Polszczyzna na wysokich obcasach

W wywiadzie Ewa Wanat występuje jako „Ona”. Dr Andrzej Depka jako „On”.
Redaktorem-wywiadowcą jest Grzegorz Sroczyński. Wywiad nosi tytuł „Moc chuci” i znajdziemy go w „Wysokich Obcasach” z dn. 3 listopada 2012 r.
„Wysokie Obcasy” to było od zawsze pismo z pretensjami, z wysokim mniemaniem o sobie, z misją nawracania Polek i Polaków – niby „main”, a jednocześnie niby „off” i „up”. Prawie jak Zuta i Młodziakowie z „Ferdydurke”. W każdym razie pismo nie dla plebsu, w tym – nie dla plebejuszek i nie dla plebejuszy. …

Nie ukrywam – czytam to pismo od dawna, mniej lub bardziej regularnie, i wiele świetnych tekstów nim znalazłem. Czytałem go zawsze z pewnym kompleksem plebejskości, chociażby dlatego, że częstokroć śmieszyły mnie pomysły np. w artykułach i fotografiach dotyczących mody (pretensjonalne i przekoncypowane), zwłaszcza gdy na przykład w pozy i szaty Marylin Monroe ubierał się Łukasz Wróbel. Albo zastanawiała mnie relacja między wartością porad a ofertami firm reklamujących się w poradnikach kosmetycznych. Ale za to podziwiam kulinarną wyobraźnię Marty Gessler, jedynej ze znanych Gesslerów, którą poważam. Tak czy siak sytuację czytelniczą zawsze ratowała swoim felietonem Joanna Szczepkowska i nie wiem, czy Szczepkowska jest lepszą aktorką czy lepszą pisarką.

Tym razem zasłużone dla dzieła modernizacji umysłów i obyczajów Polsce czasopismo stara się odświeżyć zakurzony urok staropolskiego słowa „chuć”, wzbogacić go o nowe doznania. I zapachy.

Na początek małe wypisy z pytań i komentarzy redaktora-wywiadowcy:

„Ona: Ale dziewczynka na drzewie też może doznać satysfakcji i ocierać się potem o gałąź.
[Redaktor]: Tylko po co? Człowiek ma coś takiego jak ręka, dużo prostsza w obsłudze.”

„Ona: Dla mnie to było zaskakujące! Ktoś zakłada pieluchę, chodzi w niej do pracy, sika w nią.
[Redaktor]: Co go tym kręci?”

„[Redaktor]:
Kulki rozumiem. Ale pieluchy?
A ten facet z mrówkami. To jest prawda? […]
I to jest według was OK.?”

„[Redaktor]:Ewo, ile razy się skrzywiłaś, jak pisaliście tę książkę?
Ona: Raz, przy koprofilii.
[Redaktor]: Czyli przy kupie.”

„[Redaktor]: I co z tym „czarnym kawiorem”? [por. wyżej: „kupa”; przyp. M. W.]
On: Zakwalifikowałem jako pornografię.
[Redaktor]: Ale opowiedz fabułę. Ona: Lepiej nie. On: Zaczynało się niewinnie. Przychodzą do restauracji cztery piękne kobiety, świetnie ubrane, wprost bajkowe laski.
Ona: Takie, o których myślisz, że w ogóle kupy nie robią.”
On: streszcza dokładnie fabułę, fabuła jest wyjątkowo obrzydliwa.

„[Redaktor]: A co tak naprawdę uważacie? To zboczenie?
Ona: Nie używajmy słowa >>zboczenie<<.”

„[Redaktor]: Facetowi staje tylko w czasie biczowania partnerki. Ma kłopot?
On: Ma parafilię określaną mianem sadomasochizmu, nierzadki przypadek.”

„[Redaktor]: To jest właśnie dla mnie cienkie: >>dała się namówić<<. Może facet tak zrzędził, że zrobiła to dla świętego spokoju i bez przyjemności. […]
To inaczej zapytam: jeżeli chęć spróbowania nietypowej formy seksu jest wyłącznie kaprysem – bo trochę mi się nudzi albo kolega mi powiedział, że trójkąty są fantastyczne – to może lepiej dać sobie siana? […]
Tyle że ten cholerny wolny rynek wmawia ludziom, że mają kolekcjonować nowe doznania. I są tacy, którzy uważają, że jak w ramach doświadczeń bzykną się w siedem osób, używając przy tym biczyka, to życie stanie się wreszcie kolorowe. […]
Mam sobie kupić ten biczyk z ciekawości czy nie kupować?
Ona: Kup, kup!
On: Sam zdecyduj.
[Redaktor]: Bo na przykład kolega mi powiedział: >>Biczyki są fajne, mówię ci, stary, czad.”

„[Redaktor]: Która parafilia jest najpopularniejsza?
On: Sadomasochizm.
[Redaktor]: Ta parafilia łatwo się chyba ześlizguje na złą stronę mocy? […] Jakoś nigdy nie widziałem ekshibicjonistki biegającej po parku.
Ona: Ależ widziałeś, tylko nie w parku. […]”

Pretekstem do wywiadu z Ewą Wanat i Andrzejem Depko stała się napisana przez ten dziennikarsko-seksuologiczny tandem książka pt. „Chuć” (wydawnictwo „Wielka Litera”). Opracowanie jest pokłosiem wieloletnich rozmów E. W. i A. D. ze słuchaczami na antenie „Radia Tok FM”. Rozmowy odbywały się chyba w czwartki, w godzinach stosownych, czyli późnowieczornych. Kiedy się już „natknąłem” na tę audycję, po paru lub kilkunastu minutach wyłączałem radio bądź zmieniałem stację.

Nie jestem pruderyjny. Dlaczego więc rezygnowałem ze słuchania, bo przecież nie morzył mnie sen? Dlatego, że po paru minutach miałem zdecydowanie dosyć języka, jakim posługiwali się na antenie telefonujący do radia ze swoimi nietypowymi problemami ludzie. Często dochodziło tu do eskalacji swoistego ekshibicjonizmu: po pierwsze, słuchaczki i słuchacze obnażali się dokumentnie, próbując nieporadnie zwerbalizować swoje troski, problemy i projekcje erotyczne, a po drugie, dodatkowo obnażał ich ich własny język. Prawda zatem na ogół okazywała się jeszcze bardziej naga niż tak zwana naga prawda.

Ów język, język wielu słuchaczy audycji realizowanej przez lata przez wspomniany tandem, aczkolwiek na szczęście nie wszystkich, był w każdym wypadku, jak można sądzić, odzwierciedleniem jakiejś konkretnej kultury, jakiegoś namacalnego świata. Charakterystyczne cechy owego języka, którym próbowano obłaskawić werbalnie (?) pewne formy zachowań seksualnych, to prymitywizm, dosłowność („niemetaforyczność”, chciałoby się powiedzieć), nieznajomość sztuki posługiwania się kulturalnym eufemizmem, elegancką peryfrazą, poetyzmem i in. środkami stylistycznymi, nie mówiąc już o absolutnej nieznajomości kodów bardziej naukowych, czasem przecież przydatnych w życiu „potocznym”. Niewyłącznie wówczas, gdy ludzie „gadają” o seksie. Ten prymitywny, często wulgarny, kaleki język jest niewątpliwie przede wszystkim konsekwencją braku rzetelnej edukacji seksualnej w szkołach i domach.

Nie wysłuchałem żadnej z tych audycji do końca, bo co rusz pojawiały się momenty żenujące: zażenowanie było czuć w głosach pani Wanat i pana Depko, gdy pojawiał się kolejny żenujący głos słuchacza, a ja byłam zażenowana nie dlatego (powtarzam), że jestem pruderyjny, ale dlatego, że oni, państwo prowadzący się żenują… i przecież brną dzielnie dalej. A więc takie niemiłe uczucie, którego w tym miejscu nie będę z niczym porównywał, bo byłyby to porównania bardzo „niemiłe”. Zwłaszcza że publicystyczno-naukowa para często jakby ulegała językowi słuchaczy, bezwiednie (?) wciągała się w „grę” językową, eksplikując rozmaite przejawy człowieczej seksualności.

Źle to napisałem, bo przecież prymityw językowy, jakim okazywał się przeciętny słuchacz i miłośnik tej audycji żadnej gry językowej nie był w stanie przeprowadzić. Na mocy definicji. Potworzył erotykę topornym językiem, językiem wyssanym z mlekiem pruderyjnej najczęściej matki oraz mową codzienną (bywa i pięścią) ojca, „seksualnym” językiem wypielęgnowanym na podwórkach i boiskach szkolnych, językiem miłości wymuskanym w publicznych latrynach, hołubionym przez obie płcie przy piwsku i wódzie, językiem „wysublimowanym” w Polaków wiecznym strachu przed grzechem i karą Bożą, językiem sprowadzanym w wieczornych i rzadkich miłosnych małżeńskich piti-grili (po bożemu) do trzech-czterech miłosnych wulgaryzmów i paru „kulturalnych” stęknieć i zwrotów („Jezu, Jezu! Jeszcze! Jezu! kurde, jeszcze, już nie mogę! Jeszcze, już nie mogę, kurde!” – „Było ci dobrze, Zośka,?!” – „Nooo, Jóóóóózek, ale ci dzisiaj stanął… Ja pierdzielę!”).

Właściwie, nie ma się czemu dziwić. Od czasów znamiennych kampanii językowych Boya-Żeleńskiego (100 lat z okładem temu) pewne sprawy mają się jeszcze gorzej. Śmiem twierdzić, że w czasach wczesnego Boya byliśmy chyba bardziej nowoczesnym narodem (piszę narodem, bo od odzyskania niepodległości społeczeństwem dotąd nie staliśmy się). Ba, chociaż zabrzmi to jak paradoks, nawet miłosnego języka naszych Sarmatek i naszych Sarmatów nie musimy się wstydzić.

Jeśli podjąłem ten temat, to na pewno nie dlatego, żeby reklamować książkę pt. „Chuć”, której zresztą nie miałem w ręku. Ta książka sama się sprzeda, bo nie sądzę, żeby przyświecały jej jakieś ambicje naukowe. Zażenował mnie poziom dziennikarski wywiadu w „WO” – piśmie, jako się rzekło, z wysokimi ambicjami.

Pan redaktor wzniósł się na wyżyny rzemiosła. Zwróćmy uwagę na dociekliwość, której nawet kupa zrobiona na stole przez kelnera (w obecności pięknych kobiet) nie umknie, na potencjał intelektualny („człowiek ma coś takiego jak ręka, dużo prostsza w obsłudze”, ten facet zamieszkujący samotnie pokój pełen erotycznych fetyszy jako „alegoria naszych czasów”, to przywołanie Huellebecqa), podziwiajmy warsztat zawodowy (kolega mu powiedział, że „biczyki są fajne”), czujność moralną („parafilia ześlizgująca się na złą stronę mocy”, wyrażenie niechęci do „mrówkofilii” poprzez zręczne użycie słowa: „zboczone”; cóż za przytomność umysłu!).

Nie da się ukryć, wszystkiemu winien jest „wolny rynek”. W tym względzie redaktor ma rację.

Red. Sroczyński nie jest osobą medialnie nierozpoznawalną, nie jest dziennikarskim żółtodziobem. Zastanawia fakt, że wybrał taką akurat konwencję językową dla wywiadu, w którym traktuje się o sprawach, było nie było, poważnych, często tragicznych. Żeby zaznaczyć swój dystans do omawianych problemów? Wyszło akurat odwrotnie. Żeby było śmieszniej? Wyszło żenująco, a w dodatku autorzy książki dali się w wywiadzie wyraźnie ponieść narzuconej przez żurnalistę językowej konwencji i nie szczędzą czytelnikom „smakowitych” kąsków w postaci soczystych opisów pewnych akcji, ha, w pewnych momentach dają coś w rodzaju instruktażu. Jeśli ci dotąd, Czytelniku, koledzy nie podpowiedzieli, to…

Żyjemy w czasach, w których nawet niektórzy dziennikarze i seksuolodzy wcielają się w rolę celebrytów, czasem stają się bardziej celebrytami niż są fachowcami, można by nawet wyróżnić osobliwy gatunek celebryty-eksperta. Chwali się ich często (lansuje) za to, że w sposób otwarty mówią o seksie. Czy jednak otwartość w mówieniu o seksualności, erotyzmie musi oznaczać mowę czerpaną z zasobów licznych kloak i szamb językowych? Owszem, można się cieszyć, że nie powstają dzisiaj książki naukowe pisane językiem „Kliniki nerwic płciowych” prof. T. Bilikiewicza (1969 r.), ale chyba tylko dlatego, że Bilikiewicz był jako lekarz zwolennikiem metod „terapii” opisanych w „Locie nad kukułczym gniazdem”.
Summa summarum. Pan redaktor wszedł w wywiadzie (niechcący?) w rolę swoistego „homo erectusa”, co to już podniósł się na dwie łapy, lecz jeszcze kultury nie stworzył i nie posmakował, języka nie wykształcił, a wszakże wiadomo, że język to myślenie, a myślenie to język.

Pan redaktor nie jest osamotniony. Wielu dziennikarzom w Polsce w trakcie wykonywanej roboty coś „staje” niestety. Najczęściej mózgowie. Bez względu zresztą na temat, który podejmują. Zwalniają się z myślenia i wykonują swoją pracę „ręką prostszą w obsłudze”. I chętnie używają „niskiego” bądź slangowego języka, aby się przypodobać odbiorcom. Lub dlatego, że jest to ich pierwszy język. Zapowiadam, że zważywszy na astronomiczną ilość kierunków dziennikarskich w Polsce, lepiej na pewno nie będzie, będzie tylko gorzej.

Dziennikarz bez solidnej wiedzy, mającej oparcie w solidnych studiach wyższych, który to dziennikarz ukończył wyłącznie pokątne studia dziennikarskie na w pokątnej szkole wyższej, jest jak ten dwudziestoparoletni reżyser filmowy, który już jest dyplomowanym reżyserem, ale nie wie, co go dokładnie „kręci” i jakiego jest wyznania, dlatego nie może zrobić filmu. Rzecz oczywista, potrzebna jest także inteligencja i potrzebny jest jakiś kręgosłup, estetyczny przynajmniej. Inteligencji nie da się wyuczyć w szkole. Niestety. Szkoła może ją podszlifować, aczkolwiek w praktyce częściej dławi lub niszczy.

„Staje” coś, niestety, także wielu, bardzo wielu – młodszym zwłaszcza, ale czasem starszym i bardzo starym też – aktorkom i aktorom. Niektóre starsze aktorki na przykład lubią wywlekać ponure sekrety swojego życia rodzinnego na forum publicznym lub, wybierając telewizyjny schow, zrywać przedstawienia w świątyni, jaką niegdyś był teatr. Niektórzy starsi aktorzy na przykład ślą siercoszczipiatelnyje publiczne – via telewizja i inne media – intymne przesłania do swoich synów, też aktorów. Aktorki i aktorzy w średnim wieku w wielu przypadkach próbują utrzymać swoje status quo lub po prostu utrzymać się na lodzie, a odejście jednej, drugiej czy trzeciego z telewizyjnej opery mydlanej, zmiana żony/męża lub kochanki’kochanka staje się wydarzeniem sezonu kulturalnego. Największym marzeniem wielu aktorek w średnim wieku jest prawdopodobnie przejście do programu Kurzajewskiego pt. „Kocham Polskę”. Pęd do udziału w tym misyjnym programie przyjmuje formę agonistyczną, Zielińską goni Koroniewską, a Koroniewską jeszcze inna. Co ten Kurzajewski ma w sobie, czego ja nie mam? Ja też noszę okulary.

(Postawię dobre piwo komuś, kto mi wyjaśni dokładnie, jakie są rzeczywiste, czyli wybitne dokonania aktorskie medialnych sław z panteonu serialowych gwiazd, tych, które zasłynęły w ostatnich czasach dezercjami ze znanych seriali (lub taką „dezercję” zapowiadają), a więc wspomnianej Zielińskiej, a przy okazji Kożuchowskiej, Koroniewskiej, Ostałowskiej, Pieńkowskiej? W „wikipediach” biografie obfite, ale jakościowo… Pewien uznany dorobek (sprzed lat) ma Cyrwus, którego odejście z „Klanu” opłakiwała niedawno cała Polska. Widziałem go ostatnio chyba w serialu sensacyjnym (dobrym serialu), grał, zdaje się, halabardę, a może konwojenta.)

A młodzi aktorzy? Młodsi aktorzy płci obojga „musowo” i „masowo” krążą po serialach telewizyjnych, w każdym odgrywając dokładnie tę samą rolę (czytaj: te same pozy i miny), naprzykrzają się zaprzyjaźnionym studiom telewizyjnym, radiowym i Wojewódzkim, dobijają do wykwintnych komnat prasy kolorowej i brukowej i robią (z małymi wyjątkami) wszystko, aby przekonać widza, że z tej mąki aktorskiego chleba nie będzie.

Proszę przyjrzeć się młodym i młodszym aktorom tylko w trzech z najpopularniejszych polskich seriali: „M jak miłość”, „Barwy szczęścia”, „Na dobre i na złe”. Jedynie trzech-czterech młodych aktorów płci różnej, i to z jednego tylko z wymienionych seriali, zasługuje na uwagę. Jest taka, wydaje się, która może jeszcze zagrać (dobrze zagrać) Julię Capuletti, inna – Balladynę lub coś ostrzejszego, a jeden może i Hamleta. Nie widzę tam, co prawda, aktorki lub aktora, która/-y mógłby zagrać z wyczuciem – do wyboru – mgłę, korniszona, Józefa K. lub zapalniczkę, ale tych paru – cieszy.

Co jeszcze robią młodzi aktorzy? Udzielają gęsto na prawo i na lewo wywiadów, przy czym trzeba wziąć pod uwagę, że im więcej taki młody aktor tych wywiadów udziela, tym z nim gorzej. Pod każdym względem. O czym przekonuje przykład starszych aktorów, którzy na własne życzenie zmarnowali karierę, a że nie załapali się na intratna reklamę w banku lub nie stali się importerami francuskich winniczków do Polski, teraz żebrzą o byle wywiad w prasie zwanej kolorową.

Przy okazji: aktor też człowiek i ma prawo wyboru w każdej sytuacji, także dobry i wielki aktor, jednak odbiorca sztuki, sztuki dobrej lub sztuki przez duże „S”, ma prawo czuć się zawiedziony w obliczu zdrady, jaka jest rejterada z zawodu lub trwonienie własnego dorobku; przecież intelektualnie i emocjonalnie ów odbiorca, miłośnik dobrej sztuki, „fan” – sporo na ogół zainwestował w tę aktorkę czy w tego właśnie aktora.)

No właśnie. W cytowanym numerze „Wysokich Obcasów” prosi się również o refleksję ekscytujący wywiad pt. „Niezdecydowany gość”, którego bohaterem jest Dawid Ogrodniak, a rozmawia z nim Mike Urbaniak. Dawid Ogrodniak ma podobno jakieś artystyczne zasługi, w każdym razie mówi jak sam Bóg. Posłuchajmy:

„Ciągle uwalali mnie na jakichś egzaminach. […] Nie interesowało mnie odbębnianie narzuconego programu. Już w liceum wkurzało mnie to, że musiałem grać coś, czego nie chciałem […] ale głównie grałem w kosza. […] Tłukłem tych Bachów, prawdziwa trauma. Na egzaminie dostaję nuty. Gra tylko lewa ręka, potem prawa. Razem nie chcą. […] Ania prowadziła szkolny teatr i mnie do niego zgarnęła. […] Nie przyjęli mnie. Ale nie obrażałem się na nich, nie mówiłem, że to chuje. Wiedziałem, że czegoś mi brakuje, coś nie działa. […] Myślałem, że jestem zajebisty, a oni mi pokazali, że nic nie umiem. Kiedy wchodziłem na scenę, to się śmiali. Wtedy zrozumiałem, że trzeba się spalić, żeby móc potem świecić. […] Wróciłem do domu i chodziłem po lesie, ładowałem akumulatory. […] Wiadomo, każdy chce grać w TR Warszawa Jarzyny lub w Nowym Warlikowskiego, ale te marzenia weryfikuje życie i ludzie są tak posrani ze strachu, że nie będą mieć pracy, że biorą wszystko. […] jestem niezdecydowanym gościem. Kiedy zadzwonili do mnie z TR i zaproponowali zagranie w „Nietoperzu” Kornela Mundruczȯ, powiedziałem: owszem, super, wchodzę w to, ale proszę o telefon za trzy tygodnie, bo teraz jestem tak wkręcony w plan filmowy, że nie mam czasu na myślenie o czymkolwiek innym. […] Świetnie. Zobaczyłem tam ludzi z ogromną pasją. Oni się kumplują, ale jest pstryk i kończymy śmiechy, zaczynamy robotę. Tekst dostają wczoraj, jutro grają scenę. Pomyślałem: ja pierdzielę. […] Totalne wariaty! […] Z Mają robiliśmy dyplom na PWST, więc była niejako z rozdzielnika. […] To był ostry tydzień. […] Trochę jeszcze tego wszystkiego nie ogarniam, ale nie narzekam, bo, stary, czego więcej chcieć? Chciałbym ciągle dostawać role, które wymagają ode mnie totalnej transformacji, chciałbym mieć w rękach materiał, który rżnie mnie po plecach. Nic więcej. […] Leszek Dawid przyszedł do teatru Dramatycznego na „Klub Polski” i po spektaklu złożył mi propozycję. Zaprosił mnie na próby z chłopakami, którzy już byli wkręceni. No siema, siema, jedziemy, składamy, dajesz, dajesz. Myślę sobie: Matko Boska! […] Kojarzyłem kawałki „Jestem Bogiem” i „Ja to ja”, reklamy lodów oczywiście. Ale przejście ze stanu niewiedzy do stanu wiedzy nie jest trudne. Trudniejsze jest przejście ze stanu wiedzy do stanu świadomości. Ja oczywiście chwytałem wszystko od Google’a do płyt, czytałem, słuchałem, wchodziłem w to, tu skejci, tu grafficiarze […] Przed zdjęciami […] weszliśmy w necie na jakąś stronę, i tam […] że wszystko źle, że ściema, że co to, kurwa, jest? [Rachim i Fokus powiedzieli] Że się jarają, że film im się bardzo podobał. […] W Gdyni byłem obserwowany i to mnie wkurzało. […]”

Koniec „monologu”. Wystarczy. Hamleta z tego nie będzie. Że wyrwane z kontekstu? Kontekst niewiele zmieni, kiedy indagowany ma niewiele do powiedzenia.

Ależ mnie, k..wa, jarało, gdy kumałem ten wywiad, Matko Boska! Pocieszyłem się, że mnie też niegdyś pewna śliczna Ania zgarnęła we Wrocławiu, choć nie do teatru, aż rżnęło mnie po plecach, pstryk, bez żadnej ściemy. Aż się posr..em i powiedziałem: owszem, super, wchodzę w to, ja pierdzielę, jestem zaj….ty, nie ogarniam tego, ale nie narzekam. Ale niestety Ania mnie uwaliła. Chwyciłem jednak za Google’a, płyty, ściągi i skajtów, a przejście od stanu niewiedzy do stanu wiedzy okazało się nadzwyczaj proste.

Mówiąc poważnie, przejdźmy ze stanu wiedzy do stanu świadomości, co jest – zapewniam bez fałszywej skromności – trudną sztuką i moja Sąsiadka, która (niestety) wyjechała w teren na ćwiczenia buddyjskie, na pewno się ze mną zgodzi.

Nasz Boski Młody Aktor tak „totalnie” „wkręcił się” w rolę, że trudno mu z niej wyjść. Ujęło mnie, gdy niepytany wyznał, że w trakcie nauki w liceum grał głównie w kosza, a wiedzę czerpie z Google’a i płyt. Podziwiam go szczerze za bezpretensjonalność i …szczerość. Życzę większego dystansu do siebie i świata.

Nie jestem przesadnie stary, jednak coraz częściej łapię się na tym, że podziwiam bardzo wielu młodych ludzi za to, że dla nich wszystko jest aż tak proste. Może im po prostu zazdroszczę .

Bo nasz Boski Ogrodnik nie jest w sztuce pielęgnowania zapuszczonych ogrodów osamotniony, co bynajmniej nie jest dla mnie pocieszeniem. Językiem takim, jak on, mówi bardzo wielu młodych i mniej młodych Polaków, w tym – niestety – bardzo wielu aktorów. Język przeróżnych slangów jest tak dzisiaj powszechny i natrętny, że często wszelakiej chuci się odechciewa. Nawet w trójkątach, kajdankach i z drzewem.

Łomnicki, Zapasiewicz czy Holoubek w grobach się pewnie przewracają z wrażenia, oni przecież wiedzieli, jak posługiwać się w sytuacjach oficjalnych językiem polskim, jak i kiedy użyć wulgaryzmu czy frazy potocznej. Na szczęście, mamy jeszcze wiele dobrych aktorek i wielu dobrych aktorów z klasą osobistą i zawodową, zwłaszcza pokoleniowo starszych niż te młode i najmłodsze.

Problem w tym, że dzisiaj polszczyzna a la Ogrodnik czy Sroczyński, polszczyzna na wyjątkowo wysokich obcasach, pleni się w mediach, Internecie, studiach telewizyjnych i radiowych jak najbardziej namolne zielsko w zapuszczonych ogródkach. Na prawach jakiegoś szubrawego i kretyńskiego uzusu staje się normą. Hmm – na „wysokich” czy „zaje…tych” obcasach?

Co by z takiej polszczyzny zrozumiał Mickiewicz?

Michał Waliński

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s