Ateizm. Agnostycyzm. Kilka słów w odpowiedzi

Michale, Twoją polemikę z tekstem pt. „Czy agnostycyzm jest przejawem hipokryzji lub oportunizmu?” przeczytałem z zainteresowaniem — świadczy o dużej erudycji i potrzebie głębszej refleksji nad światem i człowiekiem. Nie mogłem odpowiedzieć wcześniej. Skądinąd, bardzo trafne jest spostrzeżenie p. Marii: człowiek młody deklaruje się jako konserwatysta i obrońca pewnych twierdz umysłowych, a ludzie starsi (czy starzy, jak ja) „pozwalają” sobie na swoisty liberalizm czy relatywizm. Sytuacja jak z „Tanga” Mrożka, chciałoby się powiedzieć. …

Cieszy mnie jednak, gdy widzę, gdy młody człowiek, nie zawsze może sprawiedliwie oceniany w szkole, świetnie się rozwija intelektualnie, poszukuje, pyta, wyraża własne zdanie. Parę lat temu — w nie do końca udanym szkicu (http://pl.scribd.com/doc/45780449/Micha%C5%82-Wali%C5%84ski-Pokolenie-p%C5%82ytko-przetwarzaj%C4%85cych-Oko%C5%82o-Lauru-Plateranki-refleksji-kilka) — próbowałem się zastanowić nad kondycją intelektualną charakteryzującą pokolenia młodzieży „postgimnazjalnej”. Tak je nazwałem, chociaż nazwa może niezbyt udatna. Miałem na uwadze roczniki, które objęła już reforma gimnazjalna, dzisiaj są to roczniki już po studiach wyższych. Z jednej strony wiesza się na tych młodych przysłowiowe psy, nie bez racji, z drugiej — można podziwiać wielu z nich za kreatywność, pomysłowość, uzasadnione aspiracje itp., tak że pozostaje wziąć w nawias sformułowanie ukute przez któregoś z socjologów: „pokolenie płytko przetwarzających” jako wyróżnik całości.

Wniosek, jaki się nasuwa w tym wypadku, który jednak nie wyłącznie młodych współczesnych ludzi dotyczy, jest oczywisty: trzeba unikać, obserwując i oceniając świat, wpadania w koleiny umysłowe, starajmy się zauważyć, że często — nawet w dobrej wierze — posługujemy się protezami w postaci stereotypów, także wówczas, gdy nieco górnolotnie mówimy o tradycji kulturowej.

A propos: nie dałoby się stworzyć jakiejkolwiek definicji tradycji kulturowej (w tym narodowej i religijnej — zwłaszcza w sferze postaw wiernych wobec sacrum), gdyby w definicję nie została wpisana problematyka wielokulturowości, „wielowartowości”, rozwoju oraz zmiany, przemiany kulturowej. To oczywistość. Chyba jedynie systemy zwane totalitarnymi, manipulując pojęciem tradycji i traktując tradycję wybiórczo, postrzegały ją, przy pomocy odpowiednich zabiegów propagandowych, jako swoistą skamielinę, użyteczną z punktu widzenia systemu, tak więc np. bitwa pod Lenino mogła w takim ujęciu decydować o losach II wojny, historia Kościoła sprowadzona została do dziejów błędów, wypaczeń i wynaturzeń tej szacownej instytucji, które niewątpliwie miały miejsce, lecz była też ta jasna strona. Tendencja do selekcji i manipulacji widoczna jest też we wszelkich fundamentalizmach religijnych, ściślej — chodzi o wyznawców, których cechuje fundamentalistyczny sposób myślenia o własnej wierze i religii. Na gruncie myślenia fundamentalistycznego każdy Inny (wyznawca innej kultury, a zwłaszcza wiary) jest ucieleśnieniem zła — większego i mniejszego, czasem a priori jest traktowany jako heretyk bezbożnik czy …terrorysta, choćby dłoni swoich krwią nie splamił i nie ma zamiaru tego uczynić. Nie da się niestety ukryć, że pewnego rodzaju „skrzywienie fundamentalistyczne” cechuje wielu polskich hierarchów Kościoła, duchownych, publicystów (dziennikarzy), no i rzeszę tzw. zwyczajnych, „prostych” ludzi, którzy zresztą najczęściej nie znają pojęcia fundamentalizmu, jak i paru innych pojęć. Ci ostatni stanowią, być może, największy problem. Nieprzypadkowo młody Julian Tuwim (żyd, ale Polak, wielki poeta), gloryfikował tzw. prostego człowieka, by kilka lat po debiucie poczuć doń — słusznie — zwyczajne obrzydzenie. Oczywiście wśród prostych ludzi można i dzisiaj znaleźć takich, którzy mądrością przewyższają utytułowanych profesorów.

Czy „ateista” to słowo, które w Polsce ma posmak inwektywy? Ależ tak. Wsłuchajmy się w głosy niektórych „każących”, czyli wygłaszających zawodowo kazania w kościołach, wczytajmy w wypowiedzi duchownych cytowane przez media, teksty „fundamentalistycznych” publicystów katolickich, nie mówiąc o głosach wspomnianych „prostych” ludzi.

Najświeższy przykład — z 6 I 2013 r. Mój ulubiony biskup, już emerytowany, T. Pieronek mówi tak o ateistach w „Newsweeku”: „Rządzili w Polsce przez dziesiątki lat. Mieli wszystko i co zrobili? Doprowadzili kraj do ruiny, całą Europę — niech teraz siedzą cicho.” T. Pieronek jest przedstawicielem wąskiej grupy gruntownie wykształconych, oczytanych, utytułowanych (profesor uczelni wyższej), a przy tym myślących polskich duchownych, wliczając w to hierarchów, i zapewne wie, co powiedział. Mógłby tę wypowiedź poprawić w autoryzacji (zakładam, że red. Lis pozwala na autoryzację wywiadów), ale powiedział, jak powiedział, stosując — celowo, jak mniemam — dosyć prymitywne, bo przecież nie efektowne — skróty myślowe.

Pamiętam, oczywiście, że ateizm był istotnym elementem tzw. naukowego komunizmu, wiem co nieco, co się działo po rewolucji w Rosji, w Związku Radzieckim, jak brutalnie niszczono duchowe i materialne elementy wiary, chociaż ta wiara ostatecznie, mimo że prawosławna, okazała się silniejsza od „religii komunistycznej” w wydaniu sowieckim i na tyle atrakcyjna, że nawet były aparatczyk Putin współcześnie uczynił z niej istotny oręż w walce z przeciwnikami politycznymi. I walce o …rząd dusz. Pamiętam, oczywiście, o represjach, jakie w okresie PRL spotykały wielu duchownych i Kościół, lecz dziwnym trafem ci szubrawcy, czyli (mówiąc językiem Pieronka) ateiści rządzący Polską, pozwolili w tejże Polsce wybudować więcej świątyń niż wybudowano ich na ziemiach polskich od czasu chrztu Mieszka I do roku 1945, a Kościół urósł do rangi potęgi, o jakiej nie mógł nawet marzyć wcześniej. Biskup Pieronek doskonale wie, że nie tylko absolutna większość zwyczajnych obywateli, ale i znaczna część nomenklatury partyjnej miała w dobie PRL regularny kontakt z Kościołem, liturgią, chrzciła dzieci, urządzała ślubu kościelne. Przez kilkadziesiąt lat „rządzili Polską ateiści” i co? Dzisiaj, AD. 2013, dla większości Polaków Gierek jest symbolem pozytywnym, ogromna rzesza Polaków, nie tylko starszego pokolenia, tęskni do okresu PRL niczym Mickiewicz do Litwy w „Panu Tadeuszu”. Dla nich to kraj lat dziecięcych i młodzieńczych, a pozytywną wizję tego raju kodują potomkom.

Nie chciałbym, żeby ktoś uznał, że próbuję tym samym gloryfikować ustrój komunistyczny i okres PRL, nic z tych rzeczy, aczkolwiek okres Polski Ludowej jest również dla mnie krajem lat dziecięcych, wcześniejszej i późnej młodości. Nie mogę jednak nie zauważyć, że ci, którzy dzisiaj tworzą wielomilionową rzeszę ludzi skrajnie biednych i, co gorsza, wykluczonych społecznie, w okresie PRL otrzymywałaby mieszkania w blokach (fakt, że po latach czekania, ale za bezcen), prawie darmowe posiłki w stołówkach, darmowe wykształcenie (system edukacji mieliśmy całkiem niezły, zaczęto go rozwalać po 1989 roku), wczasy FWP i tp. Wspominając o wielomilionowej rzeszy ludzi wykluczonych w III RP, mam na uwadze także dzieci i młodzież. Te rzesze ludzi, dzisiaj, interesują polityków z dwóch największych konserwatywnych partii tylko i wyłącznie jako potencjalny …chleb wyborczy. Przecieram oczy ze zdumienia: przecież to nie ateiści sprawują władzę w III RP, w wolnym i nieciemiężonym przez komunistów kraju… Wiem, pamiętam o regularnej misji humanitarnej Kościoła, chociaż to kropla w morzu potrzeb, ale pamiętam też bluzgi, którym hierarchowie i duchowni obrzucali Jerzego Owsiaka (nie byli to duchowni prawosławni czy ewangeliccy, ani muzułmańscy i nie byli to buddyści).

Mam świadomość, że upraszczam sprawę, nie skupiam uwagi na przyczynach bankructwa PRL. Te wywody należałoby rozwinąć. Niemniej język, jaki zademonstrował tym razem Szanowny Biskup o ciętym języku nie ma nic wspólnego z etykietą „miłości bliźniego” i naukami Chrystusa. Raczej mowie nienawiści służy. Z tym większą przykrością przyjąłem cytowane przeze mnie słowa papieża wypowiedziane w Hiszpanii. Co prawda nie byłem świadkiem owych ulicznych zajść, jak Michał i jego dziewczyna, ale to niczego w mojej opinii nie zmienia.

Przy okazji: niektórzy duchowni uskarżają się często i gęsto na zmasowane ataki na Kościół w Internecie. To prawda, w Internecie znajdziemy ogromną ilość „niemiłych” (by użyć eufemizmu) słów pod adresem Kościoła. W dużej mierze jest to signum temporis: nienawiść, pomówienia, wulgaryzmy, ksenofobia, rasizm, antysemityzm, zakompleksienie, niski poziom intelektualny, zwyczajna głupota, trollizm i szereg innych — wszystko to, włącznie oczywiście ze standardową anonimowością (ergo, brakiem cywilnej odwagi) znamionuje ogromną ilość postów i wpływa na fatalną opinię o polskich internautach w ogóle. Wulgarne, pełne jadu i nienawiści ataki na Kościół, duchownych, religię to ledwie część kloaki internetowej. Na szczęście Internet to także kulturowe i kulturalne salony lub najczęściej — po prostu — zwyczajne pokoje, w których można w miarę spokojnie i kulturalnie wymienić poglądy.

Piszesz, Michale (w komentarzu na moim blogu): „ateizm można oskarżyć o niszczenie obyczajów, gdyż taki pogląd jest sprzeczny z zasadami, na których opierała się tradycja europejska. […] Ateizm stanowił jedną z wyrw w sposobie myślenia o życiu moralnym i stanowił przez to narzędzie jego stopniowego demontażu.”
W bardzo ciekawej i przemyślanej (czy do końca?) wypowiedzi polemicznej na swoim blogu powiadasz w zakończeniu: „relatywizm moralny i nihilizm są przede wszystkim stanami kultury czy świadomości społecznej, a które dopiero potem są racjonalizowane, aby mogły wystąpić jako stanowiska w debacie filozoficznej. Ateizm ma swój istotny udział w doprowadzeniu do tego stanu rzeczy, gdyż jest negacją podstaw naszej wspólnoty kulturowej.”

Co do mnie, byłbym — podobnie jak p. Maria i inni wypowiadający się — ostrożniejszy w formułowaniu takich oskarżeń, chociażby dlatego, że w tradycję kultury europejskiej wpisuje się także na przykład inkwizycja — ze skutkami (niestety) w skali nie tylko pozaeuropejskiej. I w ogóle — wpisuje się wspomniana wyżej „mniej chlubna” historia papiestwa, a przecież i w czasach nam współczesnych, dzisiaj, Watykanem i Kościołem targają spektakularne skandale, „załatwiane” zgodnie uświęconym zwyczajem zamiatania spraw wstydliwych pod dywan. Czymże są historyczne wybryki europejskich libertynów w zestawieniu z wyczynami inkwizytorów i holocaustem Indian z Ameryki Północnej i Południowej? Zapytam zresztą: czy na Twój negatywny sąd o ateistach nie wpłynęły przypadkiem opinie ludzi niechętnych historii europejskiego libertynizmu? Libertynizm pozostawił po sobie — co by o nim nie powiedzieć — szereg istotnych dzieł i wartości. Konkwistadorzy spod znaku świętej inkwizycji — mają na sumieniu dziesiątki milionów istnień ludzkich. W imię krzyża. Owszem, zbudowano w Ameryce Południowej i Środkowej świątynie i ośrodki „cywilizacji”. Na trupach poniekąd.

Jeśli na skutek działalności Lutra, Kalwina podważony został pewien schemat myślowy, na którym opierało się wcześniejsze „myślenie moralne”, to i dobrze, bo w paradygmacie etycznym znalazły się osoby, czyny i rzeczy, których wąskie schematy nie uwzględniały. Nie oznacza to, „pogrzebali [oni; M. W.] sensowność deliberowania nad tym, kim jest człowiek jako taki.” Wszakże antropologia filozoficzna zacznie się dopiero, grubo po starcie Reformacji, rodzić i rozwijać. A wraz z nią rozwijać się będzie „myślenie moralne” i tworzyć rozliczne nowe etyki. Spytajmy, jak wyglądałaby Europa i duża część świata bez rewolucji oświeceniowej na gruncie różnych dyscyplin — od fizyki i filozofii poczynając? Ugruntowanie się sceptycyzmu poznawczego jako niekorzystna implikacja? Czy koliduje to z rozwojem — w postępie geometrycznym — nauki? Być może bez Hume’a i Woltera nie byłoby psiej suki Łajki w kosmosie i Gagarina, chociaż można rzecz jasna deliberować, czy postępek z suką Łajką był moralnie usprawiedliwiony. Rozwój nauki, kumulująca się wiedza o świecie, zmiany w sposobach postrzegania tego świata i człowieka wymuszały zmiany w myśleniu ludzi zawiadujących Kościołem, także w szeroko rozumianych kwestiach moralnych i etycznych.

Nie chcę, aby pomyślano, iż poważne kwestie w żart przemieniam. Co budzi moje zastrzeżenie w Twoim rozumowaniu?

1. Wygląda trochę tak, jakbyś chciał, oskarżywszy wprzódy ateistów i osadziwszy ich w celach (lub ściąwszy im zakute łby i pogrzebawszy poza katolickim cmentarzem), zakuć ludzkość w jednakie dyby moralne czy wprzęgnąć ją w jeden kierat myślowy.

2. Mieszasz, odnoszę wrażenie, dwa różne porządki: historię idei z konkretnymi dziejami społecznymi, z „toczącą się” historią. Zapewniam Cię, że w czasie, gdy Nietzsche łamał sobie głowę, jak możliwy jest świat bez Boga, absolutna większość ludzi zastanawiała się przede wszystkim nad tym, jak by tu się dobrze najeść, pokopulować, pobawić i wyspać. A w przerwach zarobić parę groszy, przechytrzyć innych, obmówić, obić komuś gębę lub zamordować i pogrzeszyć, ile się tylko da i jak się da. Więcej, usprawiedliwić przy tym oficjalnie swoje grzeszki (spowiedź, odpust, własne sumienie). Tzw. prawo naturalne w zestawieniu z naturą ludzką to zabawny oksymoron. Czy coś się w naturze ludzkiej zmieniło od czasów, gdy Wolter poświęcił jej znamienny passus w „Kandydzie”? Nie chcę przez to powiedzieć, że historia idei jest całkiem bezużyteczna. Być może w znacznej mierze dzięki niej nasze współczesne pojęcie człowieczeństwa jest mimo wszystko bardziej obiektywne i …ludzkie.

A społeczeństwa, w tym społeczeństwo polskie, stają się — mimo wszystko, chociaż powoli — coraz bardziej tolerancyjne i liberalne (w dobrym tego słowa znaczeniu). Jak to zauważył komentator na Twoim (czy Bogny) blogu: >>„Na całe szczęście jest raczej tak, że ludzie dzisiaj, per saldo traktują się […] znacznie lepiej niż w gloryfikowanych przez Pana [tj. Ciebie; przyp. M.W.] czasach, gdy „Dekalog i przykazanie miłości Boga i bliźniego, stanowiła realną [sic] podbudowę życia codziennego”<<.

3. Mnie już dawno nie przekonuje podział na epoki historyczne, literackie etc. Jeśli takowy funkcjonuje, to dlatego, że może być w jakiejś mierze użyteczny do porządkowania rzeczy …z grubsza. Jedna z najbardziej złożonych epok jest ta, którą określa się mianem średniowiecza. To truizm. Ile najprzeróżniejszych idei poglądów ścierało się przez te ponad tysiąc lat? Ile wzorów kultury? Ile postaw ludzkich? Ileż fascynujących rozbieżności między życiem danego myśliciela czy twórcy a istotą jego poglądów? Ileż „praktycznych” rozwiązań moralnych? Czy Dekalog w równym stopniu obligował na co dzień wszystkie grupy społeczne? Czy moralność elit społecznych i kulturalnych była dokładnie tą samą moralnością co moralność warstw niższych? A ilu ludzi znało wówczas, gdy pojawiły się w dysputach akademickich, poglądy św. Tomasza, czytało Tomasza (niewątpliwie, jak zauważasz, „szczytowe osiągnięcie myśli scholastycznej”)? A może ciekawsze i bardziej umysłowo stymulujące jest dzieło Mikołaja Kuzańczyka — z jego poglądem na temat „uczonej niewiedzy” i pojęciem Boga jako „coincidentia oppositorum”, a więc przyznaniem, że Bóg jest wyłącznie bytem ontycznym, metafizycznym, tedy niepoznawalnym przy pomocy intelektu, jakim dysponuje człowiek?

Zadaję te dziwne pytania, bo się nieco pogubiłem w Twoich wypowiedziach na trzech blogach, a wydaje mi się, że właśnie gdzieś tam w średniowieczu sytuujesz jakiś rodzaj raju na Ziemi, kiedy to wszyscy (!) przestrzegali Dekalogu, a ludziom żyło się szczęśliwie. Tak się jednak składa, że musiało upłynąć wiele czasu nim w chłopie i mieszczanienie dostrzeżono człowieka. Tu w Europie. Zwłaszcza na jej Wschodzie. Już nie mówiąc o tym, że przywożonych z Ameryki Indian (nielicznym udawało się przeżyć taką podróż) wystawiano w jakichś cyrkach i pokazywano jak egzotyczne zwierzęta, co zresztą bardzo martwiło naszego imiennika Montaigne’a. Jak los tych chłopów i Indian ma się do Dekalogu? Może jednak więcej dla krzewienia idei zawartych (również) w Dekalogu uczyniły — paradoksalnie — elity umysłowe tworzące formację oświeceniową? (trochę jakby gardzisz Oświeceniem, niekoniecznie tylko wówczas, gdy w Dowkinsie widzisz „popłuczyny” po tej epoce) Po Tomaszu następuje krach pewnego rodzaju myślenia, słusznie powiadasz, że schematycznego. Bo też postrzegana rzeczywistość okazywała się coraz bardziej nieschematyczna, złożona. Zauważ, że dzisiaj czasy mamy tak „nieschematyczne”, że nawet ci nieliczni magistrzy in spe, którzy prace magisterskie piszą samodzielnie, rozważając dany problem, tworzą swoje własne definicje. A mnie jest dokładnie wszystko jedno, czy ktoś nazywa nasze czasy „postmodernizmem” czy „postnowoczesnością”, bo i jedno i drugie sensu wielkiego nie ma i co najwyżej mile podnieca młode doktorantki.

Czasem, snując rozważania na temat ateizmu, ustawiasz sprawy tak, jakby istniała jakaś epoka historyczna podporządkowana literalnie ateizmowi, która to epoka dokonała wyrwy straszliwej w „ułożonej” pięknie, bo „regularnie” (przez Boga?) ciągłości tradycji i do dzisiaj odczuwamy negatywne tego skutki. Przecież nawet w oświeceniu ateizm był ledwie — chociaż ważnym — „wypryskiem” światopoglądowym. A może wizję sielankowego życia zgodnie ze wskazaniami Dekalogu w średniowieczu zburzyli katarzy i albigensi lub przedstawiciele licznych sekt gnostycznych? Jeśli znów wracam do średniowiecza, to z ulgą zauważę, że na szczęście ludzie żyjący w kręgu współczesnej nam kultury chrześcijańskiej nie wybierają w praktyce pożałowania godnych, niehumanitarnych wzorów zachowania wylansowanych przez niektórych średniowiecznych świętych. O komunizmie z czasów PRL już mówiłem: umocnił on potęgę Kościoła w Polsce, którą Kościół w III RP wydaje się trwonić na własne życzenie.

4. Nietzsche. Kant. Bez wątpienia nazwiska istotne. Dla mnie również. Ten pierwszy dlatego, że postrzegając proces rozchwiania i przemieszania wszelkich wartości (w świecie rzekomo bez Boga) podjął próbę wskazania na potrzebę funkcjonowania autorytetów społecznych. Jest to („nadczłowiek”) utopijna próba, ale istotna także ze względu na nasze czasy, czasy bez ważkich autorytetów. Jestem o tyle staroświecki w poglądach, że uważam, iż autorytety społeczne, osobowe, są potrzebne, podobnie jak potrzebne są porządne elity. I ze względu na młode pokolenia ludzi, i ze względu na stosunek do tradycji. Nastąpiła — na naszych oczach — przykra dewaluacja i degeneracja pojęć „autorytet społeczny”, „elita”. Kojarzy się je, w pierwszym odruchu, z tzw. klasą polityczną lub kręgiem celebrytów , co pozostawię bez komentarza. Dla milionów autorytet to wyłącznie celebryt lub celebrytka i próżno szukać autorytetów ich np. w kręgach uniwersyteckich, artystycznych, literackich, kościelnych. Mamy do czynienia z kryzysem tradycyjnych autorytetów instytucjonalnych — z instytucją Kościoła na czele.
Myślę przy tym o potrzebie autorytetów i wzorów osobowych (nośnych społecznie) reprezentujących różne kręgi społeczne. Takich, o których można by powiedzieć, że reprezentują istotne, osadzone w tradycji i współczesności, uniwersalne wartości, są rozsadnikami tych wartości, bo mają (miałyby) — jako autorytety — wpływ na społeczeństwo. I nie byłyby to wartości zredukowane do jednej, np. religijnej, „opcji” (przypomnę zresztą, że Dekalog zawiera i zbiera także wartości, które funkcjonowały już wcześniej).
Zbyt często i zbyt łatwo szermuje się, broniąc pewnych fortec umysłowych, pojęciami „relatywizmu moralnego” czy „nihilizmu”, a odpowiedzialnością obarczać ateistów (rzecz jasna, nie wiążę z nihilizmem Nietzschego). Czyżby Kościół był instytucją, której zarzut relatywizmu moralnego zupełnie nie dotyczy? W Stanach, w Europie, W Polsce i w Watykanie?

A jak się ustosunkować do faktu, że coraz większy procent Polaków (a więc katolików), wbrew stanowisku Kościoła, aprobuje konkubinaty, związki nieheteroseksualne, in vitro itd, już nie mówiąc o tym, że coraz większa grupa deklaruje się jako ludzie wierzący, ale niepraktykujący lub omijający podstawowe obowiązki wierzącego? Agnostycy i ateiści są tego przyczyną? Może należałoby dokonać korekt w nauczaniu Kościoła, zbliżyć to nauczanie do nauk Jezusa? Ja zresztą do dzisiaj nie wiem, czy jest to bardziej Kościół Chrystusowy, czy Pawłowy. No i często tak sobie myślę, że „ateista” jest to konstrukt bardzo wygodny dla Kościoła, co chcący lub niechcący zademonstrował biskup Pieronek.

Kant, którego przywołujesz. Kolejna utopia, bardzo szlachetna utopia — mam na uwadze wymogi stawiane praktycznemu rozumowi. Idea etyki „beztreściowej” (imperatywy) nieuwikłanej w żaden sposób w porządek społeczny i żaden porządek ponad społeczeństwem, o ile takowy istnieje. Biblijną, parafrazowaną później, dewizę „oddać Bogu, co boskie, i cesarzowi, co cesarskie”, która Twoim zdaniem jest (była) w sposób bezdyskusyjny użyteczna, „lansowano”, Michale, jako zasadę postępowania przydatną głównie z punktu widzenia pewnych interesów stanowych, a nie Pana Boga i ludzi maluczkich, „nikczemnych”, i, jak sądzę, z intencją Jezusa dewiza owa niewiele miała wspólnego. Czy dałoby się wedle niej regulować stosunki na linii Kościół — państwo współcześnie, szczerze wątpię. W każdym razie w szlachetnej utopii etycznej Kanta widzę pewien teoretyczny wzór myślenia etycznego i ewentualnie (daleka to droga) postępowania człowieka w życiu, imperatyw bowiem kategoryczny kładzie nacisk na obowiązek i …odrywa intencje działającej jednostki od jej skłonności, czyniąc ją wolną, gdyż najwyższym autorytetem dla podmiotu jest rozum. Imperatywy hipotetyczne, aczkolwiek już nie bezwarunkowe, zaprowadzają pewien uniwersalny porządek, gdy o możliwe uwikłanie podmioty w skłonności chodzi.

Pamiętam, oczywiście, o pewnych możliwych negatywnych konsekwencjach postępowania wedle imperatywu kategorycznego (czyli możliwości uwikłania się w konkretne życiowe sprzeczności), ale dla mnie ważny jest uniwersalizm, a więc ponadczasowość i ponadinstytucjonalnmość propozycji filozofa z Królewca.
Ludzie, tak czy siak, będą „grzeszyć” w określony, ludzki, sposób, wszyscy jesteśmy grzesznikami może nie ze względu na grzech pierwszych ludzi, kimkolwiek by oni nie byli, ale ze względu na nasze osadzenie w naturze. Większym od „ateistów” naszym wrogiem jest nasza własna natura. Istotna byłaby zatem uniwersalna płaszczyzna etycznego odniesienia, pozwalająca im zrozumieć istotę popełnionych czy potencjalnych „błędów”.

No i autorytety społeczne — drogowskazy w wędrówce przez drogi i manowce wartości, ale nie zaczynajmy może sporu na temat „o wyższości pewnych wartości nad innymi wartościami”.
No i elity, prawdziwe elity. Źle tę kwestię widzę w państwie, w którym system tendencyjnie próbuje się przystosować do wykształcenia milionowych mas ludzi miałkich, miernych, analfabetów z maturami i, coraz częściej, po studiach zwanych wyższymi. Słowem — sui genesis potencjalnych i posłusznych niewolników funkcjonujących w dzisiejszym świecie systemów.

***

Jak widać, nie nawiązałem do spraw poruszonych przeze mnie w tekście „Czy agnostycyzm jest przejawem hipokryzji lub oportunizmu?” Komentatorzy na trzech blogach ominęli istotę sprawy, o co bynajmniej pretensji nie mam.

Więc już krótko.

Jeśli ktoś ma prawo deklarować się jako wierzący katolik, ktoś inny ma takie samo prawo określać się jako ateista.

Tak jak nie powinno się szydzić z ludzi wierzących, nie powinno się szydzić z ateistów (i agnostyków).
Pojęcie ateizmu nie jest równoznaczne z pojęciem relatywizmu moralnego, nihilizmu czy liberalizmu. To nie synonimy. Wspominałem wyżej, że nawet o duchownych katolickich można powiedzieć w pewnych wypadkach, że są moralnymi relatywistami. I wskazuje się o księży o poglądach liberalnych.
Nade wszystko chodziło mi o kwestię następującą: czy, mając ewentualnie do wyboru nazwanie swojej postawy światopoglądowej ateistyczną lub agnostycystyczną, jeśli nazwę się agnostykiem, to czy popadam w jakiś rodzaj oportunizmu?

Prosty wybór spośród: wierzę w Boga (jestem na przykład chrześcijaninem) — nie wierzę w Boga (jestem ateistą) mi nie wystarcza, kiedy biorę pod uwagę wzgląd na poznanie i …logikę. Wybierając zatem określenie „agnostycyzm”, jako najtrafniej oddające moje poglądy, kieruję się moim głębokim przekonaniem co do nieadekwatności, niepełności poznania ludzkiego. Poznanie jest procesem, sądzę, bez końca. Rozwój nauki to odkrywanie pewnych praw, tworzenie paradygmatów i ich obalanie. Z odkrywaniem prawdy o Bogu nic wspólnego nie ma, bo Bóg i wiara to kwestia innego porządku. Mógłbym powiedzieć równie dobrze „wierzę w Boga”, jak i „nie wierzę w Boga”, żadnej jednak z tych tez nie potrafiłbym podeprzeć argumentami. Argumenty racjonalne zresztą muszę w tym wypadku pominąć, a „prawdy serca” mi nie wystarczają, bo mój umysł domaga się argumentów.

Przez co nie chcę bynajmniej deprecjonować ateistów.

Niektórzy mówią o agnostykach jako o lemingach, oportunistach (prof. J. Hartman). Dziękuję serdecznie za taki oportunizm.

W tej sytuacji lepiej więc może obejrzeć sobie kolejny odcinek „M jak miłość”…

Michał Waliński

PS. Blog Bogny: http://my.opera.com/iambogna/blog/

Blog Michała: http://my.opera.com/michalrzeczycki/blog/

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s