Tango w Watykanie (Z pamiętnika zgryźliwej staruchy — 13 03 2013)

Dzisiaj wstałam o godzinie ósmej. Jak na sześćdziesiątkę z kawałkiem, wstałam stanowczo za wcześnie i w dodatku lewą nogą. Byłam wściekła jak wszyscy diabli. Nie wiem, dlaczego mówi się „jak wszyscy diabli”, bo zwykle spotykam wyłącznie rechocące diabły, a najwięcej ich w polityce. Diabeł z definicji ma zawsze dobry humor i diabelski błysk w oku. Gdy już chciałam zastosować kontrmagię w postaci siarczystego splunięcia i odczynienia potencjalnych uroków, uświadomiłam sobie, że lewą nogą wstaję codziennie od lat, bo tak jest ustawione moje małżeńskie łóżko i jakbym nawet chciała prawą, musiałabym wykonać obrót przez lewe udo i wysiadać z łoża tyłkiem do góry, a to byłaby prawie pornografia. Po przemyśleniu sprawy uznałam jednak, że lewa noga straciła skuteczność w wyniku dysfunkcjonalizacji przez zasiedzenie i nic mi nie grozi, więc obdzwoniłam bukmacherów, aby sprawdzić, jak tam dzisiejsze notowania. Okazało się, że praktycznie bez większych zmian. Główka pracuje, obstawiłam faceta z Wietnamu, jak wygra, będę bogata. Chciałam też postawić na człowieka z Indonezji, ale w porę się zorientowałam, że nie dojechał, chyba zachorował albo przekroczył dopuszczalny limit wieku. Będzie jak będzie — pomyślałam — najwyżej stracę tę stówę, szybko sobie odrobię na Szczęsnym, to znaczy obstawię, że w najbliższym meczu ligowym Wenger wpuści Szczęsnego w miejsce Fabiańskiego. …

Poranne ablucje trwały dłużej niż zwykle, wymyłam włosy, wyczesałam, pomalowałam paznokcie, muszę być piękna na wieczór. Może nawet nosek przypudruję. Dzisiaj trzynastego. Nie, nie chodzi o wiosnę w sercu, każdego trzynastego na naszą klatkę schodową przypada dzień roznoszenia przez listonosza rent i emerytur, ale się ten listonosz obłowi! Po prawdzie, należy mu się, ciężka torba, co rusz domofon nie działa i musi szukać sposobu, a jaka odpowiedzialność. Ja bym pewnie od razu z taką wypchaną torbą poleciała do jednorękich bandytów. Zresztą parę lat temu jeden listonosz z naszego miasteczka tak zrobił, potem mówiło się, że zwariował. Co to nałóg może z człowieka zrobić!

Z okazji trzynastego tradycyjnie urządzam wieczorem małego pokerka, zaprosiłam po koleżeńsku cztery babki z sąsiedztwa mniej więcej w moim wieku, muszę je koniecznie ograć, tylko niech renty wezmą. Zrobimy sobie takie małe babskie konklawe. Faceci nie mają wstępu, chyba że jakiś dobrze sytuowany emerytowany policjant, wojskowy lub poseł, obowiązkowo z dobrą prezencją. To co innego.

A swoją drogą to niesprawiedliwe, że tam stawiają wyłącznie na facetów. Jak to się ma do poprawności politycznej? Im bliżej trumny, tym więcej mam w sobie z feministki. Jak się wkurzę, to zrobię jakąś manifę na tym placu w Rzymie, jak mu tam…. „Kobieta na papieża!”, „Chcemy parytetów!”, „Żądamy prawa do orgazmu dla sześćdziesięciopięciolatków!”, „I do godnego zejścia!”, „Precz z ducho(wn)ym szowinizmem!”, „Żeby Polska była Polską!”, „Koniec dyktatury Matki Polki!”, „Ręce precz od konkubinatów!”, „Wypuścić kury z kurników!, „Wszyscy ludzie są ludźmi!”

Przy śniadaniu (dwa jajka na miękko, chleb ze szczypiorkiem, odrobinka dżemu z pigwy) zaczęłam przeglądać świeży numer „Polityki”. Wielkie, wielkie rozczarowanie. Nie ma Walewskiego, a ja zawsze rozpoczynam lekturę „Polityki” od Walewskiego, bo chcę wiedzieć, czy mi klimakterium na mózg nie padło i czy warto się szczepić przeterminowanymi szczepionkami przeciw grypie. Jesienią nam zafundowali te z 2009 roku! Jeszcze gorzej, bo nie ma też Stommy. Ludwika. Co oni, powariowali? Ja bez Stommy nie mogę, jestem fanką Stommy, tydzień bez Stommy jest tygodniem jałowym. Jak nieuprawiana gleba. Jest za to Hartman, gdzie ten się jeszcze wciśnie?! Od roku boję się otwierać lodówkę, bo może z niej wyskoczyć Hartman. Albo Lis z Olejnik. A w ogóle to bardzo niesprawiedliwe. W Warszawie mają „Politykę” we wtorek, a ja dopiero we środę, trzeba z tym zrobić porządek. Coraz gorzej. Jak pierwszy raz usłyszałam Paradowską w radiu, przestałam czytać Paradowską w gazetach. I wyłączam radio. Albo albo. Żakowski, Lis, Olejnik — oni wszyscy są bardziej renesansowi niż Leonardo da Vinci.

Podjadam dżemik pigwowy, kartkuję ulubiony tygodnik, jak co tydzień rzygam na „Mea Kupę” Wojewódzkiego — po co to „Polityce”? — lecz co rusz zaglądam do Internetu, czy już leci odpowiedni dym z właściwego komina, coraz bardziej denerwuję się, że stracę swoje sto złotych i żaden Szczęsny mi nie pomoże.
W końcu wymyśliłam, że długo tak nie wysiedzę, bo cała jestem w nerwach, postanowiłam więc zrobić zakupy. Zwykle na zakupach się uspokajam, choć do marketów nie chodzę, za dużo ludzi, zapachy i muzyka mnie rozstrajają, boję się, że mnie jak złodziejkę potraktują, no i za daleko. Co za logika! W centrum same banki, a sklepy za miastem. Włożyłam stary pulowerek, kiedyś bardzo ładnie opinał mnie w górze, jednak dzisiaj mocno się świeci i mówiąc szczerze, już nie ma co opinać, taki mój los człowieczy. Do tego kapelusik z piórkiem na głowę, ten, co lubię, piórko z japońskiego bażanta. Oblałam się też obficie perfumą, prawdziwą radziecką, zostało mi ze starych zapasów, wzułam na nogi rozlatujące się botki, noszę je nie z biedy, ale że wygodne, tylko trochę zabezpieczam drutem. No i na sam koniec moje ukochane futerko. W tym futerku jeszcze drugiego i trzeciego męża chowałam, właściwie to nie ma już na nim futerka, bo całkiem wyliniało, ale lisek zastępujący kołnierz ciągle dobrze się trzyma, mordkę ma ciągle jak żywą, że kury można straszyć, dlatego nie wyrzucam mojego futerka, choć ma ze czterdzieści lat.
Gretą Garbo to ja nie jestem, lecz jak wytworna i kulturalna dama wkroczyłam do osiedlowego sklepiku. Co tam — zaszaleję! Ucztę sobie na babskim konklawe zrobimy. Wzięłam pięć deko pasztetowej, dwa serki topione z przeceny, ćwiartkę wczorajszego chleba, dwa plasterki salcesonu, trzy lekko pęknięte jajka, też obniżyli, obowiązkowo herbatkę ziołową w torebkach, małą kawę „Inka”, którą mieszam z prawdziwą, żeby było na dłużej, i za te wszystkie dobra ręcznie zapłaciłam. Ja nigdy nie płacę kartą, zawsze ręcznie, takie mam zasady.

Przeliczyłam grosiki, podziękowałam za resztę i już miałam wracać do domu, kiedy mnie coś tknęło, może to był mój osobisty Anioł Stróż. Zawróciłam od drzwi sklepowych, uśmiechnęłam się szatańsko i poprosiłam panią Kasię dodatkowo o ćwiartkę spirytusu. Tego mocniejszego. „Na smarowanie” — wytłumaczyłam. Sama czystego spirytusu nie piję, co to, to nie, co najwyżej raz na jakiś czas zamoczę usta w domowym ajerkoniaku, przy wielkim święcie posmakuję. Uśmiech na mojej twarzy wywołała myśl, że zaproszonym sąsiadkom doleję ukradkiem spirytusu do herbatki, żeby były przy pokerku łatwiejsze. Sprzedawczyni lekko się zdziwiła, ostatecznie to nie jej sprawa, poza tym pani Kasia jest całkiem w porządku, czasem nawet na kreskę daje, ale nigdy osiedlowym menelom.

Teraz to już naprawdę się spieszyłam do wyników bukmacherskich, a tu jak na złość żadna z trzech wind nie działała. Po schodach nie dam rady, nogi już nie te, chociaż na oko ciągle niczego sobie, nawet czasem je golę starą maszynką po mężu. Co robić? — zachodzę w głowę i drobię tymi nóżkami w miejscu. Na szczęście jak wraz nadszedł sąsiad, otwiera drzwi do windy i pyta zapraszająco-rozkazująco: „Wsiada pani?” Teraz to już całkiem zgłupiałam, wywalam na niego gały, a on niepytany wyjaśnia: „Winda jest dobra, stoi, tylko znowu, chachary, żarówkę ukradły i jej nie widać, żeby ich…” I zapatrzył się jak jakiś podglądacz w resztki dawnej urody na mojej naturalnie postarzałej twarzy, może te radzieckie zwietrzałe feromony tak go usposobiły? Ostatni to mój Eugeniusz tak na mnie patrzył, było ze trzydzieści lat temu, stan wojenny, boskie czasy, inaczej się oddychało, a moje futerko było wtedy jeszcze całkiem całkiem, nie to, co dziś.

„Co tak patrzy jak ta małpa w ZOO na człowieka?” — burknęłam w miarę ugodowo i bezczelnie oddałam mu spojrzenie. Lepiej nie zrażać człowieka, to tylko sąsiad, ale może kiedyś się przydać, gdy jakiś duży gwóźdź trzeba będzie wbić w betonową ścianę lub zapchaną rurę odetkać. Nie zdążył odpowiedzieć, bo winda stanęła na moim piętrze i jak najprędzej wysiadłam.

Swoją drogą, ten świat jest dziwny. Tam siedzą zamknięci na tym konklawe i obstawiają, tylko nie wiemy, ilu i jakich w tej chwili jest w puli, a tu żarówki w windzie kradną, stary pryk cię wzrokiem w windzie molestuje, ludzie kupują pasztetówkę i spirytus, dzieci uczą się w szkole, na dworze miała być wiosna, a jest znowu zima, radni chcą ożywić kulturalnie centrum miasta, zamieniając je w jeden wielki ogródek piwny, banki powstają i bankrutują, łabądki na stawach przymarzły do lodu, Rostowski po raz kolejny wkłada łapę do naszej kieszeni, geje i lesbijki domagają się praw, dozorczyni złamała nogę, kibole szykują się na mecz pucharowy, inflacja zastraszająco maleje i nawet to okazuje się niedobrą wiadomością, dzieci rodzi się coraz mniej, rozwodów i związków nieślubnych coraz więcej, Tusk się wypiął na wszystko i gra w berka z Gowinem i Schetyną, a w tych niby wygodnych botkach tak naprawdę nie da się już chodzić, bo całkiem rozleciałe. Gdzie ja teraz takie botki kupię? Ten świat się nie trzyma kupy, a to całe konklawe to chyba z Marsa. Na dole tłumy. Wysoko scena w postaci niewielkiego balkonu. Biały dym. Zakłady, kto tym razem wystąpi w roli głównej. Podniecenie. Heca. Widowisko. Teatr dla ubogich i bogatych, zwłaszcza turystów nazywających się pielgrzymami. Istne dzieło sztuki masowej. Jakie, no jakie ma to znaczenie dla świata? Dla mnie?— zastanawiałam się.

Całość można przeczytać na stronie:

http://pl.scribd.com/doc/130994447/Micha%C5%82-Wali%C5%84ski-Tango-w-Watykanie

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Tango w Watykanie (Z pamiętnika zgryźliwej staruchy — 13 03 2013)

  1. 16Siko15rek pisze:

    Pozdrawiam serdecznie.

    Polubienie

  2. ewazygmunt pisze:

    Nie, nie chodzi o śnieg. Ale po przeczytaniu porannych wyznań staruszki, uśmiech wstąpił na moje kwietniowe oblicze.

    Polubienie

  3. 16Siko15rek pisze:

    Czy chodzi o to, że śnieg pada? Postaram się coś z tym zrobić. I wszystkim życzę wiosny.

    Polubienie

  4. ewazygmunt pisze:

    Panie Profesorze, dziękuję za miły początek dnia!!!

    Polubienie

  5. anonymous pisze:

    zgryźliwa starucha writes:baaardzo śmieszne

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s