Zaklinanie rzeczywistości. Formułki magiczne z perspektywy doświadczenia osobistego

[…]
Ta część refleksji będzie miała charakter bardziej „osobisty”, za co Czytelników przepraszam. Jednak to właśnie spojrzenie na „język”, jakim operują władze i urzędnicy, z pespektywy osobistych doświadczeń, pokazuje karykaturalność i groteskowość, stopień dehumanizacji i wynaturzenia języka władzy, jakiś rodzaj – celowego? – naigrywania się z człowieka i ludzkiej godności.

Pacjent w centrum systemu” – słyszymy w wypowiedziach polityków i urzędników służby zdrowia, „Naszym głównym celem jest ratować życie i zdrowie pacjenta” – bije w oczy duży napis nad wejściem do jednego ze szpitali, którego częstym „gościem” jestem w ostatnich latach. Jako pacjent korzystający z kilku szpitalnych przychodni i oddziałów wyrobiłem sobie własne zdanie na ten temat. Poczuję się może bliżej „centrum systemu”, kiedy na wizytę u specjalisty zapiszą mnie na jesień 2014 roku, ale czy jestem „w centrum”, kiedy istotną operację mógłbym odbyć w okolicach roku 2022-24, co zresztą nie jest pewne? …


Kiedy chirurg specjalista poświęca mi raz na rok 5 minut i jest wyraźnie zdegustowany, gdy się „guzdrzę” z wychodzeniem, a ja żadnego z pięciu pytań, które miałem zadać, nie zadałem? Na szczęście spotykam się też czasem ze specjalistami, którzy pamiętają jeszcze o związkach medycyny z humanizmem. Nie czuję się jednak absolutnie w „centrum systemu”, kiedy w szpitalnej przychodni, w której mam kartę, muszę za każdym razem przedstawiać na przywitanie (w rejestracji) aż trzy różne plastikowe dokumenty. Sic. Nie czuję się absolutnie w „centrum”, kiedy uświadamiam sobie, że szereg przypadłości to skutki leczenia nader złośliwego nowotworu, na które to leczenie z pełną świadomością wyraziłem zgodę (cykle „chemii”, radioterapii), bo nie wierzę szarlatanom, ale teraz błąkam się od lekarskiego Annasza do lekarskiego Kajfasza i żaden z nich nie zada sobie trudu, żeby spojrzeć na „przypadek”, czyli na mnie, kompleksowo? Doradzić, a czasem przestrzec? Prawdopodobnie nie poczuję się też w „centrum systemu”, gdy ostatecznie zejdę z tego padołu z powodu którejś z licznych „dolegliwości” i kiedy onkolodzy „zaksięgują” mnie jako przypadek uleczony (z raka). Na to, aby tak się stało, aby mogli mnie pozytywnie dla statystyk „zaksięgować”, mam jeszcze półtora roku z czasu, który trzeba odczekać, aby móc zostać „ozdrowieńcem” po chorobie nowotworowej, nie mogę więc im spłatać psikusa i tak po prostu, przed czasem, zejść. Będę się starał z całych sił. Muszę też uczciwie powiedzieć, że w trakcie walki z nowotworem czułem się „w centrum”, w dwóch centrach onkologicznych – w jednym traktowano mnie starannie, rzeczowo i fachowo, w drugim ponadto byłem podmiotem pewnych ludzkich odruchów ze strony kadry (proszę mnie dobrze zrozumieć: nie wymagam bynajmniej, aby lekarze mnie „pieścili”).

Co roku, mniej więcej od września szpitale i przychodnie zamykają drzwi przed pacjentami. Powodem jest brak pieniędzy z NFZ. Pacjenci do endokrynologa są zapisywani na 2020 rok. Przedstawicielka NFZ używa trochę bardziej rozbudowanej formuły: „Dolnośląski oddział przeanalizował wykonania kontraktów endokrynologicznych od stycznia do lipca 2013 roku. Stwierdziliśmy, że 280 tys. zł jest niewykorzystanych przez świadczeniodawców! To oznacza, że kolejki nie są wynikiem braku funduszy na leczenie.” Czy tu w ogóle myśli sie o pacjencie?

A więc dopiero pewne sytuacje osobiste unaoczniają (obrazowość), jak odległe od rzeczywistości i życia mogą być formuły „zaklinające”, którymi posługują się i w które wierzą (?) politycy i urzędnicy. Matka sześciolatka, którego wzrost nie przewyższa specjalnie wysokości pisuaru w szkolnej ubikacji, a który będzie musiał pójść do szkoły, w której nie ma urządzeń przystosowanych dla takich maluchów, też się zapewne „ucieszy” i będzie wraz z pociechą w „centrum”, gdy usłyszy ekspercki komunikat, że wszystko w tej szkole jest „zgodne z normatywami”. Tak jak cieszą się rodzice przedszkolaków od 1 września tego roku z „przedszkola za złotówkę”. Wszystko jest w porządku, zwłaszcza że religia jest „zaksięgowana” w przedszkolach w pięciu godzinach obowiązkowych, nikogo z urzędników ministerialnych nie obchodzi jednak, co z dziećmi, które nie uczęszczają na religię.

Kiedy po raz kolejny, wchodząc do szpitala, czytam: „Naszym obowiązkiem jest ratować życie i zdrowie pacjenta”, odechciewa mi się dalszego leczenia. Te słowa, wyjęte zapewne z „Misji” szpitala, to absurd nad absurdy. Kiedy czytam na tablicy w szkole: „Jesteśmy szkołą, która: Zapewnia wszechstronny rozwój osobowości uczniów. Wspomaga rodzinę w procesie wychowania. Gwarantuje nauczanie przez wysoko wykwalifikowaną kadrę, opierającą współpracę z uczniami i rodzicami na zasadzie partnerstwa. Jest przyjazna dla ucznia, rodziców i nauczycieli.” i konfrontuję te frazy z codzienną rzeczywistością polskiej szkoły, współczuję dzieciom, bo od małego uczy się ich niby prawd, które są często napuszonym, patetycznym kłamstwem ubranym w odpowiednią stylistykę.

Wraz z powstaniem III RP rozmnożyły się w polskich instytucjach, firmach, szkołach, uczelniach tzw. misje i wizje. „Misje” rozpanoszyły się w Polsce jako naśladownictwo zachodniej korporacyjnej mody. W szkołach i na uczelniach wyższych pojawiły się jeszcze dodatkowo obowiązkowe tzw. modele absolwenta. Najbardziej znanymi instytucjami „misyjnymi” w Polsce są publiczne radio i publiczna telewizja. Misyjnością biją one na głowę Kościół. Być może warszawskie metro też pełni misję, tego nie wiem? „Naszym zadaniem jest wozić pasażerów pod ziemią z punktu A do punktu B” – to brzmi ładnie i mieści się w urzędniczych normatywach.

Jaką funkcję pełnią tego rodzaju dokumenty? Są one – jak mity w społeczeństwach pierwotnych – istotnym elementem kreowania przez instytucje mito-magicznego obrazu świata, ale w przeciwieństwie do ściśle sfunkcjonalizowanych mitów pierwotnych, mity kreowane przez polityków i kadry upolitycznionych urzędników mają słaby lub pozorny związek z rzeczywistością. W micie rajskim stworzony przez Boga świat był doskonały, dopóki nie pojawił się pewien wąż. Ergo, świat bez seksu był światem doskonałym, trzeba w to uwierzyć i wierzą setki milionów, nie rezygnując bynajmniej z seksu i innych przyjemnych grzeszków. W naszej szkole, uczelni , szpitalu, instytucji, które pełnią „misję”, zawieszamy świat rzeczywisty, bo oto my stworzyliśmy świat doskonały, nasze oficjalne „mity”, chociaż nabudowane na języku „koturnowym”, patetycznym, mówią wszakże wyraźnie, że w naszym wspaniałym świecie powinnością lekarza jest leczyć, nauczyciela uczyć i wychowywać, ucznia uczyć się i „zachowywać”, pracownika korporacji być wiernym jak pies i uczestniczyć w imprezach integrujących. Mamy oto przyczynek do sztuki uprawiania pozorów. Także wspomniane „wizje” szkół i instytucji, „modele absolwenta” („modele kompetencyjne” pracowników korporacji) służą fałszowaniu rzeczywistości lub – w dobie niżu demograficznego – pełnią …funkcję „reklamową”. Spytajmy na przykład: ilu z tych, którzy zapisali się do danej szkoły lub uczelni, rozminęło się z własnymi możliwościami i ilu absolwentów danej szkoły tak naprawdę spełnia ideał zawarty w „modelu”, „wizji”, a przynajmniej zbliża się do niego w zakresie kompetencji i cech osobowych?

Jeśli każda szkoła, od podstawowej po wyższe uczelnie, w swoich „modelach” i „misjach” tak wiele pięknych formuł poświęca kwestii tolerancji, to dlaczego w Polsce mamy tak wielu ksenofobów i „rasistów”?

Urzędnicy dysponują komfortem, gdyż w ich resorcie istnieje „przejrzystość w podejmowaniu decyzji”. Jako pacjent mam i ja swój komfort. Wieloletnie oczekiwanie na operację ułatwia mi świadomość, że „jestem w centrum” lub coraz bliżej „centrum”, minister odpowiedzialny za moje leczenie podejmuje krystaliczne czyste decyzje, dzięki którym szybciej wrócę do zdrowia. Zwłaszcza że minister „decentralizuje” służbę zdrowia, NFZ. Czasem może dokładnie nie wiem, w którym miejscu – jako pacjent – stoję bądź leżę, ale wiem, że placówka X „spełnia normy”, obsługa karetki, odwożąc zmarłego na miejsce wypadku i pozostawiając na ulicy, działała „zgodnie z normami”, ja czuje się lepiej, wiedząc, że personel ma obowiązek „ratować moje życie i zdrowie”, a moje dzieci, dzięki min. Szumilas, w roku szkolnym 2013/14 opuściły „Bezpieczną Szkołę” i aktualnie chodzą do „Szkoły w Ruchu”, nie ma się tedy czego obawiać, gdyż „Rok Bezpiecznej Szkoły” wyeliminował wszelkie niebezpieczeństwa.

Jeśli coś w tym świetnie prosperującym systemie zazgrzyta, wiem, że natychmiast podjęte zostaną „działania naprawcze”. Szkoła, szpital są jak droga lub autostrada, trzeba w nich nieustannie coś naprawiać, ale przecież ta gotowość do naprawy i fakt, że politycy i urzędnicy są ciągle w ruchu, dobrze o nich świadczy. Kiedy jednak udaję się w podróż do Gliwic, by odbyć konsultację onkologiczną, z przesiadką na absolutnie nowym dworcu w Katowicach, zauważam, że perony są koszmarnie brudne. Podwładni min. Nowaka, dysponujący wiedzą tajemną, potrafią to jednak wytłumaczyć na różne sposoby: koleje właśnie wprowadziły „jeden standard czystości na dworcu i na peronach”, a ponadto „usługi porządkowe wykonywane są prawidłowo”. Kiedy mnie to nie przekonuje, urzędnik przekonuje mnie, twierdząc autorytatywnie: „podejmowane działania znacząco poprawią komfort podróży pasażerów oczekujących na pociąg oraz przyczynią się do pozytywnego wizerunku polskich dworców.” Przezornie nie sięgam już do innych urzędowych dokumentów dotyczących kolejnictwa, bo mógłbym się dowiedzieć, że „ustawa implementuje zapisy dyrektywy”. W tej sytuacji godzę się z opinią, że „kondycja” peronów jest „zgodna z normą” i chciałbym przysiąść na ławeczce obok jakiejś atrakcyjnej dziewczyny w oczekiwaniu na spóźniony pociąg, ale ławeczek na nowym dworcu prawie nie ma, co jest sposobem kolei na walkę z bezdomnymi. No i zawsze wychodzi na to, że kolej zapewnia mi komfort.

Jak dobrze, że od paru lat już nie jestem nauczycielem, gdyż 2 września musiałbym wysłuchać wraz z uczniami listu, w którym zapewnia się zainteresowanych, że „W Waszych szkołach wiele się zmieniło. To już jest kolejny rok przygotowań do obniżenia wieku szkolnego i rozwijania edukacji przedszkolnej. Dotacja przedszkolna dla gmin, obniżenie opłat za przedszkola, wprowadzenie obowiązku nauki w szkołach dla dzieci sześcioletnich to działania, które sprzyjają wykorzystaniu potencjału rozwojowego dziecka i stwarzają warunki dla jego harmonijnego rozwoju.” Ministerstwo lub dyrekcja mogłaby później nie daj Bóg „delegować zadania wychowawcom”, a ja zwykle wychowawcą byłem. „W nawiązaniu” do nich musiałbym napisać dziesięć sprawozdań „z obszaru” wychowania i nauczania, „pozyskać zaufanie” uczniów, rodziców i delegację. Kiedy przeczytałbym, że „Rezerwą części oświatowej subwencji ogólnej dysponuje minister właściwy do spraw finansów publicznych, po zasięgnięciu opinii ministra właściwego do spraw oświaty i wychowania oraz reprezentacji jednostek samorządu terytorialnego”, niechybnie złożyłbym podanie o zwolnienie albo o oddelegowanie wychowawcy do domu wariatów i przestałyby mnie obchodzić „Korekty kwot części oświatowej subwencji ogólnej na rok 2013 z tytułu błędów statystycznych: – popełnionych przez kuratoria oświaty przy agregowaniu danych systemu informacji oświatowej, – powstałych w Ministerstwie Edukacji Narodowej przy agregowaniu oraz weryfikowaniu danych zgromadzonych w systemie informacji oświatowej” (zachowuję oryginalną pisownię ze strony MEN).

Wystarczy. Przykłady języka zaklinającego rzeczywistość można mnożyć. Językiem takim posługują się często ludzie wykształceni i inteligentni, a jego ofiarami są ludzie, obywatele. Można się zastanawiać nad popularnością nowomowy w systemie demokracji, faktem, że tworzy ciągle nowe odmiany i cieszy się coraz większym wzięciem. Wbrew cytowanej wyżej formule nie służy ona „przejrzystości” komunikacji władzy ze społeczeństwem. Nowomowa była językiem „niezbędnym” w aparacie propagandowym państw totalitarnych. W ustrojach totalitarnych stanowiła narzędzie ubezwłasnowolniania i zastraszania społeczeństwa. Nie posądzam większości współczesnych polityków i namaszczonych przez nich urzędników o inklinacje totalitarne.

Tendencja do używania nowomowy w społeczeństwie demokratycznym, ergo tendencja do zaciemniania obrazu rzeczywistości, unikania istoty rzeczy, mówienia nie wprost, wynika raczej ze strachu …przed społeczeństwem, uczciwym i jasnym komunikowaniem ludziom rzeczy niepopularnych i trudnych. Ze strachu przed prawdą. Głębiej analizując ten język, dojdziemy do wniosku, że posługującym się nim politykom i „kadrowcom” często brakuje merytorycznych argumentów albo pewnych przymiotów moralnych (humanizm, humanitaryzm, empatia, postrzeganie człowieka), albo jednego i drugiego. Są to, zauważmy, ludzie najczęściej bez żadnej charyzmy, przypadkowi, z „nadania partyjnego”, jak napisałem we wstępie. Nie widzę zasadniczej różnicy między zachowaniami, etosem ludzi prących do władzy z okresu panowania PZPR i współczesnymi karierowiczami. Sięganie po język magiczny jest dzisiaj, jak się wydaje, pewną konieczną „umiejętnością” w wypadku ludzi nastawionych na kariery polityczne i urzędnicze. Jest to język na ogół mało zrozumiały dla przeciętnego człowieka, jego stosowanie bywa wygodną formą obrony przed potencjalnymi lub realnymi zarzutami, przed krytyką (z tym językiem bowiem trudno jest dyskutować przy pomocy logicznych, osadzonych w rzeczywistości argumentów), formą asekuracji i …otumaniania społeczeństwa. „Ściemniania”, jak to nazywają młodzi. Fakt, że nadużywający formuł zaklinających polityk prędzej czy później traci kontakt z rzeczywistością, nie musi nas tu obchodzić. O ile jest inteligentny, wliczył to w koszta własnej kariery.

W roku 1980 i 1981 powszechnie podziwiano język robotników: język konkretów, język prawdy, język osadzony w realiach, język może trochę na bakier z gramatyką czy stylistyką, lecz język zrozumiały. To było coś absolutnie nowego w zestawieniu z nowomową partyjną, pezetpeerowską. Daleko odeszliśmy nie tylko od tego ideału.

Co dalej?
Zamiatanie spraw pod dywan, milczenie „na temat”, udawanie, że określone sprawy nie istnieją, korzystanie w komunikacji ze społeczeństwem z „zasłon dymnych” i „tematów zastępczych”, nie mówiąc o zwyczajnych kłamstwach i krętactwach, jest przejawem utopizmu, lekceważenia rzeczywistości, lekceważenia Polski, państwa i obywateli, oznaką myślenia w kategoriach „dojutrkowskich”. Oznaka słabości władzy, która podobno ma „monopol na siłę”. Zgodziłbym się na „monopol na siłę” w odniesieniu do dobrze prosperującego społeczeństwa obywatelskiego, ale do tego ideału nam daleko, a w interesie polityków, dla których „socjotechnika” jest Bogiem, nie leży budowanie takiego społeczeństwa.

Jedno jest pewne: magiczny utopizm fałszuje ewidentnie obraz rzeczywistości, implikuje błędne czy nieprzemyślane decyzje i działania, gubi z pola widzenia konkretnego człowieka, a tym samym olbrzymie połacie życia społecznego, sprawia, że wielcy w swoim mniemaniu „wodzowie”, „szamani” i „magowie” tracą na ogół zdrowy rozsądek i kontakt z realną rzeczywistością. Kiedy więc ponownie jacyś ludzie wsiądą do oznakowanych partyjnych autobusów i ruszą w Polskę, niech nas może za bardzo nie wzruszają te podróże w kierunku utraconej rzeczywistości, niech nie wyzwalają niepotrzebnych nadziei. Przyglądajmy się jednak im – i ich poczynaniom – uważnie.

„Doraźne” traktowanie demokracji, „wybiórcze” korzystanie z możliwości, jakie – przy wszystkich jej zaletach i wadach – stwarza, sprzyja, raz jeszcze powtórzmy, różnorakim działaniom pozornym. Mniej więcej raz na cztery lata mamy do czynienia z nowym mitem „początku” (społeczeństwa zwane pierwotnymi były i są bardziej konsekwentne). W punkcie wyjścia każda nowa ekipa snuje pewne mniej lub bardziej składne „wizje” najbliższej przyszłości, raczej niechętnie zamieniając je w czyny. I tak oto kroczymy drogą od Polski do „drugiej Japonii” lub do „drugiej Irlandii”. Tzw. exposé stało się w wydaniu polskich polityków miarą niewiarygodności, nie mówiąc o tym, że w ostatniej kadencji wartość „exposé”, na skutek nadużywania tego „gatunku publicystycznego”, uległa dewaluacji i deprecjacji. W naszej kulturze politycznej pojęcie to przekłada się na znaną skądinąd frazę: „na początku było słowo”, którą wieńczy swoista aposjopeza: „i na słowie się zakończy”. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę.

W „demokracji” rozumianej i praktykowanej utylitarnie, raz to jak zapasy, raz to przypominającej kontredans w wykonaniu „upersonifikowanych” politycznych marionetek (kłania się „Tango” Mrożka), nie ma absolutnie miejsca na myślenie i działania długofalowe, myślenie perspektywiczne w skali dziesięcioleci, takiego zaś myślenia wymagają szczególnie wspomniane na wstępie dziedziny życia: edukacja, nauka, służba zdrowia, ekologia, kultura, sądownictwo, ale i liczne działy gospodarki, jak na przykład energetyka czy gospodarka wodna.

Zmiany w świadomości politycznej elit wymagałaby w pierwszym rzędzie zdecydowanego zastąpienia mentalności „dojutrkowej” oraz kultu prymitywnej retoryki i frazeologii (por. harce słowne polityków w Sejmie i w mediach) rozumnym i skutecznym działaniem. W sensie minimalistycznym musiałaby oznaczać wzniesienie się na poziom dotrzymywania danych społeczeństwu obietnic, „przejrzystego” rozliczania się z deklaracji, a to znaczy, że pewne sprawy musiałyby stać kwestią honoru i zwyczajnej uczciwości polityków. Jeśli obiecuje się Polakom – tu, w Polsce – „drugą Irlandię”, to w żadnym razie nie może tak być, że tej Irlandii rzesze najbardziej aktywnych Polaków muszą poszukać sobie w Anglii, Niemczech, Norwegii, Holandii lub w prawdziwej Irlandii. Nie „piję” tu do żadnej konkretnej władzy i partii, tym bardziej że z punktu widzenia czysto „retorycznego i frazeologicznego” nie ma w realnie stosowanej praktyce „parcia na władzę” i sprawowania władzy zasadniczych różnic między Olszewskim, Krzaklewskim, Suchocką, Buzkiem, Millerem, Pawlakiem, Marcinkiewiczem, Kaczyńskimi, czy Tuskiem, chociaż panowie w jednej drużynie na pewno by nie zagrali. Te same mniej więcej od początków transformacji komunały wypełnia się nieco innymi odcieniami semantycznymi. W sferze komunikacji politycznej dominuje zresztą niezmiennie retoryka wojenna i bitewna. Kilka dni temu premier ogłosił w Krynicy „koniec kryzysu”, co potraktujmy jako kolejny i typowy dla utopizmu zwrot retoryczny i zwróćmy uwagę, że w dotychczasowej historii III RP nadejście koniunktury gospodarczej niekoniecznie przekładało się na sukces wyborczy partii będącej przy władzy.

Zmiana sposobu myślenia politycznego to mogłoby być zadanie patriotyczne, nad wyraz trudne i ambitne, problem w tym, że niejako „z założenia” jest ono zupełnie nieopłacalne dla potencjalnie „zainteresowanych”.

Wybiórcze traktowanie mechanizmów demokracji nie licuje bowiem zupełnie z patriotyzmem, jeśli przez patriotyzm rozumieć nie ofiary w bezsensownych powstaniach, nie upodobanie w celebrowaniu żałobnych rocznic lub orłów z wedlowskiej czekolady ze szponami w słodkiej kupie, ale codzienną rzetelną i skuteczną pracę, podejmowaną z myślą nie tylko o teraźniejszości, lecz z troską o przyszłe pokolenia Polaków, które żyć będą tutaj, na tych ziemiach, tyle że później. Ilu tych Polaków zostanie w tym państwie, ilu wyjedzie za chlebem, ilu się nie narodzi, a ilu umrze przedwcześnie, skazanych na spóźnionej emeryturze na coraz bardziej niewydolną służbę zdrowia, to już inna kwestia.

Nie lubimy (podobno) prywaty i nepotyzmu. A jednak można by, bez podtekstów, zadaniom i działaniom patriotycznym pojmowanym z myślą o dalszej przyszłości nadać rys bardziej osobisty, „nepotyczny”, „ksobny”, mówiąc: należy teraz, dzisiaj, tak myśleć i działać, aby nam wszystkim żyło się coraz lepiej, tu, w bezpiecznym państwie. Pewnych wielowiekowych opóźnień nie nadrobimy w parę lat, może jesteśmy zbyt zachłanni i niesłusznie niecierpliwi, należy jednakowoż działać z akcentem położonym na Polskę wnuków, prawnuków i praprawnuków. Takie właśnie działanie dałoby się rozumieć jako „wielki, zbiorowy obowiązek”, o którym myślał pewien wielki, przypomniany w funkcji „ozdobnika” w jednym z exposes premiera Poeta.
Patrząc na dziejącą się rzeczywistość, odnosi się nieodparte wrażenie, że większość przedstawicieli klasy politycznej nie posiada dzieci i wnuków, a tym samym nie zakłada możliwości zaistnienia w przyszłej Polsce poprzez bliższych i dalszych „zstępnych”. Nie jest więc zainteresowana przyszłością. Dzisiaj, a to „dzisiaj” rozciąga się już na prawie dwadzieścia pięć lat historii III RP, dostają co jakiś czas swoje „pięć minut”, śpieszą się, żeby je maksymalnie wykorzystać, bezwzględnie podporządkowując swoje działanie interesowi partyjnemu – oby tylko partyjnemu! – nie mają czasu, by myśleć o przyszłości Polski, a z przeszłości wybierają na ogół przydatne na różne okazje frazesy. To „dzisiaj” pod pewnymi względami się nie zmienia, chociaż zmieniają się „dramatis personae”.

Z wielu względów nie jestem „politycznym” i „ideologicznym” apologetą Polski okresu międzywojnia, aczkolwiek na pewno byłem i ciągle jestem pod nieustającym wrażeniem kultury i sztuki powstałej w tamtym dwudziestoleciu, bo nigdy chyba nie mieliśmy okresu w historii bardziej produktywnego w tych zwłaszcza dziedzinach. Zdecydowanie niechętnie nastawiony do partyjniactwa i ideologii z okresu tamtej Polski, nie mogę jednak nie zauważyć, że niejako wbrew myśleniu partyjnemu, wbrew przedwojennym ciemnogrodom ideologicznym, wbrew przejadającej resztki majątków klasie próżniaczej, wbrew biedzie i nędzy, która była udziałem znacznej części tamtej Polski, znaleźli się wówczas kompetentni ludzie, których działania potrafiły skupić naród wokół pewnych bardzo perspektywicznych, dalekosiężnych, ale jak się okazało, realnych celów, jak dla przykładu reforma złotówki, Gdynia, „morze, nasze morze”, COP.

Tak jakby w tamtym okresie oddziaływała na realną rzeczywistość wizja Baryki ojca dotycząca „szklanych domów”, a okres dzisiejszej III RP jest okresem, w którym nie ma miejsca dla pozytywnego wizjonerstwa stymulującego dalekosiężne, realne działania. Ani dla Gajowców. Ani, co gorsza, poważania i szacunku dla tworzonych współcześnie co bardziej wiarygodnych prognoz społecznych. Jeden może moment połączył po 1989 roku Polaków: kwestia być albo nie być w Unii. Bo już wcześniej Wałęsa ich podzielił i poróżnił, bo nie chciał, ale musiał, bo polski papież jako osoba i symbol realnie integrujący Polaków to była i jest czysta iluzja.

Nie chcę być źle zrozumianym: zdarzyło nam się po 1989 roku sporo sukcesów, szczęśliwych zbiegów okoliczności, podjętych dobrych wyborów dla Polski, nie brakuje nam dzisiaj ludzi kompetentnych, utalentowanych, ale coraz częściej wybierają oni pracę poza krajem, dla innych. Tym jednak z najbardziej przedsiębiorczych i kreatywnych, którzy zostają, częstokroć rzuca się kłody pod nogi i tępi ich aspiracje. Jest takich ambitnych, utalentowanych także wielu wśród – paradoks – coraz gorzej kształconej i krzywdzonej przez uprawianą „doraźnie” demokrację młodych ludzi, aczkolwiek postulat Żakowskiego, by im przekazać in extenso władzę, traktować należy jako rodzaj prowokacji, tym bardziej że ci z młodych, którzy wykazują inklinację do parcia do władzy, są już na ogół zdeprawowani przez starszych, zaprawionych w politycznym hochsztaplerstwie i języku „blefów” kolegów. W Polsce roku 2013 na pewno żyje się lepiej niż w Polsce roku 1993, nawet z obecnym kryzysem polska gospodarka nieźle sobie dotąd radziła, aczkolwiek nie widać w tym żadnej zasługi klasy politycznej, tej czy innej partii. Można się zastanawiać, czy klasa polityczna – wewnętrznie podzielona i skłócona – nie jest głównym „hamulcowym” pozytywnych przemian.

Mamy więc dokonania, z których słusznie moglibyśmy być dumni, ale za bardzo uwierają i niepokoją dokonania pozorne i zaniechania. Nasze dzieci, a zwłaszcza wnuki i prawnuki, bardziej niż naszymi dokonaniami, będą zainteresowane naszymi zaniechaniami, których realne koszta odwlekają się w czasie i rosną w postępie geometrycznym. Odbiją się one negatywnie na życiu przyszłych pokoleń Polaków, na gospodarce, energetyce, zdrowiu Polaków, edukacji i największym polskim skarbie – rodzimej przyrodzie. Nawet ustawę śmieciową potrafiliśmy „modelowo” spartaczyć. Współczesnych kandydatów na przyszłe cokoły i pomniki nie widać.

Można kłócić się o Polskę, nosić w sercu i w rozumie wizje „różnych Polsk”, lecz znaczna część tej Polski to powinno być, jako zadanie „polityczne” i obywatelskie, pole wspólne, uprawiane sensownie bez względu na ideologię, światopogląd, religię, pochodzenie, orientację seksualną, płeć i co tam jeszcze. Żniwa z uprawy tegoż pola to powinien być przywilej w małym zakresie nasz, lecz w znacznym stopniu przywilej naszych dzieci, wnuków i prawnuków, wraz z zakodowanym im przez wychowanie zadaniem dalszej starannej i mądrej kultywacji.

Na demokrację można psioczyć i narzekać, kląć i złorzeczyć, nie da się jednak zaprzeczyć, że w tym miejscu Europy i świata nie mamy lepszego systemu do wyboru, tym bardziej że kurs komunizmu i tzw. demokracji socjalistycznej już przechodziliśmy. Problem w tym, że wielkie „wzorcowe” demokracje budowano przez setki lat, a w III RP raczej niechętnie korzysta się ze sprawdzonych w świecie rozwiązań (czy w ogóle się korzysta?). Jest prawdą, że owe „wzorcowe” demokracje swoje bogactwo zawdzięczają w dużej mierze grabieży (kolonializm), jednak przecież także umiejętnościom i zdolnościom konkretnych ludzi, w tym umiejętnościom największym jak zdolność do współpracy, godzenia interesu osobistego z interesem państwowym. Polacy mogą się oczywiście chlubić się dawną własną tradycją, przypominać, że setki lat temu byli pionierami demokracji w Europie, był to jednak ustrój wypracowany przez jeden stan na potrzeby jednego, tego samego stanu, który to stan nie dorósł do własnego pomysłu i skutecznie go zmarnował, tak więc dla kształtów współczesnej demokracji polskiej pożytek z tej historii jest znikomy. Trzeba by raczej tę nową, ciężko wywalczoną w trudnej i tragicznej dekadzie lat 80., demokrację zacząć szanować, poważnie traktować, napełnić autentycznymi treściami, uczynić wiarygodną.

A wszakże pominąłem w tych wywodach dwa problemy, które w sposób może najbardziej spektakularny obnażają płytkość czy cherlawość polskiej demokracji. Po pierwsze, relacje między państwem a Kościołem. Konstytucyjnie Polska jest państwem świeckim. Rzeczywistość składająca się na historię III RP dowodzi, że konstytucyjna zasada jest w praktyce nieustannie naruszana z jednej (sfera polityki) i z drugiej (Kościół) strony. W polityce wobec Kościoła nie ma tego, co najbardziej oczywiste: normalności. Z jednej strony mamy do czynienia z rozpolitykowanym klerem i hierarchią kościelną oraz postawami roszczeniowymi wobec państwa (roszczeniowość Kościoła dotyczy różnych ważnych dziedzin państwa, od szkoły poczynając, na kwestiach ekonomicznych kończąc), z drugiej – w części środowisk politycznych – z postawą jawnie klęczącą wobec Kościoła lub, w innych środowiskach, językiem ustępstw i zwyczajną hipokryzją, a jeszcze w innych z hasłem „walki z krzyżami”. Zważywszy na duże zróżnicowanie „polityczne” i „ideologiczne” kleru i hierarchów, co samo w sobie jest zjawiskiem nienormalnym, jeśli wziąć pod uwagę podstawowe zadania Kościoła, oraz wskazawszy na chroniczną niezdolność polityków różnych „opcji” do zawierania kompromisów w kluczowych dla państwa sprawach, dialog państwa z Kościołem polega na sztuce robienia uników, jest zabawą w głuchy telefon. Cierpi na tym demokracja, obywatele zaś, i wierzący i niewierzący, nie czują się bynajmniej w tej schizofrenicznej sytuacji komfortowo.

Po drugie, pominąłem w zasadzie kluczową dla demokracji kwestię represyjności państwa wobec obywateli. Żyjemy w państwie coraz mniej przyjaznym dla człowieka. Jeśli więc czołowy polityk domaga się od obywateli zaufania do niego, jego partii, działań rządu, to może niech najpierw zastanowi się, dlaczego państwo, które reprezentuje i którym kieruje, w relacji z obywatelami posługuje się nagminnie kryterium nieufności? Pojęcie represyjności państwa kojarzy się w pierwszym odruchu z systemami totalitarnymi. Szczęśliwie, nie żyjemy w państwie totalitarnym, lecz czy żyjemy w państwie, w którym respektowane jest w pełni prawo jednostki do wolności i decydowania o własnym losie? Niekoniecznie trzeba w tym miejscu przywoływać tak kontrowersyjne i dyskusyjne kwestie jak aborcja, in vitro, eutanazja, marihuana jako środek lecznicy, związki partnerskie, prawa kobiet. Wzrasta, jak się wydaje, znaczenie funkcji represyjnej prawa, czy jednak wykorzystuje się właściwie jego funkcje wychowawczą? Nie służy wychowaniu poprzez prawo ciągłe zaostrzanie tych czy innych przepisów, przekształcanie np. Izby Skarbowej w instytucję przypominającą policję, nękanie przy „pomocy” prawa przedsiębiorców, planowane zmiany w prawie dotyczącym związków zawodowych, zaostrzenie prawa do demonstracji. Niedoskonałość systemu prawa w Polsce, jego niespójność, sprzyja aktom samowoli i bezprawia, w efekcie mamy takie przypadki, jak niewyjaśniona ciągle sprawa śmierci. B. Blidy. W stopniu zawstydzającym państwo polskie rośnie nie tylko ilość skarg obywateli do trybunału w Strasburgu, ale ilość spraw przegrywanych tam przez państwo. Przerażać może stopień inwigilacji obywateli polskich przez polskie państwo, wzrasta nieustannie ilość zakładanych podsłuchów telefonicznych, kamer śledzących obywateli, udostępnianych służbom danych wrażliwych i in. środków nowoczesnej inwigilacji – pod tym względem jesteśmy w czołówce państw Unii. Czy to wszystko służy demokracji? „W piątej edycji indeksu demokracji ośrodka badawczego Economist Intelligence Unit (EIU), według stanu na grudzień 2012 roku, Polska zajęła 44. miejsce na 167 państw i została zaliczona do grupy demokracji wadliwych. – mogliśmy niedawno czytać w mediach (Szokujący raport na temat "wadliwej demokracji" w Polsce. Jesteśmy za Jamajką – Wiadomości – WP.PL). O ile pamiętam, tego tematu media prawie nie dotykały.

Jakość demokracji wynika także z określonych, wyuczonych lub podpatrzonych, wzorów postaw obywatelskich. Społeczeństwo polskie wiele jeszcze musi się pod tym względem nauczyć. Od kogo ma się jednak uczyć, kiedy jedynym w zasadzie, obok wzoru „celebryckiego” – niepożądanym, ale podobnie jak „celebrycki” lansowanym usilnie w mediach – wzorem zachowaniowym jest niby-ethos polskich środowisk politycznych.

Zdesperowana i zdeterminowana radna z Siemianowic Śląskich Dorota Połedniok na odchodnym z PO pisze na FB: „Jak każda kobieta marzy czasem, by ukochany mężczyzna pogłaskał ją po włosach, potrzymał za rękę, przytulił i pocieszył, to ja głupia oczekiwałam tego od Platformy. Tymczasem ONI zachowali się jak typowi zwycięzcy najeźdźcy. Siłą chcieli wziąć wszystko, a Polskę potraktowali jak zwykły wojenny łup – JAK DZIWKĘ, z którą się robi co chce – nawet wbrew jej woli, którą się oszukuję, znieważa i wykorzystuje do własnych partykularnych interesów.”

*

Marzy mi się, w chwilach totalnego zniechęcenia rzeczywistością, oświecony despotyzm, którego główną troską byłaby budowa nowoczesnej demokracji w Polsce. Nie widzę jednak ani jednego kandydata na światłego despotę.

Chciałbym, aby jakiś niezależny zespół, np. pod egidą PAN, zaczął tworzyć Historyczną Listę Polskich Partaczy. Zakładam, że Mieszko I i Bolesław Chrobry się na niej nie znajdą, nawet Bolko Śmiały nie. Zastanówmy się poważnie nad nominacjami, a w refleksji i wyborach nie pomijajmy historii III RP.

Kilka dni temu podczas inauguracji roku szkolnego w Zespole Szkół Zawodowych w Kurzętniku premier Donald Tusk motywował młodzież do nauki słowami: „Dobry ślusarz jest tysiąckrotnie więcej wart na rynku niż słaby politolog, a o polityku już w ogóle nie mówię”.
Nic dodać, nic ująć, Panie Premierze.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Zaklinanie rzeczywistości. Formułki magiczne z perspektywy doświadczenia osobistego

  1. Pingback: Minister J. Kluzik-Rostkowska – kroki we właściwym kierunku | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

  2. Medium pisze:

    Marzy mi się, w chwilach totalnego zniechęcenia rzeczywistością, oświecony despotyzm, którego główną troską byłaby budowa nowoczesnej demokracji w Polsce. Nie widzę jednak ani jednego kandydata na światłego despotę.

    Przynajmniej mamy dobry opis demokracji w dzisiejszym wydaniu (i chyba nie tylko w Polsce) 🙂

    Zakładam, że Mieszko I i Bolesław Chrobry się na niej nie znajdą, nawet Bolko Śmiały nie.

    A ja wrzuciłabym na samym początku Bolka Zapomnianego ;)Porównuje Pan system medyczny do systemu kształcenia, a wszak ten drugi przecież z pierwszego wynika, jest logicznym jego następstwem.Rozmyślając o bezsensie dzisiejszych zasad opieki medycznej, o rachunkach za usługi (sic!) medyczne łatwo dojść, że służba medyczna pogubiła się w celach.Pewien przypadkiem poznany człowiek miał dochodową firmę szklarską. Przyznał się w tajemnicy, że opłaca łobuzów, którzy nocami wybijają szyby…Zatem kiedy przyjdą czasy, że strażacy zaczną zarabiać na pożarach, wtedy wszystko stanie się jasne.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s