Pobili się dwaj Rosjanie o Kanta

Tym razem nie cycki Dody, nie implanty Mandaryny, nie tyłek Mariny Łuczenko, nie rozstępy Reese Witherspoon, nie woda z rąk Wodzianki, nie majtki Chloe Sims, a nawet nie kuśka rzecznika Adama Hofmana, w tym wypadku nie serial z Gowinem, nie brednie Macierewicza i jego ekspertów o zamachu, nie T obwieszczenie Tuska w sprawie definitwnego końca kryzysu, nie tyrady Niesiołowskiego, nie umizgi Kalisza i Palikota, a nawet nie groźby Kaczyńskiego, że gdy tylko wróci do władzy, ale zupełnie inne sensacyjne wydarzenie obiegło światowe media:

В Ростове спор о философии Канта закончился стрельбой.
Rosja: Dramatyczny finał sporu o filozofię Kanta.
Russian shot in quarrel over Kant's philosophy.
De la Kant la PISTOALE în câteva minute: Vezi cum a DEGENERAT o discuţie filosofică într-un atac armat.
Ruso baleado por filosofía de Kant.
Un hombre sufre un disparo durante una discusión sobre Kant .
O discuţie despre filosofia lui Kant a degenerat într-o bătaie cu împuşcături, în Rusia.
Un rus a fost impuscat dupa o cearta despre filosofia lui Kant, la o coada pentru bere.
Una persona dispara tras discutir sobre la filosofía de Kant. …

Una persona dispara a otra en Rusia tras discutir sobre la filosofía de Emmanuel Kant.
Filosofia lui Kant a provocat un atac armat – in Rusia .
Filosofia lui Kant dăunează grav sănătăţii.
Qué Canteo! Lo mas impactante del día en la web!
Discussione su Kant finisce a colpi di pistola.
Filosofía de la liberación.
Una discusión sobre Kant termina con un hombre herido de bala en Rusia.
Para críticas estaban.
Numai în Est se putea întâmpla: Filosofia lui Kant a provocat un atac armat în Rusia.
Discussão envolvendo teorias de Kant termina em agressão na Rússia.
Litigano sulla filosofia di Kant e gli spara in testa .
Flash – Lite in Russia tra due appassionati di Kant e filosofia: uno dei due spara all’altro.
La discussione sulla filosofia di Kant finisce a colpi di pistola, un ferito.
O dezbatere despre filosofia lui Kant a degenerat in scandal: Un barbat a fost impuscat in cap.
Hádka o Kantovej filozofii sa skončila streľbou .
Su Kant non la pensi come me? Allora ti sparo. Il bizzarro esordio della violenza filosofica.

Dwaj Rosjanie pobili się w Rostowie nad Donem. W kolejce po piwo. Żeby tylko pobili się. Oni strzelali do siebie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, jednak oni pobili się o filozofię Kanta. Ta informacja w minionym tygodniu przebiła wszystkie inne, nawet tę o uciekającej przed widokiem skurczonego po wyjściu z sauny przyrodzenia Adama Hofmana damie reprezentującej na wieczorku towarzyskim w pensjonacie pokarpackim kręgi zbliżone do PiS. Jest w tej historii z Rostowa coś nadzwyczaj pocieszającego. Jest w historii z genitaliami Hofmana coś nadzwyczaj smutnego.

W chwili, gdy piszę te słowa, w Rostowie temperatura wynosi 17 stopni Celsjusza, cieplej niż tutaj, no ale Rostów leży na południu europejskiej części Rosji. Tam jest godzina 19.34, tutaj dopiero 17.34. Wiadomo, im bardziej na wschód, tym późniejsza godzina. Która godzina jest teraz we Władywostoku? Nie wiem, nie chce mi się sprawdzać. Wiem jednak, że chciałbym teraz być we Władywostoku albo przynajmniej w Rostowie nad Donem. Może na Kamczatce. Człowiekowi wydaje się, że im dalej stąd, czyli z miejsca, w którym się znalazł i zasiedział, tym lepiej, nawet gdyby musiał stać w kolejce po piwo. Ja się tu, gdzie piszę te słowa, znalazłem w 1974 roku, z Łodzi sie znalazłem i nadzwyczajnie się zasiedziałem. Czy kiedy tu, u mnie, będzie godzina 19.34, to czy ludzie w Rostowie nad Donem będą jeszcze tacy sami jak wtedy, kiedy u nich była godzina 19.34? Czy dzisiaj ludzie w Łodzi są tacy sami jak czterdzieści lat temu? Dzisiaj z Łodzią już prawie nic, chociaż ciągle bardzo wiele mnie łączy, w Łodzi też są zaświaty. Ostatnia bliska mi osoba wyjechała z Łodzi na Zachód, tam, gdzie mieszka, jest dopiero godzina 04.34 PM. Pomyśleć, ile takie „PM” może zmienić. W Rostowie nie mają „PM”, ale za to są tam kolejki po piwo. Czasem oglądam najbardziej prymitywny kryminalny serial świata, z koszmarną rudą aktorką, dwoma policjantami i psem, tylko z tego powodu, że pokazują w nim piękne fotografie dzisiejszej Łodzi. Łódź ma styl. S., miasto z tego samego historycznego sortu, ale wielokrotnie mniejsze od Łodzi, od kiedy ideowi wandale pozbawili go, a było to na początku transformacji ustrojowej, wysokiej miedzianej szpicy z nakładających „rur”, ma jedynie półstyl. Włodarze sporo zarobili dla miasta na miedzi, miasto jednak skarlało, stało się miastem bez genitaliów.

Właściwie to rzecz zadziwiająca, że w Rostowie stoją kolejki po piwo. Czy nad Bajkałem są więc jeszcze dłuższe kolejki po piwo? A jak długie kolejki po piwo są we Władywostoku? Czy w ogóle da się ustalić zależność między czasem, długością geograficzną a długością kolejek po piwo? Jeśli opuszczę miejscowość S. w Polsce i będę poruszać się na wschód, wszystko jedno, czy na piechotę czy jakimś środkiem lokomocji i wszystko jedno, jakim środkiem lokomocji, to czy grozi mi, że na którymś południku może zabraknąć piwa? Jeśli tak, to na którym? I czy ma to związek z szerokością geograficzną? „Sławnoje morie, swiaszczennyj Bajkał …” Zawsze marzył mi się Bajkał, Bajkału już nie zobaczę.

Za parę dni zobaczę Gliwice, które lubię, bo są z tych miast, które mają styl, nigdy jednak nie polubię Gliwic lubieniem absolutnym, bo częścią Gliwic jest Centrum Onkologii, zaś choć nowotwór może być piękny, to jednak trudno polubić raka, już nie mówiąc o miłości do raka. Mimo wszystko radzę jednak zainteresowanym: jeśli go masz, zakochaj się w swoim raku, a trochę dłużej pożyjesz. Kant bardzo dbał o swoje zdrowie, lubił swoje zdrowie, interesował się ciałem ludzkim, nowinkami medycznymi i zdrowo się odżywiał, aczkolwiek nie stosował diety.

Pomyśleć, człowiek jest tak dziwnie skonstruowany, że nawet na długość i szerokość geograficzną, miasta, osady i wsie, Pałac Kultury i pałac w Wilanowie, psy i koty, a nawet wągry i wszy łonowe patrzy przez soczewkę subiektywnego doświadczenia i umysłowych stereotypów. Alkohol tę i tak zwodniczą soczewkę dodatkowo deformuje.

Cokolwiek tedy mógłby Adam Hofman powiedzieć o długości swojego przyrodzenia, na trzeźwo, na plenum PiS, w konfesjonale, w barze mlecznym lub po kilku głębszych, i tak będzie to odległe od prawdy. Co ja, który to piszę, mogę powiedzieć o przyrodzeniu Hofmana? Tylko tyle, ile pisze o nim prasa, ale ono mnie nie interesuje, jak zresztą każdy inny fragment męskiej nagości. A poza tym, czy mogę ufać prasie? Może Hofman nie posiada w ogóle przyrodzenia? Może tramwaj mu przejechał? Ma kłopoty z własna płcią i tożsamością? Nie pokazał towarzyszom i towarzyszkom „tego czegoś tam” tylko dlatego, że w „w krzakach są [byli] paparazzi” – powiada? Nie mogę twierdzić z pełnym przekonaniem, że gdyby tamte krzaki były owej upojnej nocy wolne od ścierw i gnid ludzkich, to Hofman dotrzymałby słowa i pokazał klejnoty, bo zachowania ludzkie, nawet bez alkoholu, są wybitnie irracjonalne.

Gdyby jednak Hofman nie przejmował się paparazzi w krzakach, odsłonił podomkę (bo to była podomka, co miał na sobie?), a uciekająca przed nim dama przemogła się i spojrzała w głębię krocza partyjnego towarzysza, to czy koniecznie ujrzałaby Prawdę? Prawda kobiety o męskim przyrodzeniu i prawda mężczyzny o własnym przyrodzeniu to zupełnie inne prawdy. Ten, bynajmniej niebłahy przykład, dowodziłby, że prawda to rzecz względna. O wiele lepiej spoglądać w niebo gwiaździste nad sobą i w nim oraz w sobie prawd o świecie szukać. Tymczasem Adam Hofman publicznie, aczkolwiek jeszcze nie rozbiera się, wydaje się być rzecznikiem jednej jedynej, skrojonej wedle własnych przekonań (czy w nie wierzy?), prawdy o rzeczach i sprawach. Z pozłacanych ust Adama Hofmana w telewizji czy w radiu płynie zawsze ta sama, zawężona do widnokręgu PiS-owskiego prawda. Gdyby Hofman spoglądał w rozgwieżdżone niebo, nie zaś w swoje genitalia, niechybnie poszerzyłby repertuar prawd. Gdyby głębiej wejrzał w siebie, odkryłby, że jest z tych moralistów, którzy cierpią wyłącznie z powodu moralności innych, ale nie czują smrodku własnej. Kiedy zestawić Hofmana publicznego z Hofmanem niepublicznym, to niechybnie wyjdzie jakaś prawda o Hofmanie. Hipokryta? Mało! Wszyscy, my, ludzie, jesteśmy w jakimś stopniu dotknięci hipokryzją. Hofman to cynik w krystalicznie czystej postaci. Po saunie i bez sauny. Na przykład, kiedy grzmi w radiu: „Przyszła Hanna Gronkiewicz-Waltz i mamy pośmiewisko na całą Europę.”

Kantowi jednak nie wyłącznie o to chodziło, że nasze zmysły deformują obraz świata, bo są ułomne. Patrzę z okna na balkon vis a vis, jakieś sto metrów ode mnie, na balkonie bajecznie zgrabna młoda mama rozwiesza uprane ciuszki dziecięce na sznurkach, patrzę, ale za Chiny nie mogę doświadczyć, jak pachnie. Nie mam (jeszcze) lornetki, lecz lornetka by tu nie pomogła, co najwyżej spotęgowałaby złudzenie. Kant dowodził, jak niedoskonałe jest nasze wyposażenie umysłowe, że wyposażeni przez naturę w nasze ludzkie „okulary naocznościowe”, nigdy nie wyjdziemy w poznaniu poza pewną granicę. Kant jest filozofem granicy i w tym sensie nie wyszedł poza presokratejczyków, w tym sensie stanął tam, gdzie kres i bezkres. Chociaż może trochę wyszedł poza nich, bo noumeny wszakże kojarzą się z ideami. Lecz określić granice myślenia to dużo, bardzo dużo. Dla Hofmana granice inteletualne, jak i inne granice, nie istnieją.

Dziwny zaiste jest ten świat, który w określonych granicach stwarza człowiek przy pomocy autonomicznej aparatury umysłowej i zmysłowej. Można podziwiać człowieka za nieujarzmione aspiracje poznawcze i jednocześnie mówić w odniesieniu do człowieka o nędzy poznawczej. „Świat” hipotetyzowany jako świat noumenów, musi być innym światem niż nasz, ciągle niepoznany do końca, świat fenomenów. Oba mieszczą się w jednym. Dla Hofmana świat jest mniej skomplikowany, prosty, nawet prościutki. Jakby posługując się antynomiami, okroił je z jednego członu.

Nam, ludziom, nieustannie się wydaje. My, ludzie, nieustannie coś przypuszczamy. Czasem powołujemy się na intuicję, lecz czy wiedza intuicyjna może być wiedzą pewną? Często okazuje się trafna, sensowna, owocna, może nawet pobudzić do pięknych i twórczych działań romantyków, ale z tego nie wynika, że zawsze jest wiarygodna.

Czym jest, w istocie, ta moja atrakcyjna sąsiadka z balkonu vis a vis? Plazmą? Zbiorem atomów? Symfonią procesów chemicznych? Moja fantasmagorią? Jako taka, a więc jako „zbiór” lub „symfonia” ta sąsiadka nie różni się niczym od żadnej z wszystkich innych kobiet, jak zresztą i …ode mnie, od żaby i od reszty świata. Jednak dzięki „okularom naoczniościowym” wypełnia pusty czas i puste przestrzeń. A zmysły? Zmysły wszakże tak przyjemnie mamią i w dodatku sugerują, że biust tej sąsiadki jest piękniejszy od biustu innej, fiołki pięknie pachną i zdarzają się piękne żaby. Nazwać kobietę symfonią to chyba ładnie brzmi? Pod warunkiem, że wypełnię ja zmysłami.

Jako fantasmagoria moja sąsiadka staje się fatamorganą, lecz przecież ja nie jestem odwodniony, herbatę piję, piwo piję i obowiązkowo maślankę. Chyba, żem chory na umyśle. Słowacki pisał bez przerwy „żeście”, to ja mogę „żem”.

Nasz świat taki ciekawy, poznanie tak fascynujące, bo trudne, tymczasem Adam Hofman jako człowiek publiczny, gdziekolwiek się pokaże, a pokazuje się nad wyraz często, na ogół zawsze „wyżej sra niż d… ma”, jak mawiał mój ojciec, więzień niemieckich obozów nazistowskich w Rzeszy. Dopiero Hofman niepubliczny, Hofman z hotelu pod Mielcem, po saunie, po paru głębszych, wydaje się być bardziej uczłowieczony, aczkolwiek uczłowieczają go w tym momencie chamstwo i prymitywizm.

W każdym razie wzmianki we wstępie niniejszych refleksji na temat wyposażenia umysłowego i wypukłości celebrytek były stosowne. Same tego chcą, muszą to przyznać nawet feministki, a ja muszę na gwałt znaleźć jakiś punkt odniesienia do Hofmana albo Hofmana odniesienie do jakiegoś punktu.

Kiedy to ja ostatni raz stałem w kolejce po piwo? Może to było w S. pod koniec lat 80. Ubiegłego wieku? Może to była niedziela, kiedy przyjechała droga mi osoba z Łodzi. Odebrałem ją na zabytkowym dworcu, schodziliśmy za piwem, żeby przy piwie porozmawiać, pół miasta, uratowała nas dopiero „Kolorowa”. W „Kolorowej”, o dziwo, piwo było, trzeba było jednak odczekać dwadzieścia minut w kolejce, jednak potem mogliśmy usiąść w kawiarnianym ogródku z widokiem na nędzne resztki pięknego pomagnackiego parku i przegadać parę godzin, ona – kobieta po przejściach i ja – mężczyzna po przejściach, a przejścia były nadzwyczajne, bo nasze wspólne. Przy piwie dobrze się gada, piwo łagodzi obyczaje, choć nie zawsze i nie u wszystkich.

A może to było w W., miejscowości w Górach Stołowych, słynnej z bazyliki, drogi krzyżowej, Matki Boskiej, dziurawych szos i ulic oraz szopki? Najpierw trzeba było iść 3 kilometry i jeszcze 300 metrów w dół, co mieliśmy dokładnie wyliczone. Potem stanąć w ogromnej i niecierpliwej kolejce do baru, kolejce ciągnącej się aż do lodziarni, ale za to z widokiem na bazylikę, dwie barokowe bramy wjazdowe do W. i dwie dolnej stacje z tamtejszej Golgoty. Stacji kolejki linowej do dzisiaj tam nie ma. Słoneczko świeciło lub deszczyk albo śnieżyk padał, czy to w zimie, czy wiosną, czy w lecie, stało się więc w tej kolejce z tą samą i drogą sercu niewiastą i gadało o życiu, a u stóp szemrał święty Cedron. W ręku, jak wszyscy w kolejce, trzymało różnej wielkości stosowne naczynia na lane piwo, które dopiero co dowieźli, a już się kończyło. W. to była taka miejscowość, w której krótki nawet pobyt jakoś specjalnie uświęcał i uwznioślał człowieka, że nawet kościół był mu do niczego potrzebny, wystarczała jarmarczno-odpustowa atmosfera i świadomość, że noumeny istnieją. Gorzej było w samym barze, kiedy socjalistyczne, czyli chrzczone piwo szczęśliwie jeszcze lali, a spragnieni zdołali przemieścić się w pobliże ciurkającej niemrawo, bo prawie bez gazu, krynicy. Tłok, przepychanki, przekleństwa, rwetes i niemożebny smród. „Tam na zabój, tam na noże”, jakby powiedział wielki poeta, chociaż kawioru w W. w tamtych czasu nie uświadczyłbyś. Potem szło się długo drogą pod górę, z wypełnionymi po brzegi naczyniami, od czasu do czasu przysiadało w co bardziej atrakcyjnym miejscu, największą popularnością cieszyła się zawsze wąska ławeczka przy nieustanie bzyczącej stacji transformatorowej, i popijało cienkusza bez piany, i gadało, gadało, ale z jakimi widokami, z jakimi pejzażami w tle! Czasem, potem coraz częściej, w absolutnej ciszy, bez bzykania transformatora, bo prąd coraz częściej nie dochodził. Jak to zwyczajowo w latach 70. i 80. Jednak mimo przeciwności losu człowiek łapał swoje minuty szczęścia. Dzisiaj w sekundę łapiesz w „Lidlu” lub „Biedronce” cztero- lub sześciopak piwa, ale trudniej o szczęście.

Co by powiedział Immanuel Kant Adamowi Hofmanowi, gdyby przewrotny los spłatał im figla i postawił w jednej kolejce po piwo w Rostowie nad Donem czy w Królewcu, wszystko jedno, gdzie, i wszystko jedno, w jakim czasie?

Najpierw jednak obalmy kilka mitów dotyczących autora „Krytyk”. Owszem, całe jego życie, które od opuszczenia łona matki aż po śmierć spędził wyłącznie w Królewcu i co najwyżej najbliższej okolicy, było solidnym nieustannym treningiem silnej woli. „Dosyć, wystarczy!” – miał rzec, wydając ostatnie tchnienie. Także za życia był człowiekiem niesłychanie ułożonym, tak konsekwentnym, regularnym i przewidywalnym w swoich codziennych czynnościach jak wykoncypowane przez niego idee regulatywne, aż wstyd przytaczać najbardziej znane ze znanych anegdotek o nim. Mógłby zrobić wielką karierę jako jogin i buddysta, rzecznikiem PiS pewnie by nie został, ale on miał wszelkie kariery w najniższym poważaniu. Wydawać by się mogło, że był człowiekiem nudnym, nieciekawym jako człowiek, mizantropem i mizoginem, antyfeminista w dodatku.

Nic z tych rzeczy. Kant był jedną z najbardziej pożądanych osób na firmamencie towarzyskim swojej epoki, a osób pożądanych dla osobowości, intelektu, dowcipu i umiejętności cieszenia się zmysłową stroną życia było w tej epoce bez liku, bo to była epoka geniuszy. Ten kurdupel, liczący coś około 150 cm wzrostu, lecz zawsze nienagannie ubrany i szarmancki, cieszył się nadzwyczajnym zainteresowaniem, ba, pożądaniem kobiet. Jedna była szczególnie zawzięta, Maria-Szarlota Jacobi z domu Schwink, żona bankiera i, zdaje się, przyjaciela autora „Krytyki czystego rozumu”. Prowokowała Kanta epistolarnie co najmniej przez siedem długich lat, zasypywała listami, a były to prowokacje bardzo odważne, zważywszy na czas, prowokacje z podtekstami. Nie wiemy, czy Kant stracił cnotę, chociaż na pewno nie z szaloną Marią-Szarlotą, ale wiemy, że był znakomitym kompanem w biesiadach, świetnym konwersatorem, potrafił się wypowiadać na wszystkie tematy, a szczególnie interesowała go bieżąca polityka. Gdy ktoś w Królewcu szukał porady w jakiejkolwiek materii, to tylko do Kanta, a ponadto lubił dobre jadło, trunki i – że tak powiem – estetykę stołu. W każdym razie głosił pochwałę życia. Nie wiem tego, lecz prawdopodobnie jak każdy Niemiec pijał też piwo, jednak w kolejce po piwo chyba by, nawet z Adamem Hofmanem, nie stanął, co najwyżej wysłałby Hofmana po piwo, gdyby piwa zabrakło, ale to rzecz nieprawdopodobna, żeby w piwniczce Immanuela Kanta, człowieka tak ułożonego, czciciela gwiazd i matematyki, jednoznacznej etyki i wysublimowanej estetyki, mogło zabraknąć piwa. Z tego wniosek, że teoretycznie relacja Kant –piwo-Hofman jest a priori niemożliwa.

No ale Kant – ta rzecz też może zdziwić – słynął z empatii do ludzi, kochał ludzi, a w ludziach kochał człowieka, Kant przyciągał do siebie ludzi jak jasna świeca przyciąga ćmy. Codziennie wydawał proszone obiady, trwające 3-4 godziny, był uroczym i szczodrym gospodarzem, gawędziarzem, anegdociarzem, co ważne, swoich gości nie dobierał z klucza, wśród jego gości byli przedstawicie nauki, arystokraci, mieszczaństwo, ale i ludzie niższych stanów. Dlaczego? Może dlatego, że każdy człowiek, bez względu na pochodzenie i status, jest zagadką, nosi w swoim wnętrzu coś, czym w sprzyjających warunkach może obdarzyć drugiego człowieka. Czym Adam Hofman mógłby zaimponować Kantowi, jeśli w grę nie wchodziłyby walory przyrodzenia? Jaką mądrość posiada Hofman, którą się jeszcze nie podzielił ze światem, ale którą na światło dzienne mógłby wydobyć Kant? Obawiam się wszakże, że z przyczyn „ideologicznych” i „partyjnych”, światło lampy Kanta niemiłe jest Hofmanowi. Jak powiadają, nie może być tak, że nietolerancyjny ciągnie do tolerancyjnego. Chyba że chce go zabić.

Nie mógłby Kant zaimponować Hofmanowi pieniędzmi, Kant przy zarobkach posłów i polityków to finansowy parweniusz. Ale coś tam jednak odkładał i czy Hofman wie, że przez znaczną część dorosłego życia utrzymywał sporą grupkę osób, byłych profesorów i in., pozostających w biedzie?

Tak więc najprawdopodobniej wykluczyliśmy możliwość tête-à-tête Kanta i Hofmana zarówno przy stole i świecach, jak i w kolejce po piwo, nie tylko z tego względu, że w jakiejkolwiek kolejce sam na sam jest praktycznie niemożliwe. Przyjmujemy jednakowoż hipotezę, że stanie w kolejce stanowiłoby dla Kanta radość i czerpałby z tej czynności mądrość i pożytek. Zaryzykujmy jednak to gdyby, gdyby… Dzisiaj modne są historie alternatywne. Wiec gdyby jednak się spotkali w tej czy innej kolejce, co mógłby Kant Hofmanowi powiedzieć? Może ukłoniwszy się z dystynkcją, zapytałby: „Panie Hofman, zakładając, że ma pan żonę, czego nie wiem na pewno, i zakładając, że długość wszelkich rzeczy nie zawsze ma znaczenie, czy chciałby pan, aby jakiś podochocony i obleśny typ zmierzał na dziedzińcu hotelowym do obnażenia przed małżonką pańską swojego przyrodzenia?” Na takie słowa Hofman być może by spąsowiał i wyjąkał: „No co pan, jak pan śmie, Kant, ja nie pozwalam, pan się nie znasz na moralności, Kant!” Kant, co byłoby zresztą już absolutnie nadzwyczajną empatią do ludzi podyktowane, być może dodałby: „Postępuj pan, panie Hofman, wedle takich tylko zasad, co do których możesz jednocześnie chcieć, żeby stały się prawem powszechnym.” „A Bóg?” – zapytałby Hofman. „Tu nie chodzi o Boga, nawet nie o pańską żonę, zakładając, że pan ją ma, ale o pana. Tylko tyle, panie Hofman, i aż tyle. Zakładam, panie Hofman, że musiałbyś być pan człowiekiem wolnym, co jednak jest zgoła nieprawdopodobne.” – odrzekłby Kant, uchylił kapelusza i odszedł statecznym krokiem, aby ludzie i tym razem mogli wedle jego spaceru nastawić zegary.

Żyjemy w zasadzie w państwie wolnym od kolejek po piwo i do sklepów. Czy jednak należy się z tego cieszyć? Niekoniecznie. Wierzę głęboko, że gdyby naszą rzeczywistością były tasiemcowe kolejki do sklepów i urzędów, życie społeczne i polityczne w naszym kraju miałoby lepszą jakość, mniej byłoby kłótni o bzdety, bylibyśmy bardziej ludzcy i solidarni, bardziej uczynni i tolerancyjni, mniej by było podziałów społecznych, bo bylibyśmy równi w kolejkach. Życie towarzyskie by kwitło, z musu znajdowalibyśmy ciekawe tematy do konwersacji i rozmów, niepotrzebne były programy Tomasza Lisa i Moniki Olejnik, nawiązywalibyśmy mnóstwo nowych znajomości i, co najważniejsze, rodziłoby się o wiele więcej dzieci. Kant w każdym razie doceniłby humanistyczny potencjał kolejki i chętnie z niego korzystał. Zaś generałowi Jaruzelskiemu, którego szanuję, będą kiedyś wznosić pomniki. Za co? Za te dzieci, które masowo się rodziły w dekadzie lat 80.

Jest jednak jeden niezbywalny warunek. Polacy musieliby zacząć trenować wolę. Czasem myślę, że musieliby się wybić na posiadanie woli w ogóle. Zaakceptować pojęcie obowiązku. Poczuciem obowiązku kierować się w życiu.

Czy istnieje rozziew między filozofią Kanta a towarzysko-biesiadnymi aspektami jego życia? Nie, nie istnieje.

„Dwie rzeczy napełniają serce coraz to nowym i coraz to wzmagającym się podziwem i czcią w miarę tego im częściej, im ustawiczniej zajmuje się nimi rozmyślanie: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” – tak brzmią najczęściej cytowane i powszechnie nierozumiane słowa Kanta. 1. Co mogę wiedzieć? 2. Co powinienem czynić? 3. Czego mogę się spodziewać? 4. Kim jest człowiek? – to są podstawowe pytania, wokół których koncentruje się filozofia Kanta. Implikuje je metafora „nieba gwiaździstego” i „prawa moralnego”. W jego teorii poznania chodziło o rzecz praktycznie niemożliwą, o „obejście” pułapek racjonalizmu i empiryzmu. „Obejście”, nie o jakieś tam „pogodzenie”. Celem było uniknięcie błędów intelektu. Wymagało to odwagi równej odwadze Kopernika, bo w poznaniu to nie my mamy dostosować się do przedmiotu, ale przedmiot musi dostosować się do nas. Nasz intelekt wyposażony jest w takie a nie inne „okulary naocznościowe”, dzięki nim wypełniamy w poznaniu pusty czas i pustą przestrzeń (i in.). Aby dane naszego poznania naukowego (Kosmos) były ścisłe, nie możemy wyjść poza sądy syntetyczne a priori, cała w ogóle nasza wiedza ma charakter zdaniowy, wyraża się przez sądy. To dużo, bardzo dużo, lecz nie jesteśmy intelektualnie wszechmocni. Nasze poznanie jest pewne tylko w pewnych granicach, w obrębie świata zjawisk. Takie jest podstawowe zadanie filozofii: poznanie w pewnych granicach, poza którymi mamy do czynienia z noumenami. Noumenu nie dotkniesz, nie powąchasz i nie pocałujesz. Jednak istnienie noumenów jest pewne, bo implikuje go nasze ograniczone poznanie. Istnieje więc coś po drugiej stronie lustra. Zamiast jednak wchodzić w boskie kompetencje, żyjmy w miarę porządnie w granicach świata poznawalnego. Rozum praktyczny, posługujący się pewnymi prawami dotyczącymi świata i nie wychodzący poza jego granice, które to granice sam ustala, nakazuje żyć w granicach prawa. Prawo to – co ważne! – ma charakter czysto formalny. To ważne, bo dzięki temu prawo moralne ma charakter autonomiczny, jest niezależne od doktryn, polityki i religii. Ma formę imperatywu – u Kanta faktycznie kilku imperatywów będących w zasadzie wariantami jednego, tego, który myśliciel cytował wyżej Adamowi Hofmanowi. Czego zatem się spodziewać? Tego, co nie jest dowiedzione, ale nakazuje nam żyć tak, jakby dowiedzione było, a co wiąże się z 1. wolnością (jeśli moralność jest faktem, a wolność warunkiem moralności, to należy założyć, że wolność istnieje); 2. nieśmiertelnością duszy, bo bez tego warunku nie byłoby postępu moralnego; 3. istnieniem Boga, gdyż Bóg jest gwarancją sprawiedliwości. Te trzy postulaty mają więc w praktyce charakter pewnych idei regulatywnych. A pytanie o człowieka? Odpowiedź na to pytanie zawiera się w treści odpowiedzi na trzy pierwsze pytania. Przyznajmy, metafora „nieba gwiaździstego” jest bardzo pojemna. Co mnie urzeka w tej filozofii? Skromność filozofa wobec przedmiotu swoich dociekań. Co napawa lekiem? Wielość zadań, jakie stawia przed człowiekiem.

A co w końcu z owym rozziewem? Żywot Kanta był w jakimś sensie żywotem „ascetycznym”, Kant żył w pewnej mierze tak, jakby był uczniem prawdziwych stoików. Można w tym życiu cieszyć się jego urokami, nigdy nie można jednak zapominać o powinnościach i obowiązkach siebie jako człowieka. I o tym, że intelekt ma swoje granice.

Adam Hofman nie jest Immanuelem Kantem i nie ma powodów do zmartwienia, bo Kant jest jeden i żaden inny człowiek nie może być Kantem. Od Kanta Hofman mógłby sie nauczyć dwóch rzeczy: robienia z własnego intelektu, o ile go posiada, właściwego użytku i, po wtóre, pokory wobec ludzi, rzeczy i swiata.

Nie wiem, o jakie szczegóły filozofii Kanta pokłócili się w kolejce po piwo dwaj Rosjanie, z jakiej konkretnej przyczyny strzelali do siebie, na szczęście tylko z broni na gumowe naboje, i nie wiem, jak do tego ustosunkowałby się sam Kant. Nie wiem, jakby się zachowali, gdyby w kolejce po piwo natknęli się na Adama Hofmana. Nie wiem, kim byli ci piwni filozofowie. Może studentami Uniwersytetu w Rostowie, który powstał w 1915 roku z ewakuowanego w głąb Rosji …Uniwersytetu Warszawskiego?

Ta informacja, szeroko kolportowana przez media światowe, wniosła jednakowoż trochę optymizmu do kreowanej na co dzień wizji świata, na która składają się piersi, tyłki i majtki celebrytek, genitalia celebrytów politycznych, wiadomości o pożarach i powodziach, mordach i rzeziach, atakach terrorystycznych i katastrofach.

Jeśli dwóch ludzi, w jakimkolwiek zakątku świata, strzela się z powodu Kanta, to znaczy, że ten świat nie całkiem jeszcze zgłupiał.

Michał Waliński
23 września 2013 r.

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „Pobili się dwaj Rosjanie o Kanta

  1. 16Siko15rek pisze:

    No cóż, bądźmy miłosierni. Bez względu na "opcje" religijne.

    Polubienie

  2. dspryt pisze:

    Jestem nawet za… wywaleniem wszystkich wpisów nie w temacie. Trolli wszak karmić nie trzeba, bo to je nakręca panie Michale.

    Polubienie

  3. Medium pisze:

    Panie Michale, proszę nie zaniedbywać starych wpisów i nawodzić porządek.Pozostawienie możliwości komentowania przez dłużej niż automatyczne 30 dni może wywołać powyższe skutki.

    Polubienie

  4. Medium pisze:

    Hmm, ja raczej obserwuję doniesienia z Rosji o odrodzeniu nie w filozoficznym a bardziej narodowym stylu. Kant zupełnie z tym stylem nie koresponduje, a coraz szersza jest krytyka historii Rosji napisanej przez współplemieńców Kanta na zamówienie rodu ostatnio panującego.Może dodam:http://youtu.be/H7w-anNQBAg

    Polubienie

  5. dspryt pisze:

    Życie(reżyseria) to sztuka kompromisu że sparafrazuje pewnego reżysera ze serialu ,,Zmiennicy'' 😀 Zapewne bójka się sprzeda szybciej niźli o jakie to różnice poglądów poszło … ale małdcy rosyjscy bracia, dobrze że nie wychłeptali piwa z czerepu adwersarza jako to był drzewiej pośród ich scytyjskich pradziadów 😛 Co tam Hofaman u nas pobili się górale ciupagami ale o co to każdy wie… i też byłby news o kant… dupy rozbić 😀

    Polubienie

  6. mariabyrska pisze:

    Bójka o filozofię Kanta pod budką z piwem to rzeczywiście jest "news" (chociaż sama debata byłaby ciekawsza), ale prostackie wugłupy posła Hofmana chyba nie zasługują na aż tyle uwagi. "Szkoda czasu i atłasu" – jak by sprawę skwitował pewien oświecony król.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s