Szkoła polska – ofiara nawiedzonych „reformatorów”

[…]
Jest coś szczególnie niepokojącego w naszej raczkującej ciągle i ułomnej demokracji, jeśli zważy się fakt, że w Polsce maleje armia nauczycieli, rośnie armia urzędników, a minister spraw wewnętrznych podkreśla, że to państwo ma monopol na siłę. Gdzieś czytałem opinię jakiegoś eksperta, że w porównaniu z czołowymi państwami Unii, urzędników jest w Polsce mało i są szalenie zapracowani. Niech więc rosną w siłę i równają do średnich unijnych, a każdemu życzę fotela za dziesięć tysięcy pod siedzenie, MSZ dało przykład, niebiosa zaś niech w poważaniu mają ich hemoroidy.

Niepokoi jednak sprawa nauczycieli i szkół. Bardzo. Poświęcę jej więcej miejsca. W Polsce od paru lat trwa w mediach moda na pisanie i mówienie źle o nauczycielach. Gorzej, rozpętano nagonki na to leniwe bractwo w kontekście ilości godzin, które przepracowuje tygodniowo i rocznie polski belfer, przy czym większość niechętnych nauczycielom opinii formułowali i formułują dziennikarze, którzy o szkole nie mają większego lub żadnego pojęcia. Można zapytać, jak to się dzieje, że dzieci (i młodzież), które oddano pod opiekę takich nierobów jak nauczyciele, osiągają coraz lepsze wyniki w skali międzynarodowej (testy PISA), młodzi ludzie ze szkół średnich zdobywają międzynarodowe laury olimpijskie, wygrywają znaczące konkursy? Chwalą się tymi wynikami nie tylko przedstawicie MEN. Jak więc jest? Może to nie nauczyciele, ale krasnoludki nauczają i wychowują polskie dzieci i polską młodzież? A może dziennikarzy zobowiązać, żeby siedzieli w redakcjach bite czterdzieści godzin w tygodniu i odebrać im zapłatę za nadliczbówki? I tego samego zażądać, od profesorów i doktorów z wyższych uczelni? …

Prawdę mówiąc, bardzo się dziwię, że nauczycielom w Polsce jeszcze się cokolwiek chce.
1. Pensje, mimo Tuskowych podwyżek, są w tym zawodzie nadal mizerne. 2. Faktyczna ilość godzin przepracowywana przez przeciętnego nauczyciela jest dwu, a może trzykrotnie większa od oficjalnego pensum, przy czym nie chodzi o godziny ponadliczbowe (płatne). 3. Zawód nauczyciela jest chyba najbardziej dzisiaj zbiurokratyzowanym zawodem w Polsce, 50-60 % czasu poświęconego szkole przez nauczyciela (a znaczna ich część to wychowawcy, którzy obowiązków mają więcej niż niewychowawcy) jest przeznaczana na …prowadzenie dokumentacji, obowiązków biurokratycznych w wyniku radosnej twórczości urzędników ministerialnych oraz nadgorliwości wielu dyrektorów placówek edukacyjnych (chronionego papier strzeże) przybywa, a nie ubywa. 4. Mało która grupa zawodowa przetrzymałaby stresy i trudy kilkunastoletniego „reformowania systemu”, bezmyślnego niejednokrotnie majstrowania w edukacji, pracy w wiecznej zmianie i tymczasowości. 5. Państwo zrzekło się praktycznie opieki nad szkołami i przedszkolami, obarczając samorządy coraz większymi kosztami utrzymania placówek, więc to samorządy „po swojemu”, intensywniej niż władze państwowe (ministerstwo) „reformują” oświatę, czemu nie można się specjalnie dziwić. 6. Można się zastanawiać, jak to się stało, że akurat nauczyciele, ta grupa zawodowa, nie przeprowadziła w okresie III RP żadnego „porządnego” strajku? Ograniczając się w kryzysowych momentach do …oflagowania placówek? Nie odmawiając przyjmowania dzieci i młodzieży do szkół?
Co do punktu szóstego, odpowiedź wydaje się prosta. Pomyślmy, parodniowy strajk nauczycielski doprowadziłby do prawdziwego kataklizmu w państwie, jednak w tej grupie zawodowej przetrwało chyba jeszcze coś z dawnych etosów inteligenckich. W Polsce możliwe stały się ostre, czasem godzące w dobro pacjentów, protesty lekarzy i pielęgniarek, jednak – jak dotąd – nie były możliwe sytuacje, aby dzieciom odmawiano wstępu do szkoły. Możliwe są „zajazdy” górników na Stolicę, ale nauczyciele wydają się strzec pewnych etycznych pryncypiów związanych z zawodem, aczkolwiek z drugiej strony nie da się ukryć, że jest to grupa zawodowa słabo wewnętrznie zintegrowana.

Niż demograficzny sprawił, że pojawiła się (i ciągle istnieje) niepowtarzalna szansa, aby szkołom, uczniom i nauczycielom dać więcej szans i możliwości, poprawić w szkołach warunki pracy i nauki. Zmniejszyć obowiązkowe maksymalne limity liczebności klas w szkołach podstawowych i średnich, bo wielu szkołach klasy są horrendalnie przepełnione . Zwolnić nauczycieli z części przynajmniej obowiązków biurokratycznych. Tymczasem regułą stał się inny wariant: co roku odchodzi ze szkół wiele tysięcy nauczycieli (od najbliższego 1 września aż siedem tysięcy), na bruk idą, niestety, przede wszystkim nauczyciele młodzi, chociaż postawę dyrektorów chroniących nauczycieli w wieku przedemerytalnym można zrozumieć. Nie można mówić o jakimkolwiek wsparciu dla „odchodzących” ze strony państwa, a jeśli już, to myśli się o nim za późno. We wstępie była mowa o niekompetencji polityków i urzędników. Działalność MEN dowodzi, że zespół pracujących w nim ludzi jest na bakier z demografią, statystyką i matematyką.

Jest kilka powodów, dla których zatrzymałem się na dłużej przy kwestii problemów, jakie związane są ze sferą szkolnictwa i edukacji w Polsce. Wszystkie one są konsekwencją utylitarnego podejścia do demokracji, „doraźnego” jej traktowania i utopijno-magicznego myślenia o rzeczywistości. Oficjalnie edukacja jest w gestii państwa i Sejmu, tu ustalono lub ustala się pewne „priorytety”, poczynając od Karty Nauczyciela, prawa oświatowego, programów nauczania, obowiązujących podręczników, no i – last but not least – tzw. reform (fakt, że funkcjonuje w Polsce sporo szkół prywatnych i społecznych to jeszcze inny temat). W rzeczywistości to, co dzieje się w szkołach, a dotyczy i uczniów i nauczycieli, zależy przede wszystkim od samorządów miejskich, gminnych lub sołectw. One, „reformując” oświatę na swoim terenie, kierują przede wszystkim ekonomią. „Ekonomizując” szkolnictwo, raczej nie bierze się pod uwagę, że zwolnienie tego a tego konkretnego nauczyciela będzie oznaczało likwidację wspaniale i z efektami funkcjonującego koła zainteresowań, że zwalniając innego nauczyciela zwalnia się wspaniałego fachowca od pracy z uczniem „słabszym”, że zniknie ileś tam szkolnych zespołów artystycznych, w szkołach będzie jeszcze mniej pedagogów i psychologów (lekarzy i pielęgniarek od dawna już nie ma), zlikwiduje się szereg istotnych inicjatyw społecznych, nie mówiąc o tym, że na przykład maluchy z klasy 1a przywiązały się do pani X, bo jest „fajna” i nie chcą innej pani, tymczasem panią X wyrzucono na bruk.
Edukacja w Polsce stała się bodaj główną ofiarą mitu, utopii, że cedowanie przez państwo istotnych dla życia społecznego obszarów i spraw na samorządy jest cudowną receptą na uzdrowienie kluczowych niejednokrotnie dziedzin życia społecznego. Aż strach pomyśleć, co będzie, gdy ostatecznie zlikwiduje się (i tak niewydolny) NFZ? A może by tak uwolnić państwo także od problemów, jakie stwarza szkolnictwo wyższe, a jest tych problemów niemało? Przestać dofinansowywać publiczne uczelnie wyższe albo …dofinansowywać sprawiedliwie, równo, proporcjonalnie i szkoły publiczne, i niepubliczne? O ich bycie zaś niech zadecyduje …rynek?

Rozumiem, że pewne dziedziny gospodarki można, lub trzeba, oddawać na łaskę bądź niełaskę „niewidzialnej ręki rynku”. Jednakowoż straszliwym błędem, o ile nie głupotą, są próby „urynkowiania” systemu edukacji, wprowadzanie języka ekonomicznego do myślenia o edukacji, szczególnie w sytuacji, kiedy istnieją zasadnicze różnice między miastem a wsią, „Polską A” a „Polską B”, sferą bogactwa i ogromną sferą biedy. Takie myślenie, będące jednym ze skutków myślenia w kategoriach „partyjnych”, gubi z pola widzenia człowieka – wbrew pięknym, humanistycznym frazom, jakie padają w wypowiedziach programowych tej lub innej partii, tego lub innego szefa rządu. Uczeń czy nauczyciel to nie ileś tam kilogramów „żywca” lub metrów sześciennych gazu łupkowego. Można wiele, skądinąd, powiedzieć o coraz niższej pozycji pacjenta (też człowieka) w zdanej bezdusznie na prawa rynku służbie zdrowia… Rynek, o ile ma być traktowany poważnie, nie może mieć „ludzkiej twarzy”, jednak skutki działania rynku mogą mieć bardziej ludzki lub mniej ludzki charakter i tu otwiera się rola państwa. Edukacja to na pewno jedna z dziedzin pozarynkowych.

Zapytajmy może o dotychczasowy, realny koszt nieustannych, trwających od kilkunastu lat reform. Ile to wszystko kosztowało? Nie trzeba zapewniać, że powoływanie coraz to nowych zespołów i instytucji do spraw reformy szkolnej, opracowywania testów i (słynnych) „kluczy”, przeprowadzania rozmaitych prób, konferencji, posiedzeń nie jest tanie. W koszta należałoby wliczyć konsekwencje ewidentnych błędów, jakie popełniano.

Przymus permanentnego „reformowania” edukacji znacząco wpływa na koszty utrzymania rodzin, koszty te rosną z roku na rok. Weźmy pod uwagę chociażby bezhołowie i wolnoamerykankę panującą na rynku podręczników. Drożejące systematycznie podręczniki to w naszych warunkach dobro luksusowe jednorazowego użytku, bo książek dla szkół podstawowych (zawierających części ćwiczeniowe do zapisania i „zarysowania” przez uczniów) w większości nie da się wykorzystać powtórnie. Według najnowszych zapowiedzi ministerstwa edukacji e-podręczniki mają się pojawić „już” w 2015 roku, okres nieuzasadnionych społecznie zysków wydawnictw wydłuża się nieprzyzwoicie (pomijam fakt, który należałoby uwzględnić: doświadczenia różnych krajów z e-podręcznikami są zasadniczo różne). Jednak nie tylko kwestia absurdalnie drogich podręczników dowodzi, że nieprzyzwoitością jest mówienie o bezpłatnych szkołach publicznych w Polsce. Bezpłatna szkoła to mit. Ministerstwo chwali się ostatnio przedszkolami „za jedną złotówkę”, chodzi o odpłatność za dodatkowe godziny. Idea może godna pochwały, jednak sposób wprowadzenia jej w życie, ilość nieporozumień i kontrowersji, jakie wywołała wśród zainteresowanych rodziców, jest kolejnym spektakularnym dowodem na niekompetencję urzędników z partyjnego „klucza” i dowodzi słuszności tezy o nieumiejętności rozmawiania władzy ze społeczeństwem. Chcieli dobrze, a wyszło jak zwykle.

Za to MEN bawi się w nazewnictwo. Każdy nowy rok szkolny musi się odpowiednio nazywać. Mieliśmy „Rok Bezpiecznej Szkoły” – mamy „Rok w Ruchu”. Żeby nie było wątpliwości, pisownię pozostawiam oryginalną. Ponownie trzeba wyrazić podziw dla trwałości pewnych komunistycznych czy „socjalistycznych” pomysłów, które głęboko zakodowały się w głowach urzędniczych. Czekam na „Rok Szkoły Wolnej od Głupich Pomysłów Urzędników”. I „Rok Szkoły Wolnej od Biurokracji”.

Sprawa jednak najważniejsza: nie ma specjalnego powodu, aby popadać w nadmierny optymizm ze względu na lepsze w ostatnich latach wyniki młodych Polaków w testach PISA. Wyprzedzamy w nich na przykład Niemcy i USA. Młody przeciętny Polak ze szkoły podstawowej czy średniej zawsze miał solidniejszą wiedzę o świecie od młodego Amerykanina ze szkoły publicznej. Testy PISA sprawdzają najbardziej podstawowe umiejętności i rudymenta wiedzy.

Co roku toczy się w polskich mediach dyskusja o coraz niższym poziomie testów maturalnych i coraz gorszych wynikach uzyskiwanych przez absolwentów szkół średnich, a jeszcze większym niepokojem napawają wyniki egzaminów gimnazjalnych. Można się poważnie zastanawiać nad kwestią „manipulowania” maturami i ich wynikami i ewentualnego wprowadzania w błąd opinii publicznej (ustalmy odgórnie, że maturę w wersji podstawowej ma zdawać 85% lub …50% uczniów, w obecnym systemie łatwo „osiągnąć” i jeden, i drugi wynik, wybierając w skali trudności odpowiednie rodzaje testów i ustalając „klucze” odpowiedzi i centralnie je modyfikując po egzaminach; w ostateczności można wprowadzić „amnestię maturalną”, i nie jest to bynajmniej żart). Larum wołają profesorowie i pracownicy uniwersytetów i szkół wyższych, którym przychodzi coraz słabszych intelektualnie maturzystów wdrożyć w tok studiowania. W najbliższym czasie sytuacja na pewno sie nie poprawi, uczniowie już dawno, po dwóch, trzech latach funkcjonowania reformy odkryli, że zostali zwolnieni z wymogu rzetelnego i systematycznego przyswajania wiedzy oraz nadmiernego (i niepotrzebnego z ich punktu widzenia) wysiłku intelektualnego. Z perspektywy urzędniczej (ergo partyjnej) widać niemal wyłącznie same blaski reformowania, nie dostrzega się faktu, że „reformy” niemal zupełnie pozbawiły nauczycieli i uczniów czynników motywujących.

Kilkanaście lat temu wymyślono rzecz horrendalnie głupią uznając, że niemal każdy młody Polak musi mieć maturę. Run na licea (w tym tak poroniony twór jak „liceum zawodowe”) doprowadził do upadku bardzo dobrze funkcjonujące w okresie PRL szkolnictwo zawodowe. Dzisiaj mamy do czynienia ze wzrastającą w postępie geometrycznym popularnością tego szkolnictwa, tyle że brakuje szkół zawodowych, a jeszcze większym problemem jest brak kompetentnych nauczycieli specjalistów, którzy odeszli z zawodu. Pewnym historycznym paradoksem jest fakt, iż dzisiaj to Niemcy organizują nam „zawodówki”, szukając za swoją granicą wysoko wykwalifikowanych i dobrze opłacanych robotników do swoich przedsiębiorstw.

Niektórzy ideolodzy partyjni, po wielu latach jakby nagle „oświeceni”, postulują dzisiaj …likwidację gimnazjów. Obudził się SLD, umieszczając ten postulat i inne kwestie oświatowo–edukacyjne w swoim programie wyborczym. Jako, od zawsze, przeciwnik gimnazjów, jestem absolutnie przeciwny ich likwidowaniu dzisiaj, bo byłaby to bardzo kosztowna droga donikąd. Raczej należałoby pomyśleć o przekształceniu znacznej części obecnych gimnazjów w szkoły zawodowe przygotowujące młodzież do wykonywania konkretnych zawodów, z możliwością kontynuowania nauki w technikach, a nawet studiowania. „Możliwością”, czyli furtka uchyloną tylko dla najlepszych. Postulat likwidacji gimnazjów należy dzisiaj zaliczyć do rzędu licznych postulatów populistycznych zgłaszanych przez opozycję. Aż strach pomyśleć, gdy swoje postulaty zgłosi PiS, które już się zabiera do „majstrowania” przy lekturach szkolnych.

Edukacja to system naczyń połączonych, w realne koszta „reform” liczone w złotówkach, trzeba wliczyć także te, które przyjdzie społeczeństwu płacić przez najbliższe kilkanaście lub kilkadziesiąt lat na skutek popełnionych przez „reformatorów” błędów, zatem wziąć także pod uwagę coraz słabiej przygotowanych do jakiejkolwiek pracy zawodowej (samodzielność, mobilność umysłowa) absolwentów wyższych uczelni, którzy zasilają armię bezrobotnych. Podliczyć koszta wykształcenia w Polsce ponad dwóch milionów ludzi, którzy pracują dzisiaj głównie na innych w Anglii czy Irlandii.

Od kilku lat krytykuje się modę na „ucieczkę” młodzieży na studia humanistyczne. Wydawać by się mogło, że taka krytyka to znakomity trend i nic, tylko się cieszyć z renesansu popularności studiów politechnicznych. I tak, i nie. Przysłowiowym „chłopcem do bicia” stała się uniwersytecka pedagogika ciesząca się przez lata rekordową popularnością. I stało się – pedagogika (podobnie jak socjologia i politologia) już nie jest „trendy”. Problem w tym, że rośnie w Polsce armia emerytów i będą coraz bardziej potrzebni ludzie przygotowani zawodowo do pracy z dorosłymi (sfera socjalna, domy opieki społecznej pomoc domowa) i zapewne za parę lat sytuację ratować będą fachowe siły z Ukrainy, co piszę absolutnie bez ironii wobec ludzi ze Wschodu Europy. Nota bene na Zachodzie poważne instytucje, np. banki, mając do wyboru specjalistów po studiach ekonomicznych czy biznesu lub absolwentów filologii klasycznej czy filozofii (filozofia analityczna), decyduje się na tych drugich. U nas filologia klasyczna (niegdyś potęga i duma narodowa) funkcjonuje na skutek braku chętnych w formie reliktowej, a filozofia do dzisiaj jest dyscypliną „ideologicznie” i „politycznie” podejrzaną.

Zatem i w dziedzinie edukacji (włącznie ze szkołami wyższymi), kluczowej dla bytu społecznego i kondycji państwa, jest tak, że realne, liczone w złotówkach, koszta edukacyjnego szaleństwa reformatorskiego społeczeństwo ponosić będzie przez dziesięciolecia. I będą to najprawdopodobniej koszta najwyższe ze wszystkich.

Jeszcze sześć-osiem lat temu dwie moje nawiedzone koleżanki przedstawiały na radach pedagogicznych w liceum w ramach samokształcenia referaty z ilustracjami na temat wspaniałego, wzorcowego szkolnictwa szwedzkiego. Od paru lat mówi się o zapaści szwedzkiego systemu edukacji. Wyniki w testach PISA sytuują młodych Szwedów grubo poniżej średniej europejskiej. 20% z nich nie kończy szkoły średniej i ma małe szanse na zatrudnienie. Według Macieja Zaremby, dziennikarza szwedzkiego polskiego pochodzenia, który jak mało kto zna się na tych problemach, na przyczyny degrengolady szwedzkiej szkoły złożyło się kilka czynników: 1. Nauczycielami zaczęli pomiatać politycy (pogarda dla ludzi z wyższym wykształceniem, kompleksy wobec wolnych zawodów); 2. Samorządy, których wszechwładzy oddano szkoły, „urynkowiły” je w sposób absolutny; 3. Dzika komercjalizacja szkolnictwa, wolnoamerykanka w zakresie programów; 4. Dopuszczenie do nauczania ludzi bez przygotowania; 5. „Kryminalne zaniedbanie ze strony państwa” (por. „Jak Szwedzi swoją szkołę zepsuli”, „Duży Format” z 5 IX 2013 r.).

Pomijam szczegóły, widzę jednak w procesach zachodzących w „systemie” edukacji w Polsce wiele podobieństw do przykładu szwedzkiego. Zaczyna się od wyrobienia nauczycielom fatalnej opinii w społeczeństwie, co w Polsce jest zasługą wspólną polityków i wielu dziennikarzy. Więcej, „skłócono” nauczycieli ze społeczeństwem przy pomocy „argumentów” ekonomicznych: nauczyciele polscy jako jedna z nielicznych grup otrzymała w kadencji Tuska kilkuetapową podwyżkę uposażeń; nauczyciele to „nieroby”, korzystający dzięki Karcie z „nieuzasadnionych” przywilejów. No i, jak w Szwecji, to samorządy decydują dzisiaj o losie szkół i nauczycieli.

Kwestia odpowiedzialności samorządów bądź państwa za szkolnictwo jest dyskusyjna. W powszechnie chwalonym (czy jednak nie na wyrost?) modelu fińskim za szkoły odpowiadają samorządy. Mówiąc jednak obrazowo, tam rola samorządów polega na „dodawaniu” do szkół, „wkładaniu” („inwestowaniu”) w szkoły, podczas gdy w Szwecji w Polsce raczej na „odejmowaniu” i „cięciach”.

Od jakiegoś czasu cała pedagogiczna Szwecja pielgrzymuje do Minervaskolan, w której dyrektor, nauczyciele i uczniowie osiągają rewelacyjne rezultaty. Czy wymyślono tam jakąś nową rewelacyjną metodę edukacyjną? Nie. Po prostu umiejętności ucznia muszą być poparte solidną wiedzą dotyczącą podstaw matematyki, literatury, geografii, biologii etc. Powiadają tam: „w szkole pełna wolność jest zdradą wobec ucznia. Gdyby była, to on niczego by się nie nauczył. Musisz mieć podstawy, żeby myśleć na własną rękę (…)”. Ten „ideał” zawsze był mi bliski.

Tymczasem u nas liczni politycy, upartyjnieni urzędnicy i dziennikarze wierzą głęboko w cuda: dasz dzieciom do ręki komputery lub laptopy, a one same się wszystkiego nauczą. Z Internetu. W to m. in. uwierzyły samorządy szwedzkie.

Ostatnia uwaga, interesująca w perspektywie polskiej: w Szwecji, w odniesieniu do szkolnictwa, nie spełniło swojej roli społeczeństwo obywatelskie. W Polsce mamy ostatnio do czynienia z „jaskółkami”. Doczekamy się wiosny w polskiej szkole?
[…]

Fragment większej całości. Por. http://pl.scribd.com/doc/167365941/Micha%C5%82-Wali%C5%84ski-Demokracja-jako-system-dora%C5%BAnie-utylitarny-czyli-o-straszliwych-skutkach-samogwa%C5%82tu-politycznego

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Szkoła polska – ofiara nawiedzonych „reformatorów”

  1. Pingback: Minister J. Kluzik-Rostkowska – kroki we właściwym kierunku | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

  2. Medium pisze:

    Originally posted by lemari:

    Doskonale pamiętam że na pedagogikę, polonistykę, geografię, bibliotekoznawstwo, wt, szły same "spady".

    Mówisz oczywiście o konkretnych czasach.Generalnie kierunki techniczne wydają się być trudniejsze, co wcale nie oznacza, że naukach ścisłych zupełnie nie ma kłamstwa, czego znacznie więcej można spotkać w tzw. kierunkach humanistycznych.Niestety współczesny system kształcenia można przyrównać śmiało do religii, bo masa tu obrońców przeróżnych dogmatów, obrońców finansowanych przez szare eminencje tego świata.Któż to taki powiedział: „Błagam tych co wiedzą, by nie mówili”? Dlaczego Tesla celowo dokonał dywersji eksperymentu Filadelfia, a jego prace zostały zastąpione fałszywym dogmatem Einsteina?To wszystko nie jest takie proste, lemari.

    Polubienie

  3. lemari pisze:

    Originally posted by MichałWaliński:

    Dziwić może fakt, że tak duża grupa posłów-nauczycieli nie była w stanie powiedzieć: stop bezmyślnym reformom w szkolnictwie.

    Idźmy dalej, a ilu nauczycieli zasiada w samorządach? W moim mieście na Śląsku w czasie wyborów samorządowych patrzę na zawody kandydatów, jest tam cała masa nauczycieli. Ze względu na charakter zawodu, mają oni ułatwiony kontakt z potencjalnymi wyborcami.Obecną ministerką( 🙂 ) edukacji jest dziołcha ze Czeladzi, nauczycielka. Ledwo mówi po polsku.Originally posted by MichałWaliński:

    Najwidoczniej są to ludzie środowiskowo już wyalienowani.

    Lub poszli do tego zawodu ze względu na to że, są to najłatwiejsze studia. Nieporównywalne z politechniką czy medycyną. Doskonale pamiętam że na pedagogikę, polonistykę, geografię, bibliotekoznawstwo, wt, szły same "spady".Z ostrożności muszę wspomnieć, że nie należy oczywiście generalizować.

    Polubienie

  4. Medium pisze:

    Musisz mieć podstawy, żeby myśleć na własną rękę (…)”. Ten „ideał” zawsze był mi bliski.

    Hmm, z tego, co pamiętam z moich szkolnych lat, kończyło się na części pierwszej, bez testowania samodzielnego myślenia, a nawet ukracanie tegoż.Niestety z definicji powszechne nauczanie to służba panującym aktualnie ideom (władzy). I jest to o tyle niesprawiedliwe, że kiedy przychodzi czas prawdziwej dojrzałości, idee obowiązkowo zostają zmienione. I jeśli rodzina i dom próbuje mieć wpływ na wiedzę młodego człowieka, to często dochodzi do konfliktu.

    Polubienie

  5. 16Siko15rek pisze:

    To nieporozumienie. Nie "hołubię" humanistów. Jeśli bronię nauczycieli, to dlatego, że martwi mnie i napawa niepokojem degrengolada polskiej szkoły – w czym duża zasługa polityków. Myślę, że nagonki medialne na nauczycieli nie poprawią sytuacji w szkolnictwie (vide Szwecja). Tak jak nagonki na górników nie uzdrowią polskiej gospodarki. Dane, które Pan przedstawia, są interesujące. Dziwić może fakt, że tak duża grupa posłów-nauczycieli nie była w stanie powiedzieć: stop bezmyślnym reformom w szkolnictwie. Najwidoczniej są to ludzie środowiskowo już wyalienowani.Bardzo "rozbawiła" mnie spora grupa posłów, która w rubrykę zawód wpisuje "parlamentarzysta". Żałuję, że z tej szansy życiowej niegdyś nie skorzystałem. Starzałoby mi na piwo przed pierwszym. Tylu cymbałów za mojego życia przewinęło się przez Sejm,więc może dla jednego cymbała więcej miejsce tam by się znalazło.

    Polubienie

  6. lemari pisze:

    No to proszę sobie sprawdzić jakie zawody "królują" w naszym parlamencie.http://kariera.pb.pl/2503677,32891,zawody-polskich-poslowRządzą nami, tak przez Pana bronieni i hołubieni, humaniści.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s