Pożytek z Lisa na żywo

Tak. W tytule felietonu nie ma pomyłki. Okazuje się, że z Tomasza Lisa –kameleona polskich mediów i prasy – oraz jego programu może być jakiś pożytek. Program jest horrendalnie drogi, władze telewizji i radia jęczą z rozpaczy nad pogłębiającym się deficytem (jego poziom skrzętnie ukrywając przed opinia publiczną), zapowiadają drastyczne cięcia programowe, grożą olewającym abonament telewidzom i radioodbiorcom sankcjami, ale Lisowi dzielnie i dużo płacą, a na dodatek zatrudniają ponownie jego żonę, dawno, dawno temu sympatyczną i wdzięczną prezenterkę „Teleekspresu”, za równie horrendalną gażę. Dobre i to, gdyż Lis pokazał, chyba nieświadomie, że jego program może być pożyteczny. …

Po piątkowej awanturze w Sejmie i przed Sejmem były kandydat na prezydenta RP popełnił artykuł „Ustawka 2011”. O dziwo, z wieloma postawionymi w nim tezami zgadzam się co do joty. Lis pisze:

„Podobno PiS chce w tych wyborach obniżyć frekwencję, by zwiększyć swe szanse na dobry wynik. Ale wspierają w tym PiS szerokie rzesze politycznych błaznów i ekshibicjonistów.
Intrygująca jest ta wszechbłazenada. Każe bowiem zadać pytanie, czy świadczy ona bardziej o zidioceniu polityków, czy może jednak bardziej o zidioceniu mediów, które ową błazenadą się żywią. Choć oczywiście jest i wariant trzeci. Może to swoista symbioza zidiociałych polityków i zidiociałych mediów odpowiadających na oddolne zapotrzebowania zidiociałej publiki. Bo skoro media pokazują polityków, jak robią z siebie błaznów, to znaczy, że ludzie właśnie błaznów chcą oglądać, co oznacza, że elektorat średnio kuma, o co idzie w normalnej demokracji i w prawdziwych wyborach. W to ostatnie jednak nie wierzę. Bo skoro ludzie oglądają programy, w których występują politycy, i w ogóle w jakimkolwiek stopniu polityką zawracają sobie głowę, to może jednak wybory, politykę i państwo traktują poważnie. A jeśli tak, to jest całkiem prawdopodobne, że błaznów oglądając, nie podskakują na fotelach, klaszcząc w dłonie i wydając okrzyki zachwytu, ale w te fotele zapadają się głębiej i głębiej w poczuciu coraz większej desperacji i coraz większego zażenowania. Chcę w każdym razie wierzyć, że taki odruch jest i że jest masowy.” (za: http://monitor201.cal24.pl/archives/1934)

Tylko z jedną sugestią wyrażona w cytowanym passusie się nie zgadzam, do czego wrócę. I jeden istotny brak zauważam, o czym później.

W pierwszej odsłonie cyrku pt. „Lis na żywo” z 14 maja br. na arenę wkroczyli politycy w tym – jak zwykle – ci sami, zgrani jak niegdyś Dostojewski w kasynie, nudni jak tyłki i cycki polskich celebrytek, otwarci umysłowo jak szkapa z klapkami na oczach i na partyjnych lejcach. W kontekście panów Niesiołowskiego i Hofmana p. Rezonek wydaje się być medialną dziwicą, a p. Kurski – Himalajami kultury bycia.

Dostojewski pozostawił po sobie szereg arcydzieł. Nawet najnudniejszy biust i tyłek może się czasem przydać – w naturze lub w reklamie. Koń? Koń, o ile nie jest mułem, zasługuje przecież tylko i wyłącznie peany.

A politycy? Szczególnie dwaj pierwsi z wymienionych? Zachowali się dokładnie tak, jak to opisuje Lis, jak „poli¬tycz¬ni bła¬źni i ekshibicjoniści”. „Dyskusja” dotyczyła m. in. emerytur, zachowania Niesiołowskiego w piątkowym Sejmie i przed Sejmem.

„Pan się powinien upomnieć o Ewę Stankiewicz. To jest pana obowiązek” – rzucił w kierunku Lisa Hofmann. „Co jest moim obowiązkiem, to ja wiem, i nie pan będzie mi mówił!” – oddał cios Lis. Hofman wyrasta na Niesiołowskiego PIS. A na co wyrósł Lis? O tym później.

W innym momencie Hofman zasugerował, że Niesiołowski „zaatakował dziennikarkę [Stankiewicz]”. Niesiołowski od razu od razu na starcie wypalił z grubej rury: „To kłamstwo. Pan zaczyna od kłamstwa”. „Uderzy mnie pan?” – w odpowiedzi prowokował kilkakrotnie Hofman i wali w Kurskiego: „Miło ci, Jacek, że stoisz tam, gdzie Stefan Niesiołowski?” już chyba kiedyś zauważyłem, że ulubionym słowem Niesiołowskiego jest słowo „kłamstwo”, a frazą: „pan/pani kłamie”. Używa on ich w starciach polemicznych jako loco communes pierwszego stopnia. Wszyscy kłamią, Niesiołowski jest zawsze krynica prawdy. Głębszą analne fenomenu pozostawmy dr. Freudowi.

W dalszym ciągu programu było spokojniej, w tym sensie, że panowie nie poruszali spraw merytorycznych, co jest regułą (!) u polityków, a ponadto mówili lub krzyczeli wszyscy jednocześnie, siłę zaśpolitycznej kakafonii wzmacniał głos redaktora Lisa. Mówienie absolutnie synchroniczne z zaznaczeniem, że każdy mówi co innego i innym tonem, jak i oczywiście mówienie niemerytoryczne jest regułą (!) u polskich polityków-celebrytów. Być może należałoby jednak pochwalić Lisa za walory czysto muzyczne jego spektaklu, mamy tu do czynienia z jakimś nowym przypadkiem muzyki konkretnej.

W drugiej części programu wystąpili sportowcy, czyli trener Gmoch i piłkarze: Majdan, Świerczewski, Hajto (już trener), a z ogromnego ekranu górował nad nimi niczym Haile Selasie na cesarskiej audiencji sam Jan Tomaszawski – piłkarz, bramkarz, bohater narodowy z Wembley, opiekun małego pieska i polityk, bo musiał pilnować ratlerka i nie mógł dojechać te 100 kilometrów z Łodzi.Może zreszta wcześniej od premiera przetestował pociągi i autostrady.

Rozmowa dotyczyła kontrowersyjnych (i arcygłupawych) wypowiedzi właśnie JanaTomaszewskiego. Że nie będzie on kibicował polakom na „Euro”, że się wstydzi, że kiedykolwiek występował w koszulce z orzełkiem, że nie będzie tolerował farbowanych lisów, przepraszam, Polaków w reprezentacji piłkarskiej, czyli Polańskiego, Perquisa i Boenischa, że to, że tamto, że sramto.

Tłumacząc się przed kolegami, „Tomek” dokonywał prawie bramkarskich zwodów, przeinaczał swoje wypowiedzi, parafrazował je. Rozumiemy go. Zazwyczaj paple, co mu ślina na język przyniesie, a potem żałuje, że „paplnął”, nie wie jednak, jak załagodzić sprawę.

Podziwiam kolegów „Tomka”: od początku rozmowy próbowali oni znaleźć konsensus, który pozwoliłby Tomaszewskiemu wyjść z twarzą i honorem z piwa, które znowu nawarzył (ministra Mucha w ostatnim programie Kraśki bardzo inteligentnie i dowcipnie zrecenzowała zachowania bramkarskiego weterana). Nie zgadzając się ze starszym kolegą, ale zgadzając się z jeszcze starszym Gmochem, który też się nie zgadzał z byłym podopiecznym, wyrażali swoją dezaprobatę eufemizmami i peryfrazami. Mówili składnie, na temat, czyli m e r y t o r y c z n i e, mówili każdy oddzielnie, nie przerywali sobie („no, uderz mnie!”) i nie narobili typowego dla polityków rabanu. Odniosłem wrażenie, że powiedzieli Tomaszewskiemu, co chcieli powiedzieć – i ten zrozumiał przesłanie, wyszedł (choć na ekranie) z audycji z twarzą. Można rzec: pełna kultura, a politycy mogliby wziąć przykład z trenera Gmocha i piłkarzy, tym bardziej że trenerom i piłkarzom naprawdę chodziło o dobro Polski, polską gościnność.

Na ich tle Niesiołowski, Hofman i cała plejada występujących regularnie u Lisa polityków wypadają rzeczywiście jak ludzie ze stowarzyszenia niskiej kategorii błaznów. A mówi się, że dzisiejszy sport jest taki zdegenerowany… Myślę jednak (poważnie) , że i dzisiaj wybitni czy tylko dobrzy profesjonaliści wynoszą ze sportu, właściwie bez względu na dyscyplinę, pewien rodzaj pozytywnej kultury zachowania, poszanowania dla reguł gry oraz przeciwnika, fair play. Są wyjątki od reguły.

Do polityki garną się naturszczycy (nawet jeśli są profesorami), politycy to takie „samorodki”, niestety zazwyczaj wcale nie złote i nie potrafiące się samodzielnie oszlifować. Po nauki stylu i klasy by ich posłać!

A więc tyle pożytku z tego programu Lisa: dwa zespoły gości i dwa odległe od siebie światy. Sportowcy uświadomili mi, na jakim dnie kulturalnym operują politycy, nawet, gdy „operują” w telewizji, lecz telewizja to podobno też kultura.

Wracam do felietonu Lisa „Ustawka 2011”. Co mi się w końcu w nim nie podoba? Cóż rzec, po raz kolejny wyszła chyba wrodzona Lisowi hipokryzja oraz typowy dla tego dziennikarza brak (samo)krytycyzmu tudzież nadzwyczajne samouwielbienie.

Lis, diagnozując przyczyny przebranżowienia się polityków w błaznów, pyta, czy świadczy to o „zidioceniu polityków”, czy o „zidioceniu mediów”. A cóż to za alternatywa – zapytam? Odpowiadam: świadczy o zidioceniu jednych i drugich, przy czym zakładam, że Lis jest odpowiedzialny, jako czynny i wpływowy dziennikarz, i za sferę mediów, i za sferę polityki, bo, primo, miał (ma?) ambicje polityczne, nawet do kampanii prezydenckiej się przygotowywał, a secundo, jest takim, jak by to nazwać, „półpolitykiem”, bo ocierając się ciągle o polityków, otwarcie sekundując jednej partii politycznej, zatarł zupełnie granice między „byciem dziennikarzem” a „byciem politykiem”.

To ostatnie uświadomił mi nadzwyczaj wyraźnie, o dziwo, Hofman, gdy zwrócił się do Lisa:
„Pan się powinien upomnieć o Ewę Stankiewicz. To jest pana obowiązek.” Lis próbował go zlekceważyć, co chyba mu się nie udało: „Nie będę się upominać o panią Ewę Stankiewicz. Co jest moim obowiązkiem, to ja wiem, i nie pan będzie mi mówił.”

W tym momencie Tomasz Lis ekshibicjonistycznie i bezkrytycznie obnażył swoje morale, swój prywatny system wartości. Według mnie, Tomasz Lis jest od dawna jedynie nominalnym dziennikarzem. A kim jest naprawdę? Dużo by mówić.

Oburzył mnie najbardziej wykoncypowany przez Lisa wariant trzeci: „Może to swoista symbioza zidiociałych polityków i zidiociałych mediów odpowiadających na oddolne zapotrzebowania zidiociałej publiki."

Prawda, że redaktor lawiruje w dalszym ciągu swojego felietonu od elektoratu i wyborców, po mieszkańców masowej wyobraźni, chce jakoś odróżnić jednych od drugich i …zrównac ich, chce ponadto wierzyć, że ten wariant jest jednak niemożliwy… W zawieszeniu głosu redaktora „Lisa na żywo”, we wpisanej w tekst aposjopezie, w tonacji wypowiedzi dziennikarza, który od lat kreuje w mediach zidiociałe, błazeńskie widowiska „polityczne” z tymi samymi klaunami i nic nie robi, aby zmienić formułę programu, zacząć widzów traktować poważniej, kryje się, przyznacie, moi nieliczni Czytelnicy, potężna dawka dwulicowości i rozbuchanej pychy.

Wszyscy są idiotami, tylko i wyłącznie redaktor Tomasz Lis idiotą nie jest. Można by spytać, jakże się, jakim cudem, zdołał uchować w zdrowiu psychicznym?

Z moich enuncjacji i sylogizmów wynika być może inna prawda.

Michał Waliński

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Pożytek z Lisa na żywo

  1. 16Siko15rek pisze:

    Sylabizowanie będę musiał poprawić, nie wiem, jaka jest przyczyna. W górach mam problemy z połączeniem komputerowym, chwyciłem więc za telefon. A Lis? Mnie zastanawia, czy w publicznej TV jest człowiekiem tak niezastąpionym, że mu jeszcze małżonkę donoszą?

    Polubienie

  2. anonymous pisze:

    Krzysztof Laskowski writes:Panie Profesorze, lepiej bym tego nie wyraził. Redaktor Lis właśnie taki jest i jeszcze się tym faktem pyszni. Powiedziałbym, że zachowuje się gorzej niż oddelegowani przez przełożonych partyjnych do harcowania posłowie Niesiołowski i Hofman. Ale zadufanie w sobie, co jest wersją optymistyczną, nie pozwala mu dostrzec własnej negatywnej roli w całej sprawie. Wydaje mi się, że redaktor Lis należy do tego typu dziennikarzy, który uosabia pewna paniusia z CNN-u: gdy Jerzy Bush syn wygrał wybory, ona wyraziła zaskoczenie, jak to jest możliwe, bo ona nie zna nikogo, kto głosowałby na Busha.

    Polubienie

  3. iambogna pisze:

    Zauwazylam, ze od jakiegos czasu prawie kazda kolejna emisja "Lisa na zywo" staje sie obiektem medialnej krytyki. Zastanawiam sie, czy nie jest to chytry (nomen omen) sposob na podnoszenie ogladalnosci przewidywalnego az do znudzenia programu.P.S. Michale, czy te graficzne przesylabowania w cytatach z "Ustawki 2011" maja jakies (ukryte dla mnie) znaczenie?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s