Gazeta.pl o korzyściach z bzykania — z Jacykówem

1.
Gwiazdki prasy plotkarskiej, ergo: dosyć znane celebrytki, zaangażowały do utworzonej przez siebie agencji grupę ponad stu modelek. Dziewczyny zarabiały jako ekskluzywne prostytutki w ekskluzywnych miejscach w Europie i w kraju, a obrotne celebrytki, alias: sutenerki, czerpały z tego krociowe zyski. Sprawą zajęła się prokuratura, śledztwo zamknięto, happy end (?) — w sądzie. Zainteresowane celebrytki obniżają swoją wartość sutenerską. Zainteresowani panowie z wyższych sfer zapowiadają procesy. Zainteresowane dziewczyny martwią się, bo zarobki były nadzwyczaj ekskluzywne. …

Aferkę jako pierwsza ujawniła i opisała „Gazeta”. Nadzwyczaj ważna jest informacja: „jako pierwsza”. Wszystko jedno jaka „Gazeta”: „Gazeta.pl”, „Wyborcza.pl” czy „GW”, ważne, że „jako pierwsza”, bo wszystko, co istotne w tym kraju jako pierwsza ujawnia i opisuje „Gazeta”.

Temat prostytucji (rzekomych?) modelek nie cieszył się chyba takim wzięciem na witrynach „Gazety”, jak się spodziewano, nie przebił, jak na razie, popularności seriali ze „Smoleńskiem” czy „małą Madzią” w nazwie. „Gazeta” idzie więc za ciosem: http://wyborcza.pl/1,75478,13247624,Gwiazdki_prasy_plotkarskiej_prowadzily_grupe_ponad.html
http://wyborcza.pl/1,75478,13248183,Modelki_jako_prostytutki__sutenerkami_gwiazdy_plotkarskiej.html
http://www.plotek.pl/plotek/56,111483,13292780,_Szantazowanie____telewizje_nie_chca_ruszac_tego_gowna__.html#BoxSlotIIMT

W tym ostatnim przypadku mamy do czynienia z całym „serialem” (8 kliknięć) poświęconym modelce Izie, jej koleżankom i „perypetiom” z pracodawcą, czyli redaktorem naczelnym magazynu dla panów, strasznym psem na dziewczyny. Iza wykazała się wysokim morale, zachowała w skrajnie trudnych sytuacjach cnotę i dlatego warto by na podstawie tego materiału nakręcić prawdziwy dydaktyczny serial. Temat od zawsze cieszy się wzięciem u czytelników, by wspomnieć dzieła Zoli czy przedwojenne „Strachy” Ukniewskiej.

Ale przecież potrzebny jest ekspert, znawca przedmiotu. Każda dobra gazeta ma swoich „ekspertów”, na przykład od tenisa, piłki, seksu lub diety. Ekspertem „Gazety. pl” od prostytucji w kręgach modelek i modelko-zbliżonych (bo przecież nie: modelarskich) okazuje się niejaki Tomasz Jacyków, a „przepytuje” go red. Anna Pawłowska.

(por. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13259817,Jacykow_o_prostytucji_wsrod_modelek__Trzeba_wiedziec_.html?as=2)

Kim jest Jacyków? Tego dokładnie nie wiem. Czasem niechcący „natykałem się” na niego w telewizji i na niektórych portalach, a więc to chyba jakiś celebryta. Z czego jest znany? Podobno z tego, że jest stylistą, cokolwiek to znaczy. Patrząc na Jacykowa w telewizji i na fotki w Internecie, na jego „emploi”, aparycję i jego „facciata”, na ogólny styl noszenia i zachowania, zawsze zachodziłem w głowę, co lub kogo ten „koleś” (określenie samego Jacykówa) tak naprawdę jako stylista stylizuje. Kiedy na wyjście z domu zakładam znoszone dżinsy, górskie buty i trzy kraciaste (w różną kratkę) flanelowe koszule jednocześnie, a w dodatku nie wkładam kapelusza, czuję się mimo wszystko bardziej wystylizowany niż stylista Jacyków.

Dzięki red. Annie Pawłowskiej dowiedziałem się, że Jacyków jest także stylistą polszczyzny, a poza tym stylistą damskim, co oznacza łagodniejszą, ale bardziej cyniczną formę damskiego boksera. I jest, jako się rzekło, ekspertem od prostytucji.

„Bo co to znaczy prostytucja? Takie pytanie musimy sobie zadać. To bardzo szerokie określenie” — wyjaśnia ekspert Jacyków. „A wyjście za mąż za starego dziada, który ma apartament w centrum jednej ze stolic europejskich, to nie prostytucja? No tak, wtedy mówimy, że to mądra dziewczyna, która się ustawiła. To właśnie polskie podejście do tematu…” — dopowiada celnie, a ja myślę sobie, że szczęśliwy los uczynił mnie co prawda starym dziadem, ale bez apartamentu, nawet krajowego — i żadna modelka mi nie grozi.

Według Jacykówa każda dziewczyna, która przyjeżdża do większego miasta, ma taką samą motywację — w najgorszym razie kończy z sukienką od Prady. Warunek: „musi poznać kolesia z pozycją”. Większość tych dziewczyn zadowala się właśnie tym najgorszym razem, jedynie nieliczne mają fart, wychodzą za mąż i są „ustawione”.

Nie czas dowodzić, że „sukienka od Prady” to też w końcu coś, bo dla Jacykówa „zjawisko prostytuowania się ludzi nie jest czymś oburzającym. To czysta piłka — ja ci daję coś, ty mi dajesz za to pieniądze.” Gorzej według niego jest być czyjąś kochanką niż prostytutką, ekspert jednak nie podaje dokładniejszej definicji „kochanki”. Pomyślmy: „kochanka” kiedyś to było bardzo piękne słowo, wystarczy sprawdzić u Mickiewicza. Adama. Dzisiaj „kochanka” to jakby „prostytutka” drugiej kategorii, a „prostytutka” dzisiaj to jak dawniej co najmniej „kochanka”. Można się zastanowić, jak to jest w końcu z tolerancją Jacykówa? Niby toleruje prostytutki, ale dlaczego tak nie lubi kochanek? Ale i to nie jest ważne.
Ustosunkowując się do zjawiska prostytucji wśród modelek, nasz ekspert powiada bowiem: „To tak samo powszechne jak w innych środowiskach związanych z show-biznesem, czyli wśród ludzi, którzy mogą za swoją atrakcyjność zdobyć jakieś profity zawodowe, role w filmie, miejsce w pokazie, sesję zdjęciową. Ktoś myśli: mogę się bzyknąć, to mi pomoże i będzie super, a są tacy, którzy mówią: >>nigdy w życiu<<.” Tym razem uwagę naszą przykuwa słowo „powszechne”.

Jednak nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, jak mawiał mniejszy z wieszczów. Jacyków daje potencjalnym kandydatkom na modelki pewne nader istotne rady: „Można zedrzeć sobie tyłek i skończyć w rynsztoku. Ale jeśli do tego ma się jeszcze rozum i wie się, z kim należy się bzyknąć, w którym momencie i dlaczego, to jak najbardziej jest to sposób na karierę. Bardzo pomaga.” No cóż, kiedy się ma rozum w tyłku, to nawet matura będzie zbędnym dodatkiem.

Nic dodać, nic ująć — zaiste, trzeba jednak wiedzieć, z kim, kiedy i jak należy się „bzyknąć”, a do tego przyda się niewątpliwie odrobina inteligencji lub zwyczajnego sprytu. U schyłku swojego żywota pluję sobie w twarz: rudymenty inteligencji najprawdopodobniej posiadłem, może nawet jeszcze w szczątkowej postaci coś zostało. Że też nigdy nikogo odpowiedniego w odpowiednim czasie i w odpowiedni sposób nigdy nie „bzyknąłem”! Byłbym ustawiony na całe życie.

Tymczasem ekspert Jacyków wypowiada tajemnicze dwa zdania: „Niewielki procent społeczeństwa prostytuuje się dla przyjemności. Są takie osoby, sam znam kilka, które to robią, bo po prostu mają fun.” Nie będę komentował tego fragmentu, po prostu nie wiem, o co chodzi: nawet Molly Flanders mi tu nie pasuje, już nie wspominając o pani Bovary. Małgorzata Gautier, czyli Dama Kameliowa z powieści Dumasa też zdecydowanie odpada.

To jednak jest mniej istotne, jak i mało istotne jest to, że „Zwykle jednak prostytucja jest wynikiem pewnego rodzaju niedomagania.” Jacyków dokonuje bowiem pewnych ważnych taksonomii: „Sytuacja jest o tyle zdemonizowana, że modelki nie są typem seksownych lasek. Nie jest tak, że widzi facet modelkę i się na jej widok ślini. Modelki są zmysłowe, są fantastyczne, ale dlatego są modelkami, że nie są seksbombami.”
I z tą efektowną mądrością, dowodzącą, że Jacyków ma pewien nieoszlifowany jak talent naturszczyka talent literacki, nie będę dyskutował, tym bardziej że chwilę później wypowiada się on ex cathedra na temat pań pojawiających się w „Playboyu” i tym podobnych magazynach: „Zbyt wiele dziewczyn nazywa się modelkami. To w ogóle nie są modelki, tylko tak zwane a la modelki. Kurwy, które udają modelki, a to już inna sprawa. To boczny tor mody poza główną ligą, dziewczyny gotowe na wszystko. Myślą: >>taka jestem ładna, to dopóki cycki mi nie zwisną i tyłek nie siądzie, zrobię z tego użytek<<. W high fashion tego nie ma, to są za poważne sprawy. Zresztą te modelki, które pracują w high fashion są tak dziwne, że trzeba naprawdę amatora, żeby to wypierdolić. A te pseudomodelki są zgrabne, ładne i fotogeniczne.”
Zachowuję pisownię oryginalną, wynurzeń eksperta nie przeinaczam i przyznaję, że jestem w tym momencie głęboko, ale to głęboko skonsternowany. Niegdyś, w głębokim PRL, czytając interesujące publikacje KTT (Krzysztofa Teodora Toeplitza) na temat kultury masowej, nie mówiąc o opracowaniach obcych (ideologicznie wrogich), które czasami wpadały mi w ręce, zawsze doczytywałem się, że „Playboy” to bardzo renomowane czasopismo, miesięcznik opiniotwórczy, poniekąd literacki i kulturalny, i że erotyka w „Playboyu” (fotografia, teksty literackie, eseje) stoi na bardzo wysokim poziomie, czemu żadne króliczki nie przeszkadzają. Jezu, aż tak się stoczyć? Aż taka degrengolada? Toż ten „Playboy”, jeśli dać wiarę Jacykówowi, to jest dzisiaj nie jakiś magazyn kulturalny — a burdel z rozkładówką.

Muszę, gdy tylko moja permanentna rwa kulszowa ustąpi, w zdziadziałym krzyżu przestanie łupać i biodra się zregenerują, poczłapać do jakiejś porządnej biblioteki, czyli takiej, gdzie mają komplet „Playboya”, i sprawdzić wszystkie nazwiska, które pojawiały się w nim pod fotografiami w polskiej edycji zasłużonego pisma. Szczególnie w rozkładówkach. Muszę obowiązkowo przejrzeć także tym podobne magazyny. Obowiązkowo sporządzę odpowiednie listy proskrypcyjne, a już inni niech poprowadzą pod pręgierz.

Ależ ta pani redaktor Pawłowska wpuściła w maliny Jacykówa! Ależ to sprytna dziennikarka. Będzie seria procesów wytoczonych przez zainteresowane naszemu ekspertowi? Czyli przez te panie, które nie są z „high fashion”, lecz rozbierały się dla „Playboya”? No i pozostałe panie, które są z „high fashion” i które ekspert skazuje na łaskę amatorów?

Rozważając kwestię totalnego uprzedmiotowienia dziewczyn przewijających się przez „high fashion”, Jacyków wzdycha: „Trudny to zawód, ten zawód modelki” (parafraza). On sam jednak w działaniu, jako stylista, nie może psuć gry, musi być twardym macho, okazać, kto tu jest panem, władcą i High Bogiem: „nie każda kobieta byłaby gotowa, żeby — tak jak modelki — być traktowana absolutnie przedmiotowo. Kiedy pracuję z modelką, skupiam się, żeby to, co chcę pokazać, wyglądało jak najlepiej. Mam w poważaniu, jak ona się czuje, czy ją boli noga czy głowa. Jest tylko elementem tego, co ja chcę pokazać. Wybrałem ją spośród kilkudziesięciu, żeby taka była. Jeśli nie daje rady, to mówię jej: wypierdalaj Lusia, przyjdą cztery na twoje miejsce.”

Niech się zresztą te modelki aż tak nie użalają nad sobą. Po pierwsze, „Tylko te najbardziej zdesperowane szafują dupą, jak już wiedzą, że nic z tego nie będzie i męża nie trafią. Jednak wiele modelek ma z tyłu głowy zamążpójście. I im się udaje.” Po drugie, mogą nawet zrobić karierę polityczną: „Taka Carla Bruni została żoną prezydenta, a przecież się mówi, że miała najlepsze kutasy na świecie, była np. kochanką Micka Jaggera” — pointuje Jacyków, nie bacząc, że jest bliski wywołania skandalu międzynarodowego.

A nie! Pointę odnajduję jednak w innym miejscu wypowiedzi stylisty — wróćmy zatem do kraju: „Z Polkami jest tak, że albo są ciche i cnotliwe i w ogóle nie można do nich podejść, albo tak chętnie oddają swoje ciało, że to właściwie prawie kurwy.”

I nic pośrodku? — wzdycham żałośnie. Ożeż te przeklęte polskie dualizmy, dychotomie, mesjanizm, Chrystus w Świebodzinie, katastrofa smoleńska, Matka Boska, przegrane powstania! Tylko co na to Polki? Te, które nie są Matkami Polkami? Przełkną gładko taką opinię o sobie — i nic?

To, że Jacyków w całej tej aferze z modelkami i sutenerkami żadnego problemu nie widzi, że kwituje ją słowy: „a w ogóle nie widzę w tym zagadnienia. Jeśli są laski, które mają możliwość zorganizowania innym dobrze płatnej pracy, i są dziewczyny, które się na to godzą, to gdzie jest problem? Dziewczyna chce zarobić i OK. Ciało ludzkie też może być drogą do osiągnięcia celu. Każda z grup społecznych ma swój boczny tor.” — to już nie dziwi w ogóle.

2.
Jak to w końcu jest? Wojewódzki i Figurski obrażają prostackimi dowcipami Ukrainki, robi się skandal, sprawia trafia do sądu (jak dotąd tylko trafia), Doda i Nergal trafiają do sądu za ekscesy związane z Biblią, Kowalski siusiał na ulicy pod wiatr i trafił do ciupy, a tymczasem Jacyków obwieszcza na portalu „Agory”, że połowa Polek to k…. — i nic. Cisz. Zero reakcji. A pani red. Pawłowska z „opiniotwórczej” gazety to nobilituje własnym nazwiskiem?

Jak to w końcu jest? Niby w Polsce obowiązuje prawo, zgodnie z którym człowieka, który przeklina na ulicy czy innym miejscu publicznym można ukarać co najmniej grzywną (inna rzecz, jak to prawo jest egzekwowane), tymczasem na portalu „Agory” pojawia się wywiad, w którym roi się od wulgaryzmów (niewykropkowanych) — i nic. Zero reakcji. Nie jest to przecież wydarzenie odosobnione. Nie tak dawno wypowiadałem się na temat innego wywiadu — w „Wysokich Obcasach” (pisma też firmowanego przez „Agorę”). Taki styl, styl „Jacykówopodobny” staje się normą w mediach. Może więc jestem niedoinformowany? Może rockmanom, artystom, pseudoartystom i celebrytom (jak Jacyków) wypowiadającym się publicznie w telewizjach, studiach radiowych, portalach internetowych, czasopismach i gazetach ktoś udzielił dyspensy i mogą do woli łamać dobrzy obyczaj i prawo? Ale przecież i dla wielu prezenterów telewizyjnych i radiowych normą są takie piękne słówka, jak „kurczę”, „kurde”, „piździć” czy „zajebisty”.

Jak to w końcu jest ze stanem dziennikarskim w Polsce? „Gazeta Wyborcza” i media skupione w „Agorze” zdawały się przez lata stać na straży etosu dziennikarskiego, kreowały swoich żurnalistów na wzory zaangażowanego i porządnego dziennikarstwa, także śledczego (nie powiem, że nie było tu porządnych dziennikarzy — tylko gdzie oni wszyscy się podziali?). Tymczasem red. Anna Pawłowska firmuje własnym nazwiskiem produkt z czyjejś kloaki umysłowej, jakiś redaktor „odpowiedzialny” to przyjmuje i zamieszcza na portalu. I co? I nic.

Czegóż się jeszcze nie zrobi na tym portalu dla tych paru kliknięć więcej?

W ostatnich latach pewien „ideał” dziennikarstwa internetowego (portalowego) sięgnął na naszych oczach bruku. Czyli — poziomu prymitywnego tabloidu. Niestety, proces gnicia etosu dotknął także dziennikarstwo gazetowe, telewizyjne, radiowe.
W wypadku Gazety.pl można mówić o totalnym regresie. Zaczyna się od sprawy prostej, ale w rzetelnym dziennikarstwie istotnej. Codzienne wydania portalu roją się od błędów zwanych literówkami. Niby rzecz błaha, jednakże irytująca. Na dodatek pojawiają się tu coraz liczniej błędy interpunkcyjne, gramatyczne i inne błędy językowe tudzież błędy logiczne. Jest to zapewne jeden z ubocznych efektów tej jakże twórczej i zarazem najważniejszej dzisiaj metody pracy dziennikarskiej: „wytnij” i „wklej”, „wytnij” i „wklej”, a niechybnie otrzymasz nowy, „świeży” produkt. To wynika zapewne z pośpiechu — im szybciej, tym większy zysk. Zysk jednak jako nadrzędna motywacja w robocie dziennikarskiej musi oznaczać śmierć rzetelności, sumienności, obiektywizmu. A co do pośpiechu — był on zawsze, od zarania prasy, charakterystyczny dla pracy redakcji gazet, co przekładało się zresztą na radykalne skracanie długości życia żurnalistów, nałogi z alkoholizmem włącznie. Kiedyś jednak gazety robiono lepiej.

Porządne klasyczne dziennikarstwo to była nie tylko sztuka dobrego (czyli także mądrego) pisania, wpływania na opinię publiczną, ale także sztuka dystansu. Dystansu do opisywanej rzeczywistości i do siebie. Portal Gazeta.pl i in. media spod znaku „Agory” zdają się dowodzić, że sztuka ta jest w agonii, praktycznie nie istnieje. Dziennikarstwo zaczyna polegać przede wszystkim, poza bezmyślnym „wklejaniem” i „wycinaniem”, na lansowaniu własnego nazwiska, własnej firmy (patrz : „gazeta” jako pierwsza…) i określonej partii. Komunikat, czemukolwiek byłby poświęcony i w jakiejkolwiek formie byłby redagowany, służy w pierwszym rzędzie autokreacji dziennikarskiej. Jeśli ktoś nietypowo „nas..ł”, a dziennikarz pierwszy to opisze — mamy wydarzenie! Plus dla dziennikarza. Zrobi wywiad z nietypowo „sr…..m” — jeszcze większy plus dla dziennikarza, który staje się tym samym dziennikarzem kreatywnym, czemu wybitnie sprzyja wyłączenie z procesu twórczego mózgu. Bo mózg dziennikarski w stanie myślenia może zaszkodzić dominującej tendencji do odmóżdżania czytelników, widzów, słuchaczy przy pomocy stylu i odpowiedniej treści w produktach dziennikarskiej twórczości. Myślenie w żadnym wypadku i z żadnej perspektywy (nadawca—odbiorca) nie sprzyja „klikalności”. Im więcej daje się czytelnikowi do myślenia, tym rzadziej czytelnik klika. Czytelnik, który jeszcze myśli, nie klika bezkrytycznie i bez umiaru, myślący widz lub radiosłuchacz to realne niebezpieczeństwo zmiany kanału lub stacji, a nawet — o zgrozo — wyłączenia odbiornika. Myślenie zatem to same straty. Los mediów zależy dzisiaj od myszki i pilota.

Lansuje się własne nazwisko na różne sposoby, aczkolwiek wybieranie odpowiednich tematów to sprawa podstawowa. Ambicją bardzo wielu żurnalistów, także tych raczkujących w zawodzie, jest zaistnieć w wielu mediach jednocześnie. Być naczelnym w tygodniku, redagować własny portal, prowadzić show w telewizji, komentować regularnie wydarzenia w radiu — to jakby ideał. Czy taki człowiek może znaleźć odrobinę czasu, aby pomyśleć na tym, co chce powiedzieć czy napisać? Cóż, prasa karleje, a Leonardów w mediach jakby coraz więcej.

„Poetyka tabloidowa”, która zdominowała portal „Agory”, widoczna jest chociażby w nowej stosunkowo manierze tytułowania „newsów”: tytuły nawet poważnych informacji to swego rodzaju tendencyjne „streszczenia” tematów, , odpowiednio skontaminowane (zmanipulowane) cytaty z wypowiedzi „bohaterów” newsów, sugerujące sensacyjność i „nadzwyczajność” awizowanego przez tytuł materiału. Od lat taka praktyka jest typowa np. dla „Faktu”. Sam artykuł w zestawieniu z tytułem prezentuje się na ogół blado, ładunek informacyjny jest banalny, zresztą trudno nieraz odróżnić, co jest informacją, a co komentarzem czy opinią autora (kuriozalnym przykładem jest stosunkowo nowy portal „NaTemat.pl”, w którym informacja zupełnie rozmyła się w potokach opinii i komentarzy, czyli zwyczajnego gadulstwa). Pomyśleć, że kilkanaście lat temu „Gazeta Wyborcza” była w Polsce prekursorką inteligentnych tytułów gazetowych wykorzystujących poetykę paradoksu, kalamburu, inteligentnej kontaminacji i innych figur stylistycznych, czemu nie bez powodu studenci polonistyki poświęcali prace magisterskie.

Owa „Gazeta Wyborcza” bardzo krytycznie wypowiadała się temat ogólnopolskiego festiwalu pt. „Madzia z Sosnowca i serialu pt. „Katastrofa smoleńska”. Jednocześnie — w wydaniu papierowym i portalowym — produkowała własne „seriale” tym sprawom poświęcone. Cóż, „Jak Kali ukraść krowa to dobrze, ale jak kto inny ukraść Kali krowa to źle.” [cytat za: „Nonsensopedia”]

Obecnie na jej portalu zdarzają się i takie „niedopatrzenia”: czytamy np. że ktoś kogoś zgwałcił, że jakiś pijany VIP wjechał w latarnię, ale z trudem odnajdujemy informację na temat miejsca i czasu wydarzenia albo …nie odnajdujemy jej wcale. Niedopowiedzenie w tytule służy bardzo często do wymuszenia kliknięcia: tytuł wybija informację, że biskup molestował chłopców, po kliknięciu okazuje się, że to nie biskup polski, ale tasmański czy inny, a zirytowany czytelnik zżyma się, bo cóż go to tak naprawdę obchodzi, mało mamy problemów w Polsce? Nazwałbym to sztuką informacji poprzez dezinformację. Rzecz jasna chodzi o wymuszenie kliknięcia.

A jak ocenić następującą praktykę? Podaje się np. informację o tym, że na polskim jachcie w Anglii angielska policja odnalazła pół tony kokainy. W „newsie” polskim nazwiska sprawców obowiązkowo, zgodnie z prawem, utajnia się, dziennikarz ogranicza się do podania pierwszej litery, ale notce towarzyszy zdjęcie z gazety angielskiej, w której podaje się pełne imiona i nazwiska sprawców, co możemy odczytać. Czym się w tym wypadku różnią portale gazety od „Faktu”? Chyba tym, że „Fakt” jest w swojej działalności — patrząc z pewnego punktu widzenia — bardziej uczciwy, jego redaktorzy i dziennikarze nie ukrywają swoich intencji pod płaszczykiem działalności pro obywatelskiej lub moralizatorstwa (por. przymiotnik „wyborcza”).

Próbuje się epatować czytelnika etykietą „nowości” przedstawianego materiału, tymczasem te „nowości”, np. z działu nauki czy technologii, mają często urok mocno nieświeżego jajeczka. Pewne tytuły w dziale najnowszych informacji zalegają przez trzy, cztery dni, a nawet dłużej. Coraz częściej na portalu zamieszcza się też zwietrzałe materiały drukowane wcześniej w papierowym wydaniu „Gazety”. Oczywiście głównie te bardziej „sensacyjne”. Inna praktyka to „odgrzewanie” już wykorzystanych artykułów i zamieszczanie ich pod nowym tytułem.
Ogromna ilość materiałów zamieszczanych na portalu sprawia wrażenie, że „Gazeta.pl” przekształca się w „Pudelka” lub jakikolwiek „pudelkopodobny” portal. Mamy tu zresztą odpowiednie działy: „Plotek”, „Deser”, „Styl życia”. Możemy poczytać: >>"Szantażowanie", "telewizje nie chcą ruszać tego gówna"<<, „Weronika Grycan przyłapana przez paparazzi w nocnym”, „Gwiazdy też mają kompleksy! Jakie? Toporne łydki, krzywe nosy, pryszcze, cellulit, siwe włosy, za długie palce u stóp…”, „Kristen Stewart i Nicole Kidman pokazały, jak wyglądają naprawdę!”, „"Spałam z księciem", "nie pamiętam, ile razy". Co o seksaferze mówią same "modelki"?”, „Joanna Krupa flirtuje na imprezie z pewnym przystojniakiem. Co mu opowiada?”, „Ale ona schudła! Córka Urszuli Dudziak przeszła sporą metamorfozę”, >>”Alkohol nie sprzyja seksualnym uniesieniom". 10 przeszkód na drodze do kobiecego orgazmu”, „Edyta Górniak nie mogła spać ostatniej nocy! Co się takiego stało?”, „Doda się wzruszyła: Wypłakałam się masakrycznie! Co doprowadziło ją do łez?”. I tak dalej. Mam bardzo szybkie łącze, zauważę więc, że każdy z tych materiałów otwiera się średnio przez dwie minuty.

Także dział zatytułowany dumnie „Kultura” charakteryzuje się niestety kompromitującym poziomem. Pojęcie kultury w gazetach i mediach : „Agory” stało się w ostatnich latach synonimem kultury popularnej i masowej (w „GW” chyba jeden T. Sobolewski trzyma poziom).

Mało chwalebną praktyką jest nieoznaczanie pewnych, jak się okazuje płatnych materiałów — nieświadomy czytelnik, klikając, odsyłany jest do tzw. Piano i chcąc zapoznać się z treścią całości, musi zapłacić. Więc pieje z zachwytu. Jeśli rezygnuje, „Agora” i tak zarabia na kliknięciu. Żeby była jasność: nie podpisuję się pod tezą, że wszystkie treści w Internecie muszą być darmowe. Jestem świadom, że cywilizacja, rozwój technologii, a co się z tym wiąże — zmiana przyzwyczajeń odbiorców klasycznej prasy, oczekiwania nowych generacji odbiorców mediów, coraz mniejszy popyt na gazetę papierową, konkurencja, jak i zwyczajny fakt, że dziennikarzom trzeba na ogół płacić jakieś pensje — usprawiedliwiają procesy komercjalizacji dotąd bezpłatnych witryn. Chodzi jednak o to, ażeby panowała w tej mierze pełna jasność — mechanizmy muszą być dla odbiorcy przejrzyste. Wystarczyłoby tytuły płatnych materiałów oznaczyć kolorem czerwonym — potencjalny odbiorca zdecyduje, czy opłaca mu się wejście. Ale rozumiem — na stu odbiorców zdecydowałby się zapłacić jeden i traci się w ten sposób 99 kliknięć…

Dotykamy w tym miejscu ważnej rzeczy: jakość materiałów, za jakie zapłaci odbiorca. Płacić za intelektualną pulpę? Gazetowy chłam? W dodatku — pełen edytorskich i redakcyjnych „braków”? Dziękuję. Niby za co miałbym płacić? Chińskiego czosnku i chińskich zabawek dla dzieci także nie kupuję.
Z powyższym wiąże się kolejna istotna kwestia. Ludzie, którzy tworzą media, prasę. Dziennikarze. Rewolucja w świecie mediów oznacza miedzy innymi to, że żegnamy się lub pożegnamy z pewnymi klasycznymi paradygmatami dziennikarskimi, bardzo skądinąd starymi, bo o ile w XX wieku możemy mówić o przełomie w sposobach drukowania prasy papierowej, jej kolportażu, pożytkach wynikających z komputeryzacji, to w gruncie rzeczy ciągle obowiązywał paradygmat dziennikarski stworzony w wieku XIX. Dzisiaj tak naprawdę nie wiadomo, jaki model się ugruntuje. Optymiści widzą różową przyszłość dziennikarstwa obywatelskiego i wierzą, że rozmaite przejawy twórczości na „You Tube” itp. wyrugują z obiegu nie tylko płody pióra/klawiatury dziennikarskiej, ale wszelkich profesjonalnych artystów (reżyserów, kompozytorów, fotografików, artystów wszelkiej maści in. twórców). Można się w tym momencie uśmiechnąć, że aż tak kreatywny ten nasz świat się zrobił. Sądzę jednak, że nadal będzie duże zapotrzebowanie na profesjonalnych twórców, także kompetentnych dziennikarzy, tak jak jeszcze długo będą żyli ludzi, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez papierowej gazety czy papierowej książki. Dobrze redagowanej. Dobrze — bez względu na gatunek — napisanej.

Zatem spytam.

Dlaczego zmiany paradygmatów myślowych, technologicznych, jakie wiążą się z rewolucją w świecie mediów, muszą oznaczać jednocześnie atrofię etosu dziennikarskiego? Lekceważenie tegoż etosu? Czy wszystko tłumaczą pieniądze, presja zysku? Wszakże od samych początków rozwijająca się, najpierw w Anglii i Francji, prasa nastawiona była na zysk. Nieco inaczej może sprawa wyglądała w poprzednim ustroju, ale wówczas cała ekonomia była postawiona na głowie. W okresie PRL przeciętny dziennikarz, owszem, gonił za wierszówką, czyli pieniędzmi, ale pisał o niebo lepiej niż współczesny dziennikarz, szanował siebie, tedy szanował swoich czytelników. Nawet gdy pisał o cenach warzyw na targowisku. Był lepiej przygotowany do zawodu. Jeśli pisał o kulturze, to na ogół znał się na kulturze, jeśli pisał o sprawach społecznych, to orientował się w tej problematyce (dzisiaj każdy dziennikarz musi na ogół „podeprzeć się” „ekspertem”, „wywiadem” z rzekomym znawcą problemu). Owszem, byli dziennikarze (i pisma), którzy bez reszty zaprzedali się propagandzie, ale olbrzymia większość rzetelnie podchodziła do zawodu.
Czym tłumaczyć fakt postępującej „ideologizacji” gazet? To jakiś ponury paradoks, że wolność słowa, prasy, prowadzi gazetę (podobno) „wyborców” do zasklepiania się w „jednoopcyjności”, w roli tuby jednej partii? Do zachowywania pozorów ledwie obiektywizmu? Jakiejś żałosnej hipokryzji?

3.
Czytam więc wywiad ze stylistą Jacykówem i zażenowanie ogarnia mnie takie, jakby 40 parę lat temu w rozmowie z moim Mistrzem akademickim wypsnęło mi się słowo „kurczę”. Co na szczęście nigdy się nie zdarzyło. Czytam i czuję się tak jakby w przepełnionej windzie ktoś cichego bąka puścił. Gratuluję pani red. Annie Pawłowskiej.
Jak powyższe refleksje mają się do Jacykówa i pani Pawłowskiej? Ano tak, że taki wywiad z Jacykówem może być dobrym wskaźnikiem poziomu wielu polskojęzycznych stacji telewizyjnych i radiowych, a także czołowych polskich portali, ich postępującej w ciągu geometrycznym tabloicyzacji vel zidiocenia. „Gazeta Wyborcza”, niegdyś pismo na poziomie, też wyraźnie ulega procesom tabloidyzacji. Niegdyś lektura tej gazety zajmowała mi codziennie sporo czasu. Dzisiaj najczęściej przeglądam i wyrzucam. Niegdyś czekałem z niecierpliwością na sobotnie wydanie, jednak poziom i tego wydania drastycznie się obniżył.
To, co niegdyś było w mediach nadrzędną wartością — obiektywna informacja — staje się dzisiaj rzeczą najmniej ważną. Informację zastępują opinia i komentarz oraz tabloidowa pulpa.

Jest źle. Astronomiczna liczba wyższych szkół i wydziałów dziennikarskich w dzisiejszej Polsce niestety nie rokuje dobrze na przyszłość.

PS. Już pisząc to, co powyżej, natknąłem się na bardzo ciekawy komentarz. Gdzie? W …„Gazeta.pl. Tytuł: >>Ostro o wywiadach "Newsweeka" i "Wprost": "To zwykłe odpytywanki, nie przystoją tygodnikom opinii"<<. (http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13269786,Ostro_o_wywiadach__Newsweeka__i__Wprost____To_zwykle.html)

O wywiadach w „Newsweeku” i „Wprost” z matką licealisty, który w wigilię 2012 r. popełnił samobójstwo po zażyciu marihuany, wypowiada się prof. Maciej Mrozowski – medioznawca z SWPS: >>Coraz częściej wywiady to zwykłe odpytywanki. Takie budowanie argumentu na emocjach przystoi może tabloidom jak "Super Express" czy "Fakt", ale na pewno nie tytułom, które chcą być uważane za tygodniki opinii. […] Wywiad pozwala na racjonalizację kosztów, ograniczenie czasu, w jakim powstaje materiał, dużo łatwiej zrobić taką rozmowę niż rozbudowany, wielostronny materiał . Coraz częściej też nie są to nawet wywiady, ale co najwyżej rozmowy czy właściwie "odpytywanki" […] budowanie argumentu na emocjonalnej rozmowie przystoi może tabloidom typu "Super Express" czy "Fakt", ale na pewno nie publikacjom, które chcą być uważane za tygodniki opinii<<.

Nic dodać, nic ująć. Opinia profesora jak ulał pasuje do wywiadu z Jacykówem i procesu tabloicyzacji portalu „Gazety”, aczkolwiek nie wiadomo, co powiedziałby na temat wulgaryzmów, sądów Jacyków o Polkach i prymitywizmu Jacykówa.

Michał Waliński

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s