Legia idzie na mistrza, kibice zeszli na dno

Jak co roku, po zakończeniu rozgrywek rodzimej ligi, media podsycają nadzieję kibiców na awans polskich zespołów do lig europejskich. Właściwie, to niczego podsycać nie trzeba. Cyklicznie, na czysto irracjonalnej zasadzie, w czerwcu, w lipcu i czasem jeszcze w sierpniu uaktywnia się z pełną mocą wiara kibiców i sporej części komentatorów sportowych w moc czołowych polskich drużyn. W ostatnich latach wiara ta zyskała pewne podstawy materialne: mamy coraz więcej pięknych i nowoczesnych stadionów, stadiony te na ważnych meczach są na ogół pełne, a jak nie, to występuje na nich (za dopłatą czterech milionów złotych) Madonna lub, bez dopłaty z państwowej kiesy (?) uzdrowiciel, w zainteresowanych klubach dokonuje się, na miarę zaściankowo-siermiężną, niezbędnych roszad personalnych i zakupów, bo dzisiaj, w cieniu stadionów, kwitnie handel ludźmi. No, może nie przybyło nam Messich, ale Gruzinów mamy, Serbów, Czarnogórców. I Nigeryjczyków. I Brazylijczyków. I kogoś z Paragwaju. I z Argentyny. A nawet dwóch Koseckich mamy – jednego w zarządzie piłkarskiej centrali, drugiego – wolnego strzelca niewyborowego) na zielonej murawie. Czy można więc potępiać marzenia? Nigdy! Nigdy w życiu! W marzeniach więc wykreowano już Legię na zdobywcę pucharu mistrzów Europy w edycji 2014/14. W tych nowych, eleganckich koszulkach i spodenkach, z asami w rękawie, nie może Legia nie zdobyć pucharu, tym bardziej że w polskiej lidze idzie jak burza, więcej – jak orkan i tajfun jednocześnie. …


Futbol do dzisiaj najpotężniejsza religia światowa, futbol wchłonął wszystkie inne religie i wiary, zaanektował znaczne połacie różnorakich kultur i, przy okazji, niestety, patriotyzmy, nacjonalizmy i szowinizmy tudzież. Niebawem futbol wchłonie cały świat, a Bogiem zostanie Michel Platini. W zasadzie świat już teraz funkcjonuje jako marna przybudówka do futbolu, rządy poszczególnych krajów stają się agendami lub marionetkami UEFA i FIFA, gospodarki narodowe bez futbolu niechybnie by padły. Jest parę wyjątków, mocno na przykład bez futbolu europejskiego trzymają się Stany Zjednoczone, lecz od kiedy takie Chiny połknęły kopanego bakcyla, PKB zaczyna im wyraźnie opadać.

Skopane, splute, zacharkane piłkarskie boisko to ołtarz w wielkiej futbolowej świątyni, rzut monetą jest jak podniesienie, gracze w objęciach po zdobytej bramce są jak najświętsza komunia i znak pokoju, a do rzeszy wiernych na trybunach, wyznawców przepięknie oznakowanych, pokolorowanych na twarzach i gdzie tam jeszcze, wytatuowanych, oflagowanych klubowo i narodowo, skandujących, wykonujących potężnie brzmiące, groźne, straszne i piękne pieśni, rytmicznie i wspólnie drgających, fale robiących nie można porównać wyznawców żadnej innej religii. Każdy mecz to nie mecz przecież, ale wielki obrzęd, autentyczny i spontaniczny, bo takiego obrzędu nie może odgórnie narzucić żaden FIFA-owski czy PZPN-owski episkopat. Ani żaden kościół. Dla znacznej części Polaków w weekendy i poweekendowe poniedziałki, środy oraz inne uświęcone przez UEFA dni tygodnia droga wiodąca na stadion jest ważniejsza od drogi do nieba. Tradycyjne Nieba największych światowych religii przegrywają konkurencję z niebem piłkarskim. Liga polska jest jak kościół w żółte i czerwone kartki, w czerń kapłańskich strojów przybrany, sędziowie jak świątynni celebransi, poszczególne kluby i ich terytoria jak parafie, niektóre przebogate, inne biedniejsze lub zupełnie biedne. Trenerzy są jak księża i katecheci zarazem, bezustannie pouczani i strofowani przez hierarchów, zmuszani do tułaczki od parafii do parafii, zdarza się, że sami wierni wzywają ich „na dywanik”. Spocona koszulka futbolisty znaczy dzisiaj więcej niż najświętsza relikwia, a jeśli to koszulka Messiego lub Ronaldo, znaczy więcej niż kawałek drewna z krzyża świętego i ma, zaiste, moc uzdrawiającą. Dla wielu chorych na raka, białaczkę i inne ciężkie przypadki dzieciaków, bez względu na płeć, chociaż dla chłopców częściej niż dziewczynek (do czasu), największym marzeniem jest być na wielkim meczu, dostać koszulkę piłkarskiego idola, autograf przynajmniej, spotkać się z nim w cztery oczy. Piszę to bez ironii, zaznaczam, bo dobrze ja wiem, dobrze wiem, jak znaczą marzenia dla chorego na raka, niekoniecznie dziecka. W każdym razie piłkarz dzisiaj więcej niż ksiądz, niż polityk znaczy.

Nie zamierzam w tym miejscu pisać o futbolowej religii, znakomicie czynią to inni, jak Kapuściński czy Pilch, gdzie mi do nich. Tak się jednak złożyło, taki mój czas, że z „całej telewizji” obejrzałem w ostatnich tygodniach tylko parę meczów i „Dziennik Telewizyjny” z 2 sierpnia 1988 roku w stacji „TVP Historia”. Gazety poszły won, pies im mordę lizał, choć szkoda psa, o literaturze, lekturach filmowych oraz o dupie Maryni (zgadnijcie, której?) z wyboru w tym miejscu nie piszę. Więc jeśli już, pomyślałem, to posmakuję trochę tej futbolowej religii i magii, bo żadna religia bez pierwiastka magicznego obejść sie nie może. Tym bardziej posmakuję, że Legia „idzie na mistrza”, mistrza Europy, Europy, a może i świata, i Kosmosu może, chociaż, jak dotąd, nie z Legii, ale z Legionów większy był pożytek. Co prawda, od 1956 roku jestem wiernym kibicem (niepraktykującym) Polonii Bytom, ale Legię darzę niekłamaną sympatią, mimo że kiedyś, w czasach autentycznie wojskowych, regularnie ograbiała „moją” Polonię z najlepszych (nie byle jakich, połowa co najmniej reprezentacji kraju!) zawodników.

No i masz, „posmakowałem”!

Lech grał jak stado z jedenastu starych szkap złożone, zwiezionych na pastwisko z różnych stron świata, a każda od dawna bez dostępu do krwistego rumaka. Także u chabet i koni najlepiej na mózg robi porządny, lecz niesamotny i koniecznie pozainternetowy seks. Wiadomo od dawna, że seks sprzyja inteligencji i myśleniu. Pomyślcie, czy bez seksu możliwa byłaby ewolucja? A czy jest coś bardziej inteligentnego od ewolucji? Gdzie jest ten Lech, który parę razy mnie zachwycił w ostatniej dekadzie? Miast ewolucji, degrengolada i zupełnie niepiękna katastrofa.

Legia. Legia „idzie na mistrza”, jednak nie jest pewne, o jakiego mistrza chodzi. Trudno podniecać się sukcesem w dwumeczu z amatorami z Wrexham. Molde było drużyną lepszą od Legii, Legia jakimś cudem dotarła do losowania kolejnej rundy, w meczu ze Steatuą cudu nie będzie, będzie czarno na białym, na pocieszenie pozostanie Legii liga Europy. Skądinąd 95 procent polskich sportowców, drużyn zadowala się miejscami czwartym i trzecim, „połową sukcesu” albo jego „ćwiercią”, jakby większych ambicji i motywacji brakowało. Pewnie bardziej – umiejętności, a zwłaszcza inteligencji. W sensie punktowym Legia wymęczyła „swoje”. W sensie sztuki piłkarskiej pokazała antyfutbol. Ten Gruzin, któremu ciągle się nie chce. Albo taki Kosecki. Ma pewne walory, mógłby zostać nowym Brychcym, ale nigdy nie zostanie, bo w jego mniemaniu mądrość w futbolu polega na zrobieniu dwóch brazylijskich „kiwek” i wysłaniu piłki w kosmos. Piłka to nie sputnik, panowie, zdecydowanie nie – piłka wymaga czułości i inteligencji, czarownego współżycia, częstych i mądrych treningów; jak bijesz piłkę, a nie grasz w piłkę, to piłka ci miłością nie odpłaci, nie odda bez reszty.

Równie inteligentnie, jak dwaj wymienieni, zachowywała się w tych meczach cała drużyna, poczynając od tego, że wszystkim legionistom zdecydowanie myliły się kierunki geograficzne. Jeden Kucharczyk wiosny nie czyni. Panowie, może GPS-y sobie przed wyjściem na boisko do gatek poprzypinajcie! W ogóle, gracze Legii sprawiali w tych meczach wrażenie, że są na siebie (co do jednego) wzajemnie „poobrażani”, a na dodatek, zobaczyli się po raz pierwszy dopiero wczoraj. Urbi et Orbi, Urban.

Śląsk. Śląsk pokazał, na czym polega piłkarski kunszt, na czym polega piłkarska inteligencja. Gdybyż tak Śląsk zechciał w tej sztuce trwać konsekwentnie, przynajmniej przez rok, przez dwa lata… Panie Engel! Panie Fornalik! Śląsk w tym momencie to jednak nie polska myśl szkoleniowa, to myśl czeska. Czesi to solidny naród. Pragi nie zmarnowali. Samochody własne świetne robią. I piwo mają zdecydowanie lepsze od „Tyskiego” czy „Żywca”. No i mają bodaj dwa tytuły wicemistrza świata. No i na Euro nas wykiwali.

Nie „posmakowałem” więc specjalnie piłki. Co mi zatem zostanie z tego trudu telewizyjnego „smakowania”, jaki sobie zadałem?

Zostało parę różnych obrazków.

Obrazek pierwszy: Lechia. W meczu z Barceloną próbowała bezczelnie „tiki-takę” pokazywać. I byłoby fajnie, nawet cudownie, gdyby pod koniec nie doszła do głosu podwórkowa, zaściankowa mentalność i gdyby nie skopano brutalnie Neymara.

Obrazek drugi: kibice Legii. Dali znać o sobie już we Wrexham, a bardziej w Molde. Jak by ktoś podskoczył, dostałby niechybnie w mordę. Trybuny z Polakami – groźne ściany złożone z muskularnych, włochatych, brzuchatych i wytatuowanych nagich męskich torsów. Wyćwiczone co to sekundy i centymetra okrzyki, śpiewy i ruchy, jakby pod sznurek jakiegoś grupowego „firera”. Z trybun tych ciągnęło tępą siłą, butą i grozą. I zaprzeczeniem Platońskiej estetyki, mimo że to o facetów chodzi. Iść na mecz jak na wojnę? Dziękuję, postoję. Ściślej mówiąc, poleżę, bo z chodzeniem już całkiem u mnie krucho i gdybym wyszedł, to daleko bym nie doszedł. Ale ja, urodzony tuż po wojnie, z obozem koncentracyjnym w domu, pomieszkujący przez lata całe przy różnych sierocińcach i domach poprawczych, mentalny hipis, obiecałem sobie niegdyś, że nigdy na żadną wojnę nie pójdę, chociaż stopień podoficerski posiadam. I dotrzymam słowa. Nie ma nic bardziej odpychającego, by użyć eufemizmu, niż obnażający się publicznie i paradujący w gatkach mężczyźni. Trzystu, czterystu, pięciuset takich machos na widoku publicznym? Wytatuowanych? Obrzydliwość, chociaż na wszystko znajdą się amatorki i amatorzy. Myślę, że ze względów chociażby estetycznych powinien zostać wprowadzony zakaz obnażania się przez mężczyzn na stadionach. Kobiety niech robią, co chcą, tym bardziej że Polki są o kilka klas estetycznych wyżej od Polaków.

Obrazek trzeci: kibice Lecha awanturujący się w Finlandii.

Obrazek czwarty: znów kibole Lecha. Tym razem w trakcie meczu z Litwinami wywiesili na trybunie długi na pięćdziesiąt metrów i misternie wykonany transparent z napisem: „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem!” Żeby sobie nie tylko Pani Ambasador z Litwy, obecna na meczu, przeczytała.

Trudno dotkliwiej uderzyć w czyjąś godność i dumę narodową, upokorzyć. Kibiców Lecha zapewne jeszcze długo nikt w chamstwie, nienawiści i bezmyślności nie przebije. Chociaż, kto wie… Patrząc na stadionową subkulturę, może nie wypada być aż takim pesymistą?

Michał Waliński
11 VIII 2013

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Legia idzie na mistrza, kibice zeszli na dno

  1. mywitold pisze:

    podoba mi się następujące określenie:"chłopcy w piłkę kopani" :)))

    Polubienie

  2. marylak pisze:

    Niezależnie od innych podziałów, ludzkość dzieli się na kibiców piłki nożnej i tych, co nie mogą pojąć pasji i sensu gapienia się na ganiających za piłką facetów. Wewnętrzny podział tych pierwszych na kibiców i pseudokibiców w niczym nie zmienia smutnego faktu, że co najmniej połowa ludzkości nigdy nie wyrasta z krótkich spodenek i podkolanówek.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s