznych, przepoconych tysiącem ciał kabin, w każdej automat na kartę, jeszcze jedna osobno, do każdej – zawsze – tasiemcowe kolejki, za każdym razem niepewność, ile z automatów jest czynnych. Człowiek godzinami nurzał się w instytucjonalnym PRL-owskim folklorze, bo przecież nie inaczej było w banku, gdzie się spędzało dzień w dzień szmat czasu w tęgiej kolejce, by coś wpłacić, zapłacić, wypłacić, tak było w urzędach czy na „zwykłej” poczcie.

Aż przyszedł moment, kiedy usłyszałem o jakichś pierwocinach „esemesów” w Ameryce. Pomyślałem, jak by to było cudownie, gdybyśmy dysponowali takim urządzeniem… Przez dwadzieścia lat starałem się bezskutecznie o telefon, aż przyszedł moment, kiedy bez nadziei, lecz bez stania w kolejce, bezczelnie wrzuciłem do skrzynki pocztowej „podanie” do Telekomunikacji i w ciągu tygodnia stało się, sami przyszli i od ręki założyli. Nie przypuszczałem wówczas, że od tamtego dnia stałem się ich ofiarą. Do dzisiaj wydzwaniają do mnie z różnych sieci, bo państwowa sieć się po drodze rozmnożyła, i chcą mnie koniecznie przypiąć do siebie. Jestem dla nich tak ważny, że mogliby mnie porozrywać na kawałki i każdemu kawałkowi ofiarować nową komórkę, tablet i pakiet darmowych esemesów. Na szczęście, na co dzień nie myślę o tym, że kiedy jestem przypięty do sieci, jestem też nieustannie śledzony, inwigilowany, może podsłuchiwany, jak i nie myślę o kamerach w moim bloku, w instytucjach i urzędach, na ulicy, nie myślę o kartach chipowych, bankomatach, komputerze, Sieci, o wszechwiedzącym Bogu Google, domkach w Słupsku i czipach w dupsku. Staram się nie myśleć o tym, że dla „nich” o wiele ważniejsza ode mnie jest moja „tożsamość” i „historia” cyfrowa. Bo bym zwariował. Dla „nich” nawet mój mózg nie jest ważny, bardziej przydaje im się wiedza o rozmiarze moich butów lub spodni (znów eufemizm). Z „ich” perspektywy zresztą najlepszy mózg to mózg bierny, apatyczny, ociężały, gnuśny. Dla nich jestem zerojedynkowy.

***
Tak więc zaszły ogromne zmiany „w scenach mojego widzenia”, jakby napisała Maria Dąbrowska. W „międzyczasie” okazało się, że większość telefonów to już nie telefony, lecz komórki, które zaczęły się w Polsce rozmnażać przez pączkowanie, a później jeszcze wyszło na jaw, że moja komórka nie jest już komórką, lecz smartfonem (takim sobie, przyzwoitym, nie oszalałem na tyle, żeby na „wypasiony” gadżet wydawać ponad trzy tysiące złotych). To nie wszystko, bo następnie okazało się, że mój smartfon ze średniej półki jest maszyną wielokroć silniejszą i pojemniejszą od mojego pierwszego peceta z 1995 roku. Mocniejsza od tamtego peceta jest także „Malinka”, którą niedawno kupiłem za grosze, z czystej ciekawości. Może dokupię jeszcze piętnaście „Malinek”, połączę je w sieć i stworzę własny super komputer. Ładne i obrazowe zestawienie: tamten dużych rozmiarów pecet, do niego „ogromny” (14-calowy) monitor. Mała, lekka komórka, zwana smartfonem, z wbudowanym sporym ekranem. I nie większa od smartfona „Malinka”.

Za „mojego życia” naprawdę zaszły ogromne zmiany. Kiedy uświadomię sobie, że w kilku pierwszych klasach podstawówki używałem obsadki ze stalówką maczaną w kałamarzu (umieszczonym w okrągłej dziurze na środku pulpitu w sali lekcyjnej w szkole), a jeszcze długo podstawowym atrybutem w klasach szkolnych, nie licząc portretów Gomułki i Cyrankiewicza, było ogromne liczydło, to mógłbym być dumny, że stosunkowo szybko opanowałem nowe technologie i od lat, gdy komputer nawala, nie daję zarobić „informatykom”.

Czy jednak były to także zmiany jakościowe? Czy tylko „ilościowe”? W gruncie rzeczy na komputer ciągle można patrzeć jak na bardziej doskonałe liczydło.

Tak w ogóle, jest to kwestia tego, jak rozumieć kategorię „postępu” w kulturze, w cywilizacji. W czym to jesteśmy lepsi od starożytnych Greków lub plemienia Nambikwara z Amazonii (o ile jeszcze uchowały się niedobitki tego plemienia, opisywanego w pierwszej połowie XX wieku przez Levi-Straussa)? Czy pierwszy krok na Księżycu postawiony przez człowieka lub sonda amerykańska, która dopiero co opuściła naszą galaktykę, uzasadniają nasze poczucie wyższości? Może bardziej wartościowe były niegdysiejsze mity o Twardowskim lub Beniowskim, niekoniecznie z patriotycznego punktu widzenia? Może kategoria „postępu” w ogóle nie ma sensu?

Rozglądam się po swoim pokoju i uświadamiam sobie, że nie ruszając zadka z krzesła, mógłbym się skomunikować praktycznie z całym światem i to na piętnaście różnych sposobów. Czy dzięki temu czuję się szczęśliwszy? Bynajmniej. To, co mi obecnie dokucza, dokuczałoby mi tak samo w świecie pozbawionym „cudownych” gadżetów. Poczynając od odcisków. W nocy za to dokucza mi kilkanaście świecących na czerwono bądź niebiesko lampek. Noce w świecie przedzerojedynkowym były bardziej czarne, a przez to bardziej ludzkie. W moim pokoju czuję się bowiem zbyt często jak jakiś kapitan w kabinie statku, tu jest „centrum dowodzenia”, tu jest „węzeł”, bo tu jest modem, i jak zechcę, to dzieci nic w „Mini-Mini” nie obejrzą, a żona żadnego mejla nie wyśle. Rzecz jasna, nie jestem aż taką „wiśnią”. Na ogół czuję się jednak o wiele lepiej, gdy odcinam się od gadżetów, no może tylko radio cicho gra, najlepiej program drugi. Domowy jazgot mi nie przeszkadza. W tym jazgocie czuje się bezpieczniej.

Pora powiedzieć „po czwarte”. Najpierw jednak – z lenistwa – cytat z Wikipedii: „Szacuje się, że ludzki mózg zawiera ok. 1,5-1,6 x 1011 neuronów i 1014 synaps. Ogromna większość neuronów znajduje się w móżdżku, a najliczniejszą populacją komórek są małe neurony ziarniste móżdżku. Nicień Caenorhabditis elegans, będący organizmem modelowym w biologii, posiada jedynie 302 neurony. Muszka owocowa Drosophila melanogaster posiada ok. 100 000 neuronów.”

Naukowcy jako tako rozpoznali nie więcej niż 10% mózgu, na co dzień wykorzystujemy równie mały procent jego możliwości. Niewyobrażalna ilość neuronów i synaps jest przyczyną i skutkiem, o ile można tak powiedzieć, niebywałej plastyczności mózgu ludzkiego. Jakiś cudowny zbieg okoliczności i dobrych warunków sprawił, że niegdysiejszej małpie zachciało się uczłowieczyć, a więc podjąć trud uplastycznienia topornego mózgu. Uczłowieczyć – znaczy „postawić” na poznanie, poznanie uczynić głównym i nieskończonym zadaniem. Nauczyć się selekcji najrozmaitszych bodźców płynących od świata, podjąć próby zrozumienia różnych dziwnych zjawisk (co nie było proste, jeśli chciało się wyjść poza perspektywę homo religiosus). No i wykorzystać wszystkie atuty rodzącego się rozumu dla własnych egoistycznych celów. Ten trud owocował ciągłym i fantastycznym przyrostem neuronów i synaps. Pojawienie się myśli, mowy (lub: mowy i myśli, właściwa kolejność jest nie do odgadnienia), a o wiele później pisma, są chyba tymi węzłowymi momentami w rozwoju człowieczeństwa, bez których nie byłoby lotu Gagarina, pierwszych kroków na Księżycu i tej maleńkiej sondy kosmicznej, która od kilkudziesięciu lat tak dzielnie niesie w Nieskończoność znaki od człowieka. Bez tego wszystkiego potencjalnie plastyczny, lecz „tylko” małpi mózg nie uplastyczniłby się tak wspaniale. W odniesieniu do ewolucji mózgu ludzkiego można mówić o niebywałym postępie, paradoksalnie jednak, nie wszystko, co jest implikacją jego plastyczności i chłonności, daje się ujmować w kategorii postępu, bo upieram się, że w sferze kultury ludzkiej kategoria ta praktycznie nie ma znaczenia.

*

Wracam do punktu wyjścia, czyli komórki, zwanej dzisiaj smartfonem (jak będzie się nazywała jutro?). Z perspektywy ludzkiej komórki mózgowej komórka do (niby) telefonowania to nikłe osiągnięcie, o ile nie regres, nawet jeśli jest wyposażona w super kamerę, dyktafon, GPS i tysiąc innych „niezbędnych” funkcji. Smartfon, tablet, notebook, pecet nigdy prawdopodobnie nie osiągną możliwości dziesięciu procent potencjału mózgu ludzkiego. Może jednak nie martwmy się tym specjalnie. Człowiek już popadł, co prawda, w niewolę gadżetów, jednak w świat składający się z samosterownych i samonaprawiających się urządzeń nie wierzę, nawet gdyby niektóre z nich miały „oprawę” łudząco podobną do aparycji Moniki Belluci. Zostawmy to miłośnikom naukowych fantazji.

Czytelnik zapewne zauważył, że komórkę telefoniczną traktuję jako pewien symbol, rodzaj synekdochy. W rzeczywistości mam na uwadze setki, tysiące urządzeń elektronicznych, stworzonych dzięki geniuszowi mózgu ludzkiego, których najważniejszym zadaniem jest ułatwić życie człowiekowi i w stopniu jak najdoskonalszym wyręczyć mózg i pamięć ludzką. Ergo, uwalniać w możliwie największym stopniu mózg od obowiązku myślenia. Czynić go coraz …lżejszym?

Można bowiem jak najbardziej zasadnie zastanawiać się, czy to, co wymyślili pewni ludzie dla wygody własnej i wygody innych ludzi, nie obraca się przeciw człowiekowi i człowieczeństwu. Nieśmiało wspomniałem wyżej o reifikacji, młody Marks bez wątpienia mówiłby także o procesach alienacji, aczkolwiek musiałby nieco zmodyfikować swoje późniejsze poglądy na bazę i nadbudowę.

Czy nie jest jednak tak, że liczne ułatwienia dla pamięci ludzkiej, cała ta sakralizacja pamięci zerojedynkowej, nie stoją – z perspektywy mózgu ludzkiego – w sprzeczności z ideą ewolucyjnego postępu? Zapytam wprost, czy nadal będzie nam w mózgowiach przybywać neuronów i synaps, czy też mózgi nasze – mając tylu „pomocników” – rozleniwią się, spoczną na laurach, może zaczną wiotczeć i zacznie się prawdziwy regres? Już się zaczął? Niegdysiejsi wędrowni pieśniarze nosili we własnej pamięci setki tekstów wielkości „Iliady”, my nosimy smartfony i tablety.

Mózg, aby się rozwijać lub pozostawać w stanie „twórczej gotowości”, potrzebuje stale nowych bodźców, musi nieustannie selekcjonować nowy materiał, przetwarzać go, nigdy, nawet w czasie snu, nie może zwalniać się z pracy. Największym zagrożeniem dla mózgu jest rutyna, a przecież nie da się ukryć, że olbrzymia część współczesnych gadżetów służy przede wszystkim do trenowania zachowań wybitnie rutynowych. Tymczasem nie jest wszystko jedno, jakie bodźce stymulują mózg.

Powiadacie, że Internet zapewnia nieskończoną ilość potencjalnych bodźców? Do czego jednak tak naprawdę służy ludziom Internet, olbrzymiej większości istot ludzkich, gdy pominąć rzeczy najbardziej oczywiste i trywialne, jak sprawdzenie pogody, rozkładu jazdy, kursu walut, trasy z Wąchocka do Pcimia i wyników meczów piłkarskich? Nie minę się zanadto z prawdą, gdy powiem, że służy on głównie do ściągania, wymiany plików z filmami (Bergmana?), piosenkami i grami, do poprawiania sobie samopoczucia obecnością w portalach towarzyskich, do przeglądu witryn plotkarskich, do oglądania pornoli, to eksperymentowania z nowymi „odmianami” seksu, do opluwania bliźnich i do rzeczy bardzo, ale to bardzo brzydkich i karalnych. A o czym ludzie od samego świtu tak namiętnie gadają przez komórki w zatłoczonych autobusach czy pociągach? O zbiorach Cantora czy o dupie Maryni? Tłocząc się obok siebie i kląć na siebie. Nie mogliby tak uśmiechnąć się wzajemnie, zagadnąć, o życiu pogadać? Normalnie, bez pośrednika?

Czy więc ludzie, mając w ręku czy pod ręką te wszystkie e-urządzenia, cudowne gadżety, zmądrzeli w jakiś spektakularny sposób? Czy w ogóle chce im się selekcjonować i interpretować niezliczone informacje, które mają w zasięgu mózgów (nie mówiąc o tym, czy są do tego zdolni) i czy odkryli uroki samego uczenia się, uczenia dla przyjemności? Stali się może lepsi?

Wreszcie zatem, po czwarte: gadżety elektroniczne, oferując człowiekowi mnóstwo sztucznej, zerojedynkowej pamięci i mnóstwo gotowych rozwiązań (Google, Wikipedia, FB ze swoim rajem społecznym, telewizja ze swoimi „formatami”) mogą się okazać, szczególnie w aspekcie ewolucyjnym, istotnym zagrożeniem dla tegoż człowieka. Tłumią jego naturalną aktywność poznawczą, czynią nieczułym na istotne bodźce, pozbawiają motywacji do uczenia się. Człowiek egzystujący w świecie złożonym wyłącznie z gadżetów, to istota jakby „prowadzona na smyczy”, która tradycyjne, bardziej inspirujące formy komunikacji i kreacji zastąpiła „odtwarzaniem”, „kopiowaniem”, „powielaniem”. Skazała się/została skazana na niemal wyłącznie transmisyjny model edukacji kulturalnej i kulturowej. W większości nie selekcjonuje samodzielnie treści kultury, nie wybiera „osobiście” określonych z nich, zazwyczaj nie jest zdolna do formułowania samodzielnie umotywowanych ocen i pogłębionych opinii, ale kierując się rutynowymi, wymuszanymi przez urządzenia elektroniczne i dysponentów mediów zachowaniami, bezwolnie akceptuje to, co wybrali za nich inni. Jeśli można by w ogóle mówić o wyborach spośród różnych przekazów i treści, to raczej nie mają one intelektualnego podłoża, ich motorem są różne formy reklamy i „propagowania”, uproszczone opinie innych ludzi, krótkotrwałe mody, uprzedzenia.

Wydawać by się mogło, że Internet i współczesna kultura, czyli głównie popkultura, dostarczają bodźców aż nadto. I tak, i nie. Jest rzeczą oczywistą, że bombarduje nas codziennie ogromna ilość informacji. Czy jednak przeciętny człowiek jest chociaż w niewielkim stopniu zdolny „opanować” je, wyselekcjonować te najistotniejsze, a na dodatek zinterpretować? Na ile obraz świata, którym się posługujemy, jest wynikiem samodzielnej aktywności poznawczej, na ile zaś obrazem zbudowanym z nieumiejętnie przetworzonych informacji lub – zwłaszcza – obrazem świata zaoferowanym przez usłużne media? Czy człowiek jest w stanie ocenić obiektywnie stopień wiarygodności „swojej” wizji świata? W Polsce miliony ludzi autentycznie wierzą w hipotezę „zamachu” smoleńskiego. Nie mam zamiaru ironizować na ich temat, mogę jedynie zapytać, czy są oni „ofiarami” Macierewicza i jego szamanów, czy raczej ofiarami własnej niekompetencji intelektualnej, wynikającej z umysłowej bierności, zamknięcia w jednym kręgu opiniotwórczym, niezdolności do selekcji i krytycznej analizy informacji na poziomie elementarnym? Ofiarami własnych uprzedzeń? Wiadomo, że we współczesnym świecie to media w głównej mierze organizują informacje, hierarchizują je, nadają im status większej czy mniejszej „ważności”. Nie można powiedzieć, że w „zamach” wierzą wyłącznie ludzie pozbawieni komórek i smartfonów, niemający dostępu do Internetu, prasy, książek. Można przypuszczać, że są to ludzie o świadomości bardziej „autorytarnej”. Zależni od „liderów” opinii, ale wszakże ich wiara w „zamach” jest także „zasługą” oficjalnych sposobów wyjaśniania katastrofy. Co z tego wynika? Jak i z faktu, że w drugiej dekadzie XXI wieku miliony ludzi łatwo nakłonić do wiary w cud w Sokółce i inne cuda?

Jak się zachowujemy na co dzień? Szukamy jakiejś informacji (co już samo w sobie jest oczywiście rzeczą cenną), klikamy w Google’a i …gotowe. Zadowala nas zazwyczaj pierwsza odpowiedź z góry. Kiedy jesteśmy bardziej ambitni – sprawdzamy kilka podpowiedzi/odpowiedzi, pobieżnie porównujemy i przybliżony wynik traktujemy jak pewnik. Nie bierzemy przy tym pod uwagę, że Google, niekoniecznie z przyczyn „ideologicznych”, może na rozmaite sposoby selekcjonować (pozycjonować) materiał. Zwolennicy „zamachu” i cudu w Sokółce znajdą w Google’u tyleż argumentów za swoim przekonaniem, co zwolennicy wersji „oficjalnej” za swoim. Często szukamy wiedzy w Wikipedii. Czy jednak jesteśmy w stanie ocenić poprawność i wiarygodność danego hasła w tejże encyklopedii? Trzeba by chociaż zerknąć do elektronicznej wersji „Encyklopedii Britannica”, porównać, ale raczej unikamy takiego wysiłku, ponadto nie lubimy płacić za informacje. Może inaczej: nasze nawyki nie pozwalają na odstępstwa od normy, normą zaś jest minimalizm, nieprzemęczanie intelektu. Jak by nie nazywać – lenistwo.

Warunkiem pozytywnej, twórczej stymulacji mózgu jest pewien „drobny fakt”: zaciekawienie czymś, a może, jakby powiedzieli filozofowie, zdziwienie. Internet oferuje nam świat, który na miliony sposobów zaspokaja naszą próżną ciekawość (i wścibstwo), jest jednak wyjątkowo skąpy, gdy chodzi o ofertę rzeczy do istotnego zaciekawienia, zdziwienia. Nie potrafimy ich znaleźć lub widzimy, lecz nie zauważamy. Najczęściej nie chce nam się po prostu szukać. Bez zaciekawienia i zdziwienia nasze neurony i synapsy zasypiają, a może nawet obumierają. Tym bardziej że bezrozumne żeglowanie po Internecie grozi swoistym „przebodźcowieniem”. To zaś – zwyczajnym otępieniem. Wyobraźmy sobie wykład uniwersytecki, na którym ambitny pan adiunkt stara się zawrzeć cała wiedzę z historii literatury anglojęzycznej w dziewięćdziesięciu minutach. Bezrozumna stymulacja mózgu może doprowadzić przeciętnie zdolnego człowieka do stanu bezrozumu.

Jeszcze bardziej zabójcza dla naszych mózgów wydaje się być współczesna popkultura. Dzięki umiejętnemu wykorzystaniu Internetu można, o ile tylko się chce, odbyć solidne studia z wielu dyscyplin wiedzy, choć niektórych gorąco nie polecam, np. studiowania tą drogą medycyny czy farmacji. Ani budowy mostów. Ale prawdziwe studia filozoficzne? Proszę bardzo, poczynając od tysięcy oryginalnych tekstów wielkich filozofów. Studia klasyczne? Nie ma przeszkód, chociaż przyda się znajomość języków obcych. Sfera popkultury natomiast nie zachęca do podejmowania studiów, chyba że chodzi o krytyków i recenzentów piszących o niej, oni jednak nadzwyczaj łatwo popadają w pewne schematy. Popkultura – w większości przekazów – nie może być pozytywną podnietą dla naszych mózgów z tego prostego powodu, że jej odbiorca jest z góry skazany na wybór spośród schematów. Gorzej, są to „wybory” najczęściej zaprogramowane przez dysponentów mediów (reklama! – im głupsza, tym skuteczniejsza). Jeszcze gorzej, wmawia się bowiem usilnie odbiorcom, że tego chcą, tego właśnie oczekują, a my, „wybierając”, wierzymy, że nasz „wybór” jest efektem pracy naszego intelektu. Usłużność dysponentów mediów może być wzorem prawdziwie chrześcijańskiej postawy wobec człowieka. Wybór spośród schematów i wyborów innych nie ma jednak nic wspólnego z autentycznym procesem selekcji treści, schematyczność jest wrogiem twórczości, także twórczości bazującej na schematach. Zatem w procesie percepcji typowej sieczki popkulturowej neuronów i synaps w naszych mózgach raczej nie przybywa. Proces „uczenia się” poprzez kontakt z dziełami popkultury? Takie zdanie pobrzmiewa z lekka oksymoronicznie, chociaż niewątpliwie na gruncie popkultury powstawały i powstają także dzieła wybitne, inspirujące.

Ktoś zauważy, że kultura popularna jest tak stara jak historia człowieczeństwa. Słusznie. Nigdy jednak nie miała takiego „zabójczego” potencjału (masowość, wszechobecność mediów i Internetu) i takiej siły rażenia. Do niedawna nie było na tym świecie radia, telewizji, nie mówiąc już o komputerach, komórkach i elektronicznych gadżetach, zważając wszakże na potencję plastyczną mózgu ludzkiego, na pewne zmiany ewolucyjne nie trzeba milionów lat, mózg potrafi stosunkowo szybko adaptować się do nowych warunków. A więc na przykład do wyręczania się „cudzą” pamięcią i „gotowcami”.

Powrócił lejtmotyw komórki/smartfona. Do czego to w ostatnich latach tak usilnie namawiają ludzi dysponenci sieci komórkowych? Do żeglowania po Internecie i do oglądania telewizji przy pomocy smartfonów. W domu ludzie są podłączeni ex definitione. Jak tylko ten dom opuszczają i gdziekolwiek się nie udają, nie mogą nie być podłączeni, bo bez gadżetów nie trafią do kiosku czy do pracy. Komórka staje się tylko pozorem tradycyjnego telefonu i pozoruje rozmowy. Procesy „przebodźcowienia” będą, można przypuszczać, postępować. Co się będzie dalej działo z naszymi mózgami, jeśli jednocześnie – na skutek nadpodaży gadżetów elektronicznych będzie dalej postępował proces rutynizacji zachowań ludzkich? Termin „zachowania” rozumiem szerzej niż tylko zachowania fizyczne. Trening, jakiemu poddajemy się korzystając z elektronicznych gadżetów trwa już na tyle długo i jest na tyle intensywny, że nie mogło się to nie odbić na naszych mózgach. Jaki jest rzeczywisty ich stan i jaki będzie, tego nie wiem, ale może powinniśmy bacznie przyglądać się jeśli nie nicieniom, to przynajmniej sympatycznym muszkom owocówkom?
Martwią mnie więc te wszystkie apologie komputeryzacji szkół, te opisywane z gorliwością neofitów e-klasy w szkołach, te wizje e-podręczników, e-zeszytów dla pierwszoklasistów i e-papieru toaletowego.

***
W naszym kręgu cywilizacyjnym żyjemy zdecydowanie ponad stan, żyjemy w kulturze wszelakiego nadmiaru. Wytwarzamy o wiele więcej niż jesteśmy w stanie skonsumować, dotyczy to praktycznie wszystkiego, co wiąże się ze światem materialnym: informacji serwowanych przez media, treści popkulturowych, które w znaczącej części przechodzą przez sito formatów, gadżetów (wymieniamy je bezrozumnie co parę lat na „lepsze”), mody, żywności, którą bezmyślnie marnotrawimy, zwłaszcza że żywność już dawno przestała już być pożywieniem. Na dodatek wydaje nam się, że przyroda jest dobrem i zasobem niewyczerpalnym.

Życie w świecie pozbawionym równowagi, harmonii nie sprzyja istotnej refleksji. Pytałem wyżej o postęp. Czy świat, który stworzyliśmy, pozwala bronić kategorii cywilizacyjnego i kulturalnego postępu? Im więcej tego „postępu” w sferze materialnej, tym bardziej doskwiera nam postępujące ubożenie duchowe. Może przyzwyczailiśmy się do naszej duchowej nędzy i zaczynamy wierzyć, że ona jest właściwą miarą człowieka? Proszę zauważyć, z dyskursu publicznego wypadły zupełnie pewne odwieczne i wybitnie ludzkie pojęcia: miłość (został seks), patriotyzm (jest nacjonalizm, neofaszyzm lub „kibolizm”), dobro (zastąpiła go „poprawność polityczna), piękno (wiązane jest dzisiaj z „zajebistością”), sprawiedliwość (czuwa nad tym „niewidzialna ręka rynku”). I tak dalej… Literatura piękna wywołuje u ludzi odruch wymiotny, mimo że wszystko wskazuje na to, że czytanie książek w istocie najskuteczniej pobudza neurony i synapsy. Sztuki piękne to dla współczesnego człowieka terra incognita. Fotografia stała się głównie sztuką magazynowania miliardów zdjęć na dyskach komputerów. Obejrzy się później. Po arete starożytnych nie został nawet mizerny ślad, za to chełpimy się przed resztą świata naszą kulturowa wyższością. Sam nie wiem. Może na nasze neurony i synapsy oddziałuje stymulująco już tylko bełkot polityków?

***
Wnioski, do jakich prowadza te niekrzesane refleksje, są niezbyt budujące. Na przykład wydawać by się mogło, że upowszechnienie się komórki i innych gadżetów elektronicznych sprzyja procesom demokratyzacji społeczeństw. Komórki używa zarówno biznesmen, szef wielkiej korporacji, jak i bezrobotny lub kloszard (skądinąd znakomity sprzęt można dzisiaj wyłowić ze śmietników). Więcej telewizorów naliczymy w sferach biedy niż w enklawach luksusu, co jest już kwestią mody. Owszem, gadżety w wybitnym stopniu sprzyjają procesom globalizacji, jeśli jednak chodzi o demokratyzację, stwarzają głównie jej pozory, namiastki. W świecie, w którym coraz większą rolę odgrywają coraz węższe, wydawać by się mogło „wszechmogące” elity (wiedza plus władza) i w którym olbrzymią „resztę” stanowią pospolici i posłuszni konsumenci i użytkownicy gadżetów, demokracja, przynajmniej w klasycznym brzmieniu, wydaje się nie mieć szansy na sukces. A nie wiemy, czy Pan Bóg ma tu coś do powiedzenia.

Michał Waliński
26 X 2013 r.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii gadżety elektroniczne, mózg ludzki, pamięć, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „O pożytkach z gadżetów (fragment)

  1. 16Siko15rek pisze:

    Mam nadzieję, że Polska nie pozostaje w tyle.

    Polubienie

  2. iambogna pisze:

    Post scriptum do mojego poprzedniego komentarza (zeby nie bylo, ze tylko Amerykanie sledza internautow). That's life!http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14884804,_Guardian___Wywiady_europejskie_wypracowaly_zaawansowane.html#BoxWiadTxt

    Polubienie

  3. 16Siko15rek pisze:

    Zgadzamy się więc co do pewnych spraw.Sam mocno wszedłem w ten świat gadżetów, wspomagając się zresztą lekturą paru pism internetowych. Od paru lat już raczej nie szaleję i nie jestem spragniony poiadania kolejnych nowości. Ale z powodzeniem i często z pożytkiem wykorzystuję posiadane. Zastanawiam się ewentualnie nad nabyciem czytnika e-booków, tradycyjnych książek już nie ma gdzie trzymać, a w domu czworo czytających sporo. Jednak obawiam się, że nie przyzwyczaję się do elektronicznej formy lektury.I ja od paru lat stałem się zwierzęciem absolutnie udomowionym, opuszczam lokum najczęściej tylko wtedy, gdy muszę przeprowadzić kolejne doświadczenia ze służbą zdrowia, jednak społeczności sieciowe to nie do końca "moje klimaty" (jak to się w Polsce "modnie" określa). Poza tym może jednak sporo we mnie mizantropa.

    Polubienie

  4. iambogna pisze:

    E tam, zaraz "mizantropa" – po prostu (dobrego!) belfra 🙂

    Polubienie

  5. iambogna pisze:

    Niestety, masz duzo racji, Michale. "Niestety" – bo tej informatycznej gadzetomanii nie da sie juz zatrzymac. Mlodzi musza przez to przejsc jak przez wietrzna ospe – tylko tak moga sie uodpornic na wypunktowane przez Ciebie zagrozenia. A starzy – swoim zwyczajem – musza powybrzydzac… jak na kazda rewolucyjna zmiane.Ja, chociazem stara, nie wybrzydzam, bo wirtualne zycie towarzyskie jest lepsze od calkowitego braku tegoz w mojej "skrzeczacej" rzeczywistosci (o ktorej cos niecos wiesz), a mozliwosc zrobienia zakupow i zaplacenia rachunkow jednym kliknieciem to rzecz bezcenna. Partycypacyjnych benefitow kulturowych juz nawet nie wyliczam.Do podsluchiwania i podgladania mam tzw. filozoficzny (buddyjski) stosunek. Skoro coraz powszechniejszej inwigilacji zwyczajnie nie da sie uniknac – z tego tylko powodu, ze jest technologicznie mozliwa – zamiast bezskutecznie deliberowac nad etyczno-prawna strona tego procederu, trzeba zaczac mowic i zyc tak, zeby przestal nam byc straszny. Mysle, ze Twoj ukochany Immanuel Kant poparlby mnie w tej kwestii 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s