„Banalnie łatwe”? Kilka niekoniecznie wyłącznie osobistych uwag na temat edukacji w Polsce

Gawęda dla Winnetou

Zakończyły się końcowe egzaminy gimnazjalne. Przed licealistami egzaminy maturalne.

Dla szefa CKE już wcześniej zaczął się okres ciężkiej pracy. Dlatego wymyślił zgoła fantastyczne terminy matur. Matura z języka polskiego odbędzie się w piątek 4 maja, czyli w trakcie „Wielkiego Weekendu”. Kolejne matury, z matematyki, języka angielskiego, odbędą się od …wtorku 8 maja. W poniedziałek – język polski w wersji rozszerzonej.

Nastał czas wielkiego leniuchowania. Polacy porozjeżdżali się po świecie, wykupili w biurach podróży to, co wykupić się dało, włącznie z eskapadami narciarskimi w Nowej Zelandii, zasiedlili opuszczone na zimę dacze, lepianki, szałasy, ziemianki, altanki, werandy, ogródki działkowe i trawniki miejskie, grillują na potęgę na balkonach, parapetach i, gdzie się da, i, co się da – na czele z narodową potrawą numer jeden, czyli karkówką. (Sorry, Winnetou – karkóweczką! Polacy lubią spieszczenia, chociaż bardzo nieudolnie – jak oceniają znani profesorowie seksuologii Lew-Starowicz i Izdebski – pieszczą. To, no wiecie, co, i – się wzajemnie.)

Szef CKE, pozbawiony w ten błogi czas przyjemności wędzenia się w dymie grilla, sączenia przyjemnie schłodzonego browarka z puszki lub butelki oraz przyjemności paradowania w domowych gaciach i sandałach zakładanych przez Polaków do grilla na obowiązkowe białe skarpety (czy szef dba o tę rodzimą tradycję, tego nie wiem), postanowił nadzwyczajnie się zemścić na tysiącach zainteresowanych maturą polskich rodzin. Dzieci ubywa, ale maturzystów mamy ciągle całkiem sporo. O wiele za dużo, o czym później.

Gdybyż tu jednak wyłącznie o przyjemności/nieprzyjemności rodzin, które los pokarał maturzystą, a nie daj bóg, dwójką albo trójką, chodziło… Niestety. Kuriozalne decyzje p.o. dyrektora CKE odbiją się na pracy zainteresowanych szkół, niechybnie zdezorganizują ją.

Zdycha, nie da się ukryć, zdycha polska szkoła, powiadam ja ci, szlachetny Winnetou.

[Cenzura. Fragment wycięty i przeniesiony do „Pamiętników ugotowanego belfra”, które ukażą się na witrynach trzy minuty po śmieci autora, za jego zgodą, wyrażoną z nader teoretycznych zaświatów lub wielce prawdopodobnego niebytu, a które będzie można ściągnąć na e-booka lub smartfona za sowitą opłatą – z przeznaczeniem na Organizację Obrony Praw Otumanionego przez System Nauczyciela – ze zniżką dla młodzieży szkolnej.]

*
Co się tyczy dezorganizacji pracy szkoły jako konsekwencji tegorocznych głupich decyzji CKE: jak będzie w tygodniu powielkoweekendowym wyglądać normalna nauka w klasach pierwszych i drugich szkół średnich? Jaka będzie frekwencja uczniów? Rok szkolny, o ile zapamiętałem, kończy się w czerwcu. Po czy przed EURO 2012, tego nie wiem, a to wydarzenie w tym roku jest najważniejsze. Jak znam życie, czyli szkołę, tydzień od 7 do 13 maja to będzie wielka uczniowska majówka. W okolicach 10 czerwca zaczną się dla nich „prewakacje”, bo tylko głupi, czyli nauczyciel będzie przychodził do budy, trzeba bowiem wypisać oceny, świadectwa i zamknąć kolejny rok do emerytury, poza tym trwa Euro!. Jak dyrektorka jest babką „spoko”, zrobi jedną nasiadówkę pedagogiczną na koniec roku szkolnego; jak, kurna, jest babą złośliwą czy nawiedzoną, zrobi ze cztery końcowe nasiadówy. Tak czy siak, tydzień powielkoweekendowy w szkole i tygodnie następne będą, o ile o normalną edukację chodzi, nienormalne.

Lecz już 1 września rozpocznie się kolejny polski boży rok szkolny i zawsze trzeba mieć nadzieję, że będzie normalny. Jak drzewiej bywało. Choćby w czasach PRL.

*

Tegoroczni gimnazjaliści, wychodząc z kolejnych egzaminów, jak jeden mąż i jedna żona odpowiadali nękającym ich pytaniami reporterom: zadania były „banalnie proste”.

Faktycznie, taki język polski, na przykład, stopniem trudności nieco przewyższał wymagania z zerówki. Reszta? Pic na wodę, elementarz. Wyniki jednak, śmiem wieszczyć, nie będą „banalnie dobre”. Tak ze 20-25% gimnazjalistów obleje owe „banalnie proste” testy. Nie pomogą pielgrzymki przedegzaminacyjne na Jasną Górę. Matka Boska raczej nie będzie chciała czuwać w ich intencji. Wszak „olewali” lekcje religii.

Jak co roku, jak na wszystkich egzaminach w Polsce, w zadaniach gimnazjalnych pojawiły się błędy. Egzaminy gimnazjalne, matury z błędami w arkuszach, „ratowane” później przez urzędników z CKE, to od 10 lat nasza nowa narodowa specjalność.

Gimnazjaliści rzucą się niebawem hurmem na licea i in. szkoły, przede wszystkim jednak licea. Wiele z liceów w Polsce będzie przyjmować świeżo upieczonych absolwentów gimnazjów z 40-50 punktami. Chociaż, prawdę mówiąc, nie każdy „stupunktowy” gimnazjalista posiada gwarantowany znak jakości.

Większość tych młodych ludzi dotrwa do matury, no bo nie da się nie dotrwać w obecnym systemie do matury. Powtarzanie klasy? Takie rozwiązanie absolutnie nie wchodzi w rachubę, i basta. Nie wolno krzywdzić młodego człowieka na starcie, inna sprawa, że w Polsce „młody człowiek na starcie” to człowiek co najmniej do pięćdziesiątki. Przenieść krnąbrnego ucznia do innej szkoły? Relegować go? Nie da rady, zwłaszcza że nawet uczeń bandyta, i jego rodzice, może powołać się na prawa człowieka i wytoczyć szkole/nauczycielom proces o dyskryminację, a o takich przypadkach było w ostatnich latach głośno w mediach i prasie.

Nade wszystko jednak cała szkoła (z tuzinem sekretarek i dyrekcją włącznie) żyje z uczniów; każdy uczeń, choćby „pięćdziesięciopunktowy”, jest na wagę złota. Nauczyciele muszą mieć kogo uczyć, a klasy nie mogą liczyć mniej niż …32 osoby, niejednokrotnie liczą tych osób 34, 36 albo 38.

Z drugiej strony – nauczyciel w Polsce jest, jak wiadomo, niczym hinduska święta krowa: można go obejść na drodze, pokiwać litościwie głową nad tą księżycową istotą i wykrzyknąć: „Nie! Takie coś nie ma prawa istnieć!”, praktycznie jednak zwolnić go nie można. Nie znaczy to, że w Polsce nie ma dobrych nauczycieli „z powołania”. Obawiam się jednak, że kiedy zaczną się masowe zwolnienia ze względu na niż demograficzny, ze szkół niekoniecznie odejdą ci, którzy powinni.

*

Pociągnijmy więc dalej tę gawędę, Winnetou, przyjacielu mój.

Większość tegorocznych gimnazjalistów, którzy dostaną się do szkół średnich, za trzy lata zda maturę. No bo bardzo trudno nie zdać t a k i e j matury. Matura za trzy lata będzie łatwiejsza od tegorocznej, która będzie łatwiejsza od zeszłorocznej, która…

Już od wielu lat można zdać maturę z języka polskiego, i to zdać dobrze (w nieszczęsnym wymiarze punktowym), nie przeczytawszy ani jednej lektury, głęboko wierząc, że Jan Kochanowski to twórca oświeceniowy lub żużlowiec z Bydgoszczy, Karpiński napisał „Nie-Boską komedię”, Oksymoron to bohater gry komputerowej, panna Izabela Łęcka to znana celebrytka, a Orszulka to ofiara syfilisu.

Wystarczy nieco sprytu i inteligencji, c w a n i a c t w a przede wszystkim. Cwaniactwo to dzisiaj polska cnota narodowa numer jeden i należy ją pilnie ćwiczyć od kolebki  Przykłady, najbardziej spektakularne wzory cwaniactwa dają starsi, często szefowie i przełożeni, nie ma się więc co dziwić uczniowi.

Aż wierzyć się nie chce, że kiedyś pewien, mało dziś znany, wieszcz mógł pisać takie słowa: Dzieckiem w kolebce, kto łeb urwał Hydrze, Ten młody zdusi Centaury, Piekłu ofiarę wydrze, Do nieba pójdzie po laury. Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga… Boże ty mój, jak te „kretyńskie” wersy nie pasują do naszych czasów!

Dzisiaj trzeba inaczej:

Gdy jako dziecko kradnie cztery złote, w młodości oszuka belfra, ustną maturę kupi, zerżnie licencjat, choćby miał pójść do piekła! Tam sięgaj, gdzie interes zrobisz…

Żeby zdać maturę z matematyki, można nie wiedzieć, że „a kwadrat plus b kwadrat” równa się… Bo i po co? Media i gazety już dawno autorytatywnie orzekły, że to balast zbędnej wiedzy encyklopedycznej, która nauczyciele ogłupiają dzieciątka.

Wzorem dla tych młodych mogą być zresztą – będzie to przykład bardziej obrazowy – polscy specjaliści od budowania autostrad (w Polsce); najwyraźniej co krok (czyli co metr takiej autostrady) poszukują zawzięcie rozwiązań w Wikipedii, stąd fuszerki i permanentne opóźnienia. Nie tak dawno Chińczycy opuścili przed czasem budowę jednej z autostrad w Polsce. Odsądzono ich od czci. Najprawdopodobniej jednak, rozpatrzywszy, jaki jest stan autostrad budowanych przez Polaków (absolwentów polskich szkół, w tym – wyższych), Chińczycy uznali, że wywiązali się z roboty perfekcyjnie. Skąd wynikają liczne pomyłki i „niedopatrzenia” lekarskie, prowadzące niejednokrotnie do tragedii? Dlaczego prawo w Polsce jest takie zagmatwane i ułomne?

Pozostańmy przy chińszczyźnie, która jest w Polsce permanentnie modna. Gdyby tak wymienić 10-15 przykładów chińskich dokonań w dziedzinach wszelakich w ostatnich 10 latach, to raczej nie znajdziemy ich „odpowiedników” autorstwa absolwentów szkół tworzących system edukacji polskiej wszelkich szczebli. Nie stać nas nawet na dobrą „podróbkę” smartfona czy pachnideł Diora. Nie popieram podróbek, jednak niby polskie telewizory, tablety, komputery charakteryzuje kompletny brak polskiej myśli technologicznej. Tak, pamiętam, jesteśmy potęgą w grach komputerowych, w ich tworzeniu. Wynika to niechybnie tyleż z nadzwyczaj dobrej kondycji i profesjonalizmu polskich informatyków (jest to samo w sobie fenomenem niczym rzecz w sobie Kanta), co z naszej narodowej skłonności do bajek i wszelkich fantazji. Nie zdziwię się specjalnie, kiedy powstanie gra komputerowa o zamachu w Smoleńsku. Poza tym – pamiętam! – studenci polscy wysłali parę miesięcy temu półkilogramowy sputnik w niebo, który działa! Znając polskie realia, myślę, że ich uniwersyteccy (politechniczni) utytułowani promotorzy nie maczali w tym palców. Zresztą przebić się na rynek globalny z jakimś rewelacyjnym pomysłem, wynalazkiem powstałym na polskiej uczelni jest ciągle rzeczą praktycznie niewykonalną i większą przeszkodą niż koszty patentów lub gąszcz bzdurnych  przepisów wydaje się być ciągle feudalna struktura tych szkół. I …zawiść. Tak, mój drogi Winnetou, zawiść, ta klasyczna polska cecha narodowa.

Spotkałem się ostatnio z wypowiedzią pracownika naukowego pewnego wydziału matematyki, który głosił, że zagadnienia, z jakimi maturzysta polski musiał zmierzyć się na maturze w okolicach roku 1966 ub. wieku dzisiaj omawia się na trzecim roku matematyki, i to na …specjalizacji. (1966 rok to moja matura! Nie było wówczas matury „podstawowej”, „rozszerzonej”, jedna była, demokratyczna, chociaż poniekąd i socjalistyczna, matura dla wszystkich!).

Tymczasem niektóre gazety i media trąbią bez przerwy o nękaniu uczniów wiedzą encyklopedyczną na lekcjach i że szkoła nie uczy umiejętności. Jest w tym sporo prawdy, lecz żeby szlifować umiejętności, trzeba mieć przynajmniej trochę wiedzy elementarnej (?) i umieć tę wiedzę logicznie porządkować.

Zróbmy więc sobie mały teścik.

Które zdanie lepiej charakteryzuje Telimenę?:
a/ Telimena ma zmarszczki i nie posiada dwóch zębów;
b/ Bohaterka „Pana Tadeusza” Telimena jest czarnoskórą biseksualną lesbijką i bohaterką legend afrykańskich.

Winnetou, nawet ty świetnie sobie poradzisz z tym zadaniem, czyż nie?

Takiego egzaminu gimnazjalnego nie można nie zdać, taką maturę wypada zaliczyć za pierwszym podejściem. A i tak będzie 25% pokrzywdzonych przez „siepaczy” z OKE i CKE (od: „siepać prace” egzaminacyjne), którzy testu nie zaliczyli.

*

Do krytyki obecnego systemu edukacyjnego zabierają się ex cathedra ludzie, których byśmy o takie zainteresowania nie posądzili, jak ostatnio prezes PZU. Widocznie o n i mają  n a m a c a l- n y powód – dowód w postaci zatrudnionych w takich np. ZUS-ach absolwentów szkół wyższych. Prezes zauważył był, że pracownicy z wyższym, niby zgodnym z zajmowanym stanowiskiem pracy wykształceniem, nie potrafią wyszukiwać istotnych (w danej kwestii) informacji, porównywać, analizować i selekcjonować ich.

No tak, Panie Prezesie, jeśli wpaja się od lat uczniom (a przy okazji wielu naiwnym, leniwym lub zwyczajnie głupim nauczycielom, że niepotrzebna jest wiedza, że wystarczą „umiejętności”, że trzeba uczyć tychże (a więc: jakich?) „umiejętności”, to nie ma się co dziwić, że Pan i ważne firmy zatrudniają pracowników po studiach biologicznych czy po fizyce nuklearnej, nawet po filozofii, bo ci o wiele lepiej sobie radzą z wyszukaniem istotnych informacji i ich selekcją.

Przeciętny uczeń postępuje wobec „zagrożeń” egzaminacyjnych tak, jak i ja być może postąpiłbym na jego miejscu, gdybym urodził się pół wieku później, zaś nauczyciel przez trzy lata uczy przede wszystkim „pod testy”. Trzy lata? Testomania zaczyna się w zasadzie w drugiej, trzeciej klasie podstawówki. Na wyższych uczelniach praktycznie już się nie robi egzaminów ustnych. Uczenie „pod testy” staje się kolejną naszą narodową specjalnością, i oby Świat nie skorzystał w tym wypadku z naszej inwencji w tej dziedzinie, bo nastąpi niechybny jego koniec. Pocieszam się, że to nam, nie grozi, bo ostatni wynalazek, jaki zafundowaliśmy światu, to była lampa naftowa. Chwała Łukasiewiczowi i jego współpracownikowi. A „uczenie pod testy”? Takiego sposobu degenerowania mózgów młodych ludzi nie wymyśliły najgorsze systemy totalitarne.

Głosów w dyskusji takich, jak prezesa PZU, należy sobie życzyć jak najwięcej!

Przy okazji: może PZU, banki, wielkie korporacje, jeśli narzekają na brak kreatywności pracowników po studiach menedżerskich czy z tzw. zarządzania, powinny sięgać po rzetelnych absolwentów filologii klasycznej lub filozofii? Nawet filolog polski, który przeszedł r z e t e l n y kurs literatury staropolskiej, łaciny, retoryki i tzw. scs-u (o to wszystko zresztą na polonistykach uniwersyteckich coraz trudniej), lepiej poradzi sobie w roli bankowca lub menedżera niż niejeden „ukierunkowany” na studiach absolwent kolejnego poronionego wydziału „marketingu i zarządzania” funkcjonującego gdzieś na peryferiach nauki.

Tym – r z e t e l n y m – absolwentom tak egzotycznych kierunków jak filologia klasyczna lub filozofia – kreatywności i umiejętności kojarzenia faktów oraz docierania do istotnych informacji nie brakuje. Brzmi jak dowcip? Ależ to nie jest dowcip! Analiza klasycznego tekstu łacińskiego czy greckiego lub interpretacja problemu filozoficznego to fantastyczne wyzwanie dla mózgu. Taki filolog grecki będzie po paru dniach praktyki wiedział, jak się zachować na poważnym stanowisku w banku. Nic dziwnego, że w niektórych szkołach sukcesy w olimpiadach ekonomicznych i olimpiadach przedsiębiorczości osiągają – wraz z uczniami – łacinnicy, tj. nauczyciele języka łacińskiego i greckiego. Nie spotkałem jeszcze nigdy, a spotkałem ich nader wielu, nieinteligentnego człowieka, który miał za sobą s o l i d n ą edukację klasyczną.

Uczyć zatem e l a s t y c z n o ś c i  u m y s ł o w e j – może to jest najlepszą wskazówką dla grzęznącej w schematach szkoły polskiej?

W przemądrej „Lalce” Bolesława Prusa stary Żyd Szlangbaum żali się, że Polacy nie doceniają jego szaradziarskich pasji i czuje się z tego powodu dyskryminowany. Pomijam ironię odautorską (antysemityzm w „Lalce” jest faktem). Może szkoda, że Polacy nigdy nie lubowali się w rozwiązywaniu prawdziwych szarad, a częściej uciekali w pseudoszarady, np. mesjańskie czy smoleńskie. Nie osiągnie się elastyczności umysłowej bez j a k i e j ś, nie z księżyca wszakże wziętej, wiedzy i inteligencji, bo żeby umieć analizować i selekcjonować fakty, trzeba mieć j a k ą ś wiedzę o faktach w ogóle i faktach konkretnych; docierać do kluczowych informacji bez wiedzy – to rzecz niemożliwa.

Tymczasem, mająca o sobie bardzo dobre mniemanie studentka IV roku studiów humanistycznych, na pytanie o sylogizm – robi krowie oczy (opowiada znajomy naukowiec). Poprosić ją o podanie przykładu sylogizmu? To jak prośba o omówienie dziewięćdziesiątej ósmej pozycji z „Kamasutry” lub antynomii Kanta, zresztą omawianie „Kamasutry” z nią, ćwokiem intelektualnym, nie byłoby specjalnie pociągające, tym bardziej że ona właściwie to nie wie, co to „Kamasutra”, Kant kojarzy jej się z „kantowaniem” i dokładnie nie wie, po co studiuje (opowiada znajomy naukowiec).

*

Tegoroczni gimnazjaliści – po kolejnych „banalnie łatwych” egzaminach – pójdą w zdecydowanej większości do liceów i szkół średnich. Później wielu z nich pójdzie – bez względu na własne predyspozycje – na studia.

 

Źle. Źle się dzieje w państwie polskim. W zdecydowanej większości powinni pójść oni do

r z e t e l n y c h (jak niegdyś, nie tak dawno) szkół zawodowych bez matury, bo brakuje w Polsce kafelkarzy, kominiarzy, posadzkarzy, murarzy, piekarzy, szlifierzy, frezerów, seksterek i seksterów, czyścicieli (czegokolwiek), obcinaczy paznokci u nóg damskich, męskich i innych, masarzy i masażystów, ogrodników, przepychaczy rur, kucharzy, nianiek, opiekunów piesków, kotków i rybek, szewców, krawców, krojczych, dojarek i wykonawców tysiąca innych pożytecznych zawodów – w dodatku zazwyczaj dobrze płatnych.

Pozostali uczniowie, ci najlepsi, powinni pójść do szkół średnich – wypuszczających  r z e t e l n i e przygotowanych do studiów absolwentów. Po technikach – także takich absolwentów, którym niekoniecznie studia wyższe są potrzebne, bo mają fach w ręku i potrafią r z e t e l n i e go wykonywać i dobrze zarabiać.

Gdyby tak to wszystko funkcjonowało, wykładowcy na wyższych uczelniach nie musieliby zastanawiać się, czy nie trzeba na przykład na pierwszym roku filologii polskiej uruchomić intensywnego kursu nauki alfabetu polskiego i (cichego oraz głośnego) czytania oraz rozumienia najprostszych tekstów, jak i wykładowcy na politechnikach mogliby na pierwszych latach zrezygnować z kursów rudymentów matematyki (z zakresu programu szkoły podstawowej).

Ergo, z mapy Polski powinny, m u s z ą zniknąć setki szkół średnich w dzisiejszym wydaniu, liceów w szczególności. Należy odbudować, jeszcze nie tak dawno dobrze w Polsce prosperujące, szkolnictwo zawodowe. Przy okazji, pokłońmy się Staszicowi. Staszicowi – człowiekowi Oświecenia.

*

Jacyś osobnicy u progu III Rzeczpospolitej wymyślili sobie, że wszyscy młodzi ludzie w Polsce, ukończywszy 18 lat, powinni mieć matury. Nie pomyśleli, że z bardzo różnych przyczyn jest to idea utopijna, choćby dlatego, że do czego predysponują jednego młodego Kazia „przyrodzone” zdolności, inny młody Kaziu nie jest w stanie osiągnąć, bo z tymi zdolnościami coś nie wyszło i nie jest to akurat wina Kazia. Może być jednak i tak, że ten drugi Kaziu, choć „niekumaty”, o ile jest ambitny (skądinąd zawsze bardziej chodzi o ambicje rodzicieli) lub ma dobrze ustawioną rodzinę lub znajomości, zostanie specjalistą od walących się mostów i permanentnie naprawianych szos, w tym autostrad.

Trudno o przykład większej krzywdy wyrządzanej: a) młodym ludziom; b) Polsce. Może by tak ich, tych, którzy tę idealistyczną ideę wykoncypowali (pleonazm zamierzony) w jakiś sposób zawstydzić? Modne jest dzisiaj w Polsce straszenie trybunałem, komisjami, nie przesadzajmy jednak. A może ukarać ich inaczej – kazać im przeczytać, ze zrozumieniem (!), trzy grube tomy „Gargantui i Pantagruela” Rabelais’go i na dodatek trzy tomy „Prób” de Montaigne’a? Niech przynajmniej spróbują. Za karę. W nagrodę – najnowsza powieść Witkowskiego.

Tak to jest, Winnetou – w tej naszej „nowej” Polsce… Na początku lat 90. zamarzyło się jakimś nawiedzonym entuzjastom politycznym reaktywowanie przedwojennych gimnazjów. Żeby zachować ciągłość dziejową. Namacalne konsekwencje realizacji ich marzeń czkawką nam się do dzisiaj odbijają. Skądinąd, chcieli ci nobliwi „starcy” (jak z Cisów Żeromskiego) wiele innych „światłych” rzeczy z okresu II Rzeczpospolitej reaktywować – na szczęście, nie wszystko im się udało, bo mielibyśmy w szkołach getta ławkowe. Marzyć też trzeba umieć.

Jacyś ludzie, motywowani względami politycznymi i własnymi kompleksami, głodują dzisiaj po kościołach i przytułkach „w sprawie historii” w liceach. Fakt, po raz kolejny w III Rzeczypospolitej wprowadza się … „nowe liceum”. Za trzy lata – pewnie kolejna „nową maturę”. Przykro mi, Winnetou, lecz ci głodujący po kościołach na rzecz właściwego nauczania  historii w szkołach bardzo mnie śmieszą. Po prostu, śmieszą. Nic więcej. Spóźnili się o ponad trzydzieści lat. Może by tak jakiś płot przeskoczyli, zamiast głodować?

To, czy uczeń będzie znał historię Polski, literaturę polską, geografię lub matematykę lub …religię, nawet gdyby ci głodujący „w imię sprawy” powymierali z głodu, wcale nie zależy od kolejnych, najczęściej pozorowanych, kosmetycznych zmian w programach szkolnych, dokonywanych przez kolejnych ministrów i kolejne ministry. Nie jest nawet ważne, czy lekcje religii są, czy nie są w programie szkolnym. Ostatecznie – wybierają uczniowie, chodzą lub nie chodząc na religię. Lub – wagarując z lekcji historii i innych lekcyj.

Wszystko, jeśli chodzi o praktyczną edukację, zależy wyłącznie od nauczyciela, siły jego „przyciągania” – mam na uwadze pewien, nieopisany jeszcze przez uczonych, przypadek feromonów pedagogicznych. Uczeń? Albo będzie miał szczęście i trafi na dobrego nauczyciela, nauczyciela, któremu się chce i któremu żadne fingowane przez ministrów „rewolucje” oświatowe nie przeszkodzą w rzetelności wykładu i nauczania tudzież misji pedagogicznej, albo szczęścia nie będzie miał i trafi na złego nauczyciela, który… Tego akurat definiować w tym miejscu nie trzeba.

Zmiany w tzw. Karcie nauczyciela są niezbędne. Znaczny procent nauczycieli wykonuje swój zawód z czystego przypadku i tak naprawdę – dla dobra uczniów – powinni oni pożegnać się z profesją wykonywaną z przypadku=-07

. Niechby zajęli się uprawą innych ogródków, aczkolwiek – obawiam się – pozaszkolne poletka rychło mogą się wyjałowić.

Dlaczego? Brak im w i e d z y, k o m p e t e n c j i, nie znają się lub słabo znają na przedmiocie, który wykładają, są nieelastyczni intelektualnie i umysłowo ociężali, bardzo nie lubią tych, których przyszło im uczyć, szkołę traktują jak „biuro” („odbębniłem 18 godzin i dajcie mi święty spokój”), nie mają odpowiednich predyspozycji, nie posiadają rudymentarnego przygotowania pedagogicznego, czego zresztą szkoły wyższe, na czele z pedagogiką, nie uczą. (Gdy jako wychowawca w szkole słyszałem słowo: „pedagog”, zawsze moja ręka bezwiednie sięgała po colta, którego gwoli prawdy nigdy nie posiadałem.)1w

No i jeszcze jedno: wykazują się, ci „światli nauczyciele”, ba, chwalą, setkami, tysiącami godzin odbytych kursów (udokumentowanych, a jakże), studiów podyplomowych, wymyślaniem kuriozalnych konkursów  i lekcji „pokazowych” (no bo trzeba się pochwalić raz na jakiś czas jakąś „innowacją”), ale tak naprawdę, przyzwyczajeni do miłej duszy i ciału stagnacji umysłowej, nie potrafią studiować, uczyć się, rewaloryzować swojej wiedzy, chłonąć wiedzę interdyscyplinarną i posługiwać się nią na lekcjach. Nie są zdolni „wciągać” uczniów w świat wiedzy i umiejętności. Pociągać uczniów umysłem.

Przeszkadzają tym, którzy pracę w szkole traktują jako pracę twórczą, a przynajmniej chcą ją wykonywać rzetelnie.

*

Dotyczy to także wielu dyrektorów szkół, którzy są w prawie stu procentach jednocześnie nauczycielami. I w wielu wypadkach niemal codziennie prowadzą lekcje z młodzieżą. Jak jest w rzeczywistości: jak wielu z nich prowadzi rzetelnie zajęcia, a jak wielu markuje odbywanie lekcji?  Oczywiście, ci drudzy zawsze mają „obiektywne” usprawiedliwienie na podorędziu: na lekcję się spóźniłem, bo przyszedł wizytator, zadałem „ciche” zajęcia uczniom, m u s i a ł e m wyjść z lekcji, bo przecież m u s i a ł e m wykonać istotne obowiązki dyrektorskie, nie byłem dzisiaj na lekcjach, bo przecież byłem w Urzędzie.

Kuratorium dzisiaj już się nie liczy. Liczy się Urząd Miejski, Urząd Gminy, z którymi to urzędami co poniektórzy dyrektorzy powiązani są rozlicznymi miłosnymi więzami. To zresztą temat do osobnego rozważenia, owa gra dyrektorów szkół z urzędami miejskimi lub gminnymi tudzież …z parafiami. Doczekaliśmy czasów, gdy o być albo nie być szkół, dzieci i młodzieży decydują, nieprzygotowani merytorycznie do rozstrzygania w kwestiach oświatowo-edukacyjnych u r z ę d n i c y miejscy, gminni.

Nie tak dawno mogliśmy przeczytać w prasie:
„Samorządy dają dorobić dyrektorom szkół. Dzięki temu nie muszą płacić wyrównań pedagogom, alarmuje „Dziennik Gazeta Prawna”. Niektórzy dyrektorzy zarabiają dzięki temu nawet 11 tys. zł miesięcznie. Ta nienormalna sytuacja wynika z tego, że rząd nałożył na samorządy obowiązek wypłacania jednorazowego dodatku uzupełniającego tym nauczycielom, którzy nie osiągnęli na koniec roku średniej płacy, ale nie dał im na to pieniędzy. Gminy szukają więc sposobów, by tych dodatków nie wypłacać. Rozpoczęły od cięć etatów i niezatrudniania nowych nauczycieli. Godziny lekcyjne, które zostały po zwolnionych pedagogach, dzielą między pozostałych uczących. Im więcej ponadwymiarowych zajęć, tym łatwiej gminom uniknąć wypłacania co roku uciążliwego wyrównania. Okazuje się jednak, że na takich oszczędnościach zyskują przede wszystkim dyrektorzy szkół. To oni w pierwszej kolejności – zamiast zarządzać szkołą – biorą dodatkowe godziny. W ten sposób mogą nawet podwoić sobie pensję. Odbywa się to za przyzwoleniem samorządów. Kuratoria są bezradne. Twierdzą, że nie mogą zakazać procederu. A prawnicy zgodnie twierdzą, że nie jest to złamanie prawa, ale jedynie nadużycie, którego nawet przy dużej liczbie godzin dodatkowych w żaden sposób nie można ograniczyć – pisze ‘Dziennik Gazeta Prawna’.” (cyt. za: http://biznes.onet.pl/uklad-gminno-dyrektorski,18553,4882185,1,news-detal)

To nie tak. Chcesz być dyrektorką/dyrektorem? Dobrym dyrektorem szkoły? To dobrze. Piękna sprawa! Razem z Winnetou będę ci sekundował w każdej słusznej idei, którą będziesz przedsiębrał. Wznieś się jednak na szczyty poprawności oraz odpowiedzialności i zrzeknij, wraz z otrzymaniem dyrektorskiej nominacji, prowadzenia działalności dydaktycznej w swojej szkole, bo być dobrym dyrektorem i godzić to z dydaktycznym pensum dyrektorskim (oraz setkami w skali rocznej, co się niestety zdarza, „nadgodzin”, jakże często wykonywanych w praktyce przez bibliotekarzy, pedagogów szkolnych czy …higienistki) – tego w zasadzie pogodzić się nie da. W szkołach średnich im bliżej matury, tym częściej uczniowie buntują się przeciw „dyrektorskiej dydaktyce”, lecz z przyczyn oczywistych taką „sprawę” niemal zawsze da się skutecznie „załatwić”. Na korzyść dyrektora.

Cóż można powiedzieć o nauczycielu poloniście, historyku, fizyku, chemiku, geografie, także dyrektorze, który uczy od 10., 20., 30., a może i 40. lat w podobno dobrym l i c e u m i nie dorobił się ani jednego finalisty lub laureata olimpiady przedmiotowej (konkursu w gimnazjach), nie splamił się prowadzeniem, z własnej inicjatywy i nieprzymuszonej woli, przeprowadzeniem paru godzin koła zainteresowań – n i e o d p ł a t n i e? Lekceważy wyrażane expressis verbis przez uczniów potrzeby i oczekiwania? A jeśli już zacznie m a r k o w a ć jakąś robotę, to tylko dlatego, że zawisł nad nim pejcz?

Zdarzają się, oczywiście, świetni, a nawet genialni nauczyciele, którzy a k u r a t olimpiadami się nie zajmowali, lecz wykonywali rewelacyjnie inne narzucone sobie zadania. Mnie na przykład zawsze imponowali koledzy, którzy z poświęceniem i z powodzeniem, kosztem wielu wyrzeczeń, wykonywali w szkole trudne misje społeczne i humanitarne (częstokroć ryzykowne) – często w zastępstwie pedagoga szkolnego, którego najprawdopodobniej na studiach nauczono, że ma w szkole zachowywać się jak urzędnik. Lub koledzy, którzy nie żałowali własnego czasu dla uczniów i w szkole prawie że „mieszkali”. Mam na uwadze licea i inne szkoły „predysponowane” do pracy z olimpijczykami, bo nie wszędzie praca taka jest możliwa. W każdej jednak szkole możliwa jest praca z uczniem zdolnym lub uzdolnionym. Lub, co ważne, ze słabym.

Myślę, że stosunkowo łatwo dałoby się „wyprowadzić” ze szkół te 30-40% nauczycieli z przypadku. Lecz także tu idzie się na łatwiznę, bo proponuje się („odgórnie”) wzmocnienie uprawnień i kompetencji …dyrektorskich. Tak się składa, że dyrektorzy szkół polskich od lat mają władzę niemal nieograniczoną, niemal boską. Nierzadko pełnią swoją funkcję przez trzy, a nawet cztery kadencje, mimo że „materiał” zużył się już po pierwszej czy drugiej. Budują w szkołach przyjacielskie nauczycielskie kółka wzajemnej adoracji (często są to jednocześnie sui generis kółka różańcowe), i do lewicy się uśmiechną, i ludzi kościoła kokietują, uwikłani w różne nepotystyczne interesy z władzą lokalną, a nieraz inne formy nepotyzmu, są – w praktyce – poza prawem. Są „na swoim”. Jak we własnym folwarku. Robią, co chcą, bywa, że nawet śmieci z własnych gospodarstw domowych co dzień do śmietników szkolnych ukradkiem wrzucają, jak wyczytałem na jednym z forów. Kogo pozbędzie się zasiedziały na swoim stanowisku dyrektor, którego celem jest osiągnięcie wieku emerytalnego i ustawienie się „godzinowe” na emeryturze – nauczyciela z pasją, lecz „krnąbrnego” i niezależnego myślowo czy „miernego, ale wiernego”?

Pomyliłem się wyżej. Prawdziwie „świętą krową” bywa niejednokrotnie dyrektor szkoły w Polsce. Ten najpierwszy pupilek zdegenerowanego systemu, którym nie wiadomo kto rządzi: minister oświaty czy sołtys. Zwłaszcza, kiedy jest to dyrektor cyniczny, który umiejętnie potrafi zadbać o swoje interesy.

Owszem, jest możliwe, że dyrektor szkoły pełni swoją funkcję już czwartą kadencję i czyni to doskonale. Pomijając „drobny fakt”, że na ogół takie sytuacje należy raczej między bajki włożyć, to „ponadczasowość kadencyjna” dyrektorów szkół, a takich jest w kraju niemało, jest wynikiem sprzyjającego patologiom prawa obowiązującego w Polsce. Ponadto, bez względu na osobiste mniemania niektórych „wielokadencyjnych” dyrektorów o sobie, istnieje coś takiego jak wypalenie zawodowe. W szkole o nie łatwiej niż w innych zawodach.

Być może w jakiś sposób uda się „wyprowadzić” ludzi z przypadku (i dyrektorów „z zasiedzenia”) ze szkół polskich, ale sytuacja jest o tyle dramatyczna, by nie rzec: tragiczna, iż starych zastąpią, owszem, młodzi, lecz będą to ludzie – chociaż po studiach – o bliskim zeru wskaźniku kompetencji zawodowych. I uczyć będą nasze dzieci oraz wnuki polskiego, matematyki, historii, biologii. Ci, na których poziom jako studentów tak gremialnie narzekają w ostatnich latach pracownicy naukowi uniwersytetów i innych wyższych uczelni.

*

Za parę dni zaczną się egzaminy maturalne w szkołach średnich. Czego możemy się spodziewać? Na pewno uczniów zwierzających się spontanicznie, zaraz po wyjściu z sali egzaminacyjnej, natrętnym reporterom, że zadania były „banalnie proste”. Zapewne będziemy mieli do czynienia z kolejnymi i pomyłkami w arkuszach egzaminacyjnych, skandalami, „przeciekami” itp. aferami. Bo, jak wspomniałem wyżej, jest to nasza polska specialite de la maison – od egzaminów na prawo jazdy po egzaminy gimnazjalne, od egzaminów maturalnych – po obrony splagiowanych lub quasi-naukowych prac magisterskich i doktorskich. Niejednokrotnie – habilitacyjnych.

Czego możemy się spodziewać po tegorocznych maturzystach za pięć lat, kiedy pokończą studia? Że zasilą potężniejące od lat szeregi młodych bezrobotnych? Będzie to w dużej mierze ich wina (lub wina ich rodziców), bo zdecydowali się na studia, z którymi im zdecydowanie nie po drodze, bo nie będą umieli poprawnie i po polsku napisać CV, bo jako pokolenie odwykłe (na własne życzenie) od sztuki czytania i pisma, nie posiadają pewnego typu niezbędnych zdolności logicznych i umiejętności, które tylko sztuka czytania i pisania może wyrobić w człowieku, bo będą oczekiwali na mannę z nieba i nie będą w stanie wymyślić sobie pożądanego przez potencjalnych pracodawców zawodu i sprostać temu zawodowi, a ich umiejętności wystarczą w sam raz na ściągnięcie filmu czy gry do komputera. Bo mając od kolebki komputer do własnej dyspozycji, tak naprawdę ciągle nie będą wiedzieli, do czego jeszcze ten komputer może służyć. Uwierzyli w pewien mit, że samo posiadanie komputera (coraz częściej jedynie tabletu) i dostęp do Google’a i FB rozwiązuje wszystkie problemy życiowe i zawodowe. Nie wiedzą, że komputer jest ciągle tylko, i  a ż, pożytecznym, bardzo pożytecznym, nader pożytecznym, lecz tylko – narzędziem, którym trzeba umieć się posługiwać.

W Internecie jest o parę więcej adresów niż adresy ze ściągami i gotowcami szkolnymi.

Będzie to jednak także nie ich, uczniów, absolwentów, wina, będzie to wina wielu niekompetentnych i niedouczonych nauczycieli wszystkich szczebli edukacyjnych, z uczelniami wyższymi włącznie, oraz – nade wszystko – wina systemu edukacyjnego, który z roku na rok coraz bardziej spektakularnie dowodzi, że nastawił się na produkcję „wykształconych” (papierek) osobników bez właściwości. Wypuszcza produkty „wyksztaceniopodobne”. Który to system tedy – zawodzi.

Czego jeszcze możemy się spodziewać? Że kolejne odcinki autostrad wykonywane będą przez polskich fachowców nieterminowo, że drogi w Polsce będą się sypać i pękać po byle zimie, że pociągi będą się zderzać czołowo, bo polscy fachowcy ciągle nie będą umieli wdrożyć odpowiedniego systemu bezpieczeństwa, mosty będą się walić, chirurdzy będą zaszywać w macicach narzędzia chirurgiczne i chusty, lekarze – protestować zamiast leczyć?

Ostatecznie minister zdrowia lub minister edukacji, oboje młodzi, przynajmniej w porównaniu ze mną, r ó w n i e ż są „produktami” polskiego systemu edukacji. Czyż nie?

Cierpliwości, Winnetou. Wracam do punktu wyjścia. Egzaminy gimnazjalne i maturalne są – jak mówią sami zainteresowani, nie mając bynajmniej świadomości, co naprawdę mówią – „banalnie proste”. W młodych mózgach nie zapala się ani jedno ostrzegawcze światełko, co raczej nie jest winą posiadaczy tych mózgów. Takie światełka zapalają się w głowach wielu nauczycieli i rodziców, którzy wyrażają zdecydowany sprzeciw wobec kolejnych ministerialnych „innowacji” edukacyjnych, jednakowoż ich głos jest „niesłyszalny” (zasada: „widziałem, ale nie zauważyłem”). A kolejne „ministry” jak nie potrafiły załatwić sprawy szóstoklasistów, tak nie umieją i sprawa się ciągnie. Nie umieją policzyć? Brak im wiedzy i umiejętności z zakresu rachunku prawdopodobieństwa? Wszakże obie to matematyczki …

To prawda. Egzaminy gimnazjalne i maturalne są z roku na rok coraz łatwiejsze i powalają testowym prymitywizmem. Takie egzaminy – obrażając młodych ludzi – fundują im omnipotenci z CKE i ministerstwa, chociaż nie uwierzę, że osławiony bank zadań CKE – to wyłącznie zbiór egzaminacyjnych prymitywów dydaktycznych.

A gdyby tak raz wreszcie przeprowadzić porządny, rzetelny egzamin w na koniec edukacji w gimnazjach i szkołach średnich? Zgodny, co do joty, z wymaganiami, jakie stawiają przed uczniami oficjalne programy z poszczególnych przedmiotów w gimnazjach lub szkołach średnich? Do tego – solidny egzamin ustny – jeden czy drugi, rzecz jasna nie mam na myśli oszukańczych pod każdym względem maturalnych tzw. „prezentacji” (głupoty) z języka polskiego. Egzamin z lektur i gramatyki. Drugi – z matematyki! Trzeci – z języka.

Wynik, rzędu 20-30 % tych, k t ó r z y [by go] z d a l i, mógłby być ozdrowieńczy dla polskiego systemu edukacji. I tyle. Tylko tyle, Winnetou.

Michał Waliński

 

Informacje o Michał Waliński

b. folklorysta, b. belfer, b. organizator, b. redaktor, b. wydawca, b. niemowlę, b. turysta; kochał wiele, kochał wielu, kocha wiele, kocha wielu; czasem świnia, czasem dobry człowiek, czyli świnia, ale dobry człowiek (prawie Gogol); żyje po przygodzie z rakiem (diagnoza lipiec 2009 r.) i konsekwencjami tej przygody; śledzi, analizuje i komentuje obyczajowość współczesnych Polaków; czasem uderza w klawisze filozoficzne, czasem w ironiczne, czasem liryczne, rzadziej epickie; lubi gotować, lubi fotografować; lubi czytać i pisać, lubi kino, filmy i teatr (od dawna za względu na okoliczności tylko w TV); lubi surrealizm w sztuce i w ogóle, a więc i polskość; lubi van Steena, Rembrandta, słomkowy kapelusz damy Rubensa, Schielego, impresjonistów, kobiety w swobodnych pozach w malarstwie Tintoretta; kocha M.; kocha miesięcznik "Odra", czyta regularnie "Politykę" i "Wyborczą"; ulubione radia: Dwójka i radia internetowe z muzyką klasyczną, jazzem, fado, flamenco i piosenkę literacką; lubi radio TOK FM, chociaz po godzinie czuje sie ogłuszony nadmiarem sygnałów dźwiękowych i "głosowych"; wierzy w koincydencję etyki i estetyki oraz królewnę Śnieżkę; ateistyczny agnostyk, może agnostyczny ateista; lubi słuchać
Ten wpis został opublikowany w kategorii edukacja, gimnazja, sykolnictwo, szkolnictwo, szkoły średnie, Uncategorized i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „„Banalnie łatwe”? Kilka niekoniecznie wyłącznie osobistych uwag na temat edukacji w Polsce

  1. Pingback: Minister J. Kluzik-Rostkowska – kroki we właściwym kierunku | Quasi-imponderabilia in statu nascendi. "Silva rerum" Michała Walińskiego

  2. iambogna pisze:

    Przeczytalam "Kilka… uwag" (na 11 stronach druku) i dobrze rozumiem Twoj niepokoj. Tylko czekac, az ktos wpadnie na pomysl przeniesienia na polski grunt anglosaskich pomyslow z tzw. homeschooling. Nie wiem, jak to w praktyce wyglada w "autorskiej" W. Brytanii, ale w USA i w Kanadzie trend jest rosnacy (dzieki republikanskiej paranoi), a sensownych regulacji tyle, co kot naplakal. Od rodzicow decydujacych sie na wyreczanie szkoly (od 1 do 12 klasy) nie wymaga sie praktycznie zadnych kwalifikacji merytorycznych ani dydaktycznych, dopoki pociechy zaliczaja konieczne testy. Nikt sie tu nie troszczy o umiejetnosc dyskutowania i zespolowego dochodzenia do wnioskow, nie zastanawia nad ideologicznym czy religijnym praniem mozgu przez (czesto nieswiadomych tego) rodzicow – izolujacych dzieciaki od "niepozadanych wplywow" i rowiesnikow. Az trudno uwierzyc, ze to mozliwe w Ameryce XXI wieku, a jednak… Sama znam ludzi, ktorzy z duma nie posylali do szkol piatki swoich dzieci – dzisiaj juz studentow na fundamentalistycznych uczelniach wyznaniowych. A ze jest ich tu bez liku i ciesza sie konstytucyjna wolnoscia badan naukowych, rosna nam zastepy magistrow i doktorow od naukowego udowadniania historycznosci biblijnego potopu, 6 tys. lat istnienia wszechswiata itp. "prawd objawionych".

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s