Ja, pilot i Max Payne

Pamięci małego realizmu

Boli, znowu boli. Godziny płyną. Ból rozsadza kręgosłup i promieniuje dalej. Leżę. Na wznak. Z głową uniesioną dzięki dużej tapczanowej podusze. Koloru bordo, dobre są takie poduchy, twarde, praktyczne, funkcjonalne. Wzrok błądzi po niedużym pokoju, za dużo tu książek, czasem nie mogę patrzeć na książki. Kusi czarny milczący ekran vis a vis oczu. Chcę unieść lewą nogę. Nic z tego. Od próby ruchu lewą mocniej boli prawa. Chcę poruszyć prawą. Absolutnie ponad aktualne możliwości. Boli neuropatycznie — „rwie”, jak mówił dziadek na swój ból. Chciałem dzisiaj wyjść i zejść do sklepiku po butelkę piwa, na sen, ostatnio smakuje mi przede wszystkim hajneken. W myśli przeleciałem wszystkie prozaiczne czynności, jakie musiałbym wprzódy wykonać, codzienna mantra dotycząca najtrudniejszych elementów garderoby. …

Dzisiaj niestety nie, nie pokonam dzisiaj swojej nogi. Moja prawa stopa, wkładanie skarpetki, zawiązywanie sznurówki to w tym momencie Himalaje. Jeszcze parę lat temu marzyłem o trekkingu w Himalajach, było to całkiem realne. Teraz schodzę czasem na dół w skórzanych sandałach na bosych stopach, jest zima, ale inaczej nie wypada, jak sandały, to bez skarpet. I tak niektóre patrzą na mnie jak na byłego inteligenta, który został z własnej woli menelem, mężczyźni są bardziej wyrozumiali — panie kierowniku, daj pan złotówkę, zabrakło mi do piwa, zwykle daję. George Leigh Mallory próbował trzykrotnie zdobyć Mount Everest, dysponował jednym kutym gwoździami butem i tweedową marynarką. Za trzecim nieudanym podejściem jakiekolwiek przyszłe wejścia na zawsze przestały mieć dla niego znaczenie, tweed spoczął w śniegach pod samym szczytem, razem z butami, ale to jego podziwiam najbardziej.

Co do mnie, ja dzisiaj nie zejdę. Chyba że wyjdę z siebie i przyjrzę się sprawie z boku? Pewnie nic ciekawego, wyglądam zwyczajnie, facet w słusznym wieku, chociaż dla dzieci starzec, na bordowym katafalku, pokrycie legowiska też bordo, brakuje świecy lub różańca w dłoniach. Może bardziej codziennej gazety, bo to jednak żywy człowiek jest. Podobno cierpienie czyni człowieka z człowieka, uszlachetnia, tak odpowiadają niektórzy, pytani o sens cierpienia, większość nie zawraca sobie tym głowy. Duszyczki dzieci w obrzędzie Dziadów Mickiewicza nie pójdą do nieba, póki nie zaznają odrobiny goryczy. Trudno o większą bzdurę, żal mi Ruzi i Józia, czasem mylę maleństwa i mówię: Józi i Ruzia (kiedy jeszcze uczyłem, pomyłki freudowskie były moją specjalnością).

To lenistwo uszlachetnia, bezruch dodaje patyny, człowiek w nieruchu pomnikowieje, o tak, do tej opinii bym się przychylił. Za oknem mrok, świszczące chmury, jesion wydaje złowieszczy jęk, tkwię w zawieszeniu sam, ponury, jestestwo me przepełnia lęk. Rymy porządne, metrum właściwe, w sumie — do dupy. Przydałaby się choć jedna prawdziwa duża mucha, mógłbym opisać, jak tłucze się, głupia, o szybę wierząc, że zdobędzie świat, zmęczona bezproduktywnym wysiłkiem instynktu, siada na parapecie okiennym i czyści dwiema nóżkami błyszczący odwłok, może robi coś zupełnie innego, nie wiem, potem wykonuje nagły i świszczący nalot na samotnego faceta na leżance w pokoju, czyli na mnie, długo krąży nad nim i bzyczy, zmienia co sekundę trajektorię lotu, prowokuje, a ja kompletnie nic nie mogę zrobić.

Powinienem wreszcie podrapać się w kolano u lewej nogi, swędzi od trzech godzin, jednak nawet w kolano nie mogę, a może po prostu mi się nie chce, sam już nie wiem. Za to bardzo mi się chce obejrzeć po raz kolejny „Psa andaluzyjskiego”. Gnębią mnie dwa momenty, ten z mrówkami, czy to były mrówki? — i, drugi, z księdzem oraz fortepianem. Jakieś muchy chyba też były? Mam nagrane, ale bez pilota nie obejrzę, nie wstanę przecież i nie włączę ręcznie.

Gdzie jest pilot? Czy leży tu jakiś pilot? Jest! Widzę go, leży — czarny, podłużny, miękkie, lekkie owale w czterech rogach i przyciski jak brodawki. W zasięgu wzroku, blisko, na wyciągnięcie ręki. Więc tylko wyciągnąć i uchwycić. Lewą. Prawą za daleko, wymagałaby zmiany pozycji, przełożenia leżenia ze wznak na lewy bok, a trzeba oszczędzać energię. Na świecie ludzi coraz więcej, energii coraz mniej. Nie ma łupków w pobliżu, ale łupie strasznie, oj, jak łupie, teraz rozrywa kość ogonową i goleniową. Patrzę na pilota jak w kolorowy obrazek Matki Boskiej. Pragnę, łaknę, pożądam pilota. Tego pilota. Zaczynam rozumieć, czym jest pragnienie po wielu miesiącach na pustyni. Ostatni wielbłąd z karawany padł dwa tygodnie temu. Ostał się ostatni Beduin. I ostatnia kobieta. Biała, piękna, przybrudzona kurzem pustyni, spocona. Beduin widzi fatamorganę, w niej całe morze […]

Cały tekst na stronie:
http://pl.scribd.com/doc/117509200/Ja-pilot-i-Max-Payne

Reklamy

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Ja, pilot i Max Payne

  1. Pingback: 11. Człowiek zredukowany w zredukowanym świecie (Instrukcja obsługi chorego na raka. Cz. III – 11) | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

  2. Pingback: Instrukcja obsługi chorego na raka. Cz. II. Chory i publikacje | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum"

  3. iambogna pisze:

    Dziekuje za zyczenia, Michale, i wzajemnie zyczenia zdrowych Swiat oraz takiegoz nadchodzacego roku 2013 – od nas obojga. Mam nadzieje, ze powyzszy wpis to w znacznej mierze literacka fikcja (futurystyczna data powstania na to by wskazywala), nawet jesli na zyciowej prawdzie oparta.Przy okazji donosze, ze Twoj tekst o agnostycyzmie wywolal juz dosc burzliwa dyskusje na moim blogu, i mam nadzieje, ze jako autor wlaczysz sie do niej chociaz w kilku slowach. Buziaki i :beer: za udostepnienie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s