Siedmiolatek odmówił

(W zastępstwie – bloguje Sąsiadka)

Wczoraj przed południem „zaszłam” do sąsiadów pożyczyć szklankę cukru. Wpadać do sąsiadów po tego rodzaju pożyczkę (szklanka cukru, naparstek soli, łyżka mąki ziemniaczanej, uszczelka do kranu itd.) to stary, dobry, aczkolwiek w dzisiejszych blokowiskach już niemal zapoznany zwyczaj. Szklanka cukru była dobrym i naturalnym pretekstem do podtrzymania więzi społecznych, wymiany informacji, ponarzekania na życie, rząd, partię i to, co boli.

Oczywiście i tym razem nie obyło się bez szklanki herbaty i babskich pogaduszek. Sąsiadka, chwilowo wolna od pisania kolejnej dysertacji, uświadomiła mi, że trwa pora ślubowań w szkołach i na uniwersytetach rozpoczęta w trzeciej dekadzie września.
– No tak, przecież piękną polską jesień mamy – zaskoczyłam inteligentnie – ale czy nie lepiej byłoby takie ślubowania odbywać wiosną, kiedy zaczyna się nowy cykl w odwiecznej wojnie między śmiercią i życiem, światłem i ciemnością, gdy siły witalne każdego człowieka, każdej roślinki i każdego żyjątka się regenerują, a mity regeneracyjne uaktywniają? …

– Eee, dajże spokój z tą mitologią! – westchnęła z zatroskaną miną sąsiadka. – Mam inne zmartwienie. Wyobraź sobie, że mój synek odmówił w szkole ślubowania. No wiesz, było dzisiaj takie pasowanie na ucznia. Jak parę lat temu ślubował w przedszkolu, w misiach, to jakoś gładko poszło, lody i dyskotekę z wodzirejem dzieciakom zafundowano, disco polo, że hej! Samo ślubowanie jakoś bokiem się rozeszło…

– A co? W podstawówce cukierków i tańców dzieciakom pożałowano? – dociekałam.

– Gdzie tam! Stoły uginały się od słodyczy, najbardziej podobała mu się coca-cola, bo ja mu na co dzień zabraniam picia tej trucizny. Już po próbach, bo przed ślubowaniem są próby, chodził taki markotny.

– Więc w czym problem? Nie chcesz mu dać obiecanego samochodziku?

– A no problem w tym, że dosłownie zaparł się nogami, kiedy próbowałam go zaprowadzić do sali gimnastycznej, gdzie odbywała się uroczystość, a on ani rusz, jak kozioł, nie pójdzie, no bo nie i już, a minka ułożyła mu się w taką bardziej do płaczu.

– Próbowałaś to jakoś wyjaśnić? Dlaczego nie chciał pójść ślubować? Może lakierowane buciki go uwierały, kupkę chciał? Mam nadzieję, że go nie pobiłaś, dzieci w tym wieku są bardzo wrażliwe…

– No, wiesz! Co ty wygadujesz?! Oczywiście, że z nim rozmawiałam, a poza tym dzieci i męża nie biję! W końcu, kiedy napił się koli i trochę uspokoił, poinformował mnie, że on nie rozumie jednego zdania. „Jakiego znowu zdania?” – spytałam. Strasznie mi go było żal, stał taki …zaparty, ze wzrokiem wbitym w podłogę, milczał długo, pociągał kolę i wreszcie wydusił z siebie: „Bo tam, pisze, no wiesz, tam pisze, że ślubuję być dobrym Polakiem”. -„No i co ci to przeszkadza?” –„ No, bo wiesz – on mi na to – ja nie wiem, co to znaczy być dobrym Polakiem, naprawdę nie wiem.”

– To rzeczywiście masz problem! – zwróciłam do sąsiadki. – I nie dał się przekonać żadną perswazją? Na lody na przykład? Albo drugą kolę?

– A co ty myślisz, że nie robiłam, co mogłam? I nic, mały zaczął drobić nogami, jak by mu się siusiu zachciało. „Chcesz siusiu?” – „Nie!” „ Na pewno nie?” – „Nie!” Dzieciak wypił kolejną porcję zakazanego napoju i orzekł: „Ja chcę być piłkarzem!” Na co ja: „I co z tego, co to ma wspólnego z pasowaniem na ucznia, za ślubowaniem?”

Zaczęłam się wyraźnie denerwować, gdyż w tak patowej sytuacji wychowawczej jeszcze nie byłam. Owszem, szanuję te wszystkie prawa dziecka, ale jak prawa, to i obowiązki, prawda? Poza tym jeszcze nigdy w historii nie udało się pogodzić demokracji z liberalizmem, prawda? Tymczasem mój krnąbrny synek oświadczył: „Jak mnie nie będą chcieli w reprezentacji Polski, to zostanę Holendrem.” „Dlaczego akurat Holendrem?” – dziwiłam się. „A jak będę chciał, to zostanę Aborygenem!” – dorzucił, kończąc dyskusję. „Aborygenem nie możesz zostać z przyczyn naturalnych, najwyżej Australijczykiem.” – próbowałam odbić piłeczkę. Byłam już całkiem zła, zaczęłam się w dodatku czerwienić, bo zdałam sobie sprawę, jak głupie pytania zadawałam i że taka rozmowa nie ma sensu, bo jak się tak zastanowić, to mały ma rację w tym, no, że nie chce ślubować …tego zdania.

– Niezły pasztet! – chciałam jakoś pocieszyć sąsiadkę, niechby poczuła, że jestem solidarna, że współczuję jej z całego serca.

– Pasztet?! To jeden wielki bigos, polski bigos, a nie jakiś nędzny pasztet! Największy plus tego całego ślubowania, że tekst krótki, dzieci się nie zmęczą. To jedno zdanie, które małemu się nie spodobało, stanowi ledwie jedną trzecią całości. Jak sądzisz, a gdybym tak poszła do dyrektorki i zaproponowała, żeby moje dziecko „zaślubowało” na pozostałe dwie trzecie, bez deklaracji etyczno-patriotycznej, to może by to uznali? – pytała z nadzieją wypisaną na twarzy.

Chciałam odpowiedzieć, że ślubować na okrojony tekst to byłoby tak, jak w epoce PRL wziąć ślub kościelny i nie brać cywilnego, ale w porę ugryzłam się w język, bo sąsiadka i ja brałyśmy tylko cywilny. Powiedziałam więc nieco asekuracyjnie: – W takim wypadku musieliby dla dziecka przygotować osobny dyplom z okrojonym tekstem, pieczątkami i podpisami, a to dodatkowa fatyga, taki papier kosztuje, no i kolorowy druk – też dodatkowe koszty. A poza tym, spójrzmy na to od strony logiki – dzieciak chyba nie zostałby po takim ślubowaniu uznany za pasowanego, a jedynie za „półpasowanego”, może nawet „ćwierćpasowanego” i groziłoby mu wykluczenie społeczne, wiesz dobrze, jak dzieciaki w tym wieku potrafią być okrutne. Kiedyś istnieli rycerze, lecz czy istnieli „półrycerze”? – popisałam się, na swoje nieszczęście, niezbyt udatnym retorycznym chwytem dyplomatycznym.

– Owszem, byli! – odparowała sąsiadka – Słowacki, ten, co wielkim poetą był, o nich pisał. Ale po prawdzie, oni byli „pół” nie w konsekwencji aktu ślubowania, ale degrengolady umysłowej i fizycznej, co ich stoczyła na samo dno, skądinąd na ich własne życzenie. A poza tym… ja nie chcę, by mój synek stał się takim „półPolakiem”… Jak na przykład ci dzisiejsi posłowie. Ślubują uroczyście i z całym majestatem, większość zresztą pod krzyżem, po ślubowaniu przez cztery lata od czasu do czasu pojawiają się w Sejmie, zwłaszcza w sprawie in vitro, a tak w ogóle robią to, co im się żywnie podoba i swoim zachowaniem nie tylko poświadczają, że mają w tzw. głębokim poważaniu to, co ślubowali, ale nie raz i nie dwa zaprzeczają, że są istotami społecznymi, że są po prostu ludźmi.

Co racja, to racja – pomyślałam i spróbowałam z innej pespektywy. – Było kiedyś w naszym języku takie piękne słowo: „Obywatalel”, kojarzyło się ono z „być”, „obyty”, „bywać”, „bywalec”, „obywać się”, (na przykład bez pieniędzy i dóbr materialnych czy znajomości)”, a może i ze „zbawieniem” i „wybawieniem”. Pomyśl, jak fajnie by brzmiało: „Ślubuję być dobrym obywatelem”… Bez żadnej Polski, Francji, Niemiec czy Ameryki. Młodzi muszą się najpierw nauczyć być ludźmi, a więc dobrymi obywatelami, bo człowiek to zwierzę społeczne, a później niech sobie będą Polakami, Holendrami czy Rosjanami, katolikami, prawosławnymi lub buddystami.

– Takie rozwiązanie nie przejdzie z wielu względów, choćby dlatego, że w nowym ustroju „obywatel” ideologicznie zaczął się kojarzyć z milicją, PRL–em, ORMO, które nad nim czuwa, zbywaniem, a czasem i biciem. Od co najmniej 15 lat nie dostałam listu zaadresowanego per „Obywatelka Janina Kowalska”… Ale masz rację, Zosiu, źle się stało, że nie „zregenerowano” słowa obywatel, nie przywrócono mu dawnego blasku.

– Niezbadane są historyczne koleje słów, zobacz, co się stało z „kiepem”, „kpiną” i „kobietą”, „stolicą”, „stołkiem” i „stolcem”, słowa nieustannie prostytuują się i nobilitują, neutralnieją i nabierają barwy, tracą treść lub pękają od bogactwa znaczeń, ale z tym „obywatelem”, po dwóch największych rewolucjach, francuskiej i październikowej, które przyczyniły się do swoistej "nobilitacji" słowa "obywatel", rzeczywiście nic się już chyba nie da zrobić – skonstatowałam refleksyjnie, podnosząc porcelanową filiżankę z nepalską herbatą do ust. – Kiedyś może byli „obywatele”, ale za to dzisiaj możesz bez trudu kupić lub sprowadzić dobrą herbatę z każdego zakątka świata…

– Nie żartuj sobie! Dobra herbata to dobra rzecz, lecz jak ja mam brzdącowi wytłumaczyć, kto to jest „dobry Polak”? Polak to nie herbata! Dla jednych „dobry Polak” to Polak-katolik, Polak-chrześcijanin to już nieco gorszy Polak, inni mówią, że wolnomyśliciel lub agnostyk może być nawet lepszym Polakiem niż Polak-katolik, ci z prawicy pochlebiają sobie, że są lepszymi Polakami niż ci z lewicy, centryści to w ogóle jakieś mutanty, nie mówiąc o liberałach, niektórzy hetero mniemają, że są lepszymi Polakmi od gejów i lesbijek i bi, sportsmenka, która lekceważąco wyraża się o udziale w olimpiadzie, uważa się za dobrą Polkę, uczeń chodzący na religię jest zdaniem siostry katechetki lepszym Polakiem niż uczeń uczęszczający na etykę, matka-Polka jest lepsza od matki-niePolki, mimo że matka niePolka też jest Polką, bocian jest polskim ptakiem, nawet żaba polska jest lepsza od francuskiej, mam tego dosyć! Rozumiesz? Dziecko tej szczególnej i skomplikowanej wiedzy o „Polaku” nabędzie kiedyś, chcąc nie chcąc, z doświadczenia, bo tu i za sto lat nic się nie zmieni, bardziej mnie martwi aktualny status mojego synka, słyszałaś chyba o tym zdolnym studencie, który został przyjęty na piątkach do ASP, ale go skreślili, bo jako zwolennik monarchii odmówił ślubowania. Tekst „pasowania” mu nie spasował…

Nic już nie powiedziałam, żeby jeszcze bardziej nie dołować matki sprowadzonej (przez los?) do semantyczno-pedagogicznego parteru. No bo jaki jest, zaiste, status tego chłopczyka, co to nie chciał ślubować, że będzie dobrym Polakiem? Bo przecież zdecydowanie inny od statusu znanej Wandy, co Niemca nie chciała? Jest czy nie jest pełnoprawnym uczniem? Ma szanse na to, żeby zostać szkolnym rycerzem czy los szkolnego ciury mu pisany? Giermka przynajmniej? W dodatku chodzi na etykę. Nie wiem, zwyczajnie nie wiem. To już ani chybi rzecznik praw dziecka musi rozstrzygnąć. Lub jakiś trybunał w Strasburgu.

Uścisnęłam sąsiadkę, podziękowałam za pyszną herbatę i ze słowami, że byle do wiosny i że jakoś to będzie, bo zawsze jakoś być musi, poszłam robić kluski na zacierkę. Jak mi wyjdzie, poczęstuje sąsiadów zupą. Nie ma to, jak to dobra zupa na zmartwienia. I na jesienne chłody.

Moja babcia zawsze mówiła, że po gorącej zupie lepiej się myśli.

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Siedmiolatek odmówił

  1. 16Siko15rek pisze:

    A jednak… To słowo może funkcjonuje, ale rzadko i raczej w funkcji instrumentalnej. Mamy z Sąsiadem nadzieję, że huraganica Sandy nie będzie aż tak groźna, jak piszą. Strzeżcie się. Pozdrawiamy serdecznie.

    Polubienie

  2. iambogna pisze:

    Sasiadka najwyrazniej wyparla ze swiadomosci "obywatelska" Platforme. Zachodze w glowe, co to oznacza dla rankingow rzadzacej partii – jeden glos wiecej, czy jeden glos mniej?Huraganica Sandy (nazywana tez "Frankenstorm") moze nas az tak strasznie nie dotknie, takie sa przynajmniej lokalne prognozy. Pozdrawiam wzajemnie.

    Polubienie

  3. iambogna pisze:

    Z tym wyrugowaniem z Rzeczpospolitej Polskiej "obywatela" to Sasiadka troche przesadzila. Chyba, ze chodzilo jej o aktualnie "zawieszona" czwarta RP – to wtedy zgoda.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s