Demokracja jako system doraźnie utylitarny, czyli o straszliwych skutkach samogwałtu politycznego

Przymus „upartyjniania” wszystkiego

Poziom „upartyjnienia” i „upolitycznienia” polskiej, ciągle kruchej i kulejącej demokracji zdaje się przekraczać wszelkie dopuszczalne granice, a negatywne skutki tego zjawiska odczuwają polskie szkoły i uczelnie, obszerne połacie kultury, sfera mediów, służba zdrowia, sądownictwo i system prawa oraz wiele dziedzin gospodarki. Przy czym niekoniecznie chodzi o polityków i posłów agitujących na przykład w placówkach edukacyjnych pod pretekstem spotkań z młodzieżą, polityczne happeningi uliczne lub o partyjne kariery polityków rezydujących w mediach publicznych niczym Telimena i Wojski w Soplicowie.

W Polsce o pewnych istotnych – także w perspektywie przyszłości – dziedzinach życia społecznego decydują nie fachowcy, ale ludzie przypadkowi, z nadania politycznego, pozbawieni często istotnych określonych w danym miejscu kompetencji i atrybutów. „Ludzie partii”. Przypomina to praktyki znane z czasów realnego socjalizmu, kiedy to o obsadzie stanowisk decydowała „przewodnia siła narodu”, wówczas jedyna. …

Z faktu, że ktoś jest dobrym nauczycielem (i należy do zwycięskiej partii), niekoniecznie wynika, że będzie on dobrym ministrem oświaty, nawet jeśli jest to nauczyciel z liceum społecznego w samym Gdańsku. Z racji, że ktoś jest lekarzem niekoniecznie wynika, że będzie on dobrym ministrem zdrowia lub Marszałkiem Sejmu. Z faktu, że ktoś jest filozofem, niekoniecznie wynika, że będzie on dobrym ministrem sprawiedliwości lub wiarygodnym szefem partii. Z faktu, że ktoś jest kobietą z dużymi ambicjami, niekoniecznie wynika, że uzdrowi polski sport. Z racji, że ktoś był korespondentem w Afganistanie i jest „mistrzem” w tweetowaniu, niekoniecznie wynika, że będzie kompetentnym ministrem spraw zagranicznych. (Wszyscy oni mogą być dobrymi ministrami, muszą jednak spełnić pewne warunki kompetencyjne.) Wreszcie, nade wszystko, z faktu, że ktoś pochodzi ze wspomnianego Gdańska, niekoniecznie wynika, że sprawdzi się w roli wysokiego rangą urzędnika państwowego w „centrali”, tymczasem przed każdym weekendem i po nim drogi, pociągi i samoloty z Warszawy do Gdańska (i odwrotnie) są zatłoczone tabunami ludzi „niezastąpionych”, podróżujących z pracy w Warszawie do domu i z domu w Gdańsku do pracy w stolicy. Na czyj koszt, to inna sprawa. Gdańsk nie jest „zwykłym”, chociaż z przebogatą historią, miastem, lecz najwydajniejszą w kraju kuźnią i fabryką polskich kadr.

W Polsce mamy do czynienia z bardzo „wybiórczym”, naskórkowym i ograniczonym wykorzystaniem mechanizmów demokracji, a więc tym samym ich lekceważeniem, przy czym na tę deformację nakłada się „dojutrkowa” polityka rządzących. Sformułowałem to zdanie w miarę elegancko, mimo że wolałbym napisać: wykorzystywaniem demokracji nader prymitywnym, cynicznym i żałosnym w ostentacyjnym partyjnym egoizmie i „parciu na władzę”.

Partia czy Polska?

W rzeczy samej skażonej partyjnym nepotyzmem klasie politycznej raczej nie o budowanie silnej gospodarką, o solidnym fundamencie społecznym, a na dodatek praworządnej i wiarygodnej Polski chodzi, zarówno dzisiejszej, jak i przyszłej. Owszem, w wystąpieniach programowych formułuje się pewne zadania i określa pewne cele, ale po rządach Mazowieckiego żadne chyba z expose kolejnych premierów nie połączyło efektywnie celów i zadań doraźnych z wizją Polski wnuków i prawnuków, nie mówiąc o wdrażaniu w życie takiej polityki. Żaden z dotychczasowych rządów w zasadzie nie wyszedł w działaniu poza opłotki teraźniejszości. Czyli, w znaczącej mierze opłotki partyjne.

W wewnętrznej polskiej polityce dominuje „zagrodowy”, ksobny model działania, a jej patronami są najwyraźniej Kargul i …Pawlak z „Samych swoich”. Konsensusy próbuje się uzgadniać wedle zasady: „Podejdź do płota, to i ja podejdę”, nie przejmując się, że płot dziurawy i chwiejny jakoś, na dziedzińcu obok nowego auta walają się błoto i śmieci, a w domy za 20-30 lat będą świecić pustkami. Konsekwentna, zorientowana na strategie polityczne i gospodarcze korzystne dla Polski polityka zagraniczna zdaje się nie istnieć, służalczy stosunek do USA, miłość do Ameryki bez wzajemności, nie przysparza Polsce sympatii w krajach „starej” Europy i nie przynosi żadnych korzyści, by wspomnieć tylko o żenującej, ciągnącej się latami kwestii wiz.

Najważniejsze dla polityków jest niezmiennie „dobro” własnej partii: czyń tak, aby partia miała się dobrze, działaj według zasady „partia uświęca środki”. Celem głównym i niezmiennym są wysokie notowania partii w sondażach, polityk musi zatem unikać słów i działań niepopularnych, nawet gdy jest przekonany, że są one korzystne dla przyszłości Polski. Jeśli zaś bez umiaru naobiecuje cudów społeczeństwu i tych cudów nie będzie, nie musi od razu się kajać, zawsze może skorzystać z formuły: „to nie my (jesteśmy winni), to oni”, a za większość negatywnych przypadków i tak odpowiada „kryzys”. Zwycięstwo wyborcze partii oznacza nade wszystko jedno i to samo od lat zadanie: rozpoczęcie nowej kampanii wyborczej. Myśląc o przyszłości, polityk jest zobowiązany do myślenia w kategoriach przyszłości przede wszystkim własnej partii. Do bezdyskusyjnego akceptowania decyzji jej przywódcy, a raczej „wodza”, bo największe polskie ugrupowania, i to jest także osobliwością rodzimej demokracji, to partie wybitnie „wodzowskie”.
Bardzo, bardzo temu uczyliśmy się w szkole, po rosyjsku, pewnego wiersza, w którym jakże pięknie brzmiała fraza:

Mówimy – Lenin, a w domyśle – partia,
mówimy – partia, a w domyśle – Lenin.

– tu zacytowana po polsku, w przekładzie (chyba) Adama Włodka.

Rzecz wymaga objaśnienia: w miejsce wyrazu „Lenin” można wstawić wiele nazwisk reprezentatywnych dla III RP, poniższe refleksje nie dotyczą bynajmniej jednego tylko polityka. Wyraz „partia”, szczęśliwie w porównaniu z czasami, w których wiersz powstał, możemy potraktować bardziej „pluralistycznie”. Autora wiersza bardzo cenię, chociaż nie za wiersze o Leninie i rewolucji.

Przebogate, nie tylko pod względem teoretycznym, pole semantyczne demokracji zredukowane zostało w politycznej i społecznej praktyce naszego, ciągle niezbyt ucywilizowanego i siermiężnego państwa, do „rytualnego”, cyklicznego czasu „interwałów wyborczych”, walki o utrzymanie władzy lub walki o przejęcie władzy (wybory do Sejmu, wybory prezydenckie, wybory do samorządów). Od jakiegoś czasu – z „międzyinterwałami” wyborów do Europarlamentu. Wszelkie ruchy odbywają się jednakowoż niezmiennie w „zaklętym” kręgu ciągle tych samych person. Okresowe „rewolucje” i „przesilenia”, szczególnie gdy partia rządząca traci władzę, oznaczają zazwyczaj tsunami w sferze kadr, wymiana kadr (pierwszy obowiązek nowej władzy) burzy ustalony na krótko porządek w wielu dziedzinach życia społecznego i gospodarczego i zachęca do „re-reform”, czego najsmutniejszym przykładem są sfera edukacji i służba zdrowia. Czas między wyborami wypełniają politykom i urzędnikom „kadrowym” nieustanne „manewry personalne”. Najważniejszym więc problemem demokracji na co dzień stały się w Polsce kwestie typu, „Czy Tusk (lub inny X) dokona rekonstrukcji rządu?” lub analizy i interpretacje pojawiających się co dwa-trzy dni sondaży wyborczych. Tym samym, jakby istotą demokracji w rodzimym wydaniu stają się spekulacje, kto „poleci”, czy Go Win „wykiwa” Don All Da, czy odwrotnie. Lub tępe, jałowe i groteskowe w swojej jednostronności rozważania i debaty (por. media), kto wyjdzie pierwszy i w miarę …cały z rujnującego Polskę klinczu, w jakim tkwią od lat PiS i PO. Polska klasa polityczna w III RP to bardzo dobre pole obserwacyjne dla socjologów i psychologów, zważając na charakteryzujące polityków takie cechy jak rozbuchane ego, monstrualna, megalomania, brak krytycyzmu i dystansu do rzeczywistości, brak ogłady kulturalnej, braki intelektualne, a częstokroć zwyczajny kabotynizm, bywa że i zwyczajne chamstwo.

Gdyby wylądował w Polsce przybysz z głębi kosmosu, rozeznany w języku i logice ziemskiej (koniecznie w jej odmianie polskiej!), i poobserwował przez rok Polskę, Polaków, polityków i media, mógłby dojść do wniosku, że szczęśliwy to kraj, bo ma na ogół jeden tylko problem, a jest to „problem Gowina”, w innym momencie Rywina, Ziobry czy Dorna. W każdym razie tak można by sądzić z wypowiedzi polityków i z treści mediów. O partiach opozycyjnych można powiedzieć wszystko, nawet to, że ich przedstawiciele pełnią na co dzień sporo pracowitych funkcji (bycie celebrytą, także politycznym, wymaga pewnego wysiłku). Nie można jednak powiedzieć jednego, że kiedykolwiek po roku 1989 którakolwiek z nich weszła w rolę prawdziwie konstruktywnej opozycji.
[…]

Całość szkicu można znaleźć na stronie: http://pl.scribd.com/doc/167365941/Micha%C5%82-Wali%C5%84ski-Demokracja-jako-system-dora%C5%BAnie-utylitarny-czyli-o-straszliwych-skutkach-samogwa%C5%82tu-politycznego

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Demokracja jako system doraźnie utylitarny, czyli o straszliwych skutkach samogwałtu politycznego

  1. 16Siko15rek pisze:

    Zgadzamy się: ja też zaczynam mieć mdłości, gdy słyszę o "demokracji".

    Polubienie

  2. Medium pisze:

    Pojęcie demokracja zaczyna wywoływać u mnie takie same mdłości jak ongiś komunizm. Tym bardziej, im bardziej odbiega od rzeczywistego znaczenia tego słowa.Ponadto stało się słowem-kluczem (żeby nie rzec: wytrychem!), słowem świętym i nienaruszalnym, w obronie którego toczą się wojny, jak kiedyś wyprawy krzyżowe.

    Gdyby wylądował w Polsce przybysz z głębi kosmosu, rozeznany w języku i logice ziemskiej (koniecznie w jej odmianie polskiej!), i poobserwował przez rok Polskę, Polaków, polityków i media, mógłby dojść do wniosku, że szczęśliwy to kraj, bo ma na ogół jeden tylko problem, a jest to „problem Gowina”, w innym momencie Rywina, Ziobry czy Dorna.

    Zajrzałam tylko na Gowina, bo przystojna bestia 😉 I co mamy? Człowiek doszedł do punktu, gdzie gotów jest świecić swoim własnym światłem (progresywne Słońce spotkało na swej drodze Jowisza).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s