Ignoranci czy patrioci?

[…]
To wszystko, co jest filozoficznym gdybaniem, mniej mnie w tym miejscu obchodzi, aczkolwiek w naturze wszelkich rzeczy leży, że wchodzą we wzajemne związki i wydają na świat inne rzeczy.

Polska historyczna skłonność do zasiedziałości, nasza inercja intelektualna i gnuśność, zdecydowanie nie sprzyjały tendencjom awangardowym. W szerokim i wąskim rozumieniu pojęcia. W życiu społecznym i w sztuce. Owszem, część elit artystycznych (sztuka, muzyka, literatura) była otwarta na wpływy awangard z Zachodu, transponowano, z różnym skutkiem, nowości na grunt polski, także jakaś część elit umysłowych była zawsze au courant. Najbardziej awangardowe polskie dzieło w wieku XIX — „Lalka” Prusa — nie przebiło się jednak na rynek zachodnioeuropejski, a są argumenty za tezą, że jest to wówczas najlepsza, najbardziej nowoczesna powieść europejska, co piszę jako wierny czytelnik Dickensa (niegdyś), Stendhala, Balzaka, Zoli i Tołstoja. …

Sytuacja zmieniła się na korzyść w XX wieku, głównie za sprawą niektórych osiągnięć w dziedzinie muzyki i sztuk plastycznych. Pamiętamy o Schulzu i Witkacym, ale Witkacy-dramaturg to przy całej swojej oryginalności pisarz obciążony manierą „młodopolskiego” w stylu gadulstwa, jakiejś polskiej odmiany „czechowszczyzny”, co ma swój urok, lecz od czytelnika lub widza z Zachodu wymaga kompetencji Geroulda. Schulz jest uniwersalny, podobnie jak (inaczej) Iwaszkiewicz w prozie, ale czy Iwaszkiewicz stał się pisarzem stricte europejskim? Szkoda, bo jak nikt inny pokazywał najbardziej uniwersalne sprawy ludzkie. Raczej Gombrowicz, gdy odrzucimy odniesienia do polskich realiów i spojrzymy na jego prozę poprzez paradygmat antropologiczno-kulturowy i filozoficzny. Poezja? Tu mamy do czynienia ze sprawą bardziej złożoną, bo Polska to kraina wybitnych poetów. Mamy zatem dwoje noblistów poetyckich, ale i tego wiecznie niedocenionego przez Sztokholm, aczkolwiek znanego w kręgach intelektualnych na całym świecie Tadeusza Różewicza. „Przebili się” w awangardzie muzycznej Penderecki, Górecki i Szalonek, uznanie świata zdobyła cała plejada wielkich polskich kompozytorów. Rzecz dyskusyjna, na ile znani światu byli i są przedstawiciele polskiej awangardy w sztuce 20-lecia, z perspektywy światowej niewątpliwie ważne są takie nazwiska późniejszych twórców, jak Abakanowicz czy Szaposznikow, ponadto nazwiska twórców polskiej szkoły plakatu. Kino? Mamy „polską szkołę”, Kieślowskiego, ale w odniesieniu do kina polskiego o awangardzie trudno mówić. Chyba że „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jerzego Hasa?

W tym miejscu odnotujmy rzecz zastanawiającą. Nie było po reformie ustrojowej w 1989 roku dziedziny tak obfitującej w kontrowersje i „skandale”, jak sztuki plastyczne (za wyjątkiem może teatru i niektórych nurtów w muzyce, np. rapie, rocku, punku, hip-hopie). Chodzi głównie o tzw. sztukę krytyczną, przeciwstawiającą się neobanalizmowi, i cały rząd nazwisk, z których wiele — trzeba podkreślić — zaznaczyło się w Europie i w świecie, szczególnie jeśli chodzi o performance, wideo czy instalacje. Aczkolwiek zaczęło się od kontrowersyjnych wystąpień artystycznych Mirosława Bałki czy Artura Żmijewskiego, reprezentujących płeć męską, niejakim symbolem postawy twórców z kręgu sztuki krytycznej oraz jej „skutków” społecznych i obyczajowych stały się artystki — Katarzyna Kozyra i Dorota Nieznalska. Proces wytoczony tej drugiej za sprawą instalacji „Pasja” (Galeria Wyspa w Gdańsku, 2001 r.) w pierwszej instancji zakończył się wyrokiem skazującym, po ośmiu latach sąd drugiej instancji uniewinnił artystkę.
Mamy więc do czynienia z pierwszym w III RP chyba wyrokiem sądowym skazującym artystę nie za pospolite przestępstwo lub wykroczenie, takie rzeczy się zdarzały, ale za „popełnione” …dzieło sztuki. (W tym kontekście trzeba wspomnieć o toczących się innych sprawach sądowych: przeciwko Dodzie za jej wypowiedź na temat Biblii i przeciwko Nergalowi z akt zniszczenia Biblii w trakcie koncertu muzycznego. W wypadku Dody chodziło raczej o element autokreacji poprzez prowokację, co do Nergala — można dyskutować, na ile czyn był elementem kreacji artystycznej, bo prowokacją niewątpliwie był).

Dlaczego przywołuję cassus sztuki krytycznej, poszukując odpowiedzi na pytanie „Czy Polacy zdurnieli?” jak to ujęła red. Ewa Wanat). Z paru powodów.

Po pierwsze, kilkadziesiąt „afer” i „skandali” związanych z artystami z tego kręgu doprowadziło w wolnej Polsce do zaistnienia i umocnienia się silnej cenzury wewnętrznej (poczynania i reakcje samych artystów, krytyków sztuki, kierownictw galerii artystycznych czy muzeów itd.). Poczuliśmy atmosferę jak ze średniowiecza czy XVII i XVIII wieku (na naszych ziemiach spalono kilkaset czarownic) i to w sytuacji, kiedy formalnie nie działa w Polsce współczesnej instytucja w rodzaju świętej inkwizycji. Nie ma także oficjalnie urzędów zajmujących się cenzurą.

Po drugie, instalacje i inne dzieła twórców spod znaku sztuki krytycznej za przedmiot wypowiedzi artystycznej brały najczęściej tematy kontrowersyjne lub przemilczane przez „oficjalną”, czyli aprobowaną przez krytyków artystycznych i mecenasów sztukę (cielesność, gender, tożsamość seksualna, starość, choroba, kalectwo, nazizm), i w ogóle rysowały mało optymistyczny obraz Polski okresu transformacji ustrojowej. Do odbioru takich treści szeroka publiczność w Polsce nie była i w zasadzie nie jest przygotowana.

Po trzecie, ta właśnie sztuka, odczytując znakomicie pewne nastroje społeczne, podejmując kontrowersyjne tematy i jednocześnie będąc obiektem zmasowanej krytyki ze strony ultraprawicowych polityków i ideologów, a ponadto „oficjalnych” krytyków sztuki, mediów katolickich (Radio Maryja) i często artystów z innych nurtów, jest doskonałym „wziernikiem” do obyczajowości, kultury i mentalności Polaków na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia.

Po czwarte, jest tym „wziernikiem”, bo podejmuje generalnie temat polskiego konserwatyzmu myślowego.
Rację ma Magdalena Ujma w ciekawym i rzetelnym, dokumentującym historię „afer” szkicu „Skandale artystyczne w Polsce po 1989 roku”, gdy podkreśla (czynił to także jeden z „zainteresowanych” — Artur Żmijewski), że wspomniani artyści powinni zdawać sobie sprawę ze skutków społecznych i obyczajowych własnych prowokacji, i gdy przypomina kwestię istotną: pytanie o granice wolności artystycznej .
Jest to pytanie z rzędu tych, na które nie uzyskamy adekwatnej i zadowalającej wszystkich odpowiedzi, nie udzielę jej więc w tym miejscu.

Skandale jednak ujawniły, i to jest cenne, skalę polskiego ciemnogrodu, niektóre z jego umysłowych fundamentów (skrajna prawica, nacjonaliści, LPR-owcy, Młodzież Wszechpolska, ośrodki i media związane z życiem religijnym) oraz listę tematów zakazanych, w szczególności tych, w których cielesność i seksualność kojarzone była z symboliką religijną. Od wieków więc w tym zakresie w mentalności polskiej niewiele się zmieniło, chociaż w dzisiejszej Polsce J. A. Morsztyn doczekałby się procesu sądowego za wierszyk „Na krzyżyk na piersiach jednej panny”. Może na jakieś dwa lata z zawieszeniem skazano by także autora „Monachomachii”, biskupa skądinąd.

Zastanawiające jest, że głosy potępienia dla instalacji i wideoinstalacji w rodzaju wspomnianej „Pasji” Nieznalskiej, „Grzechu Pierworodnego – Domniemanego Projektu Rzeczywistości Wirtualnej” Alicji Żebrowskiej, „Łaźni” Kozyry padały często ze strony światłych wydawałoby się krytyków sztuki (Osęka, Cichy, Woźniakowski), a głosy „oficjalnie” broniące artystów podszyte były zwyczajną obłudą. Za szablę chwycił nawet znany aktor Daniel Olbrychski i zaszlachtował kilka fotosów na wystawie Piotra Uklańskiego pt. „Naziści”. Ówczesny minister kultury zachował czujność, ergo zachował się jak łaskawy kacyk partyjny z czasów PRL, każąc artyście napisać objaśnienia do własnej sztuki i wywiesić je przed wejściem . Należy żałować, że Uklański nie zastosował się do zalecenia ministra i „zwinął” wystawę w Zachęcie, bo miał życiową szansę zostać kimś w rodzaju Marcina Lutra w kościele polskiej sztuki.

Jak wiemy, czytanie nie cieszy się wśród Polaków wzięciem, literatury i książek Polacy nie poważają (runem na książki kucharskie i poradniki typu „Sexy mama” nie będziemy się tu zajmować). Można się dziwić, że ten naród wydał aż czterech noblistów w dziedzinie literatury . W teatrze wzięciem tłumów cieszą się przede wszystkim farsy, a poczynania Lupy, Warlikowskiego, Jarzyny i in. obchodzą statystycznie nielicznych rodaków (chyba że jakaś aktorka prowokacyjnie pokaże publiczności lub reżyserowi tyłek lub wybuchnie jakaś „afera gejowska”). Równie ubogim wzięciem cieszy się tzw. muzyka poważna, no bo powiedzmy szczerze: Szalonek, Bacewicz, Górecki, Lutosławski, Penderecki to nie byli i nie są idole tłumów — w przeciwieństwie do twórców i wykonawców disco-polo, Piotra Rubika, uczestników programów w typie „Must be the music”, „X-Factor” lub „The Voice of Poland”, nie mówiąc o celebrytach i odtwórcach ról w popularnych telenowelach. W Polsce nawet Mozart jest w odczuciu większości twórcą zbyt trudnym, jednak przyznać trzeba, że dużą „oglądalność” miały zawsze koncerty wiedeńskich filharmoników transmitowane przez telewizję w Nowy Rok.

I chociaż najmniejszym wzięciem wśród „ukulturalnionych Polaków” cieszą się chyba sztuki plastyczne, zwłaszcza spod znaku eksperymentu i awangardy, to okazuje się, że w pewnych momentach niemal cały naród zna się na sztuce co najmniej tak dobrze jak na żurku, strojach krakowskich i piłce nożnej. Tak było w wypadku „dyskusji” o dziełach Kozyry czy Nieznalskiej, tak było szczególnie, gdy Maurizio Cattelano wystawił w Zachęcie rzeźbę La Nona Ora. Do nieporozumień na styku estetyki, religii i etyki musi dojść, gdy „naród”, wyposażony od wieków w świadomość kiczową, na co dzień wyrażający swoje potrzeby estetyczne głównie w „postawie kiczowej” , próbuje odczytywać (interpretować) nieszablonowe dzieło sztuki. Taki „naród” nie dopuści do jakiegokolwiek zamachu, a zwłaszcza „zamachu” estetycznego, na cześć „polskiego papieża”. Oczywiście demontranci muszą mieć swoich światłych nauczycieli estetyki i etyki, inspiratorów, w tym wypadku byli to szołmen i sztandarowy patriota prawicy Cejrowski oraz posłowie Nowina-Konopka i Tomczak. Zasłużonej dyrektorce „Zachęty” wytknięto „żydowskie korzenie”, w rezultacie podała się do dymisji. Pamiętaj zatem, Czytelniku: jeśli gdziekolwiek jakiś meteor zagrozi pomnikowi, wizerunkowi i czci „naszego papieża”, to jest to sprawka Żydów (bądź żydów). Pamiętaj także o tym, że każdy papież to istota absolutnie niematerialna, a w ogóle — niech kabarety polskie nie mieszają się w sprawy teologii.

Czy można w tej sytuacji dyskutować o tysiącach kiczowych pomników Jana Pawła II, którymi zaśmiecono i tak mocno zaśmiecony architektonicznie i dosłownie pejzaż polski? Koszmarnych figurkach (dziesiątki pozycji), które pojawiły się na współczesnych straganach z okazji beatyfikacji? Czy można podnosić kwestię, że „polski papież” ma także udział w aktywizowaniu polskiego umysłowego konserwatyzmu i utrwalaniu estymy Polaków dla kiczu oraz kreowaniu masowych kiczowych zachowań z „Barką” w roli głównej? Czy próba transponowania na świat polskiego ludowego katolicyzmu, z kultem maryjnym i kultem ikon w ogóle, to najlepsza „alternatywa” dla współczesnego Kościoła? Nawet gdy szczerze docenia się takie czy inne bezdyskusyjne zasługi K. Wojtyły, dyskusja w Polsce o pewnych sprawach nie jest możliwa.

Cóż powiedzieć? Gdy chodzi o krzyż i płeć oraz „polskiego papieża”, w Polsce nadal obowiązuje — w obronie nienaruszalnych pryncypiów — stare bojowe hasło spod znaku Trylogii „Hej, szable w dłoń!” Towarzyszą mu dwie nowe pieśni patriotyczne: „Polska, Biało-Czerwoni” oraz „Polacy, nic się nie stało”. W trwających od lat godzinkach i czuwaniach smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie do
minują pieśni tradycyjne, jak „Boże, coś Polskę”. Najświętsza Panna, „Radio Maryja”, ambona, biskupi, partie nieustannie czuwają nad moralnością Polaków. Aby uczynić obronę „przedmurza” jeszcze bardziej skuteczną, pewne ośrodki podjęły w ostatnich latach akcję ukoronowania Chrystusa na „Króla Polski”, a że próba nie powiodła się, ufundowano Chrystusowi największy pomnik w tej części Europy. Największy i najprzedniejszy kicz.

Monstrualny świebodziński pomnik ustawić należy w „nurcie” lansowanej zupełnie serio przez środowiska prawicowe, konserwatywne, dogmatycznie patriotycznie tzw. nowej sztuki narodowej. Na niedawnej wystawie „Nowa sztuka narodowa” zorganizowanej przez Muzeum Sztuki Współczesnej zgromadzono liczne projekty pomników upamiętniających katastrofę smoleńską (np. „Dziewczynka z samolotem”), okładki tabloidów poświęcone cudowi w Sokółce czy innym cudownym zrządzeniom Opatrzności Bożej (relikwie Jana Pawła II ratujące samolot prowadzony przez kapitana Wronę przed niechybną katastrofą), happeningi patriotyczne kibiców „Legii” Warszawa (oprawa towarzyskiego meczu piłkarskiego Legii Warszawa i ADO Den Haag, jak i graffiti, vlepki i szablony wykonywane przez grupę Warsaw FanaticS), komiksy nauczające prawdziwej (!) historii Polski, okładki wykonane przez Jana Zielińskiego dla „Frondy”, przykłady z muzyki hip-hopowej. Wystawa miała m. in. „umacniać tożsamość narodową”. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że inspirowały ją środowiska lewicowe (stał za tym znany „prowokator” Artur Żmijewski), pominięto w jej opracowaniu zainteresowanych artystów, w programie zaznaczono, że „Wystawa powstała we współpracy z Fundacją Współpracy Polsko Niemieckiej, Goethe Institut, 7. Biennale Sztuki Współczesnej w Berlinie”. Zatem była ta wystawa swoistą „akcją” i edukacyjnym projektem badawczym. Wiele mówiącym.

W ocenie niżej podpisanego jednym z najważniejszych symboli i dokonań nowej sztuki narodowej jest — obok Chrystusa w Świebodzinie czy wznoszonej za niewyobrażalne pieniądze Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie — pomnik poświęcony katastrofie smoleńskiej, przedstawiający żelbetonową makietę rządowego TU-154M w skali 1:2,5, odsłonięty obok Golgoty Narodu Polskiego, sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Kałkowie-Godowie. Dzieła i projekty spod znaku nowej sztuki narodowej cieszą się autentycznym zainteresowaniem i zdecydowanym na ogół aplauzem tłumów, stanowiąc niejaką konkurencję dla gwiazd telenowel i celebrytów. Trafiają bowiem bezbłędnie w gusta estetyczne stricte masowej publiczności, uruchamiają pewien typ emocji i „wzruszeniowości”. Okazuje się, że masy można przekonać do sztuki, wystarczy tylko odpowiednio te masy edukować, tłumaczyć, co jest, a co nie jest narodowe, katolickie i prawdziwie patriotyczne. „Nasze”, „Polskie”.

Warto jednak wykonać pewne zadanie umysłowe i odpowiedzieć na pytanie: czy można postawić znak równości pomiędzy realizmem narodowo-patriotycznym w Polsce pierwszej dekady XXI wieku a kiczem?

Zdaniem malarki Agaty Bogackiej „na Zachodzie odbiór sztuki jest generalnie lepszy niż w Polsce. Nie ma się więc co dziwić, że niektórzy artyści właśnie tam rozwijają swoją karierę. Na Zachodzie ludzie są bardziej otwarci i ciekawi sztuki. Lepiej ją także rozumieją. W Polsce publiczność jest natomiast bardzo krytyczna i dość konserwatywna w swoich gustach. Taka już jest nasza narodowa mentalność.” (http://natemat.pl/57607,jej-obraz-wisi-w-domu-madonny-czy-zawsze-warto-zachwycac-sie-polskimi-artystami-ktorzy-odniesli-sukces-na-zachodzie)

Opinia A. Boguckiej o polskiej publiczności jest najwyraźniej rodzajem eleganckiego eufemizmu. Kiedy zastanawiamy się nad słusznością lub nie opinii red. E. Wanat o „durnocie Polaków”, nie możemy nie zauważyć, że potencjał estetyczny ogromnej rzeszy Polaków wyczerpuje się praktycznie w niestannym zapotrzebowaniu właśnie na kicz i estetyczną tandetę, czego w ostatnim okresie dowodzi zainteresowanie szerokiej publiczności dziełami bujnie się rozwijającej tzw. sztuki smoleńskiej (podkreślam, że pamiętam o bardziej wyszukanych potrzebach estetycznych wąskich kręgów społecznych, aspiracjach „elit”, cokolwiek dzisiaj znaczy słowo „elita”).
[…]

Fragment obszerniejszego szkicu. Por.
http://pl.scribd.com/doc/137754160/Micha%C5%82-Wali%C5%84ski-Czy-Polacy-%E2%80%9Ezdurnieli%E2%80%9D-My%C5%9Bli-nieokrzesane-o-ksenofobii-ignorancji-i-kiczu

Michał Waliński

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Ignoranci czy patrioci?

  1. Pingback: Fundamentalizm po polsku. Pełzająca quasi-rewolucja | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s