Piersi z kurczęcia i ból Świata

(W zastępstwie bloguje Sąsiadka)

W czwartek, czwartek to chyba był, późniejszym popołudniem, zapukałam do sąsiada. Nie widziałam się z nim od paru tygodni. Drzwi otworzyła żona. Żona sąsiada, oczywiście.

– Proszę, wchodź, miło cię widzieć – ucieszyła się bardziej niż umiarkowanie. Nie odmówiłam bynajmniej, bo obiecałam sąsiadowi przepis. To znaczy podyktować przepis. Kulinarny.

Mniej więcej miesiąc temu sąsiad, po trzeciej mocnej herbacie, którą raczyliśmy się od dwóch godzin, w chwili wyraźnej potrzeby psychicznej, co może było skutkiem nadużycia teiny i kofeiny, zwierzył mi się, że cierpi na ból Świata. Zaznaczył, że słowo „Świat” wypowiedział z wielkiej litery. Zatkało mnie bez reszty. …

– Co ty, romantyk spóźniony o dwa stulecia jesteś? – spytałam, żeby w ogóle coś powiedzieć, bo na psychoterapeutkę się raczej nie nadaję, a poza tym byłam zatkana.

– Owszem, Werterem to ja nie jestem, za bardzo dałem się pieprzonej ewolucji posunąć w czasie, kilogramach i zmarszczkach, inna rzecz, że niektóre kabotyńskie pozy tego neurastenika zawsze mnie irytowały, chociaż doceniam bestseller Goethego – odparł zupełnie poważnie i z przekonaniem dodał:

– Na ból świata mogą cierpieć dzieci, już w łonie matki, emeryci, taksówkarze, byli nauczyciele, lumpy, kasjerki w „Biedronce”, tłumaczki i tłumacze, zwierzęta, króliczki, paprocie w tę jedną noc, absolwentki i absolwenci sosnowieckiej „Plater” i woźne szkolne, studenci ornitologii, tkaczki, poloniści i anglistki, sutenerzy, seksterki od drobiu, himalaiści, grotołazi, Robert de Niro, piwosze lub profesorowie wyższych uczelni. To i ja mogę cierpieć. Jestem o tyle uczciwy, że od dawna nie wierzę w żadne pozytywne implikacje jakiegokolwiek cierpienia i uważam, że cierpienie nie ma sensownego uzasadnienia, nie jestem więc jak Werter. Mój osobisty ból Świata ma, w odróżnieniu od „weltschmerzu” Wertera i znienawidzonego przez uczniów „jaskółczego niepokoju” Kordiana, bardzo konkretne przyczyny. Ja nie mam pod ręką Lotty, to raz, ani nawet Laury, to dwa, mam za to żonę, to trzy, a po czwarte, nie mam zamiaru zabijać się za ojczyznę, nawet zniewoloną przez prawdę smoleńską. Mój „weltschmerz” wziął się z nagłego jak kratofania obrzydzenia Internetem, telewizją i mediami, co się stało późnym wieczorem, kiedy normalni ludzie oglądają kino nocne, obłapiają się, drapią i chrapią lub przynajmniej piją do lustra.

– ? – Zrobiłam minę, która mu się najwyraźniej nie spodobała

– Tak, mówię, jak jest, nie śmiej się głupio. Czy nie zauważyłaś, że prawie cały dotychczasowy Świat przeniósł się do Sieci, zostały tylko nieliczne archeologiczne relikty, Sieć ciałem się stała… Światem, chciałem powiedzieć. Chcesz posłuchać świergotu ptaszków, wejdź do Internetu! Chcesz się przekonać, czy celebrytka X nosi coś pod spodem, Sieć ci to odsłoni! Chcesz wiedzieć, co robiła przez rok na leżaku w Azji Maria Peszek, goń do Sieci. Jedziesz numerowaną państwową drogą i nagle wjeżdżasz do jeziora, no to wjeżdżasz, tak było widać zapisane, bo GPS jest bogiem, który tak właśnie zaprogramował twoje nędzne życie. Zapragniesz obejrzeć kwazara, już ci Sieć usłużnie proponuje transmisję z kosmosu, nawet z Marsa, i Hubble’a podsuwa! Seks, wróżby, notowania, odkrycia, nauka, skandale, magiel, filozofia, bomby, politycy, religie i kościoły, komedie romantyczne, cnoty, gwałty, onanizm, heroizm, terror, chamstwo, piękno i brzydota – wszystko przeniosło się do Sieci. Czy ktoś jeszcze dzisiaj wróży sobie, jak ongiś, tak romantycznie, we dwoje, w jakiejś dali, przy rozgwieżdżonym niebie, ze spadających gwiazd? Nie, on wchodzi – zauważ: w c h o d z i – do Internetu, gdzie znajduje miliony wróżek, jasnowidzów i astrologów! Moja córeczka rysowała wczoraj w zeszycie do biologii szczygła, bo na zadanie domowe miała namalować i opisać wybranego ptaszka, rysowała oczywiście przy pomocy Internetu, prawdziwego szczygła pewnie już nigdy naocznie nie zobaczy.

– Nie przesadzasz? Wczoraj na przykład widziałam gawrona. Na własne oczy, jak bum-bum…

– No tak, jeszcze się zdarza. Stado obsrywających park miejski wrzeszczących gawronów to jeden z nielicznych naocznych reliktów starego Świata i dlatego powinniśmy gawrony uszanować, a nie, kierując się mściwością za obesraną głowę czy apaszkę, sprowadzać na nie pustułki lub innych myśliwych. A powiedz mi, czy poza mną, moją żoną i fejsem masz jeszcze jakichkolwiek znajomych, tak czy nie? Czas i przestrzeń, wszystko przeniosło się do Sieci, chociaż mówią, że czasoprzestrzeń podobno ostatecznie ginie w innych czarnych dziurach. Mam nadzieję, że przynajmniej ty jesteś wierna pewnym klasycznym zasadom i nie kopulujesz przez Internet? – zadał nieco retoryczne pytanie. Jako niefeministka, ale sympatyczka kobiet wyzwolonych, nie zarumieniłam się nawet w tym momencie, sama już czasem nie wiem, czy jestem w realu czy wirtualu, sąsiad zaś uszczegóławiał na głos swoją pesymistyczną wizję wyrwanej z posad i przeniesionej do Sieci, a więc w zasadzie byłej już rzeczywistości.

– Czy masz wyobrażenie, że na nowo trzeba będzie odpowiadać na najstarsze pytania, dajmy na to, czym jest byt, czym jest bycie, co to znaczy być, gdzie się podziało arche? No, są oczywiście pewne plusy tej nowej sytuacji, zobacz, ile plugastwa i ludzkiej ohydy wyszło w Internecie! Zawsze tak było, tylko sieć to uwyraźniła i więcej widzimy? A może człowiek stał się, „dzięki” Sieci, gorszy?
– Zawsze tak było. To, co napisał o człowieku Wolter – mówię o słynnym fragmencie „Kandyda”– jest ciągle aktualne, natura ludzka jest niezmienna, zawsze tak uważałam.

– Ba! Więc zgoda, Sieć tę naturę obnażyła totalnie, zdemaskowała okrutniej niż poczciwy Freud, szkoda tylko, że ci, co zamieszkali w Sieci, nie zawsze wiedzą, że znajdują tam niemal wyłącznie coś na swój obraz i podobieństwo, że po drugiej stronie lustra są oni sami, skrojeni na miarę swoich zazwyczaj nędznych, trywialnych projekcji, marzeń i gestów. Trzeba będzie zupełnie na nowo zdefiniować humanizm, a może wyrugować to słowo z leksykonów? Sartre musi na nowo napisać „Obcego”. Sorry, Sartre już nie żyje. Szczęściarz. Tak czy inaczej, w Sieci wyraźniej niż niegdyś widać, że nikczemność i podłość jest właściwą miarą człowieka, a to jakoś nie pasuje do jego rzekomej wielkości i co w gruncie rzeczy nie zależy to od bardziej lub mniej od wrednych ideologii i systemów. Ten nowy Świat stworzył tylko i wyłącznie człowiek, co może akurat jest pewną miarą jego wielkości, ale… Czy stworzył na własną zgubę, czy jako etap w drodze do kolejnego ubzduranego raju, tego jeszcze nie wiadomo, jednak w razie czego nie da się winy zwalać na Pana Boga. Powiem prosto z mostu, ten Nowy Świat niekoniecznie mi odpowiada, a poza tym… – urwał myśl, by po chwili podjąć wątek.

– Jest jeszcze druga konkretna przyczyna mojego bólu Istnienia (słowo „Istnienie” też wypowiadał z wielkiej litery), agnostycka, rzekłbym, przyczyna. Wiąże się ona zresztą z pierwszą. Przestałem otóż wierzyć w możliwość poznania jakiejkolwiek prawdy ostatecznej, a zwątpienie absolutne naszło mnie po przeniesieniu się starego, jeśli nie dobrego, to przynajmniej oswojonego, Świata do Sieci. Żegnać się z tym padołem, nie zaznawszy prawdziwego smaku żadnej prawdy, nawet tej o najbliższych z bliskich ludziach, to mało budujące, nie uważasz? Chodzi mi o prawdę przez małe „p”, bo prawdę przez wielkie „P” dawno zawłaszczyli, w imię miłości bliźniego, katolicy.

– A co, już się żegnasz z tym światem? – zapytałam prowokacyjnie. Często wkurzał mnie jego ironizujący pesymizm.

– No nie, jeszcze może nie, ale, kto wie, kto to wie… Może wreszcie zdecyduję się sprawdzić, ile dni mi zostało, w Internecie jest wszystko, ale…

– Jakie „ale”? „Ale” i „ale”! Nic tylko „ale”! Nie mógłbyś się pozbyć tego całego barachła, wyrzucić to, oddać potrzebującym a niecierpiącym na jakieś bóle Istnienia? – podsunęłam mu pragmatyczne i interesujące w moim mniemaniu rozwiązanie.

– Jakiego barachła, „ale”? – zaczął ze zdziwieniem wierzchem dłoni przecierać oczy.

– No tych wszystkich komputerów, notebooków, komórek, głośników, smartfonów, wifi, modemów i kabli, nie widzisz, kretynie, jak się dałeś okablować? Masz kłopoty z zasypianiem, bo całą noc coś ci miga, a na Świat zwalasz, hipokryto! T o całe barachło, t o właśnie powyrzucaj! – wskazywałam dłonią na konkretne przedmioty. Na spacer byś poszedł, grządkę przekopał, grilla podpalił, z dzieckiem w wojnę na karty zagrał, naczynia wymył, drzewko miłości posadził, a ty…

– …No właśnie, w tym problem.

– W czym? W miłości?

– Nie, nie o to chodzi. Tak się złożyło, że od trzech lat spaceruję głównie wirtualnie, od czasu do czasu nawet grządkę wirtualną skopię. Ludzi z zasady nie kopię, jednak unikam, jak mogę, niewirtualnych miejsc publicznych. Boję się ich. A w sieci poruszam się bardzo ostrożnie, mam legalne antywirusy…

– Idź się i utop, matołku! – ucięłam dyskusję w miarę życzliwym zwrotem, co zresztą było między nami zwyczajne, takie tam nasze werbalne pieszczotki, podziękowałam za niezłą herbatę i poszłam do siebie pomieszkać. O problem prawdy nie spytałam, sąsiad i tak mi nadto w głowie pomieszał.

Wracając do tamtego czwartku. Weszłam. Żona sąsiada wróciła do korekty, małoletnie (10, 7) dzieci zaczytane w prawdziwych książkach, nawet nie w komiksach, co już samo w sobie jest widokiem rzadko w dzisiejszych czasach spotykanym, przyjemna cisza, tylko lodówka daje jakiś znak życia. Sąsiad patrzy na mnie znad komputera, jakby co najmniej krowę platońską na łące ujrzał.
Chrząkam kokieteryjnie, Sąsiad, z wyrazem intelektualnego otępienia na twarzy, teraz łypie na mnie wyłącznie jednym okiem, gdyż drugie zasłonił brwią krzaczastą, i nic. Zero reakcji. Jakby katatonik jakiś. Lecz przecież palcami lewej dłoni rytm na blacie biurka bez przerwy wystukuje i wystukuje, i od czasu do czasu drugą dłonią rytmicznie wali w prawe kolano. Taki niby biurkowo-palcowy bebop, młodzi pewnie z hip-hopem pomylą, niby jedno i drugie nowojorskie, etniczne, nie wypada jednak kawioru z jesiotra z marną ikrą śledziową mylić.

Staram się tedy chrząkać bardziej kokieteryjnie, nóżkami przebieram, dekolt poprawiam, zasadniczo jednak w granicach żoninej tolerancji, a ten nic, tylko bebopuje i bebopuje, rytm przyspiesza i co moment lewą nogą improwizowaną solówkę o parkiet odwala, bebopuje i bebopuje, a w tym bebopie kolana i dłonie wymienia, pozwalając na krótką improwizację nodze drugiej lub siedzeniem skrzypiące krzesło rytmicznie ugniata.

– U diaska! – myślę. W orkiestrę Benny Goodmana się zamienił? Koncert z Carnegie Hall z trzydziestego ósmego telepatycznie odgrywa? „Honeysuckle Rose” Jam Session skojarzyło mi się zupełnie bezwiednie.

– Co ty, krowę zobaczyłeś? Sąsiedzie, halo, obudź się, przepis obiecany przyniosłam! – musiałam trans, w jaki popadł, przerwać, bo prawie mi nogi z pupą bebopować zaczęły, a nadzwyczajny respekt dla żony sąsiada zawsze miałam.

– Cicho, Zofio! Zacytuję ci coś – zwolnił nieco i rytm uspokoił. Powiedział pompatycznie: „Zofio”, a nie „Zośka”, a to zaniepokoiło mnie szczególnie.

– Ale ja przepis… Obiecałam!

– Ciiiio! Posłuchaj, nawet myśleć nie musisz, tylko słuchaj: „Dane naoczne bez pojęć są ślepe.”

– Przepis sprawdzony własnoręcznie, na kurczaka…

– „Myśli bez treści są puste.”

– Kurczak sam w sobie jest nijaki, mdły, chyba że się go odpowiednio i umiejętnie przyprawi, ziółkami natrze, zamarynuje…

– Zwariować można – „ślepe dane naoczne” „puste myśli”, tylko raka brakuje! – przedrzeźniał nie bez ironii sąsiad, rytm wybijany członkami zwolnił jednak do minimum, już w głowie zajęty wyraźnie czymś innym, tylko jakby jeszcze z rozpędu niechcący kolanem i kciukiem prawej dłoni echo bebopu przywoływał.

Obiecałam pochopnie przepis, że przyniosę, sam prosił, więc konsekwentnie obstawałam przy swoim, bo jakby co, później będzie miał pretensje, że znów zapomniałam.

– Weź piersi kurczęcia, ile ci tam trzeba, i dokładnie umyj. Są tacy spece od kuchni, co zdecydowanie zabraniają mycia zakupionego mięsa przed przyrządzeniem, bo podobno traci na wartości i witaminach. Może i traci, ale w tym kraju bym nie zaryzykowała. Lepsze mniej witamin od świńskiej grypy. To nie Indie, gdzie w największym brudzie ulicznym kulinarne cuda przyrządzają, łapami podają i nikt jakoś nie choruje, chyba że woda z kranu i owoce. Po umyciu osusz piersi papierowym ręcznikiem, pote…

– A co ze źródłami poznania? Jak to jest w końcu, Zofio: wrażenia czy idee? Na Internet jako synonim Świata i jako źródło poznania nie wyrażam zgody, gdyż… no bo nie!

– Posól, niech przez chwilę poleżą. Z solą morską różne tam Gordony Ramseye też przesadzają, może być zwykła polska, kujawska albo z Wieliczki, sól to sól – dyktowałam przepis i czułam się jak ksiądz na religii, który niczym współczesny św. Paweł dyktuje barbarzyńskim uczniom Prawdy Wiary, a klasa odrabia w tym czasie matmę, fizykę, chemię, gra na pieniądze w makao albo jeszcze ciekawsze rzeczy robi. Jakie to szczęście – myślę sobie – że po krótkim epizodzie zrezygnowałam z pracy na niwie kaganka oświaty, jak widzę, co się stało z sąsiadem po czterdziestu latach belferki, to nie mogę powiedzieć, że w życiu szczęścia nie miałam.

– Nie ubijaj ich tłuczkiem do mięsa, to zbrodnia! Niektórzy szefowie kuchni z tłuczkiem nawet do polędwicy się przymierzają, widziałam w telewizji. Paranoja… Wystarczą paluszki, ugnieść delikatnie paluszkami.

– Obowiązkowo jedne i drugie, i wrażenia, i idee, bo co innego nam pozostaje? Ale jednego poznania z drugim nie sposób pogodzić! Cóż więc j e s t? Cóż więc mam czynić? – sąsiad dramatycznie podrapał się prawą ręką po własnej piersi wyzierającej spod rozchełstanej koszuli.

– Teraz uważnie posłuchaj, dochodzę do istoty sprawy. Kurczak sam w sobie, nawet osolony, jest nieco mdły, prawdę mówiąc, piersi są najmniej ciekawą częścią kurczęcia, już to mówiłam, proponuję bardziej oryginalny, lecz bardzo prosty sposób.

– Właśnie, właśnie: racjonalizm. Czyli wyraźność, jasność!? Albo rzecz przymierzać do innej rzeczy, reguły empiryzmu stosować? I to, i to, czy ani to, ani to? Jak to i to, do cholery, pogodzić? – sąsiad, ciągle w uniesieniu, ba, wzburzeniu, snuł ponurą i zniechęcającą refleksję na temat poznania. Nie był w tym może specjalnie oryginalny, ale skądinąd po przedsokratykach nikt już w filozofii oryginalny nie był.

– Wysyp na talerz co najmniej ze trzy torebki suszonego lub granulowanego czosnku. Ile dokładnie wysypać? W zależności od ilości piersi, raczej więcej niż mniej. Nigdy nie gotuję według miary i wagi, zdaję się na intuicję. W kuchni intuicja to podstawa.

– Intuicja? Jaka intuicja? Przestań bredzić! Ja tu o czymś ważnym, a ty… Twierdzić, iż formy aprioryczne, które są warunkiem wszelkiego doświadczenia, z doświadczeniem nic wspólnego nie mają, to jakby głosić wbrew empiryzmowi, na Boga…

– Bóg tu nie ma nic do rzeczy, prędzej suszony czosnek. Osuszone ręcznikiem papierowym piersi kurczęcia zanurz w czosnku, ponurzajw nim dobrze, suszony czosnek wystąpi w roli jedynej i ostatecznej panierki. Broń Bóg, jakieś jajko! Żadnego jajka! Tym bardziej tartej bułki.

– A takie formy aprioryczne, a więc, zasady, idee, pojęcia, muszą się odnosić do naoczności, bez naoczności poznanie jest niemożliwe. Do diabła, to jakby grzeszyć przeciw racjonalizmowi! Błędne koło, kurczak to zatem czy nie kurczak, a może ta pierś tak naprawdę jest kurczakiem, który akurat przechodzi przez ulicę? A ona mi tu o panierce…

– W rzeczy samej. Intuicja podpowiada, że jeśli już piersi kurczęcia w panierce, to lepiej zamiast tartej bułki płatków owsianych użyć. W tym wypadku zresztą jajko by się nawet przydało, nie cierpię ortodoksów i fundamentalistów, można kurze piersi białkiem posmarować, przy pomocy pędzla, masz chyba pędzel kuchenny, możesz w razie czego pożyczyć od córki, szkolny, płatki będą się trzymać jak chiński mur, ale to inna wersja z tysięcy dań z piersi kurczaka czy indyka, indycze trzeba pokroić, bo wielkie, kaczych nie musisz, kacze wymagają innej filozofii. Na dzisiaj wersja lajtowa, sól i czosnek granulowany, to jest istotą.

– Czy ty to pojmujesz, Zofio? Intelekt nie jest zdolny do oglądu, a zmysłami nie myślimy? Co z synestezją?

– No, co ty, głupi jesteś? To tak jakby facet zerkał na dziewczynę, widząc w niej jedynie pojęcie, a nie podnietę dla zmysłów, prawdziwa kobieta zaraz by się obraziła… Ale, halo halo, wracamy do kurczaka. Rozgrzej olej na patelni. Z tą oliwą z oliwek też przesadzają, chodzi o hołubioną w mediach kulinarnych „Extra Vergine”, nowy kult, cholera, wymyślono, taki Jammie Oliver tony oliwy wlewa do wszystkiego i nawet smaży na extra vergine, masła jeszcze dodaje, bo to Anglik. Oliwa z oliwek dobra i zdrowa jest, z pewnością, ale nasz rzepakowy jakby ciut zdrowszy, czasem warto pomieszać. Rozgrzej dosyć mocno, tylko nie spal tłuszczu, bo zamieni się w truciznę i wyjdzie ci przeciętna polska frytkarnia. I na Boga, kiedy smażysz kurczaka, nie zajmuj się kwestią prawdy, bo wszystko spieprzysz – podpowiadałam z bezinteresownej troski i o sąsiada, i o potencjalnie smażonego przez sąsiada kurczaka.

– Transcendencja! Analiza transcedentalna! Refleksja transcedentalna! – gorączkował się starszy pan – Mówisz kurczak… Ten kurczak jest z całą pewnością immanentny; kiedy go oglądam w klatce, na wybiegu lub kiedy go smażę, wtedy bez wątpienia doświadczam go. Mam „jakąś” wiedzę o tym kurczaku, nie wiem jednak, czy to jest wiedza dostateczna. Czy mogę założyć, że istnieje kurczak transcendentny, zatem ten, tu, kurczak i do niego jeszcze „coś”? Co sprawia, że ten, tu, kurczak niby jest, jaki jest, ale zarazem jest czymś więcej, więc czymś innym? Musi, musi wszelako istnieć on w tej transcendencji, choćby wówczas, kiedy myślę o nim jako o ssaku lub zwierzęciu, tak podpowiada rozum, a to rozum rządzi intelektem, aczkolwiek zgoda, jeśli jem, to jem nie ssaka i nie zwierzę, ale co najwyżej pierś z kurczaka. Musi istnieć kurczak transcedentalny, jako warunek mojego doświadczenia, naoczności – monologował, powtarzając pytania zadawane niegdyś w Królewcu.

– Kurczaka transcendentnego, w przeciwieństwie do kurczaka z targu lub z marketu, nie usmażysz i nie zjesz! Zostaw już te pieprzone noumeny! Wrzuć na rozgrzany olej piersi. Ostrożnie, bo cię gorący olej popryska. Smaż z wyczuciem i pokorą, może w kuchni cię oświeci.

– Dowcipna się znalazła. Słuchaj! Naoczność implikuje poznanie, jednak poznanie jest chyba, jak wynika z oglądu fenomenu immanentnego kurczaka, także „czymś” więcej niż zwykłą implikacją? Jak z tym okiem Wittgensteina, które ma w polu widzenia to, co widzi, ale samego siebie nie widzi, więc oka nie ma w polu widzenia, ale ono tak w ogóle g d z i e ś jest? Co jednak z poznaniem dzisiaj, w nowej sytuacji, kiedy Internet stał się Światem, ludzie zamieszkali w Sieci, a Filozofowie w praktyce nie istnieją? Dożyliśmy czasów, gdy większość ludzi na własne oczy nie widziała żywej krowy i żywego kurczaka, zna je wyłącznie z mediów. Na przykład jako problem ceny, jako problem ptasiej grypy lub jako problem kucharski. A celebryci? Dla ogromnej masy ludzi jedynym prawdziwym człowiekiem jest celebryta, czasem ktoś z fejsbuka. Jak zdefiniować taki fenomen, jak doświadczanie w mediach Kamela, Dody, Cichopek i Mroczków? Czy w tym wypadku doświadczam j a czy tylko j e s t e m d o ś w i a d c z a n y?

– Raczej to drugie – powiedziałam po namyśle, jest to albowiem problem, nie da się ukryć. Ale skupże się! Nie przypal tych piersi! Usmaż na złotobrązowy kolor, chyba że wolisz bardziej chrupkie. Nie czytaj przy tym, nawet gazety, raczej też nie myśl, zdaj się na wyczucie, intuicję, nie zajmuj się jakimiś „różnicami transcendentalnymi”! I pod żadnym pretekstem nie opuszczaj kuchni, żadne dobre danie jeszcze nigdy nie ugotowało się samo.

– Lecz co z „ja” transcendentalnym? Czy jeśli i ja, jako osoba ludzka, przeniósłbym się do Sieci, to czy mógłbym zakładać, że moje „ja” transcedentalne nadal istnieje, zwłaszcza że moje „ja” empiryczne stało się „ja” Sieciowym? Moim „ja”? Byłaby inna „różnica” transcedentalna? „Ja” transcedentalne, czyli „oko” ogarniające polem widzenia fragmenty Sieci plus jeszcze „coś” sieciowego na dodatek? Czy przez Sieć dojdziemy do prawdy? – brnął zanurzony w transcendencji aż po sumiaste wąsy sąsiad, a ja miałam już tego po uszy tym bardziej, że się zupełnie pogubiłam i nie wiedziałam, czy ten dotknięty przez ewolucję pan mówi jako sąsiad, mężczyzna czy jako inny zupełnie podmiot. Chytrze więc spróbowałam z ryżem.

– Ryż? Kolejna głupia moda! Ryż na sypko, ryż, ryż! Biały ryż, oczywiście, żryj tylko biały ryż, Sieć nas ogłupia, bo ktoś na tym zarabia. A jaka jest prawda? Jeśli decydujesz się na ryż, to gotuj wyłącznie nieoczyszczony lub dziki, ale wiadomo, taki kosztuje z dziesięć razy więcej niż to białe oczyszczone gówno skrobiowe, podawane zresztą na sypko. Biały ryż powstał w wyniku niegdysiejszych kompleksów Chińczyków i z pewnego punktu widzenia jest zemstą rasy żółtej na cywilizacji białych, tak jak pleniący się ciągle nikotynizm jest zemstą Indian na reszcie świata. Nie ryż, a…

– Ale co z moją godnością jako osoby ludzkiej? – spytał wyraźnie zaniepokojony sąsiad – Kiedyś, w starym Świecie, Świecie bez Sieci, wszystko było normalne. Doświadczałem prawdziwego kurczaka i zakładałem, że doświadczam go nie tylko jako „ja” empiryczne, lecz także jako „ja” transcedentalne, tak jak doświadczałem lasów, drzew, skał, łąki, kobiety, parowozu, jak innych ludzi, jak całego Świata. W pewnych granicach, rzecz jasna, w pewnych granicach. Kurczak, drzewo, parowóz, skała były poniekąd warunkiem mojej ludzkiej godności, nie roztapiałem się bowiem w doświadczanej empirii, nie „ukwantowiłem się”, mojego człowieczeństwa strzegły formy aprioryczne! A teraz? Czy Kamel, Doda, Wojewódzki, Kurzajewski, Cichopek i Madzia z „M jak miłość”, jako czyste produkty Sieciowe, mogą być warunkiem czyjejkolwiek godności? Czuję, że moje sieciowe „ja” pikselizuje się w jakiejś krainie Harrych Potterów, „Pudelków” i tańców na lodzie, staje się „ja” masowym… Tragedia!

– Hegel powiedziałby, że nie jest tak źle. Patrząc z perspektywy dziejowej. Zatem zgadzamy się: nie ryż. Podaj usmażone piersi z kaszą. Stanowczo nie doceniamy rodzimych kasz. Polecam gryczaną, jaglaną, jęczmienna też dobra. I zostaw już te a priori, a posteriori. Świata nie zbawisz. Chrystus od epistemologii się znalazł… Takim ględzeniem świata nie razbieriosz, a jeść trzeba. Klasyczną sałatkę z pomidorów, białej cebuli i odrobiny oliwy i soli proponuję do tego. Pycha!

– Ale mój ból! Ból Świata, Istnienia… On naprawdę boli, ten ból.

– Jak boli, to znaczy, że żyjesz. Wiesz ty co? Idź i zrób tego kurczaka, zjesz z żoną i dziećmi, mnie poczęstujesz i Świat będzie mniej bolał. A ja sobie tymczasem posiedzę w spokoju. Fotel wygodny, nogi rozprostuję, oczy zamknę, przez godzinkę pobędę tak zupełnie bezmyślnie, ok.? Co za rozkosz! Fakt, myślenie boli. No, idźże już, weź i pokrój ten fenomen kurczaka!

– No, nie wiem… Teraz? Po t a k i c h pytaniach? Refleksja transcendentalna i smażone piersi, czosnek. Czy to wypada? Zresztą dzieci nienawidzą czosnku…

– Grunt, żebyście razem, ty i żona, tego czosnkowego cudeńka posmakowali, wtedy będzie dobrze. Trochę czerwonego wytrawnego wina… Może i jakoweś implikacje z tego wyjdą.

– No dobra, może masz rację, być może miarą naszej ludzkiej godności jest świadomość, że nasza władza sądzenia, chociaż według Kartezjusza wszystkim podobno w miarę równo dana, jest ograniczona, a prawda ostateczna nieosiągalna? Rzeczywiście, od czasu do czasu trzeba coś zjeść. Idę do kuchni, poszukam patelni i zdam się na tę twoją intuicję. Czy mamy aż tyle granulowanego czosnku? – zastanawiał się na głos.

Poszedł. Ulokowałam się w fotelu najwygodniej, jak mogłam. Dzieci nadal czytały. Żona sąsiada chyba kończyła korektę, w każdym razie piękna jej twarz pojaśniała. Znowu odezwała się lodówka. Nie wiem, może nawet trochę przysnęłam, w każdym razie wyobraziłam sobie, że sąsiad dokonuje w kuchni kopernikańskiego przewrotu. Widziałam prawie, jak zdejmuje prawą ręką rozgrzaną patelnię z płonącego palnika, sam z trudem lokuje się siedzeniem na kuchence, unosi skwierczące naczynie ponad głowę i obserwuje z niejakim zdumieniem jego osmolone dno.

Takim go zapamiętam. Jasno i wyraźnie.

Na zawsze?

8 X 2012

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Piersi z kurczęcia i ból Świata

  1. iambogna pisze:

    Strasznie dlugi ten przepis na kurczaka, ale jakos go do kupy poskladalam i jutro wyprobuje. Z kasza gryczana, bo innej nie mam.Owocnego filozofowania (Sasiadowi) zycze.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s