Kleopatra i błazen

Przyśniło mi się, że w środę wieczorny dziennik w telewizji prowadziła sama Kleopatra.

Forma jej fryzury przypominała perukę z włosami ufarbowanymi na szwedzką czerń. Królowa ubrana była w sukienkę przypominającą pelerynę, długą przed kolana, z dekoltem w kształcie odwróconego trapezu w górze. Suknia, a może był to rodzaj tuniki, była w kolorze czarnym, ale na linii piersi Kleopatry, od góry do pasa, rysowały się dwa białe prostokąty z wzorami składającymi się z hieroglifów i sporych rozmiarów rombami przypominającymi karciane karo, wykonanych jednakże czarną kreską.

Skóra Kleopatry była również nieskazitelna, jej żywe odcienie bardzo dobrze uwydatniała matryca telewizora marki „Sony” średnich rozmiarów. Odnosiło się wrażenie, że Kleopatra, jak każda starożytna Egipcjanka, choć tak naprawdę była Macedonką, bardzo wiele uwagi poświęcała codziennej toalecie, ablucjom, nie szczędząc bynajmniej oślego mleka z siedmiuset oślic. Do końca nie wiem, może to nie ona zażywała kąpieli w oślim mleku, może to było mleko z bawołu albo z kobyły, ale coś w tym jest. …

Kleopatra podawała wiadomości, stojąc w lewym rogu ekranu. Patrząc od strony Kleopatry, była to oczywiście strona prawa. Patrząc z boku, zmieniała się tylko perspektywa, Kleopatra monumentalniała jak Idea, w kierunku której zmierzał kondukt z nieżywym już generałem Bemem w znanym poemacie, gdyż obowiązkiem Bohatera, nazwanego tu słusznie Cieniem, było wcielenie się w mit, co zdecydowanie podkreślał heksametr sylabiczny.

Królowa poinformowała o rzeziach w Syrii, o emeryturach w Polsce, przeszła na temat niedrożnych autostrad, później omówiła problem z referendum w Stolicy, wreszcie szerzej skomentowała ważniejsze wydarzenia. W Szczygłowcu albowiem, gdziekolwiek to nie jest, przyszło na świat cielątko o dwóch głowach, a pewien chiński partyjny burżuj wybudował sobie w Pekinie na szczycie wieżowca ogromną willę, otoczoną sztucznymi skałami, drzewami i zaroślami. Zapomniał chyba o wodospadzie.

Co to za świat, pomyślałem. Rozumiem, na dachu warto czasem założyć ogródek warzywny, hodować dynie i kabaczki, ule z pszczołami postawić, ale żeby zaraz całą willę? I to takie dziwadło?

Prawdę mówiąc, bardziej niż informacjami podawanymi pełnym i stanowczym głosem przez Kleopatrę, zaintrygowany byłem kolanami władczyni. Tkwiło w nich samo największe Piękno, które skojarzyłem błyskawicznie z Dobrem i Prawdą, słusznie więc pisał genialny poeta, że „w kolanach dziewcząt rysują się słoje”, chociaż w pobliżu Kleopatry nie pojawił się żaden „jednorożec z łbem wysmukłym” i ani jeden kruk z „dziobem okutym w pochewkę ze złota”.

Słusznie chwalono słynną biel egipską, skonstatowałem w duchu, patrząc na czarne czółenka obejmujące, hipotetycznie równie piękne i zadbane, stopy Kleopatry, na połyskującego szczerym złotem skarabeusza w funkcji mikrofonu wpiętego u dołu trapezu przy dekolcie oraz delikatne białe kolczyki ear clip zdobiące jej wspaniałe królewskie uszy.

Zauważyłem jednak, że królowa nie miała uformowanego na szczycie głowy charakterystycznego stożka z ulatniającymi się z wolna w upale studia telewizyjnego wonnościami, wszakże dochodził mnie zapach Kleopatry, zapach wszystkich wonności Wschodu, wszystkich pieśni nad pieśniami, z lekką nutą piżma, bergamotki i oleju rycynowego.

Dykcyjnie Kleopatra była również bez zarzutu. Chłonąc jej obraz i głos wszystkimi zmysłami, prawie przeoczyłem moment, kiedy wykonała zwrot w lewo, przeszła parę kroków niczym modelka po wybiegu, lekko i z wdziękiem pokonała dwa stopnie dużego podium, na którym stało ogromne biurko i majestatycznie spoczęła. Za biurkiem. Było to już po informacjach o stadzie fok i foczek na łasze u ujścia Wisły. Od tej chwili widziałem już tylko połowę Kleopatry. Była to górna połowa, lecz za nią przecież błękitniał ten sam błękit z zarysem kuli ziemskiej i współczesnymi hieroglifami.

Do końca dziennika marzyłem, aby Kleopatra raz jeszcze powstała i przeszła po wybiegu. Ona, „pani wdzięku, łagodna miłością, o doskonałych ustach, o łaskawych słowach. Ta, która otwiera dłoń dla każdego, ta, która mówi to, co dobre, i powtarza to, co umiłowane. Ta, którą wszyscy kochają.” Ta, do której bezsprzecznie można by odnieść powyższe słowa opisujące małżonkę Petozyrysa, mimo że obie panie nie znały się osobiście. I jeszcze trochę dodatkowych komplementów, gdyż Kleopatra bywała zazdrosna.

Kleopatra trzymała w obu dłoniach czarno-biały długopis i mówiła w łaskawych słowach o tym, co dobre. I za to wszyscy ją kochają. Mówiła zatem, że Gowin i Tusk grają w palanta, o kursie morskim Anglików na Gibraltar, o wyprzedaży na Allegro twierdzy Modlin, o światełku w tunelu, chodziło chyba o władczynię Warszawy podróżującą metrem, o premierze, który dorabia sobie jako taksówkarz i wreszcie o sztuce rzucania młotem.

Na koniec Kleopatra poinformowała, że jutrzejsze wiadomości poprowadzi Grzegorz Lato, upiła z wdziękiem łyk wody ze szklanki stojącej na biurku obok jej prawej ręki, złożyła stosik karteluszków i – wreszcie! wreszcie! – ponownie weszła na wybieg i po dwóch sekundach opuściła ekran. Niestety. Niestety. Doszedł mnie jednak, jakby na pocieszenie, leciutki zapach mirry i kadzidła.

Byłem pod wrażeniem. Jeśli coś zakłócało obraz doskonałości ewokowany przez telewizor w moim śnie o Kleopatrze, to był to kolor podstawki pod szklankę z przezroczystą wodą. Podstawka utrzymana była w tonacji brązu. I była z tektury.

Potem leciały reklamy, ale jak zwykle, żadnej nie zapamiętałem, chyba że tego rozebranego do spodni faceta, który siedzi tyłem na szkapie i jedzie do przodu, albo do tyłu, zależy jak patrzeć, i zachwala jakieś współczesne pachnidła. Tfu!

Byłem przekonany, że to już koniec onirycznych emocji, ale po wyrazistym sygnale muzycznym na ekranie ukazała się inna, nie ubliżając Kleopatrze, młodsza dziewczyna. Brunetka, dyskretny, zrobiony z finezją makijaż, oniryczne małe wisiorki w uszach, nosek jak u Doroty z sobótkowej pieśni Kochanowskiego, niebieskie oczy, różowe wdzianko, beżowy top, głos jak u tańczących Eurydyk i dykcja przedniej jakości.

Dziewczyna mówiła ze swadą o starożytnych konkurencjach sportowych: zawodach w dysku, rzucaniu oszczepem, walkach gladiatorów i wyścigu rydwanów, jednak towarzyszące informacjom obrazy nie pasowały mi zupełnie do wyobrażeń o starożytnych. Pachniała prawdziwymi fiołkami, takimi, jakie pamiętam z wczesnej młodości, takimi, jakimi Zbyszek Cybulski obdarował Ewę Krzyżewską w znanym arcydziele filmowym.

Z żalem pożegnałem się z dziewczyną, bo mógłbym jej słuchać długo w noc, a nawet jeszcze trochę.
Potem znów były reklamy i zapamiętałem faceta, który poplamił sobie śnieżnobiałą koszulę żurkiem wyprodukowanym w W. Nie rozgryzłem, dlaczego ten człowiek zakładał do zupy z proszku białą koszulę.

I stała się rzecz nader dziwna. Po stosownej partii reklam ukazał się inny mężczyzna na tle przeogromnej mapy pogody. Włos siwo-przaśny, trochę falujący i rozwiany, ale bardziej przylizany żelem. W bardzo jasnej, prawie białej marynarce, rozpiętej u kołnierzyka koszuli i w bardzo obcisłych, na chudych nogach, spodniach w kolorze najczarniejszej czerni. Albo odwrotnie, chodzi mi o kolory. Wyraźnie zapowiadały się nawałnice, chmury burzowe, grad wielkości indyczego jaja, a może huragany i orkany. Ale nie!

Człowiek ten, opowiadając barwnie o wyżach, niżach, ciśnieniu i wiatrach, odurzając się wyraźnie własnym opowiadaniem, zapowiadał jeszcze większe upały. Lecz nie to jest istotne, bo on, bardziej niż mówił, zapowiadał i odurzał się, on bardziej pływał po całej mapie. Wyłączyłem na dziesięć sekund fonię, który to prosty zabieg podkreślił wysoki stopień pływackich i akrobatycznych na dodatek umiejętności mężczyzny.

Coś mi się jednak nie zgadzało, coś mnie tknęło. Podszedłem do telewizora, przyjrzałem się bliżej, uważniej. Tym człowiekiem, który pływał na ekranie, byłem ja, ja sam, w prawie całej okazałości. Byłem sobą, tutaj, i jednocześnie byłem tam, na ekranie, i też byłem sobą tam. Tu-m i tam. Tu-m i tam. Jak u futurystów. Uzyskałem, nie rezygnując z ja, optymalną na Ziemi perspektywę poznawczą. Ja jako ja stałem się on-ja i pływałem po mapie, a z góry przyglądał się temu tylko Bóg. Łaskawy Żyrant. Znak dożywotniej Gwarancji.

Wyże i niże majestatycznie się przemieszczały, Syberyjski trzymał się mocno, nie dziwota. Z Afryki na Europę i Polskę płynęła ławą spiekota i duchota. Żadnego wiaterku. Ani chmureczki. Ciśnienie wysokie, nie dziwota.

A ja, ten tamten, płynąłem w ślad za skwarem i pyłem piaskowym z Sahary. Stałem na nieco rozwartych nogach i kiedy mówiłem o pogodzie na Śląsku, brałem głęboki oddech i zanurzałem się, kiedy o pogodzie w Gdańsku, odbijałem się mocno od dna i wyskakiwałem w górę, i jeszcze raz, i jeszcze, z wyciągniętą hen wysoko lub w bok lewą ręką. Ciągle w ruchu, ręka i ja, opowiadałem o pogodzie całym swoim jestestwem, używałem naprzemiennie wszystkich stylów: pieskiem, na boku, na grzbiecie, ale najczęściej motylkiem (lubię motylki) i krytą żabką (lubię skrycie). Najtrudniej było z koordynacją ruchów na Wschód. Nie dziwota. Lewa noga ugięta, kolano prawie na dnie, prawa, też cienka, wyprostowana ukośnie jak struna, a ja gadam o wyżu, polskich tropikach i płynę, płynę, płynę, obłapiam ręką lewą Lublin i Rzeszów, a w porywach Ustrzyki Górne.

Patrząc tak na siebie, sam się sobie dziwiłem, sam siebie podziwiałem – że też facet potrafi zachować równowagę w takich warunkach atmosferycznych. Z lewą ugiętą do podłogi, z prawą prostą jak struna, ale ukośnie, płynąć na Wschód, pieskiem.

I popadłbym w nadmierną dumę, gdyby nie moment, w którym, w tym zapatrzeniu w siebie, nieoczekiwanie odkryłem w sobie błazna. Ja nie-błazen patrzyło na ja-błazna, świadome, że to ja i tamto ja to jedno ja. Czyli, ja.

Tamto ja, czyli i moje ja, rozjaśniło moją i jego twarz błazeńskim uśmiechem i niby dowcipnie pożegnało się z publicznością. Czyli i ze mną. Byłem przez cztery minuty swoim własnym wykonawcą i swoją własną publicznością. Ideał teatru!

Wykonałem ostatnie odbicie nogami od dna i strzałką opuściłem ekran. Moje miejsce zajął kolejny blok reklamowy, z którego absolutnie nic nie zapamiętałem, chyba że Magdę G. reklamującą środek przeciwko bąkom.

Za ekranem, w charakteryzatorni, odpoczywała w fotelu dziewczyna od sportu. Zwróciła się do mnie uśmiechem z fiołków i zaproponowała kawę. Stojąca przed lustrem Kleopatra podeszła do nas, wylała dziewczynie spory dzbanek kawy na głowę i wyprowadziła mnie na zaplecze. Jako błazen bardziej należałem do niej niż do siebie.

– Kobieto, dzisiaj w Syrii nie miałabyś żadnych szans – wyszeptałem pod nosem z pewną satysfakcją. Zatęskniłem do uroczej, filigranowej pani, która występuje na tle pogodowej mapy w inne dni i w innych kolorach, przywraca honor i godność kobiecej spódnicy i przynajmniej nie pływa.

Michał Waliński
1 IX 2013 r.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Kleopatra i błazen

  1. Medium pisze:

    Najwierniejszymi odbiorcami polskiej TV jest chyba polska emigracja 🙂

    Polubienie

  2. iambogna pisze:

    Taki z Ciebie, Michale, blazen, jak z Beaty Tadli Kleopatra 😀 Jak dotad, zadna z kolejnych prezenterek "Wiadomosci" nie dorownala klasa Dorocie Gawryluk – wszystkie, reporterek nie wylaczajac, zamiast normalnie mowic, nieznosnie skanduja i warrrrcza :yuck:

    Polubienie

Odpowiedz na Medium Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s