Diagnozujemy prof. Tomasza Nęckiego

1.

Pan profesor — psycholog społeczny, członek PAN, członek senatu Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej — nie widział nigdy na oczy Katarzyny W., znanej powszechnie jako „matka Madzi z Sosnowca”. Nigdy z nią ani z jej rodziną nie rozmawiał, nie badał jej (psychologicznie), nie zgłębiał tajników jej małżeństwa, nie zapoznał się ze stertą dokumentów sądowych dotyczących sprawy pani W., niemniej jednak zasłynął jako jej diagnosta, a to za sprawą wywiadów i opinii udzielanych prasie brukowej. Według niego W. to „bystra psychopatka”, „to prawdziwa seksualna wampirzyca”, „jej zachowania są typowe dla psychopatów”. O pewnym napisanym przez nią liście zawyrokował, że jest „nieszczery, fałszywy i histeryczno-egocentryczny". Ten list „ma ukryć jakąś mroczną prawdę o śmierci córeczki”, jest „w stylu Kasi”. O małżeństwie W. orzekł: „na pewno są zupełnie niedopasowani psychicznie. Ona aktywna, wybuchowa psychopatka, on introwertyczny i spokojny.”

Pan profesor gotów jest, deklaruje, na odległość zdiagnozować samego prezydenta Obamę, chociaż przecież zastrzega, że „to są tylko przypuszczenia”. Pan profesor jest więc jak Kaszpirowski a rebours. Diagnozuje obiekty, patrząc w telewizor lub słuchając radia. Albo — co nie jest do końca jasne — studiując tabloidy. …

Spotkałem w swoim długim życiu „na żywo” bardzo wielu profesorów. Kiedy ich spotykałem, niektórzy z nich byli już prawdziwymi profesorami, a inni dopiero studentami lub magistrami, ale się pięknie rozwinęli i pofrunęli na szczyty, ja zaś stanąłem w miejscu lub raczej przebierałem nóżkami w innym kierunku, niczego jednak nie żałuję, bo kiedy żywot człowieczy dobiega kresu, zaiste nie ma sensu niczego żałować ani zwłaszcza spowiadać się „z życia” i pokutę jakowąś odprawiać. Lepiej już rzec: zbłądziłem raz, drugi czy dziesiąty, czasem szedłem tyłem bądź bokiem do przodu, ale kilka rzeczy mi się przecież udało.

Toteż nie jest chyba wynikiem egzystencjalnego błędu fakt, że nigdy w życiu nie spotkałem w konkretnym punkcie czasoprzestrzeni prof. Nęckiego, chyba że percypowałem go „na żywo” w telewizji lub oglądałem go w radiu (przepraszam, lecz ja sobie odmienię i pooglądam to radio). Ba, nigdy nawet nie otarłem się o Nęckiego i chociaż wiele książek i artykułów wybitnych socjologów polskich i zagranicznych czytałem, nie poznałem ani jednego dzieła prof. Nęckiego, w stosunkach z Nęckim jestem więc czysty i kompletny jak ta znana dziewica z kółka różańcowego, no, wiecie, która…

Dlatego pozwolę sobie zdiagnozować Tomasza Nęckiego, korzystając z jedynego materiału, który mam pod ręką, czyli wywiadu, jaki z Nęckim przeprowadziła Agnieszka Kublik dla „Gazety Wyborczej” (21 II 2013, s. 7). Nie raz i nie dwa zdarzało mi się krytycznie wypowiadać o tej gazecie, która niegdyś była bardzo dobra, a dzisiaj jest mniej dobra i którą zresztą czytam od pierwszego numeru – i przecież zauważam w niej także dobre momenty. Robotę, jaką wykonała red. Kublik, zaliczam do dziennikarskich perełek w pozytywnym znaczeniu słowa. Dziennikarka, nie uciekając się do jakichś niestosownych chwytów, w paru ruchach postawiła uczonego w pozycji szach-mat i na tym zakończyła.

Niech będzie, że poniżej zamieszczona diagnoza utkana zostanie wyłącznie z „przypuszczeń” i „hipotez”, bo nie będzie rezultatem „diagnozy klinicznej”, pocieszam się wszakże, że może ktoś kompetentny zbada kiedyś „klinicznie” Nęckiego. Do rzeczy jednak.

2.

Diagnoza

Tomasz Nęcki jest, można mniemać, mężczyzną, chociaż z gazetami nigdy nic nie wiadomo. Profesor Tomasz Nęcki jest ponadto profesorem — psychologiem społecznym, z przedstawionego materiału nie wynika bezpośrednio, że po habilitacji, jednak przyjmujemy, że tak, bo ostatecznie jest członkiem PAN, niemniej trudno z kolei orzec, czy „członkiem rzeczywistym” czy „korespondentem”. Jest także dyrektorem Instytutu Zarządzania Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkiem Senatu Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Wgłębiając się w dostarczony materiał, odnosimy wrażenie, że jest przy tym człowiekiem bardzo zapracowanym, nerwowym, łatwo ulegającym stresowi i osobą stosunkowo labilną pod względem emocjonalnym. Na początku rozmowy operuje zdaniami krótkimi, wypowiadanymi autorytatywnie, z dużą pewnością, niejakim poczuciem wyższości i z domieszką nonszalancji pod adresem interlokutorki, indagowany natomiast głębiej, zaczyna tracić pewność siebie, co odzwierciedla komplikująca się i bardziej chaotyczna składnia, która komplikuje się i traci na wyrazistości logicznej, jak i tendencja do metaforyzacji rzeczywistości, powtórzeń i odpowiedzi nie wprost.

Z analizy materiału wynika niezbicie, że prof. Nęcki nigdy nie zetknął się osobiście (face to face) z Katarzyną W., nie badał jej klinicznie, jednak często autorytatywnie wypowiadał się na jej temat w brukowcach, a podstawową i ostateczną wiedzę o niewieście czerpał z tychże pomocy naukowych, częściej jednak ze źródeł w jego mniemaniu bardziej wiarygodnych, czyli z telewizji i z radia. Charakterystyczne wydaje się pominiecie takich źródeł jak Internet, a zwłaszcza Wikipedia. Kwestia stosunku diagnozowanego członka PAN do źródeł naukowych jednak nie do końca jest jasna, profesor bowiem w jednym miejscu przyznaje się od lektury brukowców, w innym zaś twierdzi, że ich absolutnie nie czyta, preferując RTV, co rzuca interesujące światło na podejście uczonego do obowiązującego powszechnie w nauce paradygmatu logicznego.

Trudno też orzec, czy Nęcki „studiuje” publicznie przypadek Katarzyny W. ze względu na jej osobowość i psychikę, czy też bardziej „pod kątem” środków masowego przekazu, to drugie rozwiązanie wyraźnie sam sugeruje. Jeśli rzeczywiście interesuje go czysto medialny wizerunek Katarzyny, to stoi to w niejakiej sprzeczności z jego „diagnozami” dotyczącymi „portretu psychologicznego” pani W. i jej spraw małżeńskich, w tym bardzo osobistych, na przykład insynuacji dotyczących preferencji seksualnych, co po raz kolejny wskazuje, że ten luminarz nauki operuje rodzajem logiki obcej większości, jak można sądzić, innych członków PAN i jako uczony zadowala się poziomem diagnozy równym dysonansowi poznawczemu, co samo w sobie jest osobliwe.

Jeśli nawet jednak założymy, że uczony psycholog ma prawo zaocznie wypowiadać się o faktach i rzeczywistości, w tym wypadku nie tylko faktach społecznych, to rodzi się pytanie, czy ma prawo ujawniać jakąkolwiek swoją „wiedzę” o tychże faktach, nawet wiedzę domniemaną (status psychiczny, życie prywatne) szerszej publiczności. Zdaniem Nęckiego ma takie prawo, a więc zauważmy, że także na przykład ginekolog miałby prawo publicznie wypowiadać się, nawet zaocznie, na podstawie ułożenia ust w telewizji o kształcie warg sromowych większych i mniejszych pani Kowalskiej, a psychiatra na temat szczegółów nerwicy natręctw u udzielającego się w radiu pana Kowalskiego, jak i samej chorobie. Rzuca to niezbyt ciekawe światło na kwestię stosunku Nęckiego do etyki zawodowej i etyki w ogóle, a jako że etos uczonego funkcjonuje w dzisiejszym świecie w postaci wyłącznie reliktowej, nie będziemy się na ten temat wypowiadać.

Dostępny materiał obrazuje też stosunek diagnozowanego Tomasza Nęckiego do terminologii naukowej. Zdaje się on rozumieć znaczenie niektórych terminów, np. „diagnoza kliniczna”, „analizować”, „psychopatka”, „introwertyczny”, „hipoteza”, „histeryczno-egocentryczny”, „psychika”, „psycholog”, „portret psychologiczny”, „szok”, „inteligencja”, „emocja”, „ekspercki” (?), „fantazjować”, ale sposób ich użycia (kontekst) pozbawia te terminy pożądanej jasności i ostrości, co nastręcza sporo problemów na poziomie różnych rodzajów komunikacji społecznej (brukowa,kolokwialna,potoczna, naukowa), powodując szumy w kanałach.

Niemniej za absolutnie nowatorskie należy uznać użycie terminu „prawdziwa seksualna wampirzyca” w odniesieniu do pani W. Najprawdopodobniej termin „wampirzyca” jest w tym wypadku bliski używanemu przez niektórych seksuologów klinicznych terminowi „wampiryzm”, w ujęciu Nęckiego — jak można sądzić — nie oznacza jednakże skrajnej postaci fetyszyzmu, polegającej np. na gryzieniu i drapaniu partnera i zaspokajaniu się na widok (czy tylko widok?) krwi. Katarzyna W. — według prof. Nęckiego — jest „bez wątpienia” wampirzycą, bo „jest młoda i potrzeby erotyczne ma”. Możemy z tej wypowiedzi wyciągnąć ostrożny wniosek, że wampiryzm jest cechą, przypadłością (?) wszystkich młodych kobiet, które mają potrzeby seksualne, a jeśli przyjąć, że w dobie współczesnej młode są nawet prababcie, to można definicję Nęckiego zaokrąglić do wszystkich niewiast, tym bardziej, że nasz liczący sporo powyżej dziewięćdziesiątki dziadek współżył intymnie z żoną, swoją równolatką, czyli naszą babcią, a było to jeszcze w ubiegłym stuleciu.

Za nowatorską wypada też uznać konstatację profesora, że jak jest „gorący temat, to się go analizuje” i poczytujemy ją na plus Nęckiemu. Jeden z często podnoszonych zarzutów pod adresem nauki polskiej dotyczy kwestii nienadążania naukowców za rzeczywistością lub rozmijania się z nią i faktycznie, jeszcze dzisiaj niektórzy z nich zajmują się zagadnieniem szybkości spalania knota w lampie naftowej w zależności od użytego materiału lub próbują reanimować trupy traktora „Ursus” bądź maszyn do pisania „Łucznik” i napoju "Polo-cocta". Tym razem Nęcki ma rację: przyszłość nauki widzimy w chwytaniu przez nią życia i spraw na gorąco, aczkolwiek do ideału chodzącego/spacerującego permanentnego analityka rzeczywistości i poszukiwacza prawdy, jakim był na przykład Sokrates, jeszcze Nęckiemu sporo brakuje, tym bardziej że Sokrates miał w dupie tabloidy i mamonę.

Rewelacyjnie przedstawia się ponadto zastosowana przez tego psychologa metoda zaocznego diagnozowania ludzi poprzez „obserwowanie min na konferencji prasowej” (w TV), co zapisujemy Nęckiemu na plus, bo w konkretnych badaniach pominięcie obserwacji układu nóg, ruchów piersi i innych części ciała może przynieść znaczące oszczędności, a nie jest to bez znaczenia w dobie kryzysu gnębiącego naszą ojczyznę i Europę. Rzecz jasna, metodę badań psychologicznych pozwalających odczytywać z min małżonków wiarygodne informacje na temat łączących ich więzi małżeńskich lub braku tychże należy jeszcze dopracować, jednak gra jest warta świeczki i może usprawnić pracę policji, sądów, biur matrymonialnych, teściowych, witryn plotkarskich w Internecie i tym podobnych.

W analizowanym materiale zwraca ponadto uwagę fakt, iż diagnozowany osobnik kilkakrotnie zastrzega się, że nie czyta swoich własnych wypowiedzi w brukowcach. Czym tłumaczyć to wyraźne odstępstwo od pewnych zasad (zwyczajów?) charakterystycznych dla środowisk naukowych? Wszakże czytanie własnych tekstów po ich ukazaniu się w druku jest sui generis ogólną normą, którą można uzasadniać, niekoniecznie wskazując na megalomanię i rozbuchane ego badacza, lecz podkreślając aspekt praktyczny: sprawdza się tym samym, czy tekstu nie zniekształcono, nie podpisano cudzym nazwiskiem (np. opiekuna naukowego, promotora bądź dziekana) lub nie podłożono zainteresowanemu innej świni, w ostateczności zaś uczony perfekcjonista może zbadać, czy w tekście nie ma zwyczajnych literówek i czy jego osiągnięcie zostało udostępnione przy pomocy ładnej czcionki. Jak zauważa autorka wywiadu, jest rzeczą nieco nienaturalną, iż Nęcki czyta (śledzi) w popularnych mediach wszystko, co dotyczy sprawy Katarzyny W., ale omija notorycznie akurat własne wypowiedzi. Zgadzamy się z Agnieszką Kublik, że może tu chodzić o pewien rodzaj asekuracji („media kłamią, przekłamują”), ale uzasadniona wydaje się hipoteza, że diagnozowany Zbigniew Nęcki wyraża taką postawą tendencję do ucieczki od rzeczywistości (nieczytanie własnych diagnoz traktujemy jako rodzaj wyparcia neutralizującego lęki i kompleksy), odczuwając coś w rodzaju wstydu, a więc jednak dysponuje czymś w rodzaju „sumienia”, cokolwiek termin ów znaczy.

Raz jeszcze zatem musimy wrócić do kwestii przypuszczalnej labilności nie tylko sfery emocjonalnej, ale w zasadzie osobowości diagnozowanego in extenso. Człowiek ten, na ogół zdecydowanie negatywnie oceniający Katarzynę W., potrafi zdobyć się na pewien rodzaj obiektywizmu, dostrzega — ba, „podziwia” — jej plusy, jak „inteligencję, umiejętność dopasowania się do sytuacji”. Pozostawiamy osobom bardziej kompetentnym ustosunkowanie się do kwestii, czy w tym wypadku chodzi o „inteligencję”, czy może raczej o pewien rodzaj „sprytu”/”wyrachowania”; bardziej nurtuje nas problem, czy w wypowiedzi „eksperckiej” [określenie Nęckiego; przyp. M. W.] jest miejsce na „podziw”. Uznajemy wszakże, że prywatnie ekspert może sobie podziwiać kogokolwiek,nawet lady Macbeth, już nie mówiąc o Medei i Dodzie.

Pojawia się przy okazji istotne pytanie: na ile postępowanie badawcze, stawianie „hipotez” ma sens, jeśli badacz operuje niekoherentnym systemem wartości? Nie kwestionujemy rzecz jasna prawa uczonego do postępowania w opozycji do obowiązujących paradygmatów, takie postępowanie może przynieść nieoczekiwane rezultaty, że przypomnimy przypadki Kopernika, Marksa, Freuda i Einsteina, Nęcki jednakowoż najwyraźniej nie identyfikuje się z żadnym z tych panów, gdyż w końcowej części wywiadu wycofuje się z pierwotnych ustaleń, a nawet — o zgrozo — tłumaczy się i kaja przed dziennikarką („No tak, muszę to przemyśleć.” „Ma pani rację, że jej nie znamy za dobrze.” „Wyciągam z tego wniosek: muszę każdą swoją wypowiedź autoryzować.” „Tak? Rzeczywiście to jest obciachowe. Muszę się bardziej pilnować.” „Zapędzamy się w tym potępianiu ogólnym, ja też…” „Tu mnie pani złapała, nie znam tego przypadku.”). Tym więcej wątpliwości rodzi podjęta przez Nęckiego heroiczna próba pogodzenia języka naukowego i języka brukowego (tabloidy). Zwróćmy uwagę chociażby na proces recepcji freudyzmu na łamach jakże poczytnego „Faktu”.

3.

Żarty żartami, ale problem jest i mniejsza o to, jak sklasyfikować prof. Tomasza Nęckiego: jako „uczonego”, „naukowca” czy osobę związaną z nauką, lecz podpadającą pod jeszcze inną kategorię.
W III RP jesteśmy świadkami pewnej nasilającej się w mediach (gazety, telewizja, radio, Internet) mody na nagminnie częstym zwyczaju dopuszczania do głosu rozmaitej maści „ekspertów” i „komentatorów” bieżącej rzeczywistości. Nie będę się rozczulał , jak Nęcki, nad kwestią rzekomego zniekształcania „eksperckich” ustaleń przez zainteresowanych żurnalistów. Media są, jakie są, ale w gruncie rzeczy to konkretny „ekspert”, ktoś, kto podejmuje się tej roli, ponosi odpowiedzialność za to, co ukazuje się ostatecznie w druku gazetowym czy dzienniku telewizyjnym. Zwłaszcza gdy nie autoryzuje swoich „intelektualnych” ejakulacji w tabloidach, a wszakże brukowce kojarzą się (niestety) bardzo brzydko i podaruję sobie właściwe określenie. O ile rzeczywiście tabloidy i media tabloidopodobne w konkretnym przypadku „fałszują” wypowiedź „eksperta”, można w ostateczności podać sprawę do sądu, jednak nie tu jest, jak sądzę, „pies pogrzebany”.

Z najgorszą sytuacją mamy do czynienia wówczas, gdy nieostrożny lub nieodpowiedzialny albo niekompetentny „ekspert” staje się łupem nieodpowiedzialnego i pozbawionego skrupułów dziennikarza, co w prasie brukowej jest sytuacją standardową.

Najbardziej pożądani w ostatnich kilkunastu latach przez media „eksperci” rekrutują się ze środowisk psychologicznych, socjologicznych, politologicznych, ekonomicznych i seksuologicznych, częstokroć stając się „eksperckimi” celebrytami. W sprawie pani W. psychologów reprezentuje nie tylko prof. Nęcki, ale chociażby dr Hanna Samson, mgr Teresa Gensk, a nawet klasyczna celebrytka mgr Katarzyna Cichopek. Politologów — grupa na ogół tych samych młodych i prężnych doktorów, szczególnie z uczelni warszawskich i z Katowic. Ich cechą charakterystyczną (i zdumiewającą) jest zdolność do autorytatywnego skomentowania bieżącej sytuacji politycznej w jednym czy w dwóch zdaniach. Gdyby zestawić wszystkie „ekspertyzy” specjalistów od ekonomii pojawiające się w mediach w ciągu miesiąca, wyszłoby niechybnie, że takie państwo jak Polska nie może realnie istnieć, no bo czy możliwe jest istnienie jakiegokolwiek państwa, w którym stan gospodarki jest katastrofalnie zły i w którym jednocześnie gospodarka i polityka monetarna stanowią wzór dla innych krajów europejskich?

Dochodzimy w tym miejscu do zastanawiającej i smutnej konstatacji: diagnozy „eksperckie” zależą w dużej mierze od doboru „właściwych ekspertów”, ich dobór zaś od układów politycznych lub, co jest sytuacją niemal powszechną w mediach brukowych, od nastrojów ulicy i punktu widzenia tzw. szarego człowieka (alias: potencjalnego czytelnika gazet i odbiorcy mediów), nie dziwi zatem fakt, że wiele z ich „ekspertyz” nie różni się prawie niczym od „diagnoz” społecznych stawianych przez panów popijających piwo w bramie czy kumoszek plotkujących w osiedlowym sklepiku. I o to w gruncie rzeczy chodzi: z perspektywy interesu określonych redakcji nie jest ważna merytoryczna strona ekspertyz, ale tytuł naukowy firmujący „ekspercki” bełkot, bo to podnosi "wiarygodność" gazety czy stacji, zwiększając popyt.

„Eksperci” reprezentujący środowiska naukowe, brylujący w mediach współczesnych, i to, co mają do „zakomunikowania”, są towarem, jak pietruszka, środek wymiotny,aktorka serialowa, aktor "reklamowy", (często) seks i erotyka lub tablet bądź plazma. Ten towar, w odróżnieniu od niektórych innych (np.pietruszki. plazmy lub środka na wzdęcia) kupuje się , stawiając określone wymagania, i ponownie sprzedaje z zyskiem dopóty, dopóki jest atrakcyjny dla szerokiej publiczności. A jest atrakcyjny dopóty, dopóki nie przestaje być "eksperckim" bełkotem.

Cóż za ironia losu, chichot historii: w okresie PRL nad dziennikarzem czuwała cenzura,nad dziennikarzem mianowany przez partię naczelny, nad nimi jedynie słuszna siła narodu, czyli właśnie partia. W wolnej Polsce czuwa nie partia, bo czuwa sam dziennikarz pilnując rozmaitych interesów redakcji (i koncernów). Niby nie ma "jedynie słusznej siły", ale każdy „ekspert” (lub wypowiadający się nie "po linii" dziennikarz) ma swojego dziennikarskiego (redakcyjnego) anioła stróża. Proszę zwrócić uwagę, że na przykład we wszystkich dziennikach telewizyjnych, z dziennikiem wieczornym w publicznej jedynce włącznie, jedno- dwuzdaniowe komentarze redaktorów i reporterów pracujących „w terenie”, które częstokroć oznaczają także komentarz do komentarzy wywołanych na potrzebę tematu „ekspertów”, stają się rodzajem sztuki samej w sobie, a celem najważniejszym — sztuka „pointowania”; nieważne, że te pointy przybierają często karykaturalną, groteskową formę. Nie dosyć tego: nad całością czuwa uber-Anioł Stróż, czyli jakiś dajmy na to Piotr Kraśko, który komentuje (pointuje) komentarze kolegów do komentarzy „specjalistów” lub …ludzi z ulicy. Taki Kraśko jest stale przygotowany na wszelkie możliwe sytuacje; nawet jeśli kolejny papież zwyczajnie nie umrze i w agonii nie będzie oglądał reportaży Kraśki z misterium umierania w telewizji, ale po prostu abdykuje, Kraśko poradzi sobie znakomicie i wypełni sobą cały dziennik, a nawet więcej. Kraśko (i jemu podobni) jest jak te gazety, które po śmierci znanej osobistości już w kilka godzin później potrafią wypełnić cały numer materiałami dotyczącymi utytułowanego i zacnego nieboszczyka. Albo i nieboszczki. W każdej niemal gazecie, niekoniecznie brukowej, mamy kilka takich dyżurnych komentatorek i kilku dyżurnych komentatorów komentujących komentarze.

Wniosek? Prawdę mówiąc — niezbyt odkrywczy. To, co stymulowało niegdyś powstanie prasy, szeroko pojęta funkcja informacyjna, obiektywna relacja z „dziejącej się” rzeczywistości schodzi we współczesnych mediach na plan dalszy. Na czoło wysuwa się swoiście pojęta funkcja opiniotwórcza, przy czym zdarzają się nagminnie kuriozalne sytuacje, kiedy „opinia” wyprzedza informację. Dlaczego „swoista”, na czym polega osobliwość? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należałoby zdefiniować pojęcie rzetelnej opinii i spytać, czy możliwa jest rzetelna opinia prasowa w sytuacji zależności dziennikarskiej od układów politycznych i interesów koncernów prasowych?

Nawet więc najgorszy i najbardziej usłużny „ekspert” wypowiadający się w mediach ma wartość o tyle, że w jakimś stopniu kamufluje obiektywizm.

Gdzie tu jednak szacunek dla samego siebie? Szacunek do powinności człowieka oddanego (podobno) nauce? Co ze zwyczajną godnością?

Michał Waliński
23 II 2013 r.

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s